poniedziałek, 15 października 2018

Uriah Heep - Living the Dream [2018]


O historii Uriah Heep nie ma sensu się rozpisywać. Jeśli ktoś o nich nie słyszał, to najwyraźniej pomylił blogi. Jeszcze dekadę temu można było pytać „czy oni jeszcze żyją?”, ale od wydania płyty Wake the Sleeper los znowu uśmiechnął się do doświadczonej formacji, ponownie pozwalając Uriah Heep na zapełnianie sporych klubów i na występy na dużych scenach największych europejskich festiwalach rockowych. Płyty Into the Wild i Outsider pomogły podtrzymać dobrą passę, podobnie jak udane (liczne) koncertówki i dwa albumy autocoverowe wydane w ostatnich latach. Grupa nie boi się grać na żywo nowych numerów, wymieszanych w koncertowych setach z klasykami sprzed 40 czy niemal 50 lat, co też na pewno wpływa korzystnie na znajomość nowego materiału wśród często dość konserwatywnych fanów starego rocka. Living the Dream z pewnością tej dobrej passie nie zaszkodzi.

piątek, 12 października 2018

La Chinga - Beyond the Sky [2018]


Ekipa z Vancouver zainteresowała mnie swoją muzyką w 2015 roku, gdy ukazało się wznowienie ich wydanego oryginalnie dwa lata wcześniej debiutu. Spodobał mi się ich żywiołowy, nieco bezczelny hard rock, łączący naturalne granie lat 70. z zadziornością lat 90. I tu wiele się nie zmienia na kolejnych albumach. Beyond the Sky to trzecie wydawnictwo kanadyjskiej grupy – trzecie utrzymane w podobnych klimatach i trzecie naprawdę bardzo przyjemne. Jaskrawe, psychodeliczne kolory na okładkach (z nimi to jest nawet trochę tak, że wystarczy spojrzeć na okładkę i już wie się, jak będzie brzmiała płyta), ostre, rasowe rockowe riffy, świetna dynamika kompozycji i bardzo dobry, wysoki, zadziorny, mocny wokal – to wspólne cechy wszystkich trzech płyt. Najnowsze dzieło grupy La Chinga wyróżnia za to, według mnie, najbardziej dopracowana produkcja, dzięki czemu pewną surowość przekuto w moc, nie rezygnując jednocześnie z dynamiki i pewnej dzikości.

wtorek, 9 października 2018

Slash - Living the Dream [2018]


Cztery lata od premiery mocno średniego World on Fire, do którego – zgodnie zresztą z moimi przewidywaniami – nie wracam wcale (a i kupiłem dopiero ze dwa lata po premierze, korzystając z obniżki do 20 złotych bez grosza jednego), Slash wysmażył (a może wymęczył?) z tym samym składem (plus Frank Sidoris, który i tak gra z nimi od kilku lat na koncertach) nowy krążek, zatytułowany Living the Dream. Slasha uwielbiam jako gitarzystę Guns n’ Roses, bardzo lubię też Snakepit. Ba, mam wszystko, co wydało Velvet Revolver (mowa o różnych wersjach singli, bo akurat płyt to się różnych nie naprodukowali, więc żaden wyczyn). Ale za jego solowymi dokonaniami jakoś nigdy nie szalałem i w zasadzie poza pierwszym albumem specjalnie nie byłoby za czym tęsknić, gdyby nagle wywaliło jego solową dyskografię w kosmos.

sobota, 6 października 2018

Two Timer - The Big Easy [2018]


Nasza rodzima scena muzyczna niestety w dużym stopniu opiera się na kopiowaniu zachodnich trendów. Coś wypłynie „w świecie”, to zaraz u nas trzeba znaleźć polski odpowiednik, bo skoro tam się sprzedało, to i tu powinno pójść gładko. Gorzej, że większość tych naśladowców wali sztucznością na kilometr. Straszna dla niektórych prawda jest taka, że zazwyczaj nie wystarczy po prostu dobrze wyuczyć się kopiowania kogoś. Trzeba jeszcze mieć do większości gatunków odrobinę polotu i zwykłego czucia. I ten brak naturalności i czucia był moją główną obawą, gdy pierwszy raz zetknąłem się z poznańską grupą Two Timer przy okazji premiery ich drugiej płyty – The Big Ass Beer to Go. No bo jak to – goście z Wielkopolski chcą grać jak amerykańscy bluesmani? I jeszcze twierdzą, że potrafią? No i okazało się, że potrafią… Do płyty The Big Easy, trzeciej w ich dorobku, podchodziłem już ze spokojem. Bo Two Timer to pewniak jeśli chodzi o takie granie i nowa płyta to potwierdza.