sobota, 4 lipca 2020

Buffalo Summer - Desolation Blue [2020]


Zdziwiłem się nieco, gdy przeczytałem, że Buffalo Summer to walijska formacja. Brzmią dość amerykańsko. To melodyjna, chwytliwa muzyka, mocno ukorzeniona w klasycznych, rockowych brzmieniach, ale podana w sposób tak przystępny, że z powodzeniem mogłaby się pojawiać w mainstreamowych stacjach rockowych obok takich zespołów jak Alter Bridge, przez co zakładałem, że muszą być ze Stanów. No to mnie zaskoczyli na początek. Mieli na koncie dwie płyty wydane w 2013 i 2016 roku. W tym wyszła trzecia – Desolation Blue – ozdobiona bardzo przyjemną, klimatyczną okładką. Być może jest ona przyczyną kolejnego, niewielkiego zaskoczenia, bo spodziewałem się chyba czegoś mrocznego, ponurego, może nieco przytłaczającego, a jednocześnie nawiązującego do dark folku czy może post-rocka (niekoniecznie do obu jednocześnie, bo to mogłoby być trudne). A tymczasem, jak już pisałem, jest melodyjnie, dość prosto, bez wielkich kombinacji, ale bardzo przyjemnie.

czwartek, 2 lipca 2020

Horisont - Sudden Death [2020]


Szwedzką formację Horisont znam już od kilku lat. Zaciekawili mnie swoim czwartym albumem, Odyssey, bo choć było w tym wszystkim coś mocno kiczowatego, potrafiłem wczuć się w taką konwencję i w to hardrockowo-heavymetalowe granie z mocnym akcentem „ejtisowym”, choć nawiązujące też do późnych lat 70. Powalili mnie absolutnie płytą numer pięć – About Time – do której wciąż bardzo często wracam. Pomyślałem sobie wtedy, że w końcu weszli na wyższy poziom, że z ciekawostki nawiązującej do kiczowatych lat 80. (no i trochę też na pewno do końcówki poprzedniej dekady) przeobrazili się w naprawdę kapitalny rockowy band. I choćby dlatego nieco zaniepokoiły mnie pierwsze nagrania z nowej płyty, które zespół udostępniał jeszcze przed premierą całości. Niby wszystko było w porządku, ale nic nie powalało. Po premierze płyty niestety to odczucie się nie zmieniło – niby jest w porządku, ale Sudden Death nie powala.

piątek, 26 czerwca 2020

Mariusz Duda - Lockdown Spaces [2020]

Obecna sytuacja wirusowa dała światu ostro w kość. Niewiele branż odczuło to tak boleśnie jak branża rozrywkowa, która dokonała niezwykłej sztuki, bo stoi i leży jednocześnie. Istnieje spora szansa, że nawet za 30 lat wszyscy będziemy krzywili się na każde wspomnienie roku 2020. Ale to wszystko ma też swoje nieliczne dobre strony. Na przykład niektórzy artyści niespodziewanie nagrali nowe płyty. W kilku przypadkach niespodziewanie także dla samych siebie. Jeszcze niedawno Mariusz Duda ogłaszał, że zamierza w najbliższych latach nagrywać pojedyncze solowe piosenki, które kiedyś w końcu złożą się na cały album wypełniony melodyjnymi utworami, opartymi głównie na brzmieniach akustycznych i właśnie na nieco bardziej „piosenkowym” brzmieniu. A tymczasem dzisiaj otrzymujemy od artysty całą płytę. W dodatku z zupełnie innej bajki niż wspomniane melodyjne piosenki. Mariusz Duda nagrał album elektroniczno-ambientowy, w klimatach mocno inspirowanych muzyką do starych gier komputerowych. Zaskoczeni? No cóż, może samym faktem, że taka płyta powstała właśnie teraz i w tajemnicy, bo tym, że Mariusz zdecydował się właśnie na taki krok, zaskoczony zupełnie nie jestem. Od lat w wywiadach czy w wypowiedziach w social mediach zdradzał swoją miłość do gier oraz do muzyki z niektórych z nich, a także wyrażał zainteresowanie stworzeniem kiedyś czegoś w tym stylu. Może i gra do tej muzyki jeszcze nie powstała, ale to tym gorzej dla branży gier.

środa, 24 czerwca 2020

High Priestess - Casting the Circle [2020]


High Priestess to żeńskie trio z Los Angeles, które powstało kilka lat temu dzięki staremu dobremu ogłoszeniu. Panie może i trafiły na siebie przypadkiem, ale wygląda na to, że dogadują się na muzycznej płaszczyźnie znakomicie, bo po udanym debiucie wskoczyły o poziom wyżej na swojej drugiej płycie, zatytułowanej Casting the Circle. Zakochałem się w tej płycie od pierwszego odsłuchu, bo jest tu w zasadzie wszystko, co lubię w tego typu muzyce. W zasadzie mogłem ten tekst napisać właśnie po pierwszym odsłuchu i nie różniłby się jakoś znacznie od tego, co czytacie w tej chwili, ale po kilkunastu kolejnych jestem jeszcze bardziej przekonany, że będzie to moja tegoroczna czołówka.

niedziela, 21 czerwca 2020

Dola - s/t [2020]


Stali czytelnicy tego bloga oraz słuchacze moich audycji wiedzą już chyba doskonale, że znacznie bardziej lubię klimaty rockowe od metalowych, a już growl czy generalnie cokolwiek podchodzącego bardziej pod wrzask niż śpiew najczęściej z miejsca pozbawia płytę szans na zaistnienie na dłużej w mojej świadomości. Doceniam, ale nie lubię. Są wyjątki, ale naprawdę nieliczne. Więc gdy wypatrzyłem u jednego ze znajomych na Spotify płytę grupy Dola, zobaczyłem okładkę i zestawiłem to jeszcze z opisami twórczości grupy na Bandcampie, wśród których znalazłem black metal, nie sądziłem, że moja przygoda z muzyką tego zespołu potrwa dłużej niż kilka minut. Ale mnie wciągnęła. Z każdym numerem podobało mi się coraz bardziej i nie zmieniał tego nawet wrzask pojawiający się w kilku kompozycjach. A po wszystkim odsłuchałem ponownie. I jeszcze raz. A potem kupiłem sobie tę płytę – jako pierwszą z wydanych w tym roku.

piątek, 19 czerwca 2020

Dool - Summerland [2020]


Dool to holenderska formacja, która zadebiutowała w 2017 roku i miała jak na razie na koncie jeden album, EP-kę i kilka singli, więc niedużo. Ale słychać, że idą ostro do przodu, bo na Summerland kwintet prezentuje się niczym sprawnie naoliwiona maszyna składająca się ze sprawdzonych już trybików. Nie jest to przypadek, bo zespół tworzą muzycy, którzy przewijali się już przez inne grupy, z których najbardziej znana (w kręgach słuchaczy interesujących się takimi klimatami) jest chyba The Devil’s Blood. Na czele formacji stoi główna kompozytorka, wokalistka, gitarzystka a okazjonalnie także klawiszowiec Ryanne van Dorst, ale w grupie – poza, rzecz jasna, sekcją rytmiczną – jest jeszcze dwóch gitarzystów, co zdecydowanie słychać, bo w kompozycjach zespołu sporo się dzieje na wielu płaszczyznach.

środa, 17 czerwca 2020

Airbag - A Day at the Beach [2020]


Czwarty album grupy Airbag – wydany w 2016 roku krążek Disconnected – był pierwszym w dorobku tego zespołu, którego nie kupiłem. Nie tylko po premierze. Nie mam go do dziś. To nie tak, że na pewno nigdy go nie kupię, ale jakoś nie czułem przez ten cały czas potrzeby, by mieć tę płytę w domu. To nie był zły krążek, ale czułem, że zespół zaczyna zjadać własny ogon, nie proponuje niczego nowego, nie ekscytuje mnie już tak, jak w Steal My Soul czy Homesick. I w zasadzie opinii o tej płycie przez te cztery lata nie zmieniłem i – będę szczery – od napisania tekstu o Disconnected pewnie nawet nie przesłuchałem tego albumu w całości. Nic zatem dziwnego, że niespecjalnie ekscytowałem się informacjami o kolejnym albumie, bo bałem się, że znowu będzie tak samo bezpiecznie i po raz kolejny trochę się rozczaruję. Na szczęście moje obawy się nie spełniły.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Hibiscus Biscuit - Reflection of Mine [2020]


Australia bardzo szybko wyrasta w moich oczach i uszach na prawdziwą potęgę podziemnej sceny retro/stoner/psych. Zachwycałem się w ostatnich latach pewnie już kilkunastoma zespołami stamtąd, a trudno sobie wyobrazić, ile tak znakomitych formacji faktycznie tam działa i do tej pory skutecznie unika mojej uwagi. Jedną z najświeższych, jakie obiły mi się o uszy, jest kwartet Hibiscus Biscuit, który powstał kilka lat temu i miał na koncie dwa single, a teraz, w marcu tego roku, w końcu zadebiutował w formacie dużej płyty albumem Reflection of Mine, który każe pokładać w tym zespole naprawdę spore nadzieje.

sobota, 13 czerwca 2020

Me and That Man - New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 1 [2020]


Projekt Me and That Man przy okazji pierwszej, wydanej trzy lata temu płyty, był swego rodzaju ciekawostką. Więcej niż o samej muzyce mówiło się chyba o tym, że Nergal postanowił nagrać płytę niemetalową. Odczucia słuchaczy były chyba dość mieszane, wiele osób wskazywało na nadmierne inspiracje takimi wykonawcami jak Nick Cave czy King Dude, choć mnie się akurat tamten album podobał. Po jakimś czasie współpraca z „tamtym facetem”, czyli Johnem Porterem, dobiegła końca i na płycie numer dwa Adam Darski proponuje nieco inny pomysł. Mamy stały zespół w międzynarodowym składzie Darski/Sasha Boole/Matteo Bassoli/Bartek Rogalewicz, mamy też w niemal każdym utworze innych artystów, którzy pomogli w nagraniach, a czasem także w warstwie kompozycyjnej czy tekstowej.

czwartek, 11 czerwca 2020

Arabs in Aspic - Madness and Magic [2020]


Trzy lata temu zespół Arabs in Aspic był dla mnie swego rodzaju ciekawostką. O, patrzcie, skoczkowie narciarscy założyli zespół i wydają płyty. Ale jajca! No dobrze. Jeden wśród nich był znany, ale on z zespołu już dawno odszedł, reszta to raczej zawodnicy bez wielkich międzynarodowych sukcesów, choć dokopałem się do informacji, że kolejny był jakiś czas rekordzistą kraju w długości lotu na skoczni mamuciej. Potem zachodziły pewne przetasowania w składzie i w sumie to ja już nie wiem, ilu z obecnych muzyków formacji to faktycznie byli skoczkowie, ale w Norwegii każdy rodzi się z nartami na nogach i pewnie w ramach zaliczenia z wuefu i tak muszą machnąć dwie stówki na mamucie z telemarkiem. Wydana w 2017 roku płyta Syndenes Magi naprawdę mi się spodobała. To taki klasyczny prog ze skandynawskim klimatem. Po raz kolejny okazało się, że w Norwegii równie dobrze, co z nartami i telemarkiem, radzą sobie z gitarami, perkusją czy organami. Po trzech latach grupa wydaje kolejny krążek – zatytułowany Madness and Magic. Przyznam, że dzięki uprzejmości wydawcy, mam te nagrania już od jakiegoś czasu, i miałem okazję osłuchać się nie tylko z bardzo obiecującymi, opublikowanymi wcześniej utworami, ale z całością. Od pierwszego odsłuchu pierwszego singla zanosiło się na naprawdę bardzo dobry album i moje nadzieje absolutnie nie zostały zawiedzione.