środa, 11 lipca 2018

Dead Man's Eyes - Words of Prey [2018]


Words of Prey to pierwszy album długogrający niemieckiej formacji Dead Man’s Eyes, która wydawniczo zadebiutowała EP-ką Meet Me in the Desert wydaną w 2013 roku. Choć tak długo to znowu ta płyta nam nie gra, bo ledwie o kilka minut przekracza pół godziny. Taka jednak teraz moda wśród grup obracających się w klimatach retro/psych i ja w zasadzie nie mam nic przeciwko tej modzie. Lepszy lekki niedosyt niż absolutny przesyt. Ważne, żeby muzycznie i brzmieniowo wszystko się zgadzało. A tu się zgadza – byłem o tym przekonany już od pierwszego odsłuchu Words of Prey.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Low Hums - Night Magic Wine / Shine Rock [2017/2018]


Low Hums to kwartet z Seattle. Seattle kojarzy nam się muzycznie dość jednoznacznie, a jeśli dodamy do tego nazwisko producenta płyty – Jacka Endino, który pracował m. in. z Soundgarden czy Nirvaną – to szybko możemy sobie wyrobić oczekiwania. Zbyt szybko. Muzyka Low Hums nie ma wiele wspólnego z rockową sceną Seattle przełomu lat 80. i 90., a raczej ze słonecznym kalifornijskim rockiem i klimatycznym, psychodelicznym, mrocznym, bagnistym bluesem południa Stanów. Night Magic Wine to 10 numerów trwających zaledwie 27 minut (zdaje się, że grupa woli taką „epkową” długość swoich wydawnictw). Znajdziemy na niej mieszankę rock alternatywnego lat 90., może nawet trochę brit-popu, ale z drugiej strony rocka garażowego końca lat 60. i psychodelicznego pop-rocka z podobnego okresu. Wszystko razem tworzy niezwykle przebojową, bardzo przyjemną mieszankę, która szybko wpada w ucho i przez nie zagnieżdża się wygodnie w głowie, z której wcale nie chce wychodzić.

piątek, 29 czerwca 2018

The Choppy Bumpy Peaches - Sgt. Konfuzius & the Flowers of Venus [2018]


Mogę dość spokojnie założyć, że The Choppy Bumpy Peaches to pierwsza formacja z Luksemburga, jaką udało mi się poznać. Kraj dla nas niemal egzotyczny, choć w sumie przecież nieodległy, do tego śmieszna nazwa i dziwaczny tytuł debiutanckiej płyty. Co mogłoby pójść źle? W zasadzie to pewnie wiele, ale na szczęście nie w tym przypadku. Debiut sekstetu, w skład którego wchodzą dwie panie i czterech panów, to płyta, do której wracam coraz chętniej z każdym kolejnym odsłuchem.

wtorek, 26 czerwca 2018

The Sledge - On the Verge of Nothing [2018]


Rockowe granie z Danii biorę w ostatnich latach niemal w ciemno, bez względu na to, czy jest to coś mrocznego i klimatycznego jak Grusom, czy może bardziej psychodelicznego jak Syreregn, albo kosmicznego jak Mythic Sunship. Niemal każdy strzał jest celny. Dlatego do pierwszej dużej płyty formacji The Sledge – grupy debiutującej płytowo pod tą nazwą, ale działającej i wydającej już wcześniej pod innym szyldem, nie zaś z nowicjuszy – podszedłem ze sporą dawką zaufania i nadziei. I miło mi poinformować, że On the Verge of Nothing nie rozczarowuje.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Death Alley - Superbia [2018]


Holenderską formację Death Alley poznałem w zeszłym roku, gdy panowie grali jako support przed warszawskim występem grupy Kadavar. Musze przyznać, że jakiegoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobili, miałem wrażenie, że było trochę zbyt hałaśliwie i chaotycznie, ale jednocześnie wyraziłem opinię, że dostrzegam szansę na to, że w wersji studyjnej ich muzyka może się prezentować lepiej niż tamtego dnia na scenie Progresji. Nie sprawdziłem tego przy okazji jedynej dostępnej wtedy płyty tej grupy, sprawdzam za to teraz, gdy pojawił się album numer dwa amsterdamskiego kwartetu – Superbia.

piątek, 22 czerwca 2018

Holy Mushroom - Moon [2018]


Nie trzeba być Sherlockiem, żeby domyślić się, jaki rodzaj muzyki może grać grupa o nazwie Holy Mushroom, dam sobie zatem spokój z przybliżaniem wam ogólnej stylistyki we wstępie i ograniczę się do podania informacji, że trio pochodzi z hiszpańskiego miasta Oviedo, w 2016 roku wydało własnym nakładem swój pierwszy album, a w tym roku światło dzienne ujrzała druga płyta, zatytułowana Moon. Oprócz tego w ostatnich tygodniach formacja dorzuciła EP-kę składającą się z dwóch niepublikowanych wcześniej utworów, ale na razie zajmę się drugim dużym albumem. Znajdziecie na nim pięć utworów trwających w sumie niemal 44 minuty, więc macie już ogólny ogląd sytuacji. Przejdźmy do konkretów.

wtorek, 19 czerwca 2018

All Them Witches - Lost and Found [2018]


Amerykańska formacja All Them Witches zdążyła już przyzwyczaić swoich fanów, że duże płyty przeplata EP-kami. A EP-ki mają swoje wady i zalety. Niewątpliwie jedną z zalet jest to, że często zespoły pozwalają sobie na nich na nieco więcej – mówiąc inaczej, umieszczają tam czasem rzeczy, które być może nie miałyby szans trafić na duże płyty. I choćby z tego powodu warto sięgnąć po Lost and Found – ten materiał po prostu brzmi zupełnie inaczej niż to, co grupa prezentowała na bardzo udanym, zeszłorocznym albumie Sleeping Through the War.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

The Watchers - Black Abyss [2018]



The Watchers to grupa wciąż dość świeża na rynku, co absolutnie nie przekłada się na brak doświadczenia muzyków. Połowę składu stanowią panowie, którzy jeszcze niedawno działali ze znakomitym skutkiem pod szyldem SpiralArms. Do tego jeszcze choćby były garkotłuk z grupy Orchid – naprawdę sporej nazwy w świecie kalifornijskiego stoner/doom rocka. Niespełna dwa lata temu zadebiutowali EP-ką Sabbath Highway, a teraz ukazał się pierwszy duży album formacji – Black Abyss. Po prawdzie wydawnictwo to czasowo wiele poza długość epkową nie wykracza, ale mamy osiem numerów trwających w sumie nieco ponad 37 minut, a trzeba napisać, że jest to 37 minut bardzo uczciwego rockowego łojenia w stylu amerykańskiego południa.

sobota, 16 czerwca 2018

Svartanatt - Starry Eagle Eye [2018]


Istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie mieliście okazji do tej pory zetknąć się bliżej z grupą Svartanatt. Kwintet ze Sztokholmu zadebiutował dwa lata temu płytą zatytułowaną po prostu Svartanatt, której… no cóż, do tej pory nie miałem okazji usłyszeć. Ale spokojnie, zaległości nadrobię w stosownym czasie, bo album numer dwa – wydana w marcu płyta Starry Eagle Eye – zdecydowanie do tego nadrabiania zachęca. Nie tylko miłą dla oka okładką, ale także przede wszystkim klasycznym, mocno oldschoolowym, ale odpowiadającym mojemu gustowi brzmieniem, łączącym sprawną pracę sekcji rytmicznej z fantastycznym, gęstym rockowym graniem na dwie gitary i organy. Czy jest w  tym graniu cokolwiek nowego? Absolutnie nie. Czy mi to w czymkolwiek przeszkadza? Absolutnie nie [2].

środa, 13 czerwca 2018

Friendship - Ain't No Shame [2018]


Historia poznania przeze mnie tej formacji przedstawia się następująco. W zeszłym roku w trakcie robienia wspólnych zakupów z kilkoma znajomymi osobami w jednym z moich ulubionych internetowych sklepów płytowych, jedna z tych osób zamówiła pierwszy krążek norweskiej formacji Friendship. „To dobre jest”, usłyszałem. Dobre i tanie, bo płyta po ostrej przecenie kosztowała ze dwa albo trzy euro. Za takie pieniądze mogę wziąć niemal w ciemno (no, jednak polegając na zdaniu osoby, która jest pewniakiem w kwestiach muzycznych). Zamówiłem i dla siebie, posłuchałem i faktycznie – dobre to jest! Dlatego po album numer dwa, wydany niedawno krążek Ain’t No Shame, sięgałem już z pewnymi oczekiwaniami i w pełni świadomie. W pełni świadomie także go polecam.