piątek, 2 grudnia 2016

The Rolling Stones - Blue & Lonesome [2016]



Stonesi dokonali czegoś niesamowitego. Nie, nie chodzi mi o te niezliczone hity, wypełnione stadiony, górę zarobionych pieniędzy i status żywych (z jednym wyjątkiem) legend… Mówię o tej nowej płycie, zatytułowanej Blue & Lonesome. No, wydali płytę. Co w tym takiego niesamowitego? Nie mam na myśli tego, że to pierwszy album od 11 lat, że panowie po 70-tce wciąż chcą nagrywać, wydawać muzykę i koncertować – a w dodatku robią to w dalszym ciągu na poziomie nieosiągalnym dla wielu muzyków w wieku ich wnuków. Osiągnęli coś niesamowitego, bo po 54 latach na scenie nagrali płytę, którą niemal jednogłośnie zachwyca się cały rockandrollowy świat – od prasy muzycznej przez fanów po innych sławnych muzyków. Jak ci goście to robią?

środa, 30 listopada 2016

Captains of Sea and War - Remote [2016]



Barcelońska formacja Captains of Sea and War to dla mnie kompletna nowość. Choć powstali już w 2007 roku, zadebiutowali dopiero dwa lata temu płytą zatytułowaną po prostu Captains of Sea and War, której – przyznaję – do dziś nie słyszałem. Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że dopiero niedawno dowiedziałem się o istnieniu tej formacji, a to wszystko przy okazji premiery krążka numer dwa – płyty Remote, która ukazała się na rynku jesienią. Zaległości na pewno będę musiał w najbliższym czasie nadrobić, bo jeśli debiut jest choć w połowie tak udany jak Remote, to musi być to płyta godna uwagi. Na Remote dostajemy bowiem trzy kwadranse intrygującego, nieoczywistego rockowego grania zawartego w ośmiu kompozycjach.

niedziela, 27 listopada 2016

Giraffe Tongue Orchestra - Broken Lines [2016]



Supergrupy mają to do siebie, że często wywołują dużo większe zamieszanie samym swoim istnieniem niż graną przez siebie muzyką. W dodatku najczęściej dość szybko się rozpadają, czasem zresztą od samego początku mają być projektami chwilowymi. Nie wiadomo jeszcze jaka (i czy w ogóle jakaś) przyszłość czeka grupę o dziwnej nazwie Giraffe Tongue Orchestra. Nie wiem nawet czy termin „supergrupa” jest tu do końca uzasadniony, bo z jednej strony w skład zespołu nie wchodzą wielkie gwiazdy rocka, ale niewątpliwie są to nazwiska rozpoznawalne, na co dzień udzielające się w grupach dość (lub bardzo) popularnych. Wolę jednak traktować ten projekt jako zespół gości, którzy postanowili razem ponagrywać, a nie supergrupę, po której należałoby się spodziewać czegoś wyjątkowego. No to wyjaśnijmy jeszcze kto pojawia się na pierwszym albumie Giraffe Tongue Orchestra zatytułowanym Broken Lines: wokalista William DuVall (czyli następca Layne’a Staleya w Alice in Chains), gitarzyści Brent Hinds (Mastodon) i Ben Weinman (The Dillinger Escape Plan), perkusista Thomas Pridgen (The Mars Volta) i basista Peter Griffin (Dethklok i Zappa Plays Zappa).

wtorek, 22 listopada 2016

Tiebreaker - Death Tunes [2016]



Grupa Tiebreaker zadebiutowała płytowo zaledwie w zeszłym roku udanym albumem We Come from the Mountains, miała też okazję pokazać się polskiej publiczności podczas tegorocznych koncertów The Vintage Caravan. Już wtedy zrobili świetne wrażenie żywiołowym, mięsistym rockowym graniem. Niemal równo rok po wydaniu debiutu ukazała się druga płyta Norwegów – Death Tunes. I okazuje się, że pierwsze dobre wrażenie nie było przypadkiem. To jest po prostu kapitalny zespół! Death Tunes to 10 utworów i 43 znakomite minuty, które powinny spodobać się wszystkim fanom klasycznych rockowych brzmień.

niedziela, 20 listopada 2016

Metallica - Hardwired... to Self-Destruct [2016]



Ci to potrafią narobić wokół siebie hałasu wtedy, kiedy trzeba. I pomyśleć, że nieco ponad ćwierć wieku temu o Metallice słyszeli głównie fani muzyki metalowej. Teraz trudno byłoby znaleźć osobę zainteresowaną jakąkolwiek muzyką, która nie kojarzyłaby choćby nazwy grupy, charakterystycznego logotypu i przynajmniej z jednego czy dwóch utworów. Metallica stała się prawdziwym przedsiębiorstwem – jedną z największych marek na rynku muzycznym. To olbrzymi sukces, o którym kilkadziesiąt lat temu jakikolwiek zespół grający tak ciężko i głośno mógł tylko pomarzyć. Czy zatem tak sławna formacja, która osiągnęła już w zasadzie wszystko, co było do osiągnięcia, coś jeszcze musi? Nie – i może w tym właśnie problem. Stan ten sprawia, że nowa muzyka od zespołu ukazuje się coraz rzadziej, a gdy już się pojawi, to choć oczywiście wzbudza sensację, wywołuje także skrajne emocje. Za każdym razem. Ale album zatytułowany Hardwired… to Self-Destruct był potrzebny. Choćby po to, żeby ostatnim dużym krążkiem, przy którym paluchy maczali muzycy Metalliki, nie było koszmarne Lulu, wydane jako wspólny projekt z nieżyjącym już Lou Reedem. Czy po coś jeszcze? Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie (głupia sprawa – zadawać sobie samemu pytanie i nie znać odpowiedzi…), ale będę ostatnią osobą, która przyczepi się do sławnego zespołu o to, że wydaje nowe numery, zamiast jechać wyłącznie na osiągnięciach z przeszłości.

sobota, 19 listopada 2016

Meller Gołyźniak Duda - Breaking Habits [2016]

Długi czas była to płyta, o której istnieniu teoretycznie wiedział każdy zainteresowany tematem, ale w zasadzie nikt nie potrafił na jej temat nic powiedzieć. No w porządku – weszli do studia. Coś podłubali. Obfotografowano ich solidnie z instrumentami. Niby wszystko wiadomo. A potem nagle długie miesiące ciszy w temacie i coraz częściej pojawiające się wątpliwości – czy na pewno coś nagrali? A może nie są zadowoleni z efektów i wszystko się jakoś „rozlazło”? No to przyszła pora uspokoić wszystkich – nagrali i nie rozlazło się. Maciej Meller, Maciej Gołyźniak i Mariusz Duda – doświadczeni „zawodnicy” – debiutują pod nowym szyldem z płytą Breaking Habits, na której – zgodnie z tytułem – starają się zrywać z muzycznymi wyobrażeniami na swój temat.

piątek, 18 listopada 2016

Life of Agony [support: Pyogenesis] - Warszawa [Progresja], 16 XI 2016 [galeria zdjęć]

To był wieczór naładowany rockową energią w warszawskiej Progresji. Było mocno, intensywnie i... zaskakująco krótko. Przybywającą powoli do klubu (w przyzwoitej liczbie) publiczność rozgrzała niemiecka ekipa (z angielskim wspomaganiem) Pyogenesis, która w zeszłym roku wydała pierwszy od kilkunastu lat album studyjny, a teraz wpadła do nas w odmienionym składzie. Life of Agony jakiś czas temu zarzekali się, że więcej nowej muzyki nagranej przez ten zespół nie usłyszymy. Ale wrócili jakiś czas temu po raz kolejny (oni z kolei w najbardziej znanym składzie) i zmienili zdanie, bo za kilka miesięcy mamy poznać nowy, pierwszy od 11 lat krążek grupy, A Place Where There's No More Pain. W trakcie warszawskiego koncertu zespół zagrał jeden nowy numer, ale zdecydowaną większość setu stanowiły utwory z wydanej w 1993 roku płyty River Runs Red. Grupa dowodzona przez Minę Caputo zagrała z kopem, bardzo treściwie, choć... niezwykle krótko. 65 minut to licho jak na główną gwiazdę koncertu. Pozostał więc niedosyt, choć intensywność występu częściowo zrekompensowała krótki set.

Podziękowania dla klubu Progresja za zaproszenie.

Life of Agony