środa, 26 kwietnia 2017

Ulver - The Assassination of Julius Caesar [2017]



SZOK! NIEDOWIERZANIE! DRAMAT FANÓW DEPECHE MODE!
Myśleli, że ich ulubiony zespół wydał świetną płytę, a to Ulver…

Tak mógłby brzmieć nagłówek w Aszdzienniku. Muzyczny kameleon Kristoffer Rygg powraca z kolejnym obliczem projektu Ulver. Nie znam jeszcze zbyt dobrze dyskografii tej grupy, bo zainteresowałem się jej twórczością stosunkowo niedawno, ale mam wrażenie, że poza reggae i italo disco grali już wszystko. Tym razem postanowili chyba zademonstrować, że da się w 2017 roku nagrać dobrą płytę Depeche Mode, w dodatku nie będąc tym zespołem. Plan się powiódł – album wyszedł zaskakująco udanie, choć w zasadzie niespodzianką to żadną być nie powinno, wszak Ulver od kilku już lat coraz śmielej zapuszcza się na terytorium muzyki elektronicznej, dark ambient, synthpopu czy new wave. To właśnie mieszankę tych brzmieniowych obszarów znajdziemy na trzynastym krążku formacji – The Assassination of Julius Caesar.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

My Dynamite - Otherside [2017]


Kilka lat temu australijska formacja My Dynamite rokowała spore nadzieje na dołączenie do Rival Sons czy Saint Jude wśród liderów fali młodych rockowych zespołów, które wdzierały się coraz śmielej „na salony”. Ale jeśli ma się ambicje zdobycia szerszej popularności, to raczej czekanie pięć lat z wydaniem płyty numer dwa nie jest najlepszym pomysłem. Powiedzmy sobie szczerze – większość osób zainteresowanych w 2012 roku tą formacją dawno już o niej zapomniała. W międzyczasie pojawili się inni, którzy zajęli miejsce niegdyś przyznawane, być może nieco zbyt wcześnie, grupie z Melbourne. Ale wracają – pół dekady później i w składzie poszerzonym o stałego klawiszowca. Czy przerwa wyszła im na dobre? Czy wciąż można ich uznać za jeden z ciekawszych rockowych zespołów młodego pokolenia? Kto zabił Kennedy’ego? Na dwa z tych trzech pytań postaram się odpowiedzieć poniżej.

niedziela, 23 kwietnia 2017

All Them Witches - Sleeping Through the War [2017]



Większość zespołów rockowych marzy obecnie, żeby nagrywać swoje płyty w Nashville – od tych małych, dla których często marzenia te będą na zawsze nieosiągalne, po największych, którzy mogą sobie na ich spełnianie pozwolić. Zespół All Them Witches nie musi jeździć do Nashville, żeby zarejestrować swój nowy album. Zespół All Them Witches jest z Nashville. W dodatku nowy album stworzył we współpracy z Dave’em Cobbem – jednym z najbardziej rozchwytywanych (zasłużenie!) producentów muzycznych, który oprócz zgarniania nagród za albumy country, znany jest przede wszystkim z czuwania nad wszystkimi płytami Rival Sons. Ale czy takie powiązania wystarczą, żebym zainteresował się wykonawcą i dał mu szansę zupełnie w ciemno? Hmm… tak, wystarczą!

piątek, 21 kwietnia 2017

High Brian - Hi Brian [2017]



High Brian to kolejna młoda formacja, na którą trafiłem zupełnie przypadkiem, a konkretnie przez polecenie ich singla na profilu innego zespołu, na który… też kiedyś natknąłem się w podobnych okolicznościach. I znowu okazało się, że takie przypadkowe sytuacje często przynoszą nieoczekiwanie przyjemne efekty. O tym, że pierwsza płyta High Brian, zatytułowana Hi Brian, pewnie będzie miała spore szanse spodobać mi się, wiedziałem już po odsłuchu wspomnianego singla – All the Other Faces. Odsłuch całości krążka po niedawnej premierze materiału potwierdził tylko te przewidywania. Przedstawiam zatem kwartet High Brian z Austrii, który właśnie wydał swoją pierwszą płytę i gra kapitalnie.

czwartek, 20 kwietnia 2017

The Freddie Mercury Tribute Concert for AIDS Awareness - 25. rocznica [1992]



W Poniedziałek Wielkanocny 20 kwietnia 1992 roku, oczy całego muzycznego świata zwrócone były na londyński stadion Wembley. Nie po raz pierwszy w historii, wszak stadion ten, oprócz swojej naturalnej funkcji sportowej, znany był od wielu lat jako arena najwspanialszych wydarzeń muzycznych. I takie właśnie wydarzenie miało miejsce tego dnia, choć powód całego zamieszania tamtego dnia był dużo bardziej zwyczajny – pożegnanie przyjaciela. Choć sposób, w jaki tego dokonano, ze zwyczajnością nie miał wiele wspólnego.

Freddie Mercury zmarł w swoim londyńskim domu przy 1. Logan Place niemal dokładnie 5 miesięcy wcześniej. Mimo, że o jego stanie zdrowia od dawna rozpisywały się angielskie bulwarówki, a ich fotografowie niemal koczowali pod drzwiami jego posiadłości w londyńskiej dzielnicy South Kensington, jego śmierć była szokiem dla całego środowiska muzycznego i milionów fanów na całym świecie. Odeszła nie tylko jedna z największych gwiazd w historii muzyki, ale też człowiek, który jeszcze kilkanaście dni wcześniej był obecny na listach przebojów w Wielkiej Brytanii z najnowszym singlem z płyty InnuendoThe Show Must Go On. Niemal 15 lat wcześniej setki tysięcy fanów uczestniczyły w ostatniej drodze Elvisa. Pogrzeb Freddiego był skromną, prywatną uroczystością dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Do dziś nie wiadomo zresztą gdzie dokładnie spoczęły prochy wokalisty. Teorie są przynajmniej trzy i każda z nich ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Wszyscy inni pożegnali go właśnie na stadionie Wembley – na jednej z najbardziej znanych piłkarskich i koncertowych aren świata. W miejscu, w którym powstała jedna z najpopularniejszych (można by dodać „niestety”, biorąc pod uwagę zawartość) płyt koncertowych, nie tylko w dorobku Queen, ale w historii rocka.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Kitchen Witch - Kitchen Witch [2017]



Australia coraz mniej kojarzy mi się z AC/DC czy Airbourne, a coraz bardziej z prężnie rozwijającą się tam sceną heavy psych/doom. Oczywiście ten prężny rozwój to wciąż w dużej mierze sprawa podziemna i może być to w ogóle moja nadinterpretacja, bo przecież Australię to ja oglądam najwyżej w programach przyrodniczych, ale w ostatnich latach dociera do mojej świadomości coraz więcej grup z tamtej części świata, które sprawnie łączą ciężkie łojenie z klimatyczną psychodelią i wpływami bluesowymi. Mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że taka mieszanka powoli staje się specjalnością australijskiego rockowego podziemia. Kitchen Witch przyjemnie się w ten obraz wpasowuje. To kwartet założony cztery lata temu, który miał już na koncie małe płyty. Instrumentarium najbardziej klasyczne z możliwych. Gitara, bas, bębny i wokal – żeński wokal. Właśnie ukazała się ich pierwsza duża płyta, zatytułowana po prostu Kitchen Witch.

czwartek, 13 kwietnia 2017

White Willow - Future Hopes [2017]



Norweska grupa White Willow zadebiutowała w 1995 roku, a jej centralną postacią i jedynym stałym członkiem jest gitarzysta Jacob Holm-Lupo. Muzycy prezentują dźwięki, które określić można jako mieszankę progresji z lat 70. z folkiem, jazz rockiem, rockiem symfonicznym i psychodelicznym, a nawet elementami muzyki elektronicznej. Być może dzięki temu, że skład grupy był przez dłuższy czas dość płynny, niemal każdy album, a ukazało się ich do tej pory sześć, zawiera inne muzyczne klimaty: od folk rocka z wpływami Jethro Tull, wczesnego Genesis, ale też Clannad na debiucie (Ignis Fatuus), przez prog/post rock na drugiej płycie, Ex Tenebris, symphonic rock na Sacrament oraz bardzo gitarowy, cięższy i mroczniejszy rock na powszechnie najwyżej ocenianym jak do tej pory wydawnictwie, Storm Season. W muzyce grupy dominuje damski wokal, a także elementy wychodzące poza stricte rockowe instrumentarium, czyli flet, skrzypce i melotron. Muzycy nie zamykają się jednak tylko w progrockowej szufladce, wśród ich inspiracji i ulubionych wykonawców znaleźć można choćby 10cc, Joni Mitchell, czy Dead Can Dance. Grupa wydała właśnie siódmą dużą płytę, zatytułowaną Future Hopes, na którą trzeba było się sporo naczekać, bo poprzedni krążek formacji, udany Terminal Twilight, ukazał się w 2011 roku.

środa, 12 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite [2017]



Kiedy płyta już w chwili wydania jest reklamowana przez wytwórnię jako „rockowy album roku”, to trzeba patrzeć na to z przymrużeniem oka. Przymrużyć rzeczone oko należy jeszcze mocniej, jeśli dotyczy to zespołu, który na scenie jest od 50 lat, a wspomniany album jest dwudziestym w jego dorobku. Ile znacie formacji, które nagrywają płytę na poziomie „albumu roku” po 50 latach istnienia? No, to mniej więcej tyle co i ja… No ale zostawmy na bok sztuczki marketingowe. Deep Purple tym razem nie kazali czekać na kolejny studyjny krążek dziewięciu lat. Miło z ich strony, bo moglibyśmy się go nie doczekać. Panowie jak nikt inny zasłużyli się muzyce hardrockowej i mogliby sobie siedzieć w kapciach i szlafrokach przy swoich przydomowych basenach, ale jednak dalej chce im się jeździć w trasy i nagrywać nową muzykę (co do tego drugiego, to jeszcze kilka lat temu zdania w obozie zespołu były mocno podzielone). Jak długo będzie im się jeszcze chciało? Tego nie wiadomo. Pewnie niezbyt długo, o czym świadczyć może nie tylko nazwa rozpoczynającej się niedługo trasy – „The Long Goodbye Tour” – lecz także tytuł świeżego wydawnictwa, InFinite. Ale oni (w różnych składach) swoje już zrobili, więc mogą podchodzić do tego wszystkiego bez większego ciśnienia, jako i ja podchodzę do ich najnowszego krążka.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Marillion Weekend - Łódź [Wytwórnia], 7-9 IV 2017 [galeria zdjęć]

Trzydniowe święto fanów Marillion dobiegło końca. Po raz pierwszy Marillion Weekend odbył się w Polsce, choć języków w hallu łódzkiej Wytwórni można było usłyszeć wiele. Dłuższa relacja słowna znajduje się na stronie rockserwis.fm, tam też znajdziecie drugą, niemal całkowicie inną galerię zdjęć.


sobota, 8 kwietnia 2017

Troubled Horse - Revolution on Repeat [2017]



Choć formacja Troubled Horse działa nie od wczoraj, to muzycznych owoców tych działań nie ma zbyt wielu. Zespół powstał w 2003 roku, ale przez pierwszych dziewięć lat istnienia zdołał wydać tylko jeden album – Step Inside – będący w zasadzie zbiorem najlepszych według muzyków utworów, które udało się przez ten czas stworzyć. Wydawać by się mogło, że po tym dość oszczędnym tempie w pierwszych latach działalności, później pójdzie już górki. Ale nie. Od 2012 roku cisza. Przyznam szczerze, że pogodziłem się już trochę z tym, że pewnie kapitalne Step Inside nie doczeka się następcy, aż tu nagle niespodziewanie pojawiła się informacja, że szwedzka formacja planuje wydać album numer dwa. A właściwie planuje to lider zespołu Martin Heppich, bo spora część składu, który zresztą niegdyś miał wiele wspólnego z grupą Witchcraft, zdążyła się w międzyczasie zmienić. Szkoda, ale nie zmienił się na szczęście klimat kompozycji, a i dość charakterystyczny śpiew Martina, który był jednym ze znaków rozpoznawczych grupy, wciąż jest obecny. Obecny, ale gdzie? Na nowym krążku Troubled Horse, zatytułowanym Revolution on Repeat.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Me and That Man - Songs of Love and Death [2017]



Jedną z cenniejszych (choć pewnie nie przez wszystkich poważanych) umiejętności w branży rozrywkowej jest zdolność do pojawiania się w odpowiednich miejscach w odpowiednim czasie. Adam Darski z pewnością tę umiejętność posiadł, bo w ostatnim okresie ma chyba wykupiony abonament na wszystkie większe tytuły prasowe i telewizyjne w tym kraju. Nieprzypadkowo oczywiście, bo właśnie ukazała się pierwsza, długo wyczekiwana w branży płyta projektu Me and That Man, którego twarzami są właśnie Darski i John Porter. O tym, że ci panowie coś razem dłubią, wiadomo było od dłuższego czasu, ale efektów tego dłubania doczekać się nie mogliśmy. W końcu się udało i jakiś czas temu do sieci trafił pierwszy teledysk. I oczywiście afera, bo gołe dupy, cycki, burdel i takie tam. Trochę to przyćmiło sferę muzyczną przedsięwzięcia, choć marketingowo zabieg niewątpliwie się udał – w końcu było o tym teledysku i samym projekcie głośno. Z jednej strony to zaleta – miło startować z nowym zespołem i mieć od razu uwagę mediów i słuchaczy, według starej zasady, że nieważne jak mówią, byleby nazwiska (lub w tym przypadku nazwy zespołu) nie przekręcili. Z drugiej strony to jednak trochę słabo, kiedy każde muzyczne posuniecie jest oceniane nie tylko z czysto muzycznego punktu widzenia, lecz także przez pryzmat skandali i kontrowersyjnej postaci jednego z liderów. Ale przejdźmy do płyty, bo ona w końcu jest – zatytułowana Songs of Love and Death – a skandalami zajmować się w tym tekście nie mam zamiaru. To zostawię prasie kolorowej.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Morosity - Low Tide [2017]



Formacja Morosity pochodzi z Minneapolis i w 2011 roku wydała swój debiutancki album zatytułowany Misanthrope. Co się stało, że po – jak już zdążyłem usłyszeć – udanym debiucie na album numer dwa trzeba było czekać aż sześć lat? Tego niestety nie wiem, ale całe szczęście, że mimo długiej przerwy ta płyta jednak się ukazała. W orbicie moich muzycznych zainteresowań zespół Morosity pojawił się niedawno zupełnie znikąd i mocno niespodziewanie z miejsca zajął z tym nowym albumem miejsce w czołówce moich ulubionych płyt 2017 roku. Czym mnie tak ujęli? No cóż, większość opisywanych tu płyt to naprawdę przyjemne granie, ale też wiadomo, że wiele z tych mało znanych zespołów bazuje na bardzo podobnych pomysłach i brzmieniach, więc mimo tego, że słucha się ich dobrze, trudno posądzić młodych zazwyczaj muzyków o potrzebę odkrywania czegoś nowego w rocku. A tymczasem słuchając albumu Low Tide wydanego w tym roku przez Morosity, mam wrażenie, że oni naprawdę nie chcą brzmieć jak wszyscy inni – że ich ambicje sięgają takiego mieszania znanych już od lat składników, żeby całość brzmiała świeżo, intrygująco i za jakiś czas była natychmiastowo i jednoznacznie kojarzona właśnie z ich nazwą. Są na dobrej drodze.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Libido Fuzz - A Guide into Synesthesia [2017]



Bordeaux kojarzy nam się w Polsce głównie z winem oraz z drużyną piłkarską (jeśli ktoś oczywiście gustuje w tych tematach), ale mnie od co najmniej roku miasto to kojarzy się także z triem Libido Fuzz, które poznałem kilkanaście miesięcy temu, z małym opóźnieniem odkrywając wydaną w maju 2015 roku pierwszą dużą płytę formacji zatytułowaną Kaleido Lumo Age. To była płyta z serii tych, po których nazwę zespołu zdecydowanie się zapamiętuje. Nic więc dziwnego, że wieści o nowym krążku formacji przyjąłem ze sporym zadowoleniem, podsyconym jeszcze pierwszymi zwiastunami, pojawiającymi się na YouTube ładnych kilka tygodni przed premierą. Album już jest, nosi tytuł A Guide Into Synesthesia i jak można się domyślić po tym tytule, okładce i nazwie zespołu (oraz po wydawnictwach poprzednich – opcja dla nieco lepiej zorientowanych w temacie), dostajemy tu kawał solidnego rocka psychodelicznego. Będzie sporo przesteru i ciężkich riffów, ale także lekkości i kosmicznych odlotów.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Soen - Lykaia [2017]



Szwedzka grupa Soen z założenia miała wypełniać jej członkom czas pomiędzy premierami płyt innych formacji, w których się udzielają, trudno zatem się dziwić, że na trzeci krążek zespołu trzeba było czekać trzy lata. Teoretycznie nie jest to okres długi, ale przyzwyczailiśmy się chyba ostatnio, że większość formacji próbuje funkcjonować w dwuletnim cyklu studyjno-koncertowym. No ale jest – trzeci album Soen zatytułowany Lykaia. To 58 minut muzyki zawartej na dziewięciu ścieżkach (50 minut i osiem utworów w wersji podstawowej). Grupa Soen od samego początku istnienia była porównywana do takich formacji jak Opeth (tu w sumie nic dziwnego, skoro są powiązania personalne), Tool czy Pain of Salvation. Trzeci album na pewno tego nie zmieni.