środa, 29 maja 2019

Monkey3 - Sphere [2019]


Monkey3 to kwartet ze Szwajcarii, który już od kilku lat mocno aspiruje do czołówki europejskiej sceny mocnej, instrumentalnej psychodelii. Zespół powstał na początku wieku i 13 lat temu wypuścił swój pierwszy album. Początkowo przerwy między kolejnymi płytami było dość spore, toteż dyskografia grupy nie jest aż tak bogata, jak moglibyśmy podejrzewać, biorąc pod uwagę małpi staż. Ale w ostatnich latach panowie przyspieszyli. Ja poznałem ich w 2015 roku, gdy mieli na koncie trzy płyty. Od tamtej pory dołożyli dwie kolejne, w tym tę najnowszą, wydaną w kwietniu tego roku – Sphere. Śmiem twierdzić, że najlepszą w ich dotychczasowym dorobku.

Sphere to sześć intensywnych numerów o zróżnicowanej długości, które w sumie dają nam ponad 50 minut kapitalnej muzyki. Jest dynamicznie, soczyście, gęsto jak diabli, ciężko i kosmicznie. I w zasadzie mimo tego, że te określenia mógłbym wykorzystać przy każdej z kompozycji, każda z nich jest też nieco inna, choć niewątpliwie albumu najlepiej słucha się w całości. Spirals, które płytę otwiera, atakuje swoją intensywnością w zasadzie niemal od początku, pomijając spokojniejsze, ambientowe wprowadzenie do płyty, i sunie bez litości do przodu, niczym lawina zgarniając wszystko, co napotka na drodze. Dla odmiany następujące po tym numerze Axis rozpoczyna się spokojnie, przestrzennie, bez pośpiechu czy zbyt dużej mocy – tak nieco późno-floydowo. A jak już się rozkręci i bujnie solidnie kapitalną partią gitary prowadzącej, to odpływ gwarantowany. I mimo że pod koniec muzycy łoją aż miło, ani na moment nie pozwalają się zagubić melodii. Niezwykle podniośle robi się w Prism, gdy numer zwalnia – monumentalne tło klawiszowe, mocarne riffy, podniosłe solo gitarowe… Ten utwór nadawałby się jako współczesna ścieżka dźwiękowa do jakiegoś klasyka dramatycznego kina niemego. Przy odsłuchu Mass z głośników niemal lecą iskry, w czym niemała zasługa partii gitary prowadzącej granej gościnnie przez Bumblefoota. Po tym mocnym uderzeniu spokojny początek kompozycji Ida sprawia, że jako słuchacz niemal unoszę się z tą muzyką. Po chwili co prawda robi się nieco mocniej, ale całość tego zdecydowanie najkrótszego z sześciu numerów robi kapitalne wrażenie zaskakująco dużą jak na taki typ muzyki chwytliwością i melodyjnością. Trochę jakbyśmy słuchali głównego motywu z Gry o Tron, tylko zagranego (i słuchanego) po jakichś srogich psychodelikach.

Na koniec zdecydowanie najdłuższa kompozycja na płycie – czternastominutowy numer Elipsis. Na początek lecimy w kosmos, a przewodnikiem wycieczki jest bardzo miły basik. Jest niezwykle przyjemnie, ale od połowy piątej minuty zaczynamy się orientować, że robi się coraz intensywniej i wiadomo, że musi w końcu pieprznąć. A jak już pieprznie, to mamy przez jakiś czas piękną, monumentalną, ale jednocześnie bardzo melodyjną gęściznę podbitą fantastyczną motoryką. Mózg eksploduje jakoś w połowie numeru, chwila na ogarnięcie sytuacji i znowu miarowo, na zapętleniu rozpędzamy się aż do wielkiego, głośnego, gęstego i intensywnego finału. Ostatnie kilkadziesiąt sekund upływa nam na obserwowaniu, jak fragmenty wspomnianego chwilę temu mózgu, który rozerwało na kawałki, dryfują sobie spokojnie dookoła nas w przestrzeni kosmicznej. Chciałbym jeszcze kilka słów poświęcić okładce albumu. Często zdarza się, że płyty z rejonów stonerowo-psychodelicznych mają strasznie przekombinowane i kiczowate szaty graficzne. Ja wiem, że zielsko, że kosmos i takie tam, ale jakoś mnie takie akurat klimaty nie biorą. Tu natomiast mamy niemal symetryczny, prosty, stonowany, świetnie zrealizowany wzór, który natychmiast przyciąga wzrok, ale nie jest przesycony i przesadzony. Świetna robota.

Śledzę to, co robi zespół Monkey3, od kilku lat, więc „załapałem się” już na dwie poprzednie płyty (no, powiedzmy – pierwsza z nich nie była już taką nowością). Obie przypadły mi do gustu, choć kłamałbym, gdybym powiedział, ze trafiały do ścisłej czołówki moich ulubionych albumów w swoich rocznikach i że jakoś często do nich wracam. Pozostawiły korzystne wrażenie – na tyle, że w dalszym ciągu obserwowałem doniesienia z obozu grupy i wiedziałem, że ukazuje się nowy album. Sphere jednak sporo zmienia w moim nastawieniu do twórczości szwajcarskiej formacji. Według mnie weszli tu na jeszcze wyższy poziom, trafili w mój gust muzyczny, nagrali płytę, która jest niezwykle intensywna i intrygująca, zaskakuje w dalszym ciągu przy okazji każdego kolejnego odsłuchu, nie nudzi, absorbuje od pierwszego do ostatniego dźwięku, a przy tym po jej odsłuchu człowiek wcale nie czuje się zmęczony tą intensywnością. Wręcz przeciwnie – ma się ochotę na powtórkę. Brawa dla tych małp!



1. Spirals (11:19)
2. Axis (6:37)
3. Prism (9:10)
4. Mass (6:30)
5. Ida (4:22)
6. Elipsis (14:13)





--
Zapraszam na prowadzone przeze mnie audycje Lepszy Punkt Słyszenia oraz Purple FM w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 i sobotę o 19
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji

2 komentarze:

  1. Przebóg! Toć nam Bizona pochłonął czas przepastny okrutny, bo ponad 50 minut a on riffami pieczony wiadomo, max 45 minut i choćby nie wiem jak grali, to sznycel przypalony wyjdzie :-)
    Mnie też wciągnęło i podziękowania ślę za tę płytę, bo tamtejsze rejony omijam łukiem szerokim i nigdy bym nie posłuchał gdyby nie Bizon.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie znałem wcześniej tej kapeli ale po przesłuchaniu "Sphere" pędzę po wcześniejsze wydawnictwa.To jest rewelacja!! Absolutnie brak tutaj słabych momentów i nie przeszkadza (przynajmniej mi) brak wokalu. To sztuka zagrać ponad 50 minut muzyki instrumentalnej i nie nudzić słuchacza. Jeden z kandydatów do pierwszej 10 albumów w podsumowaniu.

    OdpowiedzUsuń