czwartek, 20 lipca 2017

Skunk - Doubleblind [2017]



Doubleblind to pierwszy album amerykańskiej formacji Skunk. Debiutanci? No raczej nie. Patrząc na panów, debiuty muzyczne mają już dawno za sobą. To grupa doświadczonych gości, którzy zapewne w niejednej formacji wcześniej grali. Ale to tylko moje domysły, bo znalezienie jakichkolwiek informacji o ich muzycznej przeszłości z perspektywy gościa piszącego o muzyce gdzieś na drugim końcu świata graniczy z cudem. Skupmy się zatem na faktach. Dwa lata temu wydali swoje demo Heavy Rock from Elder Times, na którym znalazło się sześć numerów. Cztery z nich zespół nagrał ponownie, dodał cztery kolejne i mamy album Doubleblind.

środa, 19 lipca 2017

Mythic Sunship - Land Between Rivers [2017]



Mythic Sunship to duńska formacja specjalizująca się w długich kompozycjach osadzonych w klimatach ciężkiej psychodelii. Bardziej niż struktura utworu liczą się tu emocje, wyobraźnia i spontaniczność. Land Between Rivers to już piąty krążek zespołu, wydany ledwie rok po poprzednim, pomysłów więc – jak widać – nie brakuje. Przyznam, że nie miałem wcześniej styczności z tą grupą, trafiłem na nich dopiero niedawno, gdy rozpocząłem intensywniejsze wykopaliska na muzycznej mapie Danii. Już widzę, że wykopaliska te będą niezwykle owocne, bo na dzień dobry trafiam na taką perełkę. Przygotujcie się  na niezły odlot z intensywnymi doznaniami po drodze.

piątek, 14 lipca 2017

The Myrrors - Hasta la Victoria [2017]



Do posłuchania płyty Hasta la Victoria skłoniła mnie kapitalna, bardzo klimatyczna okładka tego albumu. Nie znałem wcześniej formacji The Myrrors, choć zespół z Arizony ma już na koncie kilka krążków i panowie na pewno nowicjuszami nie są. Po raz kolejny okazało się, że jeśli okładka zwraca moją uwagę tak bardzo, że postanawiam słuchać w ciemno płyty kompletnie nieznanej mi formacji, to i sama muzyka ma wszelkie szanse mnie oczarować. Oczarowała, o rany, oczarowała! Na Hasta la Victoria jest absolutnie wszystko, czego szukam w muzyce z pogranicza psychodelii i brzmień folkowych. Ale może po kolei…

środa, 12 lipca 2017

Adrenaline Mob - We the People [2017]



Przyznaję, że formacją Adrenaline Mob w dużej mierze przestałem się interesować po odejściu z niej Mike’a Portnoya. Ani słaba druga płyta, ani seria zmian w składzie (w niektórych przypadkach wymuszonych) nie sprzyjały zmianie tej sytuacji. Być może debiut tego zespołu – Omertá – nie zawierał muzyki przesadnie wyszukanej, ale było tam sporo dobrych, mocnych rockowych kawałków, do których dobrze machało się różnymi częściami ciała. Takich, przy których kapitalnie krzyczy się na koncercie, co zresztą sprawdziłem osobiście w 2012 roku w krakowskim klubie Studio. Mówiąc szczerze, do nowego krążka podszedłem bez jakichkolwiek oczekiwań – na zasadzie: włączę, może coś mi się spodoba. To chyba najlepsze możliwe nastawienie w przypadku tej grupy. Ale i ono niestety nie przyniosło zbyt pozytywnych efektów.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Labyrinth - Architecture of a God [2017]



Żaden ze mnie fan power metalu. W zasadzie to poza nielicznymi wyjątkami żaden ze mnie fan jakiegokolwiek metalu. Ale jednak tak się jakoś złożyło, że w okolicy liceum trafiłem na włoską formację Labyrinth. Odwiedzałem wówczas często budkę z kasetami na radomszczańskim bazarku (to już czasy oryginałów, nie taktowskich podróbek za 14000 złotych) i pewnego dnia pan kasetosprzedawca włączył coś, mówiąc, że to powinno mi się spodobać. Nie do końca wiem, skąd u niego taki pomysł, bo przecież nigdy wcześniej nie kupowałem kaset powermetalowych, a w tamtym okresie zaczynałem właśnie przygodę z Iron Maiden, ale włączył i okazało się, że faktycznie – spodobało mi się. Po krótkim odsłuchu kupiłem wtedy dwie kasety Labyrinth – Return to Heaven Denied i nową wtedy Sons of Thunder. Słuchałem ich w tamtym okresie dość często, po kilku latach zamieniłem sobie nawet wysłużone kasety na płyty CD. Ale nigdy nie zagłębiłem się bardziej w ten gatunek, nigdy też nie sięgnąłem po żadne z kolejnych wydawnictw Labyrinth, być może zniechęcony trochę ciągłymi zmianami w składzie grupy (w tym tymczasowym odejściem lidera Olafa Thörsena oraz – już dużo później – wokalisty Roba Tyranta). Jednak od czas do czasu wciąż wracam do tych dwóch albumów, bo ta mieszanka chwytliwego włoskiego power metalu z mocno klawiszowym rockiem progresywnym w stylu wczesnego Dream Theater ma w sobie jednak coś przyjemnego. Architecture of a God to ósmy krążek formacji, pierwszy od 2010 roku. No dobrze, w sumie czemu nie spróbować?

piątek, 7 lipca 2017

Hair of the Dog - This World Turns [2017]



Ze szkockim triem Hair of the Dog zetknąłem się po raz pierwszy, gdy zespół wydał swoją drugą płytę – The Siren’s Song. Uwagę przykuwała psychodeliczna okładka, ale w jeszcze większym stopniu po prostu świetna muzyka zawarta na tamtym albumie. Z miejsca stali się jednym z moich ulubionych zespołów europejskiej sceny retro/hardrockowej. Oczywiście wraz z tym przychodzą oczekiwania. I tu często pojawia się problem, bo zespoły, które raz oczarowały, czasami zwyczajnie nie mają w sobie drugiej tak udanej płyty i z czasem entuzjazm zarówno muzyków jak i fanów nieco opada. Nie tym razem jednak – Hair of the Dog za kilka dni wydadzą swój trzeci album, zatytułowany This World Turns, i już teraz wiem, że jest to wydawnictwo, na które warto było czekać.

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Afghan Whigs - In Spades [2017]



Ten blog, o czym stali bywalcy zapewne już wiedzą, nie jest ani profesjonalnym portalem muzycznym, ani nie pretenduje do zawodowego dziennikarstwa. Bo i niby czemu miałby, skoro na tym nie zarabiam? Dlatego nie czuję specjalnej potrzeby zagłębiania się w meandry historii wszystkich opisywanych przeze mnie zespołów, ekspresowego przesłuchiwania całej dyskografii wykonawcy, który właśnie wydał interesującą mnie płytę oraz dokonywania innych generalnie chwalebnych czynów, których zapewne wymagałby profesjonalizm. Siadam do odsłuchu płyty i czasem mam się do czego odwoływać, a czasem nie. Stąd często z czystym sumieniem przyznaję się, że twórczość tego czy tamtego zespołu jest mi zupełnie obca, choć czasem być może nie powinna. Tak jest właśnie tym razem. The Afghan Whigs to formacja z około trzydziestoletnim stażem, a jednak In Spades, ich tegoroczny album – ósmy w ich dorobku – jest pierwszym, który poznałem. Obiły mi się o uszy jakieś pojedyncze utwory, mniej więcej miałem pojęcie, jakiego rodzaju muzykę zespół ten wykonuje, ale te zasłyszane gdzieś kompozycje nigdy nie przekonały mnie, żeby sięgnąć po którąkolwiek z wcześniejszych płyt w całości. Zatem moje poniższe wrażenia są absolutnie pozbawione jakichkolwiek odniesień do ich wcześniejszych płyt i jest mi z tym bardzo w porządku.

sobota, 1 lipca 2017

Moonbow - War Bear [2017]



Moonbow to nazwa, która jeszcze do niedawna nie mówiła mi absolutnie nic, tymczasem okazuje się, że jest to formacja składająca się z muzyków, którzy swoje już zrobili wcześniej w innych zespołach i absolutnie nie są nowicjuszami. Wystarczy wspomnieć grupy takie jak Valley of the Sun czy The Afghan Whigs. Być może okładka nowej płyty tego zespołu, War Bear, niebezpiecznie zbliża się do granicy oddzielającej „fajny klimat” od kiczu, ale kiedy już album włączymy, okazuje się, że muzycznego kiczu absolutnie tu nie znajdziemy. A co w takim razie znajdziemy? Mnóstwo świetnego gitarowego łojenia, rasowy głęboki wokal i sekcję, która kapitalnie napędza wszystkie numery.

czwartek, 29 czerwca 2017

Samsara Blues Experiment - One with the Universe [2017]



Mój romans z niemiecką grupą Samsara Blues Experiment naznaczony jest wzlotami i upadkami. No dobrze, w zasadzie to jednym wzlotem i jednym upadkiem. Poznałem ich muzykę kilka lat temu, przesłuchałem parę numerów z pierwszych płyt i spodobało mi się to, co usłyszałem. Byłem bardzo zadowolony, kiedy okazało się, że będą grali na Red Smoke Festival w Pleszewie – imprezie, z kapitalnym klimatem, gdzie tego typu zespoły, grające w rejonach stoner/doom/psych czują się świetnie. Tyle że sam występ niestety był dla mnie lekkim rozczarowaniem i nie do końca potrafię stwierdzić czemu. Być może zagrali dla mnie trochę zbyt ciężko, może zaważyła bardzo kiepska pogoda, a może po prostu byłem już zmęczony po całym dniu koncertowania i hmm „kontaktów towarzyskich”. W każdym razie efekt był taki, że wymęczyłem się trochę i głównie właśnie to zmęczenie pamiętam z tamtego występu, choć starałem się mocno wbić w klimat muzyki płynącej ze sceny. Tymczasem grupa zapowiedziała na ten rok premierę nowej płyty i mimo wszystko ucieszyłem się, pamiętając, że przecież bez względu na wrażenia z jedynego koncertowego spotkania z SBE, studyjnie od początku mi się podobali. I tym samym przechodzimy z tej krótkiej historyjki do płyty One with the Universe – czwartego studyjnego krążka Samsara Blues Experiment.

wtorek, 27 czerwca 2017

Pristine - Ninja [2017]



Norweską formację Pristine poznałem przy okazji premiery poprzedniej płyty – Reboot. Kapitalnie połączyli klimat klasycznego blues-rocka i psychodelii, tworząc retro mieszankę na naprawdę wysokim poziomie. Trafili w mój gust, nic więc dziwnego, że załapali się do mojego rankingu ulubionych płyt 2016 roku. Reboot był w pewnym sensie przełom dla zespołu, czego dowodem była też wspólna europejska trasa z – nie bójmy się tego określenia – współczesnymi gwiazdami retro rocka, grupą Blues Pills. Być może Pristine nie są jeszcze tak znani szerokiej publiczności, ale to może być kwestią czasu – w końcu ogólny zarys muzyczny jest w obu przypadkach dość podobny, obie formacje mają na czele panie z mocnym, charakterystycznym wokalem oraz zdolnych instrumentalistów, którzy bez problemu przenoszą słuchaczy niemal pół wieku wstecz. Ninja – czwarty album Pristine, wydany nakładem znanej (choć do niedawna głównie z premier mocno metalowych) niemieckiej wytwórni Nuclear Blast – to krążek, który ma wszelkie szanse znacznie poszerzyć grono fanów zespołu.