środa, 14 listopada 2018

Michael Schenker Fest - Łódź [Wytwórnia], 13 XI 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Przyznam, że Michael Schenker nigdy nie należał do moich absolutnie ulubionych muzyków. Owszem - bardzo lubię pierwszą płytę Scorpions, chyba jeszcze bardziej klasyczne albumy UFO właśnie z Schenkerem w składzie, ale już jego twórczość pod szyldem MSG (oraz kolejnymi wariacjami tej nazwy) nigdy mnie nie porywała. Uwielbiam pojedyncze rzeczy, natomiast niekoniecznie potrafię zachwycać się całością. Ale jednak koncert, na który gitarzysta ściąga aż czterech wokalistów, z którymi współpracował w trakcie swojej solowej kariery, musi być godny uwagi. Wspomnianych czterech muszkieterów to Doogie White, Graham Bonnet (obaj niegdyś w Rainbow), Gary Barden i Robin McAuley.

wtorek, 13 listopada 2018

Bohemian Rhapsody [2018]


To musi być jeden z najgłośniejszych tegorocznych filmów i prawdopodobnie jeden z najbardziej wyczekiwanych obrazów wszech czasów, jeśli chodzi o biografie artystów rockowych. Temat jak marzenie, bo niewielu swoim życiem zapewniło filmowcom tyle materiału. 27 lat po śmierci lidera Queen do kin wchodzi biografia grupy – Bohemian Rhapsody. 20th Century Fox z reżyserem Bryanem Singerem (zanim go wywalono) i pod czujnym okiem muzyków Queen – Briana Maya i Rogera Taylora – stworzyli disneyowską opowiastkę o życiu jednego z najbardziej ekscentrycznych i kolorowych herosów rocka. Z jednej strony rozumiem taką decyzję – to film, na który w zasadzie można pójść całą rodziną bez narażania się na niewygodne pytania nastoletnich dzieci i bez obawy, że o piątej rano dnia następnego wraz z drzwiami wejściowymi wpadną do domu antyterroryści, żeby w asyście pomocy społecznej odebrać zdeprawowane pociechy. Obraz ten niewątpliwie sprawi, że kolejne pokolenie dowie się, kim był Freddie Mercury i jakiś procent młodych ludzi zakocha się w muzyce tej grupy być może szybciej, niż gdyby ten film nigdy nie powstał. Ale przesłodzono. Te sceny z pojednaniem się rodziny przed Live Aid, te zbliżenia na miny muzyków na scenie, wpadających niemal w ekstazę jak panie w reklamach jogurtu tuż po wsadzeniu łyżki do ust… No i ten obowiązkowy morał walący po oczach – wokalista zaczyna coraz bardziej wierzyć w siebie, źli ludzie dookoła podpowiadają mu, żeby kopnął pozostałych w dupę i sam był panem swego losu, on daje się im namówić, za karę dotyka go straszna choroba i traci przyjaciół, ale mądrzeje w porę (no, powiedzmy…), przeprasza, zostaje ponownie przyjęty do rodziny i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza nim… I pewnie dałoby się to przełknąć, gdyby faktycznie tak było.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Clutch - Book of Bad Decisions [2018]


Amerykańska formacja Clutch istnieje od niemal 30 lat i ma już na koncie kilkanaście albumów. A jednak dla mnie to wciąż w dużej mierze zagadka. Muzycznych łatek przypina im się wiele. A to stoner rock, a to metal, a to rock alternatywny, a to blues rock czy nawet… post-hardcore. Przyznam szczerze – nie znam całej ich twórczości. Poznałem ten zespół dość późno, bo przy okazji premiery płyty Earth Rocker z 2013 roku, i do dzisiaj nie nadrobiłem zaległości. Tak już mam, że jakoś łatwiej mi je nadrabiać, gdy do odsłuchu i poznania są trzy albo cztery wcześniejsze płyty, a nie ponad dziesięć. Jednak od kilku lat śledzę poczynania zespołu w miarę uważnie i niektóre z tych gatunkowych określeń wywołują u mnie spore zdziwienie. Zakładam z góry, że w początkach swojej działalności albo na którymś jej etapie panowie mogli brzmieć inaczej i pewnie kiedyś w końcu to sprawdzę. Na razie sprawdzam to, co robią obecnie – czyli wydany we wrześniu album Book of Bad Decisions.

niedziela, 11 listopada 2018

The Brew - Art of Persuasion [2018]


Poznałem ich przy okazji wydanej w 2014 roku płyty Control. Angielskie trio w ostatnich latach działa jak w szwajcarskim zegarku, bo płyty ukazują się co dwa lata. To zresztą z wyjątkiem jednego krążka reguła w przypadku The Brew. Art of Persuasion to trzeci ich album, który poznaje już w okolicach premiery, choć już szósty (lub siódmy - zależy kto liczy) w dyskografii formacji. I gdybym nie znał dwóch poprzednich, pewnie mój odbiór nowej płyty byłby dużo lepszy. Zachwycałbym się dynamiką, rockowym czadem, świetnym łączeniem brzmień lat 70. i 90., mocą, soczystym brzmieniem… No tak, te wszystkie elementy są obecne na nowej płycie. Problem w tym, że były też obecne na poprzednich albumach i to podane w bardzo podobnej formie.

piątek, 9 listopada 2018

Greta Van Fleet - Anthem of the Peaceful Army [2018]


Przypominać dotychczasowej historii grupy Greta Van Fleet nie ma sensu. Dwie EP-ki uczyniły z młodych muzyków największą nadzieję rocka w oczach i uszach jednych oraz symbol braku inwencji i bezczelnego kopiowania wielkich w oczach i uszach drugich. Jedni ich uwielbiają, inni nienawidzą, mało kto nie ma zdania. Czyli efekt w zasadzie zamierzony. Przez dłuższy czas mówiło się o tym, że gdy w końcu ukaże się pierwsza płyta, będzie ona kompilacją nagrań z EP-ek oraz kilku nowych numerów. Tak się jednak nie stało, być może przez ogromny sukces tych małych wydawnictw, który sprawił, że wydawanie tego samego po raz kolejny zwyczajnie nie zostałoby przyjęte zbyt dobrze. Na Anthem of the Peaceful Army dostajemy zatem dziesięć zupełnie nowych kawałków.

środa, 7 listopada 2018

Black Mirrors - Look into the Black Mirror [2018]


Belgijska formacja Black Mirrors odwiedziła niedawno nasz kraj, supportując bardziej znanych kolegów (i koleżankę) z The Vintage Caravan i Wucan. Niestety podzielili los wielu supportów na średnio sprzedających się koncertach – początek ich występu widziało kilkanaście osób. Ale już gdzieś tak od połowy koncertu sytuacja się zmieniała. Nie tylko za sprawą coraz bliższego pojawienia się na scenie ich bardziej znanych kompanów, ale także dlatego, że ludziom błąkającym się jeszcze przed klubem podobało się to, co słyszeli z oddali. Nic dziwnego. Black Mirrors to prawdziwy ogień na scenie. Czwórka młodych muzyków, na czele których stoi rockowa buntowniczka – Marcella Di Troia. Miałem zresztą wrażenie, że wokalistka trochę zdominowała resztę nie tylko swoim wyglądem, ale i głosem. Na płycie ciężar dźwiga cała czwórka i sprawdza się to lepiej.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Hypnos - Set Fire to the Sky [2018]


Hypnos to szwedzka formacja, która specjalizuje się w odtwarzaniu klimatu muzyki z czasów NWOBHM. Taki kierunek zespół obiera już po raz trzeci, bo Set Fire to the Sky to właśnie trzeci album zespołu. To pierwsza płyta z nowym materiałem, na której śpiewa nowy wokalista – Linus Johansson, który zadebiutował w szeregach grupy wydanym kilka miesięcy temu krążkiem GBG Sessions, płytą typu „na żywo, ale w studiu” zawierającą w większości nowe wersje kompozycji z pierwszych dwóch albumów. Gość jest obdarzony dość klasyczną, rockową barwą. Nie jest wokalistą wybitnym, ale radzi sobie w tym niełatwym przecież repertuarze bardzo przywoicie, prezentując solidny, wysoki, choć nieco zbyt histeryczny dla mnie zaśpiew, gdy wymaga tego sytuacja, ale także niższy rejestr w niektórych numerach, co zresztą chyba sprawdza się lepiej. Solidni są też jego koledzy, którzy potrafią bardzo przyjemnie łoić i zabierać nas w coraz odleglejsze z perspektywy współczesności czasy, gdy taka muzyka święciła triumfy.

czwartek, 1 listopada 2018

Whoopie Cat - Illusion of Choice [2018]



Whoopie Cat to formacja z Australii, która dwa lata temu bardzo skutecznie weszła w orbitę moich muzycznych zainteresowań EP-ką zatytułowaną po prostu Whoopie Cat, z okładki której spoglądał na nas kolorowy futrzak. Szata graficzna prezentowała raczej minimalistyczne podejście, zaś sama muzyka nie była może przesadnie wyszukana czy nowatorska, ale bardzo solidny bluesujący rock z przyjemnym wokalem szybko wpadał w ucho i to wystarczyło, żebym zapamiętał tę nazwę. Teraz powrócili z płytą Illusion of Choice i muzycznie w zasadzie jest to kontynuacja debiutu – znowu dostajemy bardzo solidną dawkę chwytliwego blues-rockowego grania z odcieniami psychodelii.

wtorek, 30 października 2018

Glenn Hughes - Warszawa [Progresja], 29 X 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Sytuacja, w której muzyk jedzie w trasę, żeby pograć kawałki wielkiego zespołu, w którym występował przez jakiś czas milion lat temu, jest stara jak... hmm, no po prostu stara. Znamy to doskonale i doskonale też wiemy, że częściej jest to wirus nostalgiozy niż treściwy koncert na sensownym poziomie. Tak mogłoby być także w tym przypadku, gdyby nie to, że za utwory Deep Purple na obecnej trasie wziął się członek Rock and Roll Hall of Fame, jeden z najwybitniejszych wokalistów w historii rocka, tytan pracy i Głos Rocka - Glenn Hughes.

Glenn sam przyznaje się do tego, że dawno nie powinien żyć. Od połowy lat 70., czyli okresu, w którym grał w Deep Purple, do końca kolejnej dekady prowadził mocno rockandrollowy tryb życia, który dla tak wielu skończył się tragicznie, że wspomnimy choćby jego kolegę (czy, jak woli Glenn, brata) z Purpli, Tommy'ego Bolina. A potem w końcu stwierdził, że skoro los daje mu kolejne szanse, to wypadałoby zacząć je wykorzystywać. Wziął się w garść, zaczął znowu nagrywać kapitalną muzykę, a teraz postanowił pojechać w trasę, podczas której wykonuje wyłącznie utwory Deep Purple. Co więcej, wymyślił sobie koncert, w trakcie którego przenosi nas bardzo skutecznie do czasu, gdy był basistą i wokalistą tej grupy - z dużą dbałością o szczegóły.

czwartek, 25 października 2018

Automatism - From the Lake [2018]

From the Lake to pierwszy album szwedzkiego instrumentalnego kwartetu Automatism. Trafiłem na nich, jak to często bywa, przypadkiem, a moją uwagę zwróciła, jak bywa równie nierzadko, okładka. Intrygująca, uspokajająca, zabierająca moje myśli daleko od miejskiego hałasu i smogu. Pomyślałem, że tak ładny obrazek nie może zdobić kiepskiej płyty. Miałem racje. From the Lake zaintrygowało mnie od pierwszego odsłuchu, a z każdym kolejnym zyskuje coraz bardziej.

Choć Automatism to kwartet, panów w nagrywaniu albumu wspomagało jeszcze kilku znajomych. Jak piszą muzycy formacji, szukają chwil, w których muzyka „gra się” sama, bez żadnego wysiłku – i te właśnie chwile próbują rejestrować. Płytę nagrali na żywo, improwizując w studiu nagraniowym, a potem dograli jeszcze trochę ścieżek dla uzupełnienia brzmienia. Efektem jest sześć kompozycji, które w sumie oferują czterdziestoczterominutową instrumentalną podróż muzyczną. Wśród tagów, które znajdziemy na profilu grupy w serwisie bandcamp, są takie określenia jak „experimental”, jazz rock”, „krautrock”, „psychedelic rock” czy spacerock”. To w jakiejś części oddaje charakter muzyki grupy, choć chyba nie do końca. Ja powiedziałbym, że to bardzo przyjemna, długimi fragmentami mocno hipnotyczna mieszanka psychodelii i niezbyt ciężkiego post-rocka.