piątek, 18 września 2020

Vulkan - Technatura [2020]


Ze szwedzką for
macją Vulkan po raz pierwszy zetknąłem się, gdy cztery lata temu wypuszczali swój drugi album – Observants. Może nie poświęciłem mu wtedy tyle czasu i uwagi, ile powinienem, ale zapamiętałem tę nazwę, a to już coś. Pamiętałem ich też z ciekawej, choć niełatwej w odbiorze muzyki, która potrafiła zaintrygować nieco mrocznym klimatem. Potwierdzają to już w zmienionym składzie na swojej nowej płycie, choć do znanych już z poprzednich płyt elementów, dokładają kolejne, co niewątpliwie świadczy o chęci muzycznego rozwoju kwintetu.
 
W porównaniu z poprzednim albumem w zespole mamy trzech nowych muzyków – powrócili tylko wokalista i perkusista. Może także dlatego Technatura zdecydowanie nie jest kopią Observants. To płyta dość długa, ale potrafi skutecznie utrzymywać uwagę słuchacza swoją intensywnością, różnorodnością i klimatem. Pierwszy, od razu niemal najdłuższy numer na płycie – This Visual Hex – momentami zahacza o klimaty twórczości grupy Tool, ale jednocześnie jest w nim dużo więcej przestrzeni i lekkości niż w muzyce znacznie bardziej znanej amerykańskiej formacji, bo tam nawet w momentach spokojniejszych panuje muzyczny zaduch i uczucie, że zaraz znienacka dostaniemy w łeb, a tu niespodziewanie przebija się dźwięk fletu i klimat lekkiej psychodelii. Panowie zaczynają długą kompozycją i mogłoby się wydawać, że takie bardziej złożone rzeczy będą tu dominować, tymczasem w dalszej części płyty zespół dość często idzie w kierunku rzeczy krótszych, nie powiem, że przystępnych, ale z pewnością takich, w których muzyczna wizja zespołu wyrażana jest bardziej bezpośrednio. Z tych utworów wyróżnię singlowy Marans Ritt.
 
Nie da się jednak ukryć, że te dłuższe utwory zostają najskuteczniej w głowie i to one są esencją albumu. Moim ulubionym momentem na płycie jest chyba trzyminutowe intro w klimatach plemiennych, Klagans Snara, połączone z jazzującym z początku, dość lekkim jak na ten album, ale znakomicie płynącym Rekviem, w dodatku śpiewanym po szwedzku. Nie rozumiem ani słowa, ale szwedzki język w takiej muzyce sprawdza się fantastycznie. Utwór cały czas narasta, ale z drugiej strony do samego końca czuć tę lekkość i polot, mimo zwiększenia intensywności i ciężaru. To w sumie dziesięć i pół minuty, które pokazuje olbrzymi potencjał w muzyce grupy. Ta tendencja do odchodzenia od nieco przytłaczającego grania z początku płyty jest zresztą kontynuowana w Spökskepp, kolejnym numerze śpiewanym po szwedzku, w którym ponownie z jednej strony mamy dość intensywne bębnienie oraz mocniejszy, choć wpadający w ucho refren, ale z drugiej strony przestrzenne klawisze i nieco luźniejszy aranż w zwrotkach, dzięki czemu całość wypada bardzo korzystnie. Znakomicie brzmi także najdłuższe na albumie The Royal Fallacy. Tu niby zespół wraca momentami do tego trochę toolowego, mrocznego, dziwnego klimatu z początku płyty, ale przyjemnie kontrastuje to lżejszymi momentami, oraz nawet nieco ambientowymi klawiszami. Napiszę tak: gdyby na tej płycie znajdowały się tylko utwory numer 1, 5, 6, 7, 9 i 11, trwałaby ona niecałe 42 minuty i pewnie byłaby mocnym kandydatem do mojej tegorocznej ulubionej „dyszki”.
 
Technatura to próba przedstawienia nowoczesnego podejścia do muzyki progresywnej. Próba naprawdę udana. Mamy tu odpowiedni dla gatunku zapas rytmicznych połamańców, wielowątkowych kompozycji i solidnego łojenia, ale także smaczki takie jak wykorzystanie fletu, harmonijki czy instrumentów smyczkowych, oraz przeplatanie długich rzeczy utworami znacznie prostszymi, a motywów bardziej skomplikowanych zagrywkami wpadającymi w ucho i zbliżającymi nawet momentami muzykę grupy do rockowego mainstreamu, przez co albumu słucha się po prostu lepiej. Choć nie ukrywam, że odchudzenie tej płyty o kwadrans i zostawienie na przykład zaproponowanych przeze mnie nieco wyżej utworów, byłoby chyba całkiem niezłym pomysłem i sprawiłoby, że przynajmniej ja chętniej bym do tego krążka wracał. Jednak mimo pewnych narzekań z mojej strony muszę przyznać, że Vulkan tą płytą z pewnością utwierdził mnie w przekonaniu, że należy zwracać na ten zespół uwagę.
 
Płyty możecie posłuchać na profilu grupy na Bandcampie.
 
1. This Visual Hex (9:09)
2. Hunter/Prey (1:26)
3. Redemption Simulations (4:03)
4. Bewildering Conception of Truth (7:55)
5. Klagans Snara (2:51)
6. Rekviem (7:40)
7. Spökskepp (7:54)
8. Technatura (0:57)
9. Marans Ritt (3:18)
10. Blinding Ornaments (4:06)
11. The Royal Fallacy (10:21)
12. The Madness Sees No End (4:24)



Zapraszam na prowadzone przeze mnie w radiu Rockserwis FM audycje: Lepszy Punkt Słyszenia  w każdy piątek o 21, Radio F.L.O.Y.D. w piątek o 20 oraz na set Zona Bizona w niedziele o 16.
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji

niedziela, 6 września 2020

V/A - Women of Doom [2020]


Ile razy czytaliście albo słyszeliście, że jakiś zespół brzmi jak Black Sabbath, tyle że z żeńskim wokalem? Założę się, że mnóstwo, bo muzyka doomrockowa ma się w ostatnich latach całkiem dobrze – oczywiście mowa tu o muzycznym podziemiu – a coraz częściej zdarza się, że na czele takich formacji stoją właśnie panie. Czasem są to niepozorne dziewczyny, w które przed mikrofonem wstępuje jakiś diabeł, czasem już na pierwszy rzut oka ostre rockmanki, a czasem panie, które ewidentnie łączą śpiew w zespole z etatem w lokalnym kółku czarownic. Wszystkie tworzą razem bardzo barwną i ciekawą podziemną scenę doom rocka i doom metalu. Teraz doczekały się własnego, bardzo ciekawego wydawnictwa Women of Doom wypuszczonego przez label Blues Funeral.

czwartek, 3 września 2020

Shaman Elephant - Wide Awake but Still Asleep [2020]


Norweska wytwórnia Karisma Records zaliczyła w tym roku hat-trick – wypuściła w krótkim odstępie czasu trzy kapitalne albumy norweskich grup rockowych. O nowych wydawnictwach Airbag i Arabs in Aspic już dawno pisałem. Formacja Shaman Elephant jest nieco mniej znana, zwłaszcza od Airbag. Niewątpliwie jest nieco w cieniu tej dwójki, może dlatego właśnie i na blogu meldują się sporo po nowych płytach kolegów. Ale przyznaję – to trochę niesprawiedliwe. Choćby dlatego, że nowy, drugi album kwartetu z Bergen, to płyta, która trzy miesiące po premierze wciąż często dobiega z moich głośników.

czwartek, 20 sierpnia 2020

Buffalo Fuzz - Vol. II [2020]


Historia Buffalo Fuzz jest interesująca, choć krótka, i niestety bez happy endu, choć z bardzo udanym post-scriptum. Duet z Minneapolis wydał swoją pierwszą płytę w 2016 roku. Dwa lata później panowie Jared Zachary (wokal, gitary, bas, klawisze) i Jake Allan (perkusja) mieli już nagrany drugi album, gdy 24-letni Allan zmarł w tragicznych okolicznościach. Zachary długo zbierał się do wydania nagranego już materiału, ale w końcu w tym roku ukazała się płyta zatytułowana Vol. II, ozdobiona w dodatku okładką, która z oczywistych względów nie mogła ujść mojej uwadze.

środa, 12 sierpnia 2020

Deep Purple - Whoosh! [2020]


Gdy w 2013 roku grupa Deep Purple po ośmiu latach przerwy wydawała nową płytę, Now What?!, w zasadzie większość fanów zakładała, że będzie to ostatni album tego legendarnego zespołu. Informacja o tym, że ukaże się następca – wydany w 2017 roku krążek Infinite – była lekkim zaskoczeniem, ale w połączeniu z wieściami o ostatniej, bardzo długiej w założeniach pożegnalnej trasie, uprawdopodabniała tezę, że tym razem to już na pewno finał. Mamy rok 2020. Wirus torpeduje światową gospodarkę, branża muzyczna leży i powoli szykuje się na to samo, co stało się udziałem pewnych dużych, żarłocznych zwierzątek 65 milionów lat temu (a propos: w szkole podstawowej uczono mnie, że dinozaury wyginęły 65 milionów lat temu. Dzisiaj wciąż mówi się o takim samym czasie od tamtych wydarzeń – człowiek od razu czuje się młodszy, bo nic się w tym względzie nie zmieniło), a tymczasem ostatni wciąż funkcjonujący zespół z wielkiej hardrockowej trójki założycielskiej właśnie wydał swój dwudziesty pierwszy album. I teraz to już naprawdę bardzo wiele wskazuje na to, że będzie to ich ostatni krążek, ale nie zamierzam się z nikim o to zakładać. Mam wszystkie studyjne płyty Deep Purple i całkiem sporo koncertówek nagrywanych przez różne składy tej formacji. Nie ma w ich dyskografii płyty, której bym jakoś bardzo nie lubił, choć niewątpliwie nagrali kilka takich, do których w zasadzie nie wracam i gdybym ich nigdy więcej nie usłyszał, moje życie nie stałoby się przez to uboższe. Mam wrażenie, że nowy album plasuje się niebezpiecznie blisko tej właśnie grupy, choć z pewnością jeszcze za wcześnie, by to przesądzać.

niedziela, 9 sierpnia 2020

Forming the Void - Reverie [2020]


Pochodzący z Luizjany kwartet Forming the Void poznałem przy okazji jego trzeciej płyty – wydanego w 2018 roku albumu Rift. Zrobili na pewno pozytywne wrażenie, bo zaprezentowałem fragmenty tej płyty w swojej audycji, ale kłamałbym, gdybym twierdził, że zapadli mi w pamięć na tyle, że pamiętam dokładnie tamtą płytę i jakoś bardzo czekałem na nową. Po to świeże wydawnictwo oczywiście sięgnąłem, choćby po to, żeby ponownie wykorzystać je w radiu, ale raczej bez większej nadziei na to, że zainteresuje mnie na tyle, bym chciał o nim pisać na blogu w roku, w którym robię znacznie dokładniejszy odsiew i piszę raczej rzadko. I tak płyta „leżała” sobie na dysku, wracałem do niej co jakiś czas, prezentowałem ją w audycji ze dwa razy, aż w końcu po kilkunastu odsłuchach całości dotarło do mnie, że to może być jeden z ciekawszych tegorocznych albumów z szeroko pojętego pola stoner-doomowego.

piątek, 24 lipca 2020

Lonker See - Hamza [2020]


Mam w sumie pewien problem z dokładnym policzeniem płyt trójmiejskiej formacji Lonker See. No bo niby jest to piąta pozycja w ich dyskografii, ale jedna z poprzednich była splitem z innym bardzo dobrym polskim zespołem – ARRM – a kolejna to miks nagrań koncertowych i studyjnych. Do tego jeszcze poza tą piątką jest EP-ka i wydany w tym roku album koncertowy. Nie ma to jednak tak naprawdę większego znaczenia. Liczby nie muszą się zgadzać, nie muszą się też zgadzać etykietki, a tych muzyce grupy przypisywanych jest sporo – ambient, post-rock, psychedelic rock, space rock, jazz-rock, noise rock. Żadne z tych określeń nie oddaje w pełni charakteru muzyki kwartetu, ale już ich zbiór daje pewne pojęcie o tym, czego można się spodziewać po płytach zespołu, także po tej „nowej”.

wtorek, 21 lipca 2020

The Alligator Wine - Demons of the Mind [2020]


The Alligator Wine z pewnością nie są kolejnym typowym zespołem grającym współcześnie muzykę rockową. Choćby dlatego, że jest ich tylko dwóch. Choć muzyka grupy jest mocno zakorzeniona w klasycznych bluesowych i rockowych brzmieniach, nie ma w niej gitar – ani basowej, ani elektrycznej czy akustycznej. Grupę tworzą Rob Vitacca (wokal, instrumenty klawiszowe, perkusjonalia) i Thomas Teufel (perkusja, wokal). W skomponowaniu utworów na ich debiutancki album pomagał też producent płyty. I tyle. Więcej osób nie potrzebowali. Demons of the Mind to trzecie wydawnictwo zespołu po EP-ce demo wypuszczonej cztery lata temu i singlu z zeszłego roku, ale pierwsze, które ma szansę dotrzeć do szerszego grona odbiorców. I niewątpliwie są ku temu podstawy, bo płyty słucha się kapitalnie.

sobota, 4 lipca 2020

Buffalo Summer - Desolation Blue [2020]


Zdziwiłem się nieco, gdy przeczytałem, że Buffalo Summer to walijska formacja. Brzmią dość amerykańsko. To melodyjna, chwytliwa muzyka, mocno ukorzeniona w klasycznych, rockowych brzmieniach, ale podana w sposób tak przystępny, że z powodzeniem mogłaby się pojawiać w mainstreamowych stacjach rockowych obok takich zespołów jak Alter Bridge, przez co zakładałem, że muszą być ze Stanów. No to mnie zaskoczyli na początek. Mieli na koncie dwie płyty wydane w 2013 i 2016 roku. W tym wyszła trzecia – Desolation Blue – ozdobiona bardzo przyjemną, klimatyczną okładką. Być może jest ona przyczyną kolejnego, niewielkiego zaskoczenia, bo spodziewałem się chyba czegoś mrocznego, ponurego, może nieco przytłaczającego, a jednocześnie nawiązującego do dark folku czy może post-rocka (niekoniecznie do obu jednocześnie, bo to mogłoby być trudne). A tymczasem, jak już pisałem, jest melodyjnie, dość prosto, bez wielkich kombinacji, ale bardzo przyjemnie.

czwartek, 2 lipca 2020

Horisont - Sudden Death [2020]


Szwedzką formację Horisont znam już od kilku lat. Zaciekawili mnie swoim czwartym albumem, Odyssey, bo choć było w tym wszystkim coś mocno kiczowatego, potrafiłem wczuć się w taką konwencję i w to hardrockowo-heavymetalowe granie z mocnym akcentem „ejtisowym”, choć nawiązujące też do późnych lat 70. Powalili mnie absolutnie płytą numer pięć – About Time – do której wciąż bardzo często wracam. Pomyślałem sobie wtedy, że w końcu weszli na wyższy poziom, że z ciekawostki nawiązującej do kiczowatych lat 80. (no i trochę też na pewno do końcówki poprzedniej dekady) przeobrazili się w naprawdę kapitalny rockowy band. I choćby dlatego nieco zaniepokoiły mnie pierwsze nagrania z nowej płyty, które zespół udostępniał jeszcze przed premierą całości. Niby wszystko było w porządku, ale nic nie powalało. Po premierze płyty niestety to odczucie się nie zmieniło – niby jest w porządku, ale Sudden Death nie powala.