piątek, 21 września 2018

Riverside - Wasteland [2018]


Grupa Uriah Heep twierdziła ponad 40 lat temu w jednej ze swoich kompozycji, że „nie da się stłamsić dobrego zespołu”. Wiedzieli, co mówią, choć największe wyzwania i tragedie (a trochę ich się im trafiło) były jeszcze przed nimi. Dziś podobny podpis można umieszczać pod zdjęciem zespołu Riverside. Tria. Może trochę to trio oszukane, bo przecież i na żywo, i w studiu w wielu momentach wspomagane przez przyjaciół, ale trio. Nic dziwnego, że grupa zdecydowała się na swoim nowym albumie zagłębić w tematykę post-apokaliptyczną – tak w zakresie tekstów, jak i oprawy graficznej (to zresztą jedna z moich ulubionych okładek, jakie Travis Smith wykonał dla polskiej formacji – dotyczy to zarwno okładki płyty jak i towarzyszących jej singli). W końcu przeżyli „koniec świata”, po którym niepewnie wychodzili z bunkra na powierzchnię, by sprawdzić, czy po tym „końcu świata” da się stworzyć nowy świat, niekoniecznie taki sam, ale może równie dobry. Wasteland jest pierwszą prawdziwą próbą i fascynującym dokumentem powracania do normalności. Z szacunkiem do przeszłości, ale bez ciągłego jej rozpamiętywania.

wtorek, 18 września 2018

Onségen Ensemble - Duel [2018]


Fińska formacja Onségen Ensemble określana jest jako zespół grający rock progresywny. Nie lękajcie się jednak. Jeśli ta łatka kojarzy wam się z nudziarstwem, zbyt długimi solówkami i przerostem wszystkiego nad wszystkim, to spieszę donieść, że w przypadku tej grupy jest inaczej. Ja nazwałbym ich twórczość „muzyką niełatwą”. To może wcale nie uspokoić części z was, ale lepiej oddaje zawartość nowej płyty formacji. Zadebiutowali dwa lata temu albumem Awalaï, natomiast w czerwcu tego roku światło dzienne ujrzało wydawnictwo numer dwa – Duel. Muzycy ponownie serwują nam czterdzieści kilka minut materiału podzielonego na niezbyt wiele dość długich, złożonych kompozycji.

sobota, 15 września 2018

Ring van Mӧbius - Past the Evening Sun [2018]


„To zespół z 1971 roku, ale grający obecnie” – tego typu informację można znaleźć na facebookowym profilu norweskiego tria Ring van Mӧbius. I kapitalnie oddaje to stan faktyczny. Ja to może nawet jeszcze bym to wstecz pchnął i napisał, że z 1969. Bo wpływy debiutanckiej płyty King Crimson na muzykę norweskiego zespołu są olbrzymie, a wcale nie mniej panowie czerpią z muzyki także debiutującej w tym samym roku grupy Van Der Graaf Generator. Debiutancki album nagrany przez na oko całkiem już doświadczonych muzyków, którzy musieli grać wcześniej w innych formacjach, to kwintesencja retro-proga – gatunku w gatunku. Z zasady opartego na sprzeczności – jak coś, co jest tak wierną kopią czegoś kilkudziesięcioletniego może być progresywne? No nie może być, ale na tym właśnie polega urok retro. Lubi się te klimaty mimo, że nie ma w tym absolutnie nic odkrywczego. Czy kopiowanie nowatorskich rozwiązań samo w sobie jest nowatorskie? Ani trochę. Czy jest przyjemne dla ucha? Bardzo często. W tym przypadku jak najbardziej tak.

czwartek, 13 września 2018

Oblivious - När Isarna Sjunger [2018]


Oblivious to formacja ze Szwecji, która – jak to zazwyczaj współczesne formacje ze Szwecji – kapitalnie radzi sobie z graniem w stylu, w którym podobno nikt już dzisiaj nie gra (takie opinie mogą oczywiście wygłaszać wyłącznie nieszczęśnicy, którzy słuchają jedynie tego, co serwują komercyjne stacje radiowe, no ale sami są sobie winni, więc nie poświęcajmy im więcej miejsca…). Tu nie ma polerki brzmienia, choć jest momentami chwytliwie i wręcz przebojowo. Jest za to klasyczne, melodyjne riffowanie oraz opieranie kompozycji zarówno na instrumentalnych pojedynkach, jak i na nośnych refrenach, które z łatwością wpadają do głowy. To płyta raczej z tych, które może i nie olśnią i nie trafią do czołówek zestawień ulubionych krążków danego roku, ale z pewnością wzbudzą wiele pozytywnych emocji u fanów klasycznego rockowego grania.

wtorek, 11 września 2018

Distorted Harmony - A Way Out [2018]


Distorted Harmony to zespół z Izraela, który w ostatnich latach zdobył już całkiem niezłą pozycję w szufladce efektownego, nawet dość przebojowego progresywnego metalu. A Way Out to ich trzeci album i wydaje się, że to kolejny krok w stronę tego, by przebić się do świadomości większej liczby słuchaczy tego gatunku. Przyznaję, nie jest to muzyka, która trafia na tego bloga zbyt często. O ile jeszcze z dziesięć czy dwanaście lat temu starałem się grzebać nieco w takich muzycznych klimatach, o tyle teraz raczej tego typu dźwięki nie trafiają do mojego odtwarzacza. Ale zachowując otwartą głowę, postanowiłem spróbować. W końcu nie samym retro rockiem i psychodelią człowiek żyje.

niedziela, 9 września 2018

Aaron Lee Tasjan - Karma for Cheap [2018]


Aaron Lee Tasjan nie jest może artystą, którego nazwisko mówiłoby zbyt wiele słuchaczom w Polsce, ale gość mimo młodego wieku już od dość długiego czasu próbuje swoich sił na scenie i stopniowo buduje pozycję w branży muzycznej. Wydawał muzykę z kilkoma grupami, które choć chwalone przez krytyków, nigdy nie zdobyły większej popularności, nagrał kilka EP-ek z własnym materiałem, wreszcie przewinął się przez moment przez skład kolejnego wcielenia legendarnych New York Dolls. Od kilku lat ruszył jednak na dobre i stara się regularnie wypuszczać nowe solowe płyty. Karma for Cheap to już trzecia z nich, jednak pierwsza, z którą miałem styczność. Styczność przypadkową, ale – jak to często bywa – właśnie takie przypadki okazują się bardzo przyjemne.

czwartek, 6 września 2018

Ian Gillan & the Javelins - s/t [2018]


Ian Gillan to wokalista, który oczywiście musi kojarzyć się przede wszystkim z najbardziej znanym (oraz kilkoma mniej znanymi) składem Deep Purple. W końcu jego staż w grupie to już niemal 40 lat. Ale Gillan to także artysta o wielu muzycznych twarzach. Wydawał przecież zarówno płyty metalowe, jak i jazz-rockowe. Śpiewał chwilowo w Black Sabbath, ma na koncie płytę z masą zaproszonych sławnych gości, na której zręcznie żonglował gatunkami, do tego pracował swego czasu jako narrator przy dokumencie o Chopinie. Wszechstronny chłop. Za sprawą płyty projektu Ian Gillan & the Javelins poznajemy kolejną z tych twarzy lub też masek, w dodatku tę, którą „założył” na samym początku.

środa, 5 września 2018

Alice in Chains - Rainier Fog [2018]


Muzycy Alice in Chains nigdy nie należeli do tych, co to ledwo wrócą z trasy promującej jedną płytę, a już siedzą w studiu, nagrywając kolejną. Od samego początku fani tego zespołu musieli znajdować w sobie olbrzymie pokłady cierpliwości i zaufania, że jednak w końcu kiedyś kolejna płyta się ukaże. Tego podejścia nie zmieniła nawet wymuszona zmiana na stanowisku wokalisty. Choć William DuVall śpiewa w grupie od 2006 roku, Rainier Fog to dopiero trzeci krążek z jego udziałem. Ale to nie wyścigi, a grupy, które są w takiej sytuacji, jak Alice in Chains, na pewno nieco ostrożniej stawiają kolejne kroki. Dlatego nikt nosem nie kręcił i wszyscy fani cierpliwie czekali(śmy) na następcę kapitalnego Black Gives Way to Blue (2009) i bardzo solidnego The Devil Put Dinosaurs Here (2013). Zniecierpliwienie pojawiło się dopiero w ostatnich miesiącach, gdy grupa zaczęła prezentować kolejne single zwiastujące album, i okazało się, że spodziewać możemy się krążka naprawdę znakomitego. Po takich zapowiedziach poprzeczka powędrowała wysoko, co oczywiście stworzyło konkretny klimat podekscytowania fanów, ale też mogło zakończyć się sporym rozczarowaniem.

wtorek, 4 września 2018

Pain of Salvation [support: Kingcrow] - Kraków [Klub Studio], 2 IX 2018 [galeria zdjęć]

Szwedzka formacja Pain of Salvation może liczyć na sporą sympatię polskich fanów ciężkiej odmiany muzyki progresywnej. Potwierdził to zeszłoroczny występ zespołu na Ino-Rock Festival, podczas którego zespół dowodzony przez Daniela Gildenlöwa oczarował słuchaczy. Bardzo ciepło została także przyjęta ostatnia płyta studyjna grupy - In the Passing Light of Day. Tym razem formacja odwiedziła Polskę już niemal na samym początku kolejnej części trasy koncertowej. Przywieźli ze sobą także support - również koncertującą już wcześniej w naszym kraju włoską grupę Kingcrow. Zespoły zagrały u nas dwa koncerty - w warszawskiej Progresji i krakowskim Klubie Studio. Odwiedziny w Krakowie były strzałem w dziesiątkę, gdyż zbudowany w zasadzie od nowa Klub Studio oferuje nie tylko znakomite brzmienie, lecz także znakomite warunki do oglądania koncertów.

Pain of Salvation


wtorek, 28 sierpnia 2018

Ino-Rock Festival 2018 - Inowrocław [Teatr Letni], 25 VIII 2018 [galeria zdjęć]

XI edycja Ino-Rock Festival przebiegła pod dyktando norweskiej sceny muzycznej. Gazpacho, Soup oraz Bjørn Riis (na co dzień gitarzysta i główny kompozytor formacji Airbag) zaczarowali Teatr Letni. Wszystkie trzy zespoły mają w Polsce pokaźne grono fanów wśród bywalców festiwalu, więc spotkały się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Mnie szczególnie bliska jest muzyka formacji Soup, której ostatni album okazał się moją ulubioną płytą wydaną w 2017 roku. Koncert w Inowrocławiu potwierdził, że formacja znakomicie potrafi przenieść magię swojej muzyki ze studia na scenę. Fantastycznie zaprezentował się także lider Airbag ze swoim solowym zespołem, który jednak składa się z członków oficjalnego oraz koncertowego składu jego macierzystej formacji, nic więc dziwnego, że usłyszeliśmy zarówno utwory z solowych płyt Riisa, jak i z wydawnictw Airbag. Występ był zaskakująco zróżnicowany i dynamiczny, muszę przyznać, że podobał mi się nawet bardziej niż ostatnie koncerty Airbag. Gazpacho, którzy zagrali na koniec festiwalu i nieco przeciągnęli swój występ, zaprezentowali zarówno materiał z ciepło przyjętej nowej płyty Soyuz, jak i z poprzednich wydawnictw (m.in. Molok i Tick-Tock), a do tego uraczyli fanów udanymi wizualizacjami na ekranie z tyłu sceny towarzyszącymi muzyce grupy i dobrze współgrającymi z jej klimatem.

piątek, 24 sierpnia 2018

Black Elephant - Cosmic Blues [2018]

Black Elephant to kwartet z Włoch, który miał do tej pory na koncie dwa wydawnictwa – dostępne prawdopodobnie jedynie w formacie cyfrowym lub w bardzo limitowanym nakładzie fizycznym, bo sam zespół oferuje już w tym momencie tylko pliki. Cosmic Blues to niejako nowy początek dla zespołu, bo to pierwszy album wydany pod skrzydłami Small Stone Recordings – jednego z ciekawszych labeli na scenie stonerowo-psychodelicznej. Nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z wcześniejszymi dokonaniami grupy, ale na Cosmic Blues zdecydowanie mamy do czynienia z profesjonalną robotą i grupą, która już dobrze wie, jak chce grać, i co ważniejsze – wie, jak to robić.

środa, 22 sierpnia 2018

Grusom - II [2018]


To były bardzo długie trzy lata. Tyle czasu trzeba było czekać na drugi album duńskiej formacji Grusom. W 2015 roku absolutnie powalili mnie swoim debiutem. Właściwie już po pierwszym odsłuchu byłem pewny, że to będzie jedna z moich ulubionych płyt 2015 roku. Kilka miesięcy później okazało się, że żadna inna jej nie przebiła w moim osobistym rankingu. Płyty słucham z dużą częstotliwością po dziś dzień i z pełnym przekonaniem umieszczam w gronie najlepszych albumów XXI wieku, a zespół trafił z miejsca do grupy moich ulubionych współczesnych wykonawców. Dodam nawet nieskromnie, że udało się przekonać do tej formacji dość pokaźne (jak na moje skromne możliwości) grono czytelników bloga i słuchaczy mojej audycji w rockserwis.fm. Tak, to były bardzo długie trzy lata. Na szczęście dłużej nie trzeba już czekać. Już za kilka dni do sprzedaży trafi Grusom II i powiem wam jedno – jeśli uwielbiacie debiut tak mocno, jak ja, możecie dwójkę brać w ciemno.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Osada Vida - Variomatic [2018]


Osada Vida od lat uznawana jest za jeden z ciekawszych zespołów „polskiej sceny progresywnej” (cudzysłów celowy, bo mam poważne wątpliwości, czy taka scena faktycznie istnieje, ale to temat na inną dyskusję), ale zmiany w składzie, zwłaszcza na pozycji wokalisty, rzadko dobrze służą formacjom, które chcą wyrobić sobie pozycję w branży. Przyznam, że o ile wczesne dokonania zespołu jakiś czas temu mnie zaintrygowały, o tyle te nieco późniejsze już były mi generalnie mocno obojętne. Oczekiwań zatem nie miałem także szczególnie wygórowanych po nowym albumie grupy, pierwszym z wokalistą Marcelem Lisiakiem, prywatnie bratem basisty (i byłego wokalisty) zespołu, Łukasza. Zero ekscytacji przed odsłuchem – jak się spodoba, to fajnie. Jeśli nie, to płakać nie będę i przejdę do kolejnych płyt. Takie miałem nastawienie. I może był to dobry pomysł, bo efekt jest taki, że płyta niespodziewanie dla mnie samego przypadła mi do gustu.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Willow Child - Paradise & Nadir [2018]


Niemiecką formację Willow Child poznałem – jak to często bywa – przez przypadek. Ale był to przypadek sprowokowany. Szukaniem. Tak, misie pysie. „Jak ty wynajdujesz te wszystkie zespoły?”, słyszę często. Żeby coś znaleźć, bardzo często trzeba tego szukać. Ja na przykład szukam dobrej muzyki. Takie tam hobby. I czasem na taką właśnie trafiam. Muzyka zawarta na pierwszej dużej płycie tego kwintetu zauroczyła mnie od pierwszych momentów kompozycji otwierającej album Paradise & Nadir. Od razu też nasunęła jednoznaczne skojarzenia, które jednak w żaden sposób nie przeszkodziły mi w cieszeniu się tymi dźwiękami.

sobota, 4 sierpnia 2018

Lucifer - Lucifer II [2018]


Niemiecka formacja Lucifer zadebiutowała trzy lata temu i zdołała od razu zainteresować swoim okultystycznym retro rockiem spore grono fanów tego typu klimatów. Przyjemne, z jednej strony ciężkie, lecz z drugiej bardzo melodyjne granie i bardzo miły dla ucha głos wokalistki sprawiły, że od razu dotarli do całkiem licznej grupy odbiorców. Ale potem nastąpiło parę zmian w składzie (m.in. odejście głównego – poza wokalistą – kompozytora Gaza Jenningsa, byłego gitarzysty Cathedral), a zapowiadana płyta numer dwa jakoś się nie ukazywała. Do teraz. Album zatytułowany po prostu II już jest dostępny i zdecydowanie nie zawodzi rozbudzonych przez bardzo przyjemną Jedynkę nadziei.

środa, 1 sierpnia 2018

Welshly Arms - No Place Is Home [2018]

Pochodzącą z Cleveland formację Welshly Arms poznałem w 2015 roku, krótko po premierze jej debiutanckiego albumu. Zrobili na mnie naprawdę spore wrażenie swoją mieszanką blues rocka, R&B, nowoczesnej rockowej alternatywy czy nawet glam rocka. Nic dziwnego, że trafili do czołówki moich ulubionych płyt 2015 roku. Oczekiwania wobec kolejnych nagrań miałem więc duże i niestety dość szybko zostałem sprowadzony na ziemię. O ile niesamowicie przebojowemu singlowi Legendary nie sposób odmówić tego, że całkiem słusznie pozwolił grupie przebić się do mainstreamu, o tyle pozostałe nowe nagrania nie napawały optymizmem. Podobnie zresztą jak promocja „na bogato” ze strony wielkiej wytwórni, występy w popularnych programach amerykańskiej telewizji, wykorzystanie Legendary w reklamach, filmach, serialach, programach telewizyjnych i wszystkich innych możliwych miejscach oraz inne historie, które świadczyły o tym, że formacja „idzie w komercje”. No ale chwilunia. Przecież Rival Sons też występują w sławnych programach typu talk show, jeżdżą w trasy z największymi zespołami w historii rocka (i na pewno nie jest to tylko kwestia tego, że temu czy tamtemu muzykowi się spodobali – nie bądźmy naiwni), a przy tym absolutnie nie zaprzedali się demonowi komercji, więc i Welshly Arms sobie poradzą z pokusą, prawda? Nieprawda. No kurwa, nieprawda…

poniedziałek, 30 lipca 2018

Domadora - Lacuna [2018]


Trudno opisuje się tego typu płyty, bo nie za bardzo jest sens skupiać się mocno na poszczególnych kompozycjach, a do tego ciężko znaleźć – trochę jak w przypadku opisywanego niedawno Mythic Sunship – konkretne cechy, które odróżniałyby jeden album od drugiego. Panowie z instrumentalnego (przynajmniej na tej płycie) francuskiego zespołu Domadora po prostu wydają muzykę, która brzmi, jakby weszli sobie na malutką scenę w psychodelicznej piwnicy i przed grupką podobnych im maniaków, ledwo widoczni pod skąpym światłem i masą suchego lodu, przez kilkadziesiąt minut łoili, co tylko przyjdzie im do głowy. A przychodzą im do głowy pomysły całkiem niezłe.

środa, 25 lipca 2018

Myles Kennedy - Year of the Tiger [2018]


Year of the Tiger to pierwsza solowa płyta Mylesa Kennedy’ego. Na co dzień znamy go raczej z okazałych rockowych produkcji, które wydaje w barwach grupy Alter Bridge czy też w szeregach formacji Slasha. Tym razem Myles po raz pierwszy wędruje solo z gitarą na plecach i prezentuje nam niezwykle osobisty album naznaczony rodzinną tragedią. Jest to w pewnym sensie concept album ukazujący przeżycia rodziny Kennedy’ego w 1974 roku – roku śmierci jego ojca, który zmarł, gdyż jego przekonania religijne nie pozwalały mu na udanie się po pomoc do lekarza. Powinniśmy zatem mieć zupełnie inne podejście do nagrywania, niż w przypadku płyt Slasha czy Alter Bridge. Sugerowała to zresztą poniekąd okładka – bardzo oszczędna, klimatyczna. I niby Myles faktycznie wybrał inną ścieżkę niż z dwiema wspomnianymi grupami, ale jednak czy aż tak od nich odległą?

poniedziałek, 23 lipca 2018

Mouth - Floating [2018]


W tym samym czasie, gdy londyńskie podziemie szalało przy psychodelicznych odjazdach Pink Floyd czy Soft Machine, zasilane przypływającym do stolicy Anglii szmuglowanym towarem wzmacniającym wszelkiego rodzaju doznania, w Niemczech królował krautrock, choć podobno sami Niemcy za tym określeniem nie przepadali. Jak zwał, tak zwał – chodziło w gruncie rzeczy niemal o to samo. Podobnie jak rockowa (lub pop-rockowa) psychodelia, „kosmiczna muzyka” z Niemiec lata największych sukcesów ma już oczywiście dawno za sobą, to jednak nie znaczy, że scena zupełnie padła na ryj. Co jakiś czas wyskakuje kolejny wykonawca znakomicie czujący się w takich muzycznych klimatach. I tak oto przechodzimy do bohaterów tego tekstu – formacji Mouth. Istnieją już od kilkunastu lat, choć dorobek na razie mają dość skromny. Po kilku demówkach i singlach wydawanych niezależnie w formie cyfrowej, oraz jednej płycie dostępnej także jedynie w formie plików, zespół zadebiutował na dobre wydaną w 2017 płytą Vortex, a tym roku poprawił albumem Floating. Kolorowa, banalnie prosta, ale świetnie oddająca klimat płyty okładka, osiem numerów, niecałe 35 minut muzyki. A do tego brzmienie… Wszystko wskazuje na to, że to album sprzed niemal 50 lat, ale zwieść się nie dajcie. To jak najbardziej rzecz świeża, za to znakomicie oddająca ducha kosmicznej psychodelii.

piątek, 20 lipca 2018

The Ugly Kings - Darkness Is My Home [2018]


Darkness Is My Home to pełnowymiarowy debiut australijskiej formacji The Ugly Kings. Co prawda grupa wydała w 2015 roku płytę Of Sins, ale jej długość każe klasyfikować ją raczej jako EP-kę. Na Darkness Is My Home kwartet serwuje słuchaczom dziewięć numerów trwających w sumie 41 minut i trzeba przyznać, że przedstawia się bardzo korzystnie. Swoją muzykę określają mianem power bluesa i to w zasadzie jest trafny opis, bo na płycie znajdziemy i trochę mrocznego rocka, i nawet może odrobinę klimatów stonerowych, ale wszystko bazuje przede wszystkim na bluesowych patentach. Czyli nawet jeśli jest ciężko i głośniej, to zawsze niezwykle melodyjnie i z kapitalnym czuciem.

środa, 18 lipca 2018

Red Smoke Festival - Pleszew, 13-15 VII 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Kolejny Red Smoke Festival za nami. Impreza, która wystartowała kilka lat temu jako lokalny event robiony przez grupkę maniaków dla tylko odrobinę większej grupki maniaków, rozrosła się do miana jednego z najciekawszych festiwali w Polsce i na pewno jednej z czołowych imprez w klimatach stoner/doom/psych w Europie, o czym świadczy to, że kolejny raz organizatorom udało się ściągnąć naprawdę spore nazwy z tych gatunków. Bliskość sklepów, odkrytych basenów, aquaparku czy takiego całkiem zwyczajnego nieaquaparku (no wiecie - drzewa, staw, kaczki... te sprawy) sprawia, że znacznie przyjemniej spędza się te kilka dni pod namiotami, niż na takim Woodstocku, gdzie wszędzie daleko, w powietrzu tona piachu, kolejki na każdym kroku gigantyczne, a do tego warunki sanitarne są, jakie są. Co nie przeszkadzało mi przez wiele lat na Woodstock jeździć, no ale z wiekiem jednak człowiek robi się wygodniejszy i bardziej leniwy. To lenistwo i wygodnictwo sprawiły zresztą, że w tym roku po raz pierwszy (a była to moja czwarta edycja RSF) wybrałem nocleg w wypasionym miejscu za miastem. Biorąc pod uwagę pogodę, była to słuszna decyzja.

Mythic Sunship - Upheaval [2018]


Ci to mają tempo. Ledwie rok temu pisałem o wydanej w kwietniu zeszłego roku piątej płycie duńskiej formacji Mythic Sunship, a na początku tego roku ukazał się kolejny krążek zespołu – Upheaval. Czemu napisanie o tym wydawnictwie zajęło mi aż tyle czasu? No cóż, płyt wychodzi wiele, więc czasem po prostu wydawnictwa grup, o których niedawno już pisałem, spadają na tył kolejki. Ale prawda jest też taka, że z grupą Mythic Sunship mam pewien problem. Lubię ich muzykę, dobrze mi się jej słucha, ale… zupełnie nie jestem w stanie odróżnić od siebie kolejnych płyt.

środa, 11 lipca 2018

Dead Man's Eyes - Words of Prey [2018]


Words of Prey to pierwszy album długogrający niemieckiej formacji Dead Man’s Eyes, która wydawniczo zadebiutowała EP-ką Meet Me in the Desert wydaną w 2013 roku. Choć tak długo to znowu ta płyta nam nie gra, bo ledwie o kilka minut przekracza pół godziny. Taka jednak teraz moda wśród grup obracających się w klimatach retro/psych i ja w zasadzie nie mam nic przeciwko tej modzie. Lepszy lekki niedosyt niż absolutny przesyt. Ważne, żeby muzycznie i brzmieniowo wszystko się zgadzało. A tu się zgadza – byłem o tym przekonany już od pierwszego odsłuchu Words of Prey.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Low Hums - Night Magic Wine / Shine Rock [2017/2018]


Low Hums to kwartet z Seattle. Seattle kojarzy nam się muzycznie dość jednoznacznie, a jeśli dodamy do tego nazwisko producenta płyty – Jacka Endino, który pracował m. in. z Soundgarden czy Nirvaną – to szybko możemy sobie wyrobić oczekiwania. Zbyt szybko. Muzyka Low Hums nie ma wiele wspólnego z rockową sceną Seattle przełomu lat 80. i 90., a raczej ze słonecznym kalifornijskim rockiem i klimatycznym, psychodelicznym, mrocznym, bagnistym bluesem południa Stanów. Night Magic Wine to 10 numerów trwających zaledwie 27 minut (zdaje się, że grupa woli taką „epkową” długość swoich wydawnictw). Znajdziemy na niej mieszankę rock alternatywnego lat 90., może nawet trochę brit-popu, ale z drugiej strony rocka garażowego końca lat 60. i psychodelicznego pop-rocka z podobnego okresu. Wszystko razem tworzy niezwykle przebojową, bardzo przyjemną mieszankę, która szybko wpada w ucho i przez nie zagnieżdża się wygodnie w głowie, z której wcale nie chce wychodzić.

piątek, 29 czerwca 2018

The Choppy Bumpy Peaches - Sgt. Konfuzius & the Flowers of Venus [2018]


Mogę dość spokojnie założyć, że The Choppy Bumpy Peaches to pierwsza formacja z Luksemburga, jaką udało mi się poznać. Kraj dla nas niemal egzotyczny, choć w sumie przecież nieodległy, do tego śmieszna nazwa i dziwaczny tytuł debiutanckiej płyty. Co mogłoby pójść źle? W zasadzie to pewnie wiele, ale na szczęście nie w tym przypadku. Debiut sekstetu, w skład którego wchodzą dwie panie i czterech panów, to płyta, do której wracam coraz chętniej z każdym kolejnym odsłuchem.

wtorek, 26 czerwca 2018

The Sledge - On the Verge of Nothing [2018]


Rockowe granie z Danii biorę w ostatnich latach niemal w ciemno, bez względu na to, czy jest to coś mrocznego i klimatycznego jak Grusom, czy może bardziej psychodelicznego jak Syreregn, albo kosmicznego jak Mythic Sunship. Niemal każdy strzał jest celny. Dlatego do pierwszej dużej płyty formacji The Sledge – grupy debiutującej płytowo pod tą nazwą, ale działającej i wydającej już wcześniej pod innym szyldem, nie zaś z nowicjuszy – podszedłem ze sporą dawką zaufania i nadziei. I miło mi poinformować, że On the Verge of Nothing nie rozczarowuje.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Death Alley - Superbia [2018]


Holenderską formację Death Alley poznałem w zeszłym roku, gdy panowie grali jako support przed warszawskim występem grupy Kadavar. Musze przyznać, że jakiegoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobili, miałem wrażenie, że było trochę zbyt hałaśliwie i chaotycznie, ale jednocześnie wyraziłem opinię, że dostrzegam szansę na to, że w wersji studyjnej ich muzyka może się prezentować lepiej niż tamtego dnia na scenie Progresji. Nie sprawdziłem tego przy okazji jedynej dostępnej wtedy płyty tej grupy, sprawdzam za to teraz, gdy pojawił się album numer dwa amsterdamskiego kwartetu – Superbia.

piątek, 22 czerwca 2018

Holy Mushroom - Moon [2018]


Nie trzeba być Sherlockiem, żeby domyślić się, jaki rodzaj muzyki może grać grupa o nazwie Holy Mushroom, dam sobie zatem spokój z przybliżaniem wam ogólnej stylistyki we wstępie i ograniczę się do podania informacji, że trio pochodzi z hiszpańskiego miasta Oviedo, w 2016 roku wydało własnym nakładem swój pierwszy album, a w tym roku światło dzienne ujrzała druga płyta, zatytułowana Moon. Oprócz tego w ostatnich tygodniach formacja dorzuciła EP-kę składającą się z dwóch niepublikowanych wcześniej utworów, ale na razie zajmę się drugim dużym albumem. Znajdziecie na nim pięć utworów trwających w sumie niemal 44 minuty, więc macie już ogólny ogląd sytuacji. Przejdźmy do konkretów.

wtorek, 19 czerwca 2018

All Them Witches - Lost and Found [2018]


Amerykańska formacja All Them Witches zdążyła już przyzwyczaić swoich fanów, że duże płyty przeplata EP-kami. A EP-ki mają swoje wady i zalety. Niewątpliwie jedną z zalet jest to, że często zespoły pozwalają sobie na nich na nieco więcej – mówiąc inaczej, umieszczają tam czasem rzeczy, które być może nie miałyby szans trafić na duże płyty. I choćby z tego powodu warto sięgnąć po Lost and Found – ten materiał po prostu brzmi zupełnie inaczej niż to, co grupa prezentowała na bardzo udanym, zeszłorocznym albumie Sleeping Through the War.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

The Watchers - Black Abyss [2018]



The Watchers to grupa wciąż dość świeża na rynku, co absolutnie nie przekłada się na brak doświadczenia muzyków. Połowę składu stanowią panowie, którzy jeszcze niedawno działali ze znakomitym skutkiem pod szyldem SpiralArms. Do tego jeszcze choćby były garkotłuk z grupy Orchid – naprawdę sporej nazwy w świecie kalifornijskiego stoner/doom rocka. Niespełna dwa lata temu zadebiutowali EP-ką Sabbath Highway, a teraz ukazał się pierwszy duży album formacji – Black Abyss. Po prawdzie wydawnictwo to czasowo wiele poza długość epkową nie wykracza, ale mamy osiem numerów trwających w sumie nieco ponad 37 minut, a trzeba napisać, że jest to 37 minut bardzo uczciwego rockowego łojenia w stylu amerykańskiego południa.

sobota, 16 czerwca 2018

Svartanatt - Starry Eagle Eye [2018]


Istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie mieliście okazji do tej pory zetknąć się bliżej z grupą Svartanatt. Kwintet ze Sztokholmu zadebiutował dwa lata temu płytą zatytułowaną po prostu Svartanatt, której… no cóż, do tej pory nie miałem okazji usłyszeć. Ale spokojnie, zaległości nadrobię w stosownym czasie, bo album numer dwa – wydana w marcu płyta Starry Eagle Eye – zdecydowanie do tego nadrabiania zachęca. Nie tylko miłą dla oka okładką, ale także przede wszystkim klasycznym, mocno oldschoolowym, ale odpowiadającym mojemu gustowi brzmieniem, łączącym sprawną pracę sekcji rytmicznej z fantastycznym, gęstym rockowym graniem na dwie gitary i organy. Czy jest w  tym graniu cokolwiek nowego? Absolutnie nie. Czy mi to w czymkolwiek przeszkadza? Absolutnie nie [2].

środa, 13 czerwca 2018

Friendship - Ain't No Shame [2018]


Historia poznania przeze mnie tej formacji przedstawia się następująco. W zeszłym roku w trakcie robienia wspólnych zakupów z kilkoma znajomymi osobami w jednym z moich ulubionych internetowych sklepów płytowych, jedna z tych osób zamówiła pierwszy krążek norweskiej formacji Friendship. „To dobre jest”, usłyszałem. Dobre i tanie, bo płyta po ostrej przecenie kosztowała ze dwa albo trzy euro. Za takie pieniądze mogę wziąć niemal w ciemno (no, jednak polegając na zdaniu osoby, która jest pewniakiem w kwestiach muzycznych). Zamówiłem i dla siebie, posłuchałem i faktycznie – dobre to jest! Dlatego po album numer dwa, wydany niedawno krążek Ain’t No Shame, sięgałem już z pewnymi oczekiwaniami i w pełni świadomie. W pełni świadomie także go polecam.

czwartek, 7 czerwca 2018

Mountain Dust - Seven Storms [2018]


Dwa lata temu kompletnie mnie zaskoczyli swoją pierwszą prawdziwą dużą płytą – Nine Years. Kilka sekund po odpaleniu pierwszego utworu byłem już niemal pewny, że ten album mi się spodoba. Przeczucie nie zawiodło – płyta wylądowała w czołówce moich ulubionych krążków 2016 roku. Nic więc dziwnego, że – jak to zwykle bywa przy takich okazjach – album numer dwa był równie wysoko na liście oczekiwań tegorocznych, co naturalnie mogło się skończyć klapą i sporym zawodem, ale znowu miałem przeczucie, że to mi raczej nie grozi. Nie myliłem się. Ekipa z Montrealu, która ledwie kilka dni temu wpadła na koncert do Wrocławia (niestety przez konflikt dat koncertowych nie miałem okazji ich zobaczyć i cholernie żałuję), wydała właśnie swój drugi album – Seven Storms – który absolutnie w niczym nie ustępuje fantastycznemu debiutowi, a nawet jest chyba od niego bardziej różnorodny i jeszcze ciekawszy, a przy tym równie klimatyczny.

wtorek, 5 czerwca 2018

Church of the Cosmic Skull - Science Fiction [2018]


Niespełna dwa lata temu byli dla mnie prawdziwym objawieniem i sensacją – pojawili się znikąd, wyskoczyli z dziwną okładką i nieco paździerzowym wizerunkiem oraz kapitalną muzyką będącą połączeniem prog rocka, musicalu, klasycznego hard rocka i klimatów stonerowo-psychodelicznych. I jakimś cudem to wszystko trzymało się „kupy”. Teraz wracają z płytą numer dwa, zatytułowaną Science Fiction. I w zasadzie zmieniło się pod każdym względem bardzo niewiele. I chyba dobrze, bo tu nie za bardzo było co zmieniać.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Camel - Zabrza [Dom Muzyki i Tańca], 3 VI 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Nie jestem wielkim fanem zespołu Camel. Piszę o tym już w pierwszym zdaniu, żebyście mogli spojrzeć na ten tekst z odpowiedniej perspektywy. Bardzo lubię, momentami wręcz uwielbiam pierwsze cztery płyty tej formacji, ale reszta (z nielicznymi wyjątkami w rodzaju utworu tytułowego z płyty Stationary Traveller) nigdy nie robiła na mnie wielkiego wrażenia. To Camel, Mirage, The Snow Goose i Moonmadness są tymi wydawnictwami, które chciałem mieć na swojej półce. Nie jestem zatem "wyznawcą" wielbłądziej religii i nie użyję w opisie całości tego zabrzańskiego koncertu słów takich jak "niepowtarzalny", "genialny" czy "najlepszy". Ale odebrałem go pozytywnie i to wam chyba musi w kwestii substytutu zachwytów wystarczyć.

piątek, 1 czerwca 2018

Ghost - Prequelle [2018]


Ghost powraca. Już bez wielkiej tajemnicy dotyczącej tożsamości lidera, za to w poszerzonym składzie. W wersji koncertowej formacja ma obecnie trzech gitarzystów, dwie „ghuletki” grające na klawiszach i śpiewające w chórkach, a nawet pojawiającego się w jednym numerze saksofonistę. No jak w pomalowany pysk strzelił sytuacja z trasy Use Your Illusion Gunsów. Również brzmienie uległo pewnej zmianie, choć oczywiście odejście od mrocznego, chłodnego i przeważnie ciężkiego (choć nie zawsze metalowego) łojenia znanego z pierwszych płyt miało już miejsce na fantastycznym poprzednim albumie – Meliora – oraz przede wszystkim na EP-kach, na których grupa zawsze pozwalała sobie na niego więcej w kwestii wycieczek w świat muzyki pop i pop-rock. Tym razem te wycieczki przenoszą się także na duży album. Prequelle to opowieść o śmierci w czasach zarazy. A zaraza wiele może mieć postaci: może być roznoszona przez gryzonie powoli opanowujące miasto i zamieniające życie ludzi w piekło, może też mieć twarz samych ludzi i ich zachowań. O tym wszystkim usłyszymy na Prequelle.

poniedziałek, 28 maja 2018

Graveyard - Peace [2018]


Tej płyty miało w zasadzie nie być. Widziałem kapitalny koncert grupy Graveyard w Dreźnie, w listopadzie 2015 roku. Promowali wtedy album Innocence & Decadence, który – z perspektywy czasu – jednak cenię mniej niż choćby płytę Lights Out, wciąż pozostającą moim ulubionym krążkiem tej szwedzkiej formacji. Kilka miesięcy później panowie ogłosili, że kończą działalność. Szok dość spory, tym bardziej, że to absolutna czołówka sceny retro i jedna z tych formacji, które tę modę w muzyce zaczęły kilka lat temu przywracać. Na szczęście muzycy długo w swoim postanowieniu nie wytrwali. Lekko się przegrupowali (w ekipie jest nowy perkusista) i zapowiedzieli, że będą łoili dalej. I łoją, oj łoją.

środa, 23 maja 2018

Lunatic Soul - Under the Fragmented Sky [2018]


Historia jest już znana wszystkim zainteresowanym, więc w olbrzymim skrócie: to miał być rok Riverside (chociaż Chińczycy twierdzą, że psa), a w strefie oznaczonej tabliczką z napisem „Lunatic Soul” miało się dziać raczej niewiele. Zostały jakieś pomysły niewykorzystane w trakcie sesji nagraniowej do płyty Fractured, więc Mariusz Duda postanowił nadać im ostateczny kształt i wydać na singlu. Z singla szybko zrobiła się EP-ka, a z EP-ki w zasadzie pełnowymiarowy album. Po drodze w internecie pojawił się ładny diagram przedstawiający pewne zależności pomiędzy dotychczasowymi płytami Lunatic Soul, z którego wynika, że jeszcze na dwa wydawnictwa pod tym szyldem możemy liczyć. Do tego jednak dojdziemy kiedy indziej. Teraz przewijamy życie do końcówki maja i oto mamy Under the Fragmented Sky – płytę Lunatic Soul, której miało nie być. Ale jest. I jak dobrze, że jest.

piątek, 18 maja 2018

DeWolff - Thrust [2018]


Poprzedni krążek holenderskiego tria DeWolff – album Roux-Ga-Roux – zachwycił mnie i szturmem wdarł się do czołówki moich ulubionych wydawnictw 2016 roku, sprawiając, że DeWolff z miejsca awansowali z kolei do czołówki moich ulubionych współczesnych zespołów. Powalający koncert w Berlinie z końca 2016 roku umocnił tę pozycję. Można zatem śmiało powiedzieć, że Thrust to jeden z tych krążków, na które w tym roku czekałem najbardziej, zwłaszcza, że nowe nagrania panowie prezentowali już pod koniec 2016 roku. Na cały album przyszło nam trochę poczekać, ale zawierający 11 numerów szósty studyjny krążek DeWolff w końcu jest i z radością informuję, że spełnia moje bardzo wysokie w tym przypadku wymagania i oczekiwana.

czwartek, 17 maja 2018

A Perfect Circle - Eat the Elephant [2018]


W każdym roku trafia się kilka albumów, które robią olbrzymie zamieszanie wśród fanów rocka i w zasadzie już w chwili premiery wiadomo, że pod koniec grudnia trafią do bardzo wielu zestawień najlepszych płyt roku. Czy to z powodu samej nazwy grupy lub okoliczności (pierwsza płyta od dawna, ważna zmiana składu itd.), czy po prostu dlatego, że album jest znakomity i ludzie masowo się nim zachwycają. W tym roku jednym z takich krążków niewątpliwie jest nowy album formacji A Perfect Circle – niby w cieniu wyczekiwanego i chyba w końcu nagranego wydawnictwa grupy Tool, no ale to przecież pierwsza płyta APC od 14 lat, więc musi być o niej głośno. A głośno było tak bardzo, że zacząłem sobie myśleć – może coś w tym jest. Nic to, że nigdy nie byłem fanem tego zespołu. Nie żebym nie lubił – po prostu nigdy nie zainteresowali mnie sobą na tyle, żebym się zagłębiał w ich twórczość. Ale i poprzedni krążek wychodził w czasach, kiedy nie miałem nawyku grzebania i słuchania ponad 150 nowych płyt rocznie… W ostatnich latach często odkrywam nowe płyty znanych zespołów, których wcześniej nie słuchałem. Często przeradza się to w zainteresowanie wcześniejszą twórczością i sporą, zaskakującą dla mnie sympatię dla nowego wydawnictwa. Tym razem tak jednak nie będzie.

wtorek, 15 maja 2018

Kaiser - 1st Sound [2018]


Kaiser to trzyosobowy muzyczny walec z Finlandii. Panowie Otu, Pex i RiQ zebrali się w 2013 roku, a rok późnej wydali swoją debiutancką EP-kę. Od tamtej pory w kwestii nowej muzyki cisza, więc zapewne trio szlifowało numery na pierwszy duży album. No i w końcu je doszlifowało, a o tym, że nie był to czas stracony, świadczy jakość materiału na pierwszym długograju zespołu z Helsinek (lub Hellsinek – jak sami piszą), który ukaże się pod koniec maja. Wśród inspiracji panowie wymieniają takie formacje jak Black Sabbath, Kyuss, Sleep, Red Fang, Down, ale też Alice in Chains, Led Zeppelin czy Pink Floyd. Hmm… no nie każdy z tych wpływów słychać na muzyce zawartej na 1st Sound, ale na pewno jest ciężko, głośno, intensywnie i w dodatku przyjemnie łaskocze po bebechach.

środa, 9 maja 2018

MaidaVale - Madness Is Too Pure [2018]


Muszę przyznać, że debiutancka płyta MaidaVale – wydana w 2016 roku Tales from the Wicked West – przeleciała obok moich radarów kompletnie niezauważona. Właściwie to odkryłem ją dopiero przy okazji premiery płyty numer dwa i postanowiłem sprawdzić, co tam panie ze szwedzkiego kwartetu wymodziły dwa lata temu. I odkryłem całkiem ciekawe granie, będące do pewnego stopnia połączeniem hendrixowskiego brzmienia i klimatu z rytmami rodem z twórczości Jacka White – a wszystko podlane sosem klasycznego hard rocka i psychodelii. W zeszłym roku udało mi się zobaczyć zespół na żywo – na Red Smoke Festival w Pleszewie – ale z jakiegoś powodu występ ten mnie nie powalił. Może to wina bardzo wczesnej pory, może ogólnego festiwalowego zmęczenia? Nie mam pojęcia, ale fakt faktem, że nie wiązałem z premierą drugiej płyty kwartetu wielkich oczekiwań i nadziei. Ale płyta wyszła – nosi tytuł Madness Is Too Pure i… jest naprawdę bardzo przyjemna…

piątek, 4 maja 2018

Blackwater Holylight - s/t [2018]


Okładka, czcionka, a do tego obecność w stajni RidingEasy Records – to wszystko zwróciło moją uwagę na grupę Blackwater Holylight i jej debiutancki album. Reklama płyty i jej zbliżającej się premiery trafiała przed moje oczy tak często, że oczywiście nie mogłem tego albumu przegapić. I zupełnie nie wiem czemu, ale miałem jakieś dziwne przeczucie, że to może być coś, co mi się spodoba. To w zasadzie głupie, bo przecież opierałem się wyłącznie na tej ciekawej, ciepłej kolorystycznie okładce i psychodelicznej czcionce, nie mając pojęcia, co ten zespół prezentuje sobą muzycznie. A jednak do pierwszego odsłuchu przystąpiłem z całkiem sporymi nadziejami, co mogło być zarówno dobrym jak i złym znakiem dla tego krążka. Ładnych kilka odsłuchów całości później wracam do niego coraz chętniej i coraz częściej zaczynam myśleć, że to może być czołówka mojej listy ulubionych tegorocznych płyt.

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

Spiders - Killer Machine [2018]


Spiders to nie jest zespół, który łamie ustalony muzyczny porządek, wprowadza rewolucję w rocku, przełamuje bariery, elektryzuje nowinkami brzmieniowymi… Spiders to formacja, która gra prostego, melodyjnego i bardzo chwytliwego hard rocka. To sprawdzało się na pierwszej płycie – Flash Point z 2012 roku – sprawdzało się także na jej następczymi – Shake Electric z roku 2014 – a także podczas koncertów – a na żywo ten szwedzki kwartet widziałem do tej pory dwa razy. Nie jest więc większą niespodzianką, że sprawdza się po raz kolejny – na najnowszym albumie formacji, Killer Machine. I nawet brak niespodzianek muzycznych na tej płycie też nie jest żadną… niespodzianką.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Ugly Kid Joe [support: Yellow Cake / The Heavy Clouds] - Warszawa [Proxima], 25 IV 2018 [galeria zdjęć]

W zeszłym roku płyta America's Least Wanted grupy Ugly Kid Joe skończyła 25 lat. Tak, 25 lat! Z tej okazji panowie grają ją niemal w całości na koncertach, dodając co nieco z innych swoich wydawnictw. Tak właśnie było w Proximie. Relację słowną oraz inny zestaw zdjęć znajdziecie na stronie rockserwis.fm

Supportami były: polska formacja The Heavy Clouds oraz międzynarodowy zespół Yellow Cake, w którym śpiewa... wokalista Ugly Kid Joe.

Podziękowania dla Go Ahead za photo passa.







niedziela, 22 kwietnia 2018

Sunnata - Outlands [2018]


Polska scena psychodeliczna we wszelkich tej psychodelii odcieniach ma się całkiem nie najgorzej. Oczywiście to wciąż podziemie, ale popularność koncertów z tego typu muzyką w dużych miastach czy prawdziwy sukces festiwalu Red Smoke wskazują na to, że jest głód takich dźwięków. A że psychodelia to bardzo szerokie pojęcie, wiele osób znajdzie na tym polu coś dla siebie. Warszawska Sunnata łoi aż miło, serwując mocne riffy, opętańcze zaśpiewy, szczyptę bliskowschodnich motywów i trochę transowych, hipnotycznych klimatów. Z jednej strony gitary atakują jak walec, z drugiej ponury klimat w połączeniu z charakterystycznym wokalem prowadzą nas w kierunku północno-zachodnich Stanów początku lat 90. Na ich trzecim krążku – płycie Outlands – nie będzie ani łatwo, ani ładnie, ani tym bardziej przyjemnie. Będzie za to klimatycznie, trochę strasznie i brzydko, a czasem i przytłaczająco. Nie brzmi zachęcająco? A powinno!

wtorek, 17 kwietnia 2018

Fungus Hill - Cosmic Construction on Proxima B [2018]


Skoro są ze Szwecji, to muszą grać retro rocka, prawda? Hmm, i tak, i nie. Skoro nazywają się Fungus Hill, to musi to mieć mocno psychodeliczno-stonerowy posmak, prawda? Hmm, i tak, i nie. Skoro nowa płyta nosi tytuł Cosmic Construction on Proxima B, to na pewno jest to coś dla fanów space rocka, prawda? Hmm – zgadliście – i tak, i nie. Z zespołem Fungus Hill sprawa ma się tak, że pozory często mylą. Łatwo ich z góry zaszufladkować po nazwie, tytule płyty czy okładkach, ale kiedy posłuchamy ich twórczości uważniej, okazuje się, że wiele razy będziemy zaskoczeni. Wspomniany album to ich drugie wydawnictwo. Pierwsze – EP-ka Creatures – zainteresowała mnie w zeszłym roku na tyle, że postanowiłem mieć na nich oko. Całkiem słusznie, bo nową płytą pokazują, że mają potencjał.

sobota, 14 kwietnia 2018

Bjørn Riis - Coming Home [2018]


Wydawać by się mogło, że EP-ka to już gatunek mocno zagrożony w muzycznym środowisku. A już na pewno taka wydana w formacie cyfrowym. Ale jednak od czasu do czasu ktoś wciąż wpada na pomysł, by właśnie w takiej formie wydawać nową muzykę. Jedną z takich osób jest gitarzysta i lider grupy Airbag, Bjørn Riis. Do tego, że Riis wydaje muzykę „na boku” już się przyzwyczailiśmy. Do tego, że brzmi ona w zasadzie bardzo podobnie do twórczości Airbag – także. Nic dziwnego, wszak jest on w obu przypadkach głównym kompozytorem, a i koledzy z zespołu często wspierają go na solowych nagraniach. Riis mówił niedawno, że formuła wydawania muzyki solowej na EP-kach bardzo mu odpowiada, niewykluczone zatem, że co jakiś czas będziemy od niego dostawali 25-30 minut nowej muzyki właśnie pod taką postacią.

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Blå Lotus - Tube Alloys [2018]




Tube Alloys to pierwszy album formacji Blå Lotus. Kolejny zespół ze Szwecji grający w starym stylu? I tak, i nie. Nie da się ukryć, że brzmią bardzo klasycznie, że uwielbiają brzmienia lat 60. i 70., że znakomicie wpisują się w modę na retro rocka panującą ku mojej radości na północy Europy. Ale tę formację coś niewątpliwie wyróżnia z tej olbrzymiej masy świetnie grających szwedzkich grup – panowie z Blå Lotus nie korzystają z gitary elektrycznej! Tak, da się grać szeroko pojętego hard/prog rocka i nie korzystać z sześciostrunowca. I w dodatku brzmi to kapitalnie.

wtorek, 3 kwietnia 2018

Stone Temple Pilots - s/t [2018]


Po kilkunastu sekundach odsłuchu tej płyty pomyślałem sobie: „To brzmi jak Velvet Revolver”. Tyleż głupie, co w pewnym sensie uzasadnione skojarzenie. Głupie z jednego powodu – żaden z twórców tego albumu nie ma nic wspólnego z Velvet Revolver. Ale chwila, to przecież Stone Temple Pilots, a ich nowym wokalistą jest głosowy klon Scotta Weilanda – gościa, który obie te formacje łączył. Niełatwe zadanie stoi przed Jeffem Guttem. Jeśli on (i poziom jego sławy i uznania w środowisku) jest stopą, a sława poprzedników butami, to drobną, bardzo przeciętną jeśli chodzi o wielkość stopę musi wsadzić w buty, które mogliby nosić najwyżsi gracze NBA – i jakimś cudem nie wybić sobie zębów przy próbie chodzenia. Wchodzi do zespołu, w którym śpiewała nie jedna, ale dwie spore gwiazdy muzyki rockowej ostatnich 30 lat. Oczywiście STP utożsamiamy przede wszystkim ze zmarłym w grudniu 2015 roku Scottem Weilandem, ale nie zapominajmy także, że po drugim wywaleniu Weilanda z zespołu, przez kilka lat współpracował z grupą zmarły tragicznie w lipcu zeszłego roku Chester Bennington. Zastąpić jednego czy dwóch bardzo cenionych wokalistów to jedna sprawa – zastąpić wokalistów, którzy skończyli tak tragicznie i na zawsze stali się kolejnymi, którzy nie poradzili sobie ze sławą i na własne życzenie odeszli stanowczo zbyt młodo, to zadanie jeszcze trudniejsze, bo takie postaci zajmują w sercach fanów szczególne miejsce. Los takich grup jak Blind Melon czy INXS udowodnił, że nawet jeśli reszta składu trzyma się blisko, zadanie zastąpienia zmarłego tragicznie lidera może być misją z gatunku tych niemożliwych do wykonania. Tu tym trudniejszą, że z tych trzech formacji STP cieszyło się – śmiem twierdzić – zdecydowanie największą estymą. Zadanie staje się jeszcze trudniejsze (jeśli to w ogóle możliwe), gdy okazuje się, że nowy wokalista jest klonem tego najbardziej znanego.