poniedziałek, 29 maja 2017

Siena Root - A Dream of Lasting Peace [2017]



Bez najmniejszych wątpliwości A Dream of Lasting Peace to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów zapowiedzianych na ten rok. Śledzę poczynania Siena Root od dobrych siedmiu lat i to jest jeden z tych zespołów, które nigdy nie zawodzą, a jednocześnie nigdy też do końca nie wiadomo, czego spodziewać się po nowym wydawnictwie (oprócz – rzecz jasna – tego, że będzie bardzo dobre). Grali już mocno psychodelicznie, grali w stylu długich hardrockowych improwizacji, grali też z mocnym posmakiem muzyki azjatyckiej. Ich poprzedni album, Pioneers, był głębokim ukłonem w kierunku klasyków hard rocka, takich jak Deep Purple. Biorąc pod uwagę pewną stabilizację składu grupy (w porównaniu do poprzedniego krążka zaszła zmiana jedynie na stanowisku wokalisty, choć obaj panowie śpiewający w ostatnich latach w zespole dysponują dość zbliżoną barwą głosu), można było spodziewać się kontynuacji tego kierunku. Tak po części jest, ale A Dream of Lasting Peace, szósty studyjny krążek grupy, z pewnością nie jest kopią Pioneers.

piątek, 26 maja 2017

PH - Eternal Hayden [2017]



PH to formacja z Finlandii, która do tej pory funkcjonowała i wydawała płyty (trzy) pod szyldem Mr. Peter Hayden. Płyty niełatwe w odbiorze, skierowane raczej do dość wąskiej grupy słuchaczy lubiących gęste, przytłaczające post-metalowe brzmienia z dużą dozą cholernie ciężkiej psychodelii. Być może panowie poczuli z czasem, że formuła już się wyczerpuje, bo po coraz dłuższych i mniej przystępnych płytach postanowili nie tylko wydać album dużo skromniejszy objętościowo, ale także oznaczony szyldem PH, który do tej pory pojawiał się jako logo grupy podczas koncertów. A zatem nowy początek. No, tak prawie, bo zarówno tytułem płyty, jak i pierwszym na niej numerem Finowie jednak wracają do swojej niezbyt odległej przeszłości.

czwartek, 25 maja 2017

Humulus - Reverently Heading into Nowhere [2017]



Humulus to trio z Brescii, które istnieje już od ośmiu lat, choć jego dorobek jak do tej pory zamykał się w jednej dużej i jednej małej płycie. Revenrently Heading into Nowhere to zatem drugie pełnowymiarowe wydawnictwo Włochów. Panowie reklamują swoją muzykę hasłem: tłuste riffy, mocny fuzz i mnóstwo piwa. Ja dodałbym do tego jeszcze całkiem mocne skłonności do psychodelicznych odlotów oraz sporą umiejętność tworzenia dobrych melodii.

Z okładki płyty nadciąga w naszym kierunku groźny nosorożec (dla zdolnych językowo zabawa w skojarzenia okładkowo-tytułowe) i trzeba przyznać, że muzyka Humulus jest momentami równie ciężka jak on. Faktycznie riffy dostajemy mocno sabbathowe, gitara i bas przyjemnie buczą w dołach, a perkusja nadaje całości dodatkowej mocy. Ale jeśli spodziewaliście się mocnego, jednostajnego łojenia przez cały album, to muszę was rozczarować/uspokoić. Już pierwszy z sześciu zawartych na tym krążku numerów – Distant Deeps or Skies – pokazuje, że formacji nieobce jest też spokojniejsze, bardziej klimatyczne granie. Owszem, początek i koniec to mocne przyłożenie, ale część środkowa stanowi bardzo przyjemną odmianę. Szybko też zwraca na siebie uwagę wokalista (i gitarzysta) grupy, Andrea Van Cleef. W Catskull demonstruje z jednej strony bardzo przyjemną barwę w spokojnych „dołach”, jak i solidne, mocniejsze ryknięcie, które jednak absolutnie nie kaleczy uszu. To miła odmiana, bo często zespoły grające w takim stylu świetnie radzą sobie w sferze instrumentalnej, ale im mniej wokalu, tym lepiej dla wszystkich słuchających. Tu jest zupełnie inaczej. Wokal absolutnie nie psuje ogólnego wrażenia ani nie niknie przykryty ścianą dźwięku.

środa, 24 maja 2017

Snakecharmer - Second Skin [2017]



Kilka lat temu paru weteranów sceny hardrockowej postanowiło pograć razem w starym stylu i założyło formację o tragicznej nazwie Monsters of British Rock. Na szczęście szybko ją porzucono, a zespół przechrzczono na Snakecharmer – słowo natychmiast kojarzące się odpowiednio w środowisku rockowym i kierujące oczekiwania słuchacza na właściwe tory. W składzie znaleźli się zawodnicy, których faktycznie wstyd nie znać – basista Neil Murray (oryginalny skład Whitesnake, Black Sabbath, wieloletni współpracownik Gary’ego Moore’a i Briana Maya), gitarzyści Mickey Moody (oryginalny skład Whitesnake) i Laurie Wisefield (drugi klasyczny skład Wishbone Ash), perkusista Harry James (Thunder), a także klawiszowiec Adam Wakeman (z tych Wakemanów). Za mikrofonem stanął mniej znany od swoich kolegów, ale także doświadczony na rockowych scenach Chris Ousey. Po jakimś czasie miejsce Moody’ego zajął Simon McBride, gitarzysta może mniej znany, ale na pewno wiedzący co robić, kiedy bierze gitarę do ręki. I taki skład prezentuje nam się na drugim krążku formacji Snakecharmer, zatytułowanym Second Skin. A co od panów dostajemy? W zasadzie dokładnie to, czego należało się spodziewać, co ma oczywiście swoje dobre i złe strony.

wtorek, 23 maja 2017

Tune - Łódź [ŁDK], 21 V 2017 [galeria zdjęć]

Łódzka formacja Tune to bezsprzecznie jedno z najciekawszych zjawisk ostatnich lat na polskiej scenie rockowej. Grają nietuzinkowo, znakomicie łączą tajemniczo-psychodeliczne klimaty ze świetnymi, wpadającymi w ucho melodiami, a często wręcz z przebojowością. W trzymaniu wysokiego poziomu niewątpliwie pomaga to, że w grupie jest sceniczne zwierzę w postaci wokalisty Jakuba Krupskiego, który nie dość, że jest urodzonym showmanem, to jeszcze śpiewa po angielsku, a nie po angielskiemu. Kapitalna barwa głosu też nie przeszkadza. Fantastyczne kompozycje wypadają świetnie także na żywo, o czym można się było przekonać w sali Łódzkiego Domu Kultury przy okazji finału IV edycji Rockowania. Tune zaprezentowali set złożony z nieco ponad połowy debiutu - płyty Lucid Moments - oraz niemal całej (z wyjątkiem jednej kompozycji) płyty Identity, która moim jak zawsze niezwykle nieskromnym zdaniem jest jednym z najlepszych polskich krążków XXI wieku. Być może czasem brakowało mi w aranżacjach koncertowych klawiszy (te pojawiały się, ale często ustępowały miejsca akordeonowi, co nie dziwiło przy utworach z pierwszej płyty, ale już w przypadku kompozycji z Identity nie zawsze się według mnie sprawdzało), ale jak zawsze grupy słuchało się z wielką przyjemnością. Szybko się rozkręcili, szybko też rozruszali żywiołową, choć niestety stanowczo zbyt małą publiczność. Nigdy nie zrozumiem jakim cudem w tak dużym mieście na koncert świetnego zespołu, za który trzeba zapłacić zaledwie 15 złotych, przychodzi tak naprawdę garstka ludzi, bo na sali było może z 60 osób. A tak z innej beczki - panowie, czas już chyba na tę trzecią płytę!

poniedziałek, 22 maja 2017

Airbag - Warszawa [Progresja], 20 V 2017 [galeria zdjęć]

Polska to szczególne miejsce dla norweskiej formacji Airbag. To tu jeszcze w początkach swojej działalności zupełnie nieznani wtedy muzycy spotkali się z niesamowicie ciepłym przyjęciem na jednej z pierwszych edycji Ino-Rock Festival. Nic dziwnego, że grupa wraca do nas przy każdej nadarzającej się okazji, a tych - trzeba przyznać - nie ma zbyt wielu, bo muzycy Airbag są aktywni zawodowo i koncertują niezwykle sporadycznie. Tym razem wizyta w naszym kraju (przełożona o kilka miesięcy ze względu na nagłe problemy zdrowotne jednego z muzyków w dniu, gdy formacja wybierała się początkowo do Polski) zbiegła się w czasie z premierą drugiej solowej płyty głównego kompozytora i gitarzysty Airbag, Bjørna Riisa. Miałem cichą nadzieję, że może skoro w nagrywaniu jego solowych płyt i tak biorą udział pozostali dwaj stali członkowie grupy, to do koncertowej setlisty zespół przemyci coś także z tego krążka, panowie pozostali jednak przy materiale sygnowanym nazwą zespołu. Wspomniałem o trzech członkach. Od ostatniej wizyty skład grupy uległ zmianie. Kilka miesięcy temu odszedł basista, a jakiś czas wcześniej z zespołem pożegnał się także klawiszowiec. Obaj zostali zastąpieni przez muzyków koncertowych, towarzyszących stałemu triu, przy czym zamiast klawiszy, mamy teraz w zespole trzy gitary. I tu nie jestem do końca pewny czy takie rozwiązanie mi odpowiada, bo choć nowy gitarzysta formacji starał się momentami bardzo mocno wydobywać ze swojego instrumentu dźwięki nawiązujące do klawiszowego tła niektórych kompozycji zespołu, to jednak brak partii klawiszowych i tak zdecydowane przechylenie balansu brzmienia na stronę gitar nie do końca mi odpowiada.

niedziela, 21 maja 2017

Soup - Remedies [2017]



Przyznam, że zespół Soup był mi kompletnie nieznany do niedawna. Pierwszy raz obili mi się o oczy, kiedy okazało się, że okładka ich nowej płyty dość mocno przypomina zdjęcia z niedawnej sesji Stevena Wilsona. No cóż, nie jest to przypadek, bo zdjęcia robił ten sam człowiek, czyli Lasse Hoile, w dodatku w podobnym czasie. Gdy czytałem o tej grupie, przemknęła mi także informacja, że przy wcześniejszym materiale jako producent z zespołem pracował gitarzysta bardzo lubianej przeze mnie grupy Motorpsycho. To wystarczyło, żeby wzbudzić pewne zainteresowanie, choć skłamałbym, gdybym powiedział, że czekałem na najnowszą płytę Soup zatytułowaną Remedies. Odsłuchałem ją też w zasadzie nieco przypadkowo, bo akurat link do odsłuchu trafił się, gdy zastanawiałem się, co właśnie włączyć. Spróbuję – czemu nie? Do płyty Remedies podszedłem bez żadnych oczekiwań, ale i bez uprzedzeń – kartka najbielsza z możliwych, bo było to moje pierwsze zetknięcie z ich twórczością. Jak ja lubię takie przypadki! Trafianie na takie albumy to najlepsze, co może spotkać człowieka poszukującego nieustannie ciekawych płyt. To nagroda za to, że nie bierze się tylko tego, co proponuje mainstream, ale grzebie się głębiej.