środa, 14 listopada 2018

Michael Schenker Fest - Łódź [Wytwórnia], 13 XI 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Przyznam, że Michael Schenker nigdy nie należał do moich absolutnie ulubionych muzyków. Owszem - bardzo lubię pierwszą płytę Scorpions, chyba jeszcze bardziej klasyczne albumy UFO właśnie z Schenkerem w składzie, ale już jego twórczość pod szyldem MSG (oraz kolejnymi wariacjami tej nazwy) nigdy mnie nie porywała. Uwielbiam pojedyncze rzeczy, natomiast niekoniecznie potrafię zachwycać się całością. Ale jednak koncert, na który gitarzysta ściąga aż czterech wokalistów, z którymi współpracował w trakcie swojej solowej kariery, musi być godny uwagi. Wspomnianych czterech muszkieterów to Doogie White, Graham Bonnet (obaj niegdyś w Rainbow), Gary Barden i Robin McAuley.

wtorek, 13 listopada 2018

Bohemian Rhapsody [2018]


To musi być jeden z najgłośniejszych tegorocznych filmów i prawdopodobnie jeden z najbardziej wyczekiwanych obrazów wszech czasów, jeśli chodzi o biografie artystów rockowych. Temat jak marzenie, bo niewielu swoim życiem zapewniło filmowcom tyle materiału. 27 lat po śmierci lidera Queen do kin wchodzi biografia grupy – Bohemian Rhapsody. 20th Century Fox z reżyserem Bryanem Singerem (zanim go wywalono) i pod czujnym okiem muzyków Queen – Briana Maya i Rogera Taylora – stworzyli disneyowską opowiastkę o życiu jednego z najbardziej ekscentrycznych i kolorowych herosów rocka. Z jednej strony rozumiem taką decyzję – to film, na który w zasadzie można pójść całą rodziną bez narażania się na niewygodne pytania nastoletnich dzieci i bez obawy, że o piątej rano dnia następnego wraz z drzwiami wejściowymi wpadną do domu antyterroryści, żeby w asyście pomocy społecznej odebrać zdeprawowane pociechy. Obraz ten niewątpliwie sprawi, że kolejne pokolenie dowie się, kim był Freddie Mercury i jakiś procent młodych ludzi zakocha się w muzyce tej grupy być może szybciej, niż gdyby ten film nigdy nie powstał. Ale przesłodzono. Te sceny z pojednaniem się rodziny przed Live Aid, te zbliżenia na miny muzyków na scenie, wpadających niemal w ekstazę jak panie w reklamach jogurtu tuż po wsadzeniu łyżki do ust… No i ten obowiązkowy morał walący po oczach – wokalista zaczyna coraz bardziej wierzyć w siebie, źli ludzie dookoła podpowiadają mu, żeby kopnął pozostałych w dupę i sam był panem swego losu, on daje się im namówić, za karę dotyka go straszna choroba i traci przyjaciół, ale mądrzeje w porę (no, powiedzmy…), przeprasza, zostaje ponownie przyjęty do rodziny i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza nim… I pewnie dałoby się to przełknąć, gdyby faktycznie tak było.

poniedziałek, 12 listopada 2018

Clutch - Book of Bad Decisions [2018]


Amerykańska formacja Clutch istnieje od niemal 30 lat i ma już na koncie kilkanaście albumów. A jednak dla mnie to wciąż w dużej mierze zagadka. Muzycznych łatek przypina im się wiele. A to stoner rock, a to metal, a to rock alternatywny, a to blues rock czy nawet… post-hardcore. Przyznam szczerze – nie znam całej ich twórczości. Poznałem ten zespół dość późno, bo przy okazji premiery płyty Earth Rocker z 2013 roku, i do dzisiaj nie nadrobiłem zaległości. Tak już mam, że jakoś łatwiej mi je nadrabiać, gdy do odsłuchu i poznania są trzy albo cztery wcześniejsze płyty, a nie ponad dziesięć. Jednak od kilku lat śledzę poczynania zespołu w miarę uważnie i niektóre z tych gatunkowych określeń wywołują u mnie spore zdziwienie. Zakładam z góry, że w początkach swojej działalności albo na którymś jej etapie panowie mogli brzmieć inaczej i pewnie kiedyś w końcu to sprawdzę. Na razie sprawdzam to, co robią obecnie – czyli wydany we wrześniu album Book of Bad Decisions.

niedziela, 11 listopada 2018

The Brew - Art of Persuasion [2018]


Poznałem ich przy okazji wydanej w 2014 roku płyty Control. Angielskie trio w ostatnich latach działa jak w szwajcarskim zegarku, bo płyty ukazują się co dwa lata. To zresztą z wyjątkiem jednego krążka reguła w przypadku The Brew. Art of Persuasion to trzeci ich album, który poznaje już w okolicach premiery, choć już szósty (lub siódmy - zależy kto liczy) w dyskografii formacji. I gdybym nie znał dwóch poprzednich, pewnie mój odbiór nowej płyty byłby dużo lepszy. Zachwycałbym się dynamiką, rockowym czadem, świetnym łączeniem brzmień lat 70. i 90., mocą, soczystym brzmieniem… No tak, te wszystkie elementy są obecne na nowej płycie. Problem w tym, że były też obecne na poprzednich albumach i to podane w bardzo podobnej formie.

piątek, 9 listopada 2018

Greta Van Fleet - Anthem of the Peaceful Army [2018]


Przypominać dotychczasowej historii grupy Greta Van Fleet nie ma sensu. Dwie EP-ki uczyniły z młodych muzyków największą nadzieję rocka w oczach i uszach jednych oraz symbol braku inwencji i bezczelnego kopiowania wielkich w oczach i uszach drugich. Jedni ich uwielbiają, inni nienawidzą, mało kto nie ma zdania. Czyli efekt w zasadzie zamierzony. Przez dłuższy czas mówiło się o tym, że gdy w końcu ukaże się pierwsza płyta, będzie ona kompilacją nagrań z EP-ek oraz kilku nowych numerów. Tak się jednak nie stało, być może przez ogromny sukces tych małych wydawnictw, który sprawił, że wydawanie tego samego po raz kolejny zwyczajnie nie zostałoby przyjęte zbyt dobrze. Na Anthem of the Peaceful Army dostajemy zatem dziesięć zupełnie nowych kawałków.

środa, 7 listopada 2018

Black Mirrors - Look into the Black Mirror [2018]


Belgijska formacja Black Mirrors odwiedziła niedawno nasz kraj, supportując bardziej znanych kolegów (i koleżankę) z The Vintage Caravan i Wucan. Niestety podzielili los wielu supportów na średnio sprzedających się koncertach – początek ich występu widziało kilkanaście osób. Ale już gdzieś tak od połowy koncertu sytuacja się zmieniała. Nie tylko za sprawą coraz bliższego pojawienia się na scenie ich bardziej znanych kompanów, ale także dlatego, że ludziom błąkającym się jeszcze przed klubem podobało się to, co słyszeli z oddali. Nic dziwnego. Black Mirrors to prawdziwy ogień na scenie. Czwórka młodych muzyków, na czele których stoi rockowa buntowniczka – Marcella Di Troia. Miałem zresztą wrażenie, że wokalistka trochę zdominowała resztę nie tylko swoim wyglądem, ale i głosem. Na płycie ciężar dźwiga cała czwórka i sprawdza się to lepiej.

poniedziałek, 5 listopada 2018

Hypnos - Set Fire to the Sky [2018]


Hypnos to szwedzka formacja, która specjalizuje się w odtwarzaniu klimatu muzyki z czasów NWOBHM. Taki kierunek zespół obiera już po raz trzeci, bo Set Fire to the Sky to właśnie trzeci album zespołu. To pierwsza płyta z nowym materiałem, na której śpiewa nowy wokalista – Linus Johansson, który zadebiutował w szeregach grupy wydanym kilka miesięcy temu krążkiem GBG Sessions, płytą typu „na żywo, ale w studiu” zawierającą w większości nowe wersje kompozycji z pierwszych dwóch albumów. Gość jest obdarzony dość klasyczną, rockową barwą. Nie jest wokalistą wybitnym, ale radzi sobie w tym niełatwym przecież repertuarze bardzo przywoicie, prezentując solidny, wysoki, choć nieco zbyt histeryczny dla mnie zaśpiew, gdy wymaga tego sytuacja, ale także niższy rejestr w niektórych numerach, co zresztą chyba sprawdza się lepiej. Solidni są też jego koledzy, którzy potrafią bardzo przyjemnie łoić i zabierać nas w coraz odleglejsze z perspektywy współczesności czasy, gdy taka muzyka święciła triumfy.

czwartek, 1 listopada 2018

Whoopie Cat - Illusion of Choice [2018]



Whoopie Cat to formacja z Australii, która dwa lata temu bardzo skutecznie weszła w orbitę moich muzycznych zainteresowań EP-ką zatytułowaną po prostu Whoopie Cat, z okładki której spoglądał na nas kolorowy futrzak. Szata graficzna prezentowała raczej minimalistyczne podejście, zaś sama muzyka nie była może przesadnie wyszukana czy nowatorska, ale bardzo solidny bluesujący rock z przyjemnym wokalem szybko wpadał w ucho i to wystarczyło, żebym zapamiętał tę nazwę. Teraz powrócili z płytą Illusion of Choice i muzycznie w zasadzie jest to kontynuacja debiutu – znowu dostajemy bardzo solidną dawkę chwytliwego blues-rockowego grania z odcieniami psychodelii.

wtorek, 30 października 2018

Glenn Hughes - Warszawa [Progresja], 29 X 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Sytuacja, w której muzyk jedzie w trasę, żeby pograć kawałki wielkiego zespołu, w którym występował przez jakiś czas milion lat temu, jest stara jak... hmm, no po prostu stara. Znamy to doskonale i doskonale też wiemy, że częściej jest to wirus nostalgiozy niż treściwy koncert na sensownym poziomie. Tak mogłoby być także w tym przypadku, gdyby nie to, że za utwory Deep Purple na obecnej trasie wziął się członek Rock and Roll Hall of Fame, jeden z najwybitniejszych wokalistów w historii rocka, tytan pracy i Głos Rocka - Glenn Hughes.

Glenn sam przyznaje się do tego, że dawno nie powinien żyć. Od połowy lat 70., czyli okresu, w którym grał w Deep Purple, do końca kolejnej dekady prowadził mocno rockandrollowy tryb życia, który dla tak wielu skończył się tragicznie, że wspomnimy choćby jego kolegę (czy, jak woli Glenn, brata) z Purpli, Tommy'ego Bolina. A potem w końcu stwierdził, że skoro los daje mu kolejne szanse, to wypadałoby zacząć je wykorzystywać. Wziął się w garść, zaczął znowu nagrywać kapitalną muzykę, a teraz postanowił pojechać w trasę, podczas której wykonuje wyłącznie utwory Deep Purple. Co więcej, wymyślił sobie koncert, w trakcie którego przenosi nas bardzo skutecznie do czasu, gdy był basistą i wokalistą tej grupy - z dużą dbałością o szczegóły.

czwartek, 25 października 2018

Automatism - From the Lake [2018]

From the Lake to pierwszy album szwedzkiego instrumentalnego kwartetu Automatism. Trafiłem na nich, jak to często bywa, przypadkiem, a moją uwagę zwróciła, jak bywa równie nierzadko, okładka. Intrygująca, uspokajająca, zabierająca moje myśli daleko od miejskiego hałasu i smogu. Pomyślałem, że tak ładny obrazek nie może zdobić kiepskiej płyty. Miałem racje. From the Lake zaintrygowało mnie od pierwszego odsłuchu, a z każdym kolejnym zyskuje coraz bardziej.

Choć Automatism to kwartet, panów w nagrywaniu albumu wspomagało jeszcze kilku znajomych. Jak piszą muzycy formacji, szukają chwil, w których muzyka „gra się” sama, bez żadnego wysiłku – i te właśnie chwile próbują rejestrować. Płytę nagrali na żywo, improwizując w studiu nagraniowym, a potem dograli jeszcze trochę ścieżek dla uzupełnienia brzmienia. Efektem jest sześć kompozycji, które w sumie oferują czterdziestoczterominutową instrumentalną podróż muzyczną. Wśród tagów, które znajdziemy na profilu grupy w serwisie bandcamp, są takie określenia jak „experimental”, jazz rock”, „krautrock”, „psychedelic rock” czy spacerock”. To w jakiejś części oddaje charakter muzyki grupy, choć chyba nie do końca. Ja powiedziałbym, że to bardzo przyjemna, długimi fragmentami mocno hipnotyczna mieszanka psychodelii i niezbyt ciężkiego post-rocka.

wtorek, 23 października 2018

Riverside [support: Walfad, Spiral] - Warszawa [Hala Koło], 21 X 2018 [galeria zdjęć]

Polski odcinek trasy Wasteland zamknął koncert w Hali Koło, na który na oko pofatygowało się ponad dwa tysiące ludzi. Grupa prezentowała podczas koncertów cały nowy album Wasteland, choć nie w jednym bloku i nie w kolejności płytowej. Nowe nagrania były przeplatane kompozycjami z niemal wszystkich płyt zespołu, a szczególne powody do zadowolenia mieli fani płytowego debiutu Riverside, który był reprezentowany przez trzy kompozycje, w tym dawno niesłyszane Loose Heart. Warto też wspomnieć, że na fanów, którzy pojawili się w Warszawie, czekała niespodzianka w postaci występu Michała Jelonka, który zagrał na żywo swoją partię skrzypiec w kompozycji Lament. Trzeba także zwrócić uwagę na zaskakująco dobrą jakość dźwięku w hali. Podczas polskiej części trasy w roli supportów na scenie pojawiały się polskie formacje Walfad i Spiral.



poniedziałek, 15 października 2018

Uriah Heep - Living the Dream [2018]


O historii Uriah Heep nie ma sensu się rozpisywać. Jeśli ktoś o nich nie słyszał, to najwyraźniej pomylił blogi. Jeszcze dekadę temu można było pytać „czy oni jeszcze żyją?”, ale od wydania płyty Wake the Sleeper los znowu uśmiechnął się do doświadczonej formacji, ponownie pozwalając Uriah Heep na zapełnianie sporych klubów i na występy na dużych scenach największych europejskich festiwalach rockowych. Płyty Into the Wild i Outsider pomogły podtrzymać dobrą passę, podobnie jak udane (liczne) koncertówki i dwa albumy autocoverowe wydane w ostatnich latach. Grupa nie boi się grać na żywo nowych numerów, wymieszanych w koncertowych setach z klasykami sprzed 40 czy niemal 50 lat, co też na pewno wpływa korzystnie na znajomość nowego materiału wśród często dość konserwatywnych fanów starego rocka. Living the Dream z pewnością tej dobrej passie nie zaszkodzi.

piątek, 12 października 2018

La Chinga - Beyond the Sky [2018]


Ekipa z Vancouver zainteresowała mnie swoją muzyką w 2015 roku, gdy ukazało się wznowienie ich wydanego oryginalnie dwa lata wcześniej debiutu. Spodobał mi się ich żywiołowy, nieco bezczelny hard rock, łączący naturalne granie lat 70. z zadziornością lat 90. I tu wiele się nie zmienia na kolejnych albumach. Beyond the Sky to trzecie wydawnictwo kanadyjskiej grupy – trzecie utrzymane w podobnych klimatach i trzecie naprawdę bardzo przyjemne. Jaskrawe, psychodeliczne kolory na okładkach (z nimi to jest nawet trochę tak, że wystarczy spojrzeć na okładkę i już wie się, jak będzie brzmiała płyta), ostre, rasowe rockowe riffy, świetna dynamika kompozycji i bardzo dobry, wysoki, zadziorny, mocny wokal – to wspólne cechy wszystkich trzech płyt. Najnowsze dzieło grupy La Chinga wyróżnia za to, według mnie, najbardziej dopracowana produkcja, dzięki czemu pewną surowość przekuto w moc, nie rezygnując jednocześnie z dynamiki i pewnej dzikości.

wtorek, 9 października 2018

Slash - Living the Dream [2018]


Cztery lata od premiery mocno średniego World on Fire, do którego – zgodnie zresztą z moimi przewidywaniami – nie wracam wcale (a i kupiłem dopiero ze dwa lata po premierze, korzystając z obniżki do 20 złotych bez grosza jednego), Slash wysmażył (a może wymęczył?) z tym samym składem (plus Frank Sidoris, który i tak gra z nimi od kilku lat na koncertach) nowy krążek, zatytułowany Living the Dream. Slasha uwielbiam jako gitarzystę Guns n’ Roses, bardzo lubię też Snakepit. Ba, mam wszystko, co wydało Velvet Revolver (mowa o różnych wersjach singli, bo akurat płyt to się różnych nie naprodukowali, więc żaden wyczyn). Ale za jego solowymi dokonaniami jakoś nigdy nie szalałem i w zasadzie poza pierwszym albumem specjalnie nie byłoby za czym tęsknić, gdyby nagle wywaliło jego solową dyskografię w kosmos.

sobota, 6 października 2018

Two Timer - The Big Easy [2018]


Nasza rodzima scena muzyczna niestety w dużym stopniu opiera się na kopiowaniu zachodnich trendów. Coś wypłynie „w świecie”, to zaraz u nas trzeba znaleźć polski odpowiednik, bo skoro tam się sprzedało, to i tu powinno pójść gładko. Gorzej, że większość tych naśladowców wali sztucznością na kilometr. Straszna dla niektórych prawda jest taka, że zazwyczaj nie wystarczy po prostu dobrze wyuczyć się kopiowania kogoś. Trzeba jeszcze mieć do większości gatunków odrobinę polotu i zwykłego czucia. I ten brak naturalności i czucia był moją główną obawą, gdy pierwszy raz zetknąłem się z poznańską grupą Two Timer przy okazji premiery ich drugiej płyty – The Big Ass Beer to Go. No bo jak to – goście z Wielkopolski chcą grać jak amerykańscy bluesmani? I jeszcze twierdzą, że potrafią? No i okazało się, że potrafią… Do płyty The Big Easy, trzeciej w ich dorobku, podchodziłem już ze spokojem. Bo Two Timer to pewniak jeśli chodzi o takie granie i nowa płyta to potwierdza.

piątek, 28 września 2018

The Vintage Caravan - Gateways [2018]


Zacznę nietypowo. Na samym końcu wydania kompaktowego czwartej płyty bardzo lubianego przeze mnie i obserwowanego bacznie już od dobrych czterech lat islandzkiego tria The Vintage Caravan mamy jedenasty numer – The Chain. Odważnie. Oryginał to jeden z najlepszych i najbardziej chwytliwych rockowych kawałków w historii, w dodatku coverowano go już mnóstwo razy. Panowie nie pokombinowali tu raczej ze strukturą kompozycji – nie wywrócili tego numeru do góry nutami. Zagrali dość wiernie oryginałowi, z odrobiną dodatkowego ciężaru. I nawet jeśli z oczywistych powodów brakuje ciężaru gatunkowego i iskier w powietrzu (nic nie pobije Stevie Nicks i Lindseya Buckinghama wykrzykujących sobie niemal prosto w oczy pełne pretensji słowa tego numeru we wczesnych wykonaniach koncertowych, tuż po ich rozstaniu, które miało zresztą miejsce w okolicy nagrywania wersji studyjnej), to tej nowej wersji słucha się cholernie dobrze. To dobry, dość bezpieczny cover genialnego numeru. W dodatku był katalizatorem tego, że przez większość czasu w ostatnich trzech dniach słuchałem wyłącznie różnych koncertowych wersji tego utworu w wykonaniu Fleetwood Mac. Ostatni tak silny przypadek Syndromu Zapętlenia Jednego Utworu miałem z 12 lat temu, kiedy przez jakieś 40 godzin słuchałem na zmianę tylko dwóch wersji (studyjnej i unplugged) Down in a Hole Alice in Chains… Sami więc widzicie, że nie dało się zacząć tego tekstu inaczej.

wtorek, 25 września 2018

Joe Bonamassa - Redemption [2018]


Jakoś w okolicy wydania płyty Different Shades of Blue zacząłem narzekać na to, że Joe Bonamassa zbyt często wypuszcza nową muzykę, na czym cierpi jakość kolejnych albumów. Niby wszystko było w porządku, ale tamten krążek nie był w stanie wywołać we mnie absolutnie żadnej ekscytacji i po dziś dzień pozostaje jednym z niewielu solowych albumów gitarzysty, których nie mam. Ba, od czasu napisania jego recenzji chyba nie miałem okazji go słuchać. Ku mojej radości i – co tu ściemniać – wielkie uldze płyta kolejna, Blues of Desperation, była naprawdę niezwykle udana i przywracała nadzieję, że jednak coś tam jeszcze w Bonamassie ciekawego siedzi. Dwuletni cykl wydawania solowych albumów chyba mu posłużył, choć pamiętajmy, że przecież dochodzą do tego płyty koncertowe oraz krążki z Beth Hart i Black Country Communion, więc raczej trudno tu mówić o tym, że Bonamassa ma więcej czasu na komponowanie. Może po prostu w jego przypadku mamy klasyczną sinusoidę? Płyta lepsza, płyta słabsza, płyta lepsza…

niedziela, 23 września 2018

Billy F. Gibbons - The Big Bad Blues [2018]


Trzy lata temu Billy Gibbons zdecydował się na krok dość nieoczekiwany i w wieku 66 lat wydał swoją pierwsza płytę solową. Płytę momentami zaskakującą jak sama decyzja, by ją wydać, bo łączącą klimaty, z którymi brodacza z ZZ Top kojarzymy najbardziej, z brzmieniami nowoczesnymi, nawet tanecznymi, okraszonymi w dodatku równie nowoczesnymi smaczkami produkcyjnymi. Efekt końcowy był dość kontrowersyjny i trudny do jednoznacznej oceny, ale na pewno nie była to płyta nudna i przewidywalna. Na swoim drugim krążku Gibbons zmienia jednak kurs i przy pomocy paru kumpli (w tym Matta Soruma znanego z The Cult i Guns n’ Roses oraz muzyków, którzy pojawili się już na Perfectamundo) serwuje płytę dokładnie taką, jakiej można by oczekiwać po tytule – The Big Bad Blues.

piątek, 21 września 2018

Riverside - Wasteland [2018]


Grupa Uriah Heep twierdziła ponad 40 lat temu w jednej ze swoich kompozycji, że „nie da się stłamsić dobrego zespołu”. Wiedzieli, co mówią, choć największe wyzwania i tragedie (a trochę ich się im trafiło) były jeszcze przed nimi. Dziś podobny podpis można umieszczać pod zdjęciem zespołu Riverside. Tria. Może trochę to trio oszukane, bo przecież i na żywo, i w studiu w wielu momentach wspomagane przez przyjaciół, ale trio. Nic dziwnego, że grupa zdecydowała się na swoim nowym albumie zagłębić w tematykę post-apokaliptyczną – tak w zakresie tekstów, jak i oprawy graficznej (to zresztą jedna z moich ulubionych okładek, jakie Travis Smith wykonał dla polskiej formacji – dotyczy to zarwno okładki płyty jak i towarzyszących jej singli). W końcu przeżyli „koniec świata”, po którym niepewnie wychodzili z bunkra na powierzchnię, by sprawdzić, czy po tym „końcu świata” da się stworzyć nowy świat, niekoniecznie taki sam, ale może równie dobry. Wasteland jest pierwszą prawdziwą próbą i fascynującym dokumentem powracania do normalności. Z szacunkiem do przeszłości, ale bez ciągłego jej rozpamiętywania.

wtorek, 18 września 2018

Onségen Ensemble - Duel [2018]


Fińska formacja Onségen Ensemble określana jest jako zespół grający rock progresywny. Nie lękajcie się jednak. Jeśli ta łatka kojarzy wam się z nudziarstwem, zbyt długimi solówkami i przerostem wszystkiego nad wszystkim, to spieszę donieść, że w przypadku tej grupy jest inaczej. Ja nazwałbym ich twórczość „muzyką niełatwą”. To może wcale nie uspokoić części z was, ale lepiej oddaje zawartość nowej płyty formacji. Zadebiutowali dwa lata temu albumem Awalaï, natomiast w czerwcu tego roku światło dzienne ujrzało wydawnictwo numer dwa – Duel. Muzycy ponownie serwują nam czterdzieści kilka minut materiału podzielonego na niezbyt wiele dość długich, złożonych kompozycji.

sobota, 15 września 2018

Ring van Mӧbius - Past the Evening Sun [2018]


„To zespół z 1971 roku, ale grający obecnie” – tego typu informację można znaleźć na facebookowym profilu norweskiego tria Ring van Mӧbius. I kapitalnie oddaje to stan faktyczny. Ja to może nawet jeszcze bym to wstecz pchnął i napisał, że z 1969. Bo wpływy debiutanckiej płyty King Crimson na muzykę norweskiego zespołu są olbrzymie, a wcale nie mniej panowie czerpią z muzyki także debiutującej w tym samym roku grupy Van Der Graaf Generator. Debiutancki album nagrany przez na oko całkiem już doświadczonych muzyków, którzy musieli grać wcześniej w innych formacjach, to kwintesencja retro-proga – gatunku w gatunku. Z zasady opartego na sprzeczności – jak coś, co jest tak wierną kopią czegoś kilkudziesięcioletniego może być progresywne? No nie może być, ale na tym właśnie polega urok retro. Lubi się te klimaty mimo, że nie ma w tym absolutnie nic odkrywczego. Czy kopiowanie nowatorskich rozwiązań samo w sobie jest nowatorskie? Ani trochę. Czy jest przyjemne dla ucha? Bardzo często. W tym przypadku jak najbardziej tak.

czwartek, 13 września 2018

Oblivious - När Isarna Sjunger [2018]


Oblivious to formacja ze Szwecji, która – jak to zazwyczaj współczesne formacje ze Szwecji – kapitalnie radzi sobie z graniem w stylu, w którym podobno nikt już dzisiaj nie gra (takie opinie mogą oczywiście wygłaszać wyłącznie nieszczęśnicy, którzy słuchają jedynie tego, co serwują komercyjne stacje radiowe, no ale sami są sobie winni, więc nie poświęcajmy im więcej miejsca…). Tu nie ma polerki brzmienia, choć jest momentami chwytliwie i wręcz przebojowo. Jest za to klasyczne, melodyjne riffowanie oraz opieranie kompozycji zarówno na instrumentalnych pojedynkach, jak i na nośnych refrenach, które z łatwością wpadają do głowy. To płyta raczej z tych, które może i nie olśnią i nie trafią do czołówek zestawień ulubionych krążków danego roku, ale z pewnością wzbudzą wiele pozytywnych emocji u fanów klasycznego rockowego grania.

wtorek, 11 września 2018

Distorted Harmony - A Way Out [2018]


Distorted Harmony to zespół z Izraela, który w ostatnich latach zdobył już całkiem niezłą pozycję w szufladce efektownego, nawet dość przebojowego progresywnego metalu. A Way Out to ich trzeci album i wydaje się, że to kolejny krok w stronę tego, by przebić się do świadomości większej liczby słuchaczy tego gatunku. Przyznaję, nie jest to muzyka, która trafia na tego bloga zbyt często. O ile jeszcze z dziesięć czy dwanaście lat temu starałem się grzebać nieco w takich muzycznych klimatach, o tyle teraz raczej tego typu dźwięki nie trafiają do mojego odtwarzacza. Ale zachowując otwartą głowę, postanowiłem spróbować. W końcu nie samym retro rockiem i psychodelią człowiek żyje.

niedziela, 9 września 2018

Aaron Lee Tasjan - Karma for Cheap [2018]


Aaron Lee Tasjan nie jest może artystą, którego nazwisko mówiłoby zbyt wiele słuchaczom w Polsce, ale gość mimo młodego wieku już od dość długiego czasu próbuje swoich sił na scenie i stopniowo buduje pozycję w branży muzycznej. Wydawał muzykę z kilkoma grupami, które choć chwalone przez krytyków, nigdy nie zdobyły większej popularności, nagrał kilka EP-ek z własnym materiałem, wreszcie przewinął się przez moment przez skład kolejnego wcielenia legendarnych New York Dolls. Od kilku lat ruszył jednak na dobre i stara się regularnie wypuszczać nowe solowe płyty. Karma for Cheap to już trzecia z nich, jednak pierwsza, z którą miałem styczność. Styczność przypadkową, ale – jak to często bywa – właśnie takie przypadki okazują się bardzo przyjemne.

czwartek, 6 września 2018

Ian Gillan & the Javelins - s/t [2018]


Ian Gillan to wokalista, który oczywiście musi kojarzyć się przede wszystkim z najbardziej znanym (oraz kilkoma mniej znanymi) składem Deep Purple. W końcu jego staż w grupie to już niemal 40 lat. Ale Gillan to także artysta o wielu muzycznych twarzach. Wydawał przecież zarówno płyty metalowe, jak i jazz-rockowe. Śpiewał chwilowo w Black Sabbath, ma na koncie płytę z masą zaproszonych sławnych gości, na której zręcznie żonglował gatunkami, do tego pracował swego czasu jako narrator przy dokumencie o Chopinie. Wszechstronny chłop. Za sprawą płyty projektu Ian Gillan & the Javelins poznajemy kolejną z tych twarzy lub też masek, w dodatku tę, którą „założył” na samym początku.

środa, 5 września 2018

Alice in Chains - Rainier Fog [2018]


Muzycy Alice in Chains nigdy nie należeli do tych, co to ledwo wrócą z trasy promującej jedną płytę, a już siedzą w studiu, nagrywając kolejną. Od samego początku fani tego zespołu musieli znajdować w sobie olbrzymie pokłady cierpliwości i zaufania, że jednak w końcu kiedyś kolejna płyta się ukaże. Tego podejścia nie zmieniła nawet wymuszona zmiana na stanowisku wokalisty. Choć William DuVall śpiewa w grupie od 2006 roku, Rainier Fog to dopiero trzeci krążek z jego udziałem. Ale to nie wyścigi, a grupy, które są w takiej sytuacji, jak Alice in Chains, na pewno nieco ostrożniej stawiają kolejne kroki. Dlatego nikt nosem nie kręcił i wszyscy fani cierpliwie czekali(śmy) na następcę kapitalnego Black Gives Way to Blue (2009) i bardzo solidnego The Devil Put Dinosaurs Here (2013). Zniecierpliwienie pojawiło się dopiero w ostatnich miesiącach, gdy grupa zaczęła prezentować kolejne single zwiastujące album, i okazało się, że spodziewać możemy się krążka naprawdę znakomitego. Po takich zapowiedziach poprzeczka powędrowała wysoko, co oczywiście stworzyło konkretny klimat podekscytowania fanów, ale też mogło zakończyć się sporym rozczarowaniem.

wtorek, 4 września 2018

Pain of Salvation [support: Kingcrow] - Kraków [Klub Studio], 2 IX 2018 [galeria zdjęć]

Szwedzka formacja Pain of Salvation może liczyć na sporą sympatię polskich fanów ciężkiej odmiany muzyki progresywnej. Potwierdził to zeszłoroczny występ zespołu na Ino-Rock Festival, podczas którego zespół dowodzony przez Daniela Gildenlöwa oczarował słuchaczy. Bardzo ciepło została także przyjęta ostatnia płyta studyjna grupy - In the Passing Light of Day. Tym razem formacja odwiedziła Polskę już niemal na samym początku kolejnej części trasy koncertowej. Przywieźli ze sobą także support - również koncertującą już wcześniej w naszym kraju włoską grupę Kingcrow. Zespoły zagrały u nas dwa koncerty - w warszawskiej Progresji i krakowskim Klubie Studio. Odwiedziny w Krakowie były strzałem w dziesiątkę, gdyż zbudowany w zasadzie od nowa Klub Studio oferuje nie tylko znakomite brzmienie, lecz także znakomite warunki do oglądania koncertów.

Pain of Salvation


wtorek, 28 sierpnia 2018

Ino-Rock Festival 2018 - Inowrocław [Teatr Letni], 25 VIII 2018 [galeria zdjęć]

XI edycja Ino-Rock Festival przebiegła pod dyktando norweskiej sceny muzycznej. Gazpacho, Soup oraz Bjørn Riis (na co dzień gitarzysta i główny kompozytor formacji Airbag) zaczarowali Teatr Letni. Wszystkie trzy zespoły mają w Polsce pokaźne grono fanów wśród bywalców festiwalu, więc spotkały się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Mnie szczególnie bliska jest muzyka formacji Soup, której ostatni album okazał się moją ulubioną płytą wydaną w 2017 roku. Koncert w Inowrocławiu potwierdził, że formacja znakomicie potrafi przenieść magię swojej muzyki ze studia na scenę. Fantastycznie zaprezentował się także lider Airbag ze swoim solowym zespołem, który jednak składa się z członków oficjalnego oraz koncertowego składu jego macierzystej formacji, nic więc dziwnego, że usłyszeliśmy zarówno utwory z solowych płyt Riisa, jak i z wydawnictw Airbag. Występ był zaskakująco zróżnicowany i dynamiczny, muszę przyznać, że podobał mi się nawet bardziej niż ostatnie koncerty Airbag. Gazpacho, którzy zagrali na koniec festiwalu i nieco przeciągnęli swój występ, zaprezentowali zarówno materiał z ciepło przyjętej nowej płyty Soyuz, jak i z poprzednich wydawnictw (m.in. Molok i Tick-Tock), a do tego uraczyli fanów udanymi wizualizacjami na ekranie z tyłu sceny towarzyszącymi muzyce grupy i dobrze współgrającymi z jej klimatem.

piątek, 24 sierpnia 2018

Black Elephant - Cosmic Blues [2018]

Black Elephant to kwartet z Włoch, który miał do tej pory na koncie dwa wydawnictwa – dostępne prawdopodobnie jedynie w formacie cyfrowym lub w bardzo limitowanym nakładzie fizycznym, bo sam zespół oferuje już w tym momencie tylko pliki. Cosmic Blues to niejako nowy początek dla zespołu, bo to pierwszy album wydany pod skrzydłami Small Stone Recordings – jednego z ciekawszych labeli na scenie stonerowo-psychodelicznej. Nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z wcześniejszymi dokonaniami grupy, ale na Cosmic Blues zdecydowanie mamy do czynienia z profesjonalną robotą i grupą, która już dobrze wie, jak chce grać, i co ważniejsze – wie, jak to robić.

środa, 22 sierpnia 2018

Grusom - II [2018]


To były bardzo długie trzy lata. Tyle czasu trzeba było czekać na drugi album duńskiej formacji Grusom. W 2015 roku absolutnie powalili mnie swoim debiutem. Właściwie już po pierwszym odsłuchu byłem pewny, że to będzie jedna z moich ulubionych płyt 2015 roku. Kilka miesięcy później okazało się, że żadna inna jej nie przebiła w moim osobistym rankingu. Płyty słucham z dużą częstotliwością po dziś dzień i z pełnym przekonaniem umieszczam w gronie najlepszych albumów XXI wieku, a zespół trafił z miejsca do grupy moich ulubionych współczesnych wykonawców. Dodam nawet nieskromnie, że udało się przekonać do tej formacji dość pokaźne (jak na moje skromne możliwości) grono czytelników bloga i słuchaczy mojej audycji w rockserwis.fm. Tak, to były bardzo długie trzy lata. Na szczęście dłużej nie trzeba już czekać. Już za kilka dni do sprzedaży trafi Grusom II i powiem wam jedno – jeśli uwielbiacie debiut tak mocno, jak ja, możecie dwójkę brać w ciemno.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Osada Vida - Variomatic [2018]


Osada Vida od lat uznawana jest za jeden z ciekawszych zespołów „polskiej sceny progresywnej” (cudzysłów celowy, bo mam poważne wątpliwości, czy taka scena faktycznie istnieje, ale to temat na inną dyskusję), ale zmiany w składzie, zwłaszcza na pozycji wokalisty, rzadko dobrze służą formacjom, które chcą wyrobić sobie pozycję w branży. Przyznam, że o ile wczesne dokonania zespołu jakiś czas temu mnie zaintrygowały, o tyle te nieco późniejsze już były mi generalnie mocno obojętne. Oczekiwań zatem nie miałem także szczególnie wygórowanych po nowym albumie grupy, pierwszym z wokalistą Marcelem Lisiakiem, prywatnie bratem basisty (i byłego wokalisty) zespołu, Łukasza. Zero ekscytacji przed odsłuchem – jak się spodoba, to fajnie. Jeśli nie, to płakać nie będę i przejdę do kolejnych płyt. Takie miałem nastawienie. I może był to dobry pomysł, bo efekt jest taki, że płyta niespodziewanie dla mnie samego przypadła mi do gustu.

czwartek, 9 sierpnia 2018

Willow Child - Paradise & Nadir [2018]


Niemiecką formację Willow Child poznałem – jak to często bywa – przez przypadek. Ale był to przypadek sprowokowany. Szukaniem. Tak, misie pysie. „Jak ty wynajdujesz te wszystkie zespoły?”, słyszę często. Żeby coś znaleźć, bardzo często trzeba tego szukać. Ja na przykład szukam dobrej muzyki. Takie tam hobby. I czasem na taką właśnie trafiam. Muzyka zawarta na pierwszej dużej płycie tego kwintetu zauroczyła mnie od pierwszych momentów kompozycji otwierającej album Paradise & Nadir. Od razu też nasunęła jednoznaczne skojarzenia, które jednak w żaden sposób nie przeszkodziły mi w cieszeniu się tymi dźwiękami.

sobota, 4 sierpnia 2018

Lucifer - Lucifer II [2018]


Niemiecka formacja Lucifer zadebiutowała trzy lata temu i zdołała od razu zainteresować swoim okultystycznym retro rockiem spore grono fanów tego typu klimatów. Przyjemne, z jednej strony ciężkie, lecz z drugiej bardzo melodyjne granie i bardzo miły dla ucha głos wokalistki sprawiły, że od razu dotarli do całkiem licznej grupy odbiorców. Ale potem nastąpiło parę zmian w składzie (m.in. odejście głównego – poza wokalistą – kompozytora Gaza Jenningsa, byłego gitarzysty Cathedral), a zapowiadana płyta numer dwa jakoś się nie ukazywała. Do teraz. Album zatytułowany po prostu II już jest dostępny i zdecydowanie nie zawodzi rozbudzonych przez bardzo przyjemną Jedynkę nadziei.

środa, 1 sierpnia 2018

Welshly Arms - No Place Is Home [2018]

Pochodzącą z Cleveland formację Welshly Arms poznałem w 2015 roku, krótko po premierze jej debiutanckiego albumu. Zrobili na mnie naprawdę spore wrażenie swoją mieszanką blues rocka, R&B, nowoczesnej rockowej alternatywy czy nawet glam rocka. Nic dziwnego, że trafili do czołówki moich ulubionych płyt 2015 roku. Oczekiwania wobec kolejnych nagrań miałem więc duże i niestety dość szybko zostałem sprowadzony na ziemię. O ile niesamowicie przebojowemu singlowi Legendary nie sposób odmówić tego, że całkiem słusznie pozwolił grupie przebić się do mainstreamu, o tyle pozostałe nowe nagrania nie napawały optymizmem. Podobnie zresztą jak promocja „na bogato” ze strony wielkiej wytwórni, występy w popularnych programach amerykańskiej telewizji, wykorzystanie Legendary w reklamach, filmach, serialach, programach telewizyjnych i wszystkich innych możliwych miejscach oraz inne historie, które świadczyły o tym, że formacja „idzie w komercje”. No ale chwilunia. Przecież Rival Sons też występują w sławnych programach typu talk show, jeżdżą w trasy z największymi zespołami w historii rocka (i na pewno nie jest to tylko kwestia tego, że temu czy tamtemu muzykowi się spodobali – nie bądźmy naiwni), a przy tym absolutnie nie zaprzedali się demonowi komercji, więc i Welshly Arms sobie poradzą z pokusą, prawda? Nieprawda. No kurwa, nieprawda…

poniedziałek, 30 lipca 2018

Domadora - Lacuna [2018]


Trudno opisuje się tego typu płyty, bo nie za bardzo jest sens skupiać się mocno na poszczególnych kompozycjach, a do tego ciężko znaleźć – trochę jak w przypadku opisywanego niedawno Mythic Sunship – konkretne cechy, które odróżniałyby jeden album od drugiego. Panowie z instrumentalnego (przynajmniej na tej płycie) francuskiego zespołu Domadora po prostu wydają muzykę, która brzmi, jakby weszli sobie na malutką scenę w psychodelicznej piwnicy i przed grupką podobnych im maniaków, ledwo widoczni pod skąpym światłem i masą suchego lodu, przez kilkadziesiąt minut łoili, co tylko przyjdzie im do głowy. A przychodzą im do głowy pomysły całkiem niezłe.

środa, 25 lipca 2018

Myles Kennedy - Year of the Tiger [2018]


Year of the Tiger to pierwsza solowa płyta Mylesa Kennedy’ego. Na co dzień znamy go raczej z okazałych rockowych produkcji, które wydaje w barwach grupy Alter Bridge czy też w szeregach formacji Slasha. Tym razem Myles po raz pierwszy wędruje solo z gitarą na plecach i prezentuje nam niezwykle osobisty album naznaczony rodzinną tragedią. Jest to w pewnym sensie concept album ukazujący przeżycia rodziny Kennedy’ego w 1974 roku – roku śmierci jego ojca, który zmarł, gdyż jego przekonania religijne nie pozwalały mu na udanie się po pomoc do lekarza. Powinniśmy zatem mieć zupełnie inne podejście do nagrywania, niż w przypadku płyt Slasha czy Alter Bridge. Sugerowała to zresztą poniekąd okładka – bardzo oszczędna, klimatyczna. I niby Myles faktycznie wybrał inną ścieżkę niż z dwiema wspomnianymi grupami, ale jednak czy aż tak od nich odległą?

poniedziałek, 23 lipca 2018

Mouth - Floating [2018]


W tym samym czasie, gdy londyńskie podziemie szalało przy psychodelicznych odjazdach Pink Floyd czy Soft Machine, zasilane przypływającym do stolicy Anglii szmuglowanym towarem wzmacniającym wszelkiego rodzaju doznania, w Niemczech królował krautrock, choć podobno sami Niemcy za tym określeniem nie przepadali. Jak zwał, tak zwał – chodziło w gruncie rzeczy niemal o to samo. Podobnie jak rockowa (lub pop-rockowa) psychodelia, „kosmiczna muzyka” z Niemiec lata największych sukcesów ma już oczywiście dawno za sobą, to jednak nie znaczy, że scena zupełnie padła na ryj. Co jakiś czas wyskakuje kolejny wykonawca znakomicie czujący się w takich muzycznych klimatach. I tak oto przechodzimy do bohaterów tego tekstu – formacji Mouth. Istnieją już od kilkunastu lat, choć dorobek na razie mają dość skromny. Po kilku demówkach i singlach wydawanych niezależnie w formie cyfrowej, oraz jednej płycie dostępnej także jedynie w formie plików, zespół zadebiutował na dobre wydaną w 2017 płytą Vortex, a tym roku poprawił albumem Floating. Kolorowa, banalnie prosta, ale świetnie oddająca klimat płyty okładka, osiem numerów, niecałe 35 minut muzyki. A do tego brzmienie… Wszystko wskazuje na to, że to album sprzed niemal 50 lat, ale zwieść się nie dajcie. To jak najbardziej rzecz świeża, za to znakomicie oddająca ducha kosmicznej psychodelii.

piątek, 20 lipca 2018

The Ugly Kings - Darkness Is My Home [2018]


Darkness Is My Home to pełnowymiarowy debiut australijskiej formacji The Ugly Kings. Co prawda grupa wydała w 2015 roku płytę Of Sins, ale jej długość każe klasyfikować ją raczej jako EP-kę. Na Darkness Is My Home kwartet serwuje słuchaczom dziewięć numerów trwających w sumie 41 minut i trzeba przyznać, że przedstawia się bardzo korzystnie. Swoją muzykę określają mianem power bluesa i to w zasadzie jest trafny opis, bo na płycie znajdziemy i trochę mrocznego rocka, i nawet może odrobinę klimatów stonerowych, ale wszystko bazuje przede wszystkim na bluesowych patentach. Czyli nawet jeśli jest ciężko i głośniej, to zawsze niezwykle melodyjnie i z kapitalnym czuciem.

środa, 18 lipca 2018

Red Smoke Festival - Pleszew, 13-15 VII 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Kolejny Red Smoke Festival za nami. Impreza, która wystartowała kilka lat temu jako lokalny event robiony przez grupkę maniaków dla tylko odrobinę większej grupki maniaków, rozrosła się do miana jednego z najciekawszych festiwali w Polsce i na pewno jednej z czołowych imprez w klimatach stoner/doom/psych w Europie, o czym świadczy to, że kolejny raz organizatorom udało się ściągnąć naprawdę spore nazwy z tych gatunków. Bliskość sklepów, odkrytych basenów, aquaparku czy takiego całkiem zwyczajnego nieaquaparku (no wiecie - drzewa, staw, kaczki... te sprawy) sprawia, że znacznie przyjemniej spędza się te kilka dni pod namiotami, niż na takim Woodstocku, gdzie wszędzie daleko, w powietrzu tona piachu, kolejki na każdym kroku gigantyczne, a do tego warunki sanitarne są, jakie są. Co nie przeszkadzało mi przez wiele lat na Woodstock jeździć, no ale z wiekiem jednak człowiek robi się wygodniejszy i bardziej leniwy. To lenistwo i wygodnictwo sprawiły zresztą, że w tym roku po raz pierwszy (a była to moja czwarta edycja RSF) wybrałem nocleg w wypasionym miejscu za miastem. Biorąc pod uwagę pogodę, była to słuszna decyzja.

Mythic Sunship - Upheaval [2018]


Ci to mają tempo. Ledwie rok temu pisałem o wydanej w kwietniu zeszłego roku piątej płycie duńskiej formacji Mythic Sunship, a na początku tego roku ukazał się kolejny krążek zespołu – Upheaval. Czemu napisanie o tym wydawnictwie zajęło mi aż tyle czasu? No cóż, płyt wychodzi wiele, więc czasem po prostu wydawnictwa grup, o których niedawno już pisałem, spadają na tył kolejki. Ale prawda jest też taka, że z grupą Mythic Sunship mam pewien problem. Lubię ich muzykę, dobrze mi się jej słucha, ale… zupełnie nie jestem w stanie odróżnić od siebie kolejnych płyt.

środa, 11 lipca 2018

Dead Man's Eyes - Words of Prey [2018]


Words of Prey to pierwszy album długogrający niemieckiej formacji Dead Man’s Eyes, która wydawniczo zadebiutowała EP-ką Meet Me in the Desert wydaną w 2013 roku. Choć tak długo to znowu ta płyta nam nie gra, bo ledwie o kilka minut przekracza pół godziny. Taka jednak teraz moda wśród grup obracających się w klimatach retro/psych i ja w zasadzie nie mam nic przeciwko tej modzie. Lepszy lekki niedosyt niż absolutny przesyt. Ważne, żeby muzycznie i brzmieniowo wszystko się zgadzało. A tu się zgadza – byłem o tym przekonany już od pierwszego odsłuchu Words of Prey.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Low Hums - Night Magic Wine / Shine Rock [2017/2018]


Low Hums to kwartet z Seattle. Seattle kojarzy nam się muzycznie dość jednoznacznie, a jeśli dodamy do tego nazwisko producenta płyty – Jacka Endino, który pracował m. in. z Soundgarden czy Nirvaną – to szybko możemy sobie wyrobić oczekiwania. Zbyt szybko. Muzyka Low Hums nie ma wiele wspólnego z rockową sceną Seattle przełomu lat 80. i 90., a raczej ze słonecznym kalifornijskim rockiem i klimatycznym, psychodelicznym, mrocznym, bagnistym bluesem południa Stanów. Night Magic Wine to 10 numerów trwających zaledwie 27 minut (zdaje się, że grupa woli taką „epkową” długość swoich wydawnictw). Znajdziemy na niej mieszankę rock alternatywnego lat 90., może nawet trochę brit-popu, ale z drugiej strony rocka garażowego końca lat 60. i psychodelicznego pop-rocka z podobnego okresu. Wszystko razem tworzy niezwykle przebojową, bardzo przyjemną mieszankę, która szybko wpada w ucho i przez nie zagnieżdża się wygodnie w głowie, z której wcale nie chce wychodzić.

piątek, 29 czerwca 2018

The Choppy Bumpy Peaches - Sgt. Konfuzius & the Flowers of Venus [2018]


Mogę dość spokojnie założyć, że The Choppy Bumpy Peaches to pierwsza formacja z Luksemburga, jaką udało mi się poznać. Kraj dla nas niemal egzotyczny, choć w sumie przecież nieodległy, do tego śmieszna nazwa i dziwaczny tytuł debiutanckiej płyty. Co mogłoby pójść źle? W zasadzie to pewnie wiele, ale na szczęście nie w tym przypadku. Debiut sekstetu, w skład którego wchodzą dwie panie i czterech panów, to płyta, do której wracam coraz chętniej z każdym kolejnym odsłuchem.

wtorek, 26 czerwca 2018

The Sledge - On the Verge of Nothing [2018]


Rockowe granie z Danii biorę w ostatnich latach niemal w ciemno, bez względu na to, czy jest to coś mrocznego i klimatycznego jak Grusom, czy może bardziej psychodelicznego jak Syreregn, albo kosmicznego jak Mythic Sunship. Niemal każdy strzał jest celny. Dlatego do pierwszej dużej płyty formacji The Sledge – grupy debiutującej płytowo pod tą nazwą, ale działającej i wydającej już wcześniej pod innym szyldem, nie zaś z nowicjuszy – podszedłem ze sporą dawką zaufania i nadziei. I miło mi poinformować, że On the Verge of Nothing nie rozczarowuje.

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Death Alley - Superbia [2018]


Holenderską formację Death Alley poznałem w zeszłym roku, gdy panowie grali jako support przed warszawskim występem grupy Kadavar. Musze przyznać, że jakiegoś wielkiego wrażenia na mnie nie zrobili, miałem wrażenie, że było trochę zbyt hałaśliwie i chaotycznie, ale jednocześnie wyraziłem opinię, że dostrzegam szansę na to, że w wersji studyjnej ich muzyka może się prezentować lepiej niż tamtego dnia na scenie Progresji. Nie sprawdziłem tego przy okazji jedynej dostępnej wtedy płyty tej grupy, sprawdzam za to teraz, gdy pojawił się album numer dwa amsterdamskiego kwartetu – Superbia.

piątek, 22 czerwca 2018

Holy Mushroom - Moon [2018]


Nie trzeba być Sherlockiem, żeby domyślić się, jaki rodzaj muzyki może grać grupa o nazwie Holy Mushroom, dam sobie zatem spokój z przybliżaniem wam ogólnej stylistyki we wstępie i ograniczę się do podania informacji, że trio pochodzi z hiszpańskiego miasta Oviedo, w 2016 roku wydało własnym nakładem swój pierwszy album, a w tym roku światło dzienne ujrzała druga płyta, zatytułowana Moon. Oprócz tego w ostatnich tygodniach formacja dorzuciła EP-kę składającą się z dwóch niepublikowanych wcześniej utworów, ale na razie zajmę się drugim dużym albumem. Znajdziecie na nim pięć utworów trwających w sumie niemal 44 minuty, więc macie już ogólny ogląd sytuacji. Przejdźmy do konkretów.

wtorek, 19 czerwca 2018

All Them Witches - Lost and Found [2018]


Amerykańska formacja All Them Witches zdążyła już przyzwyczaić swoich fanów, że duże płyty przeplata EP-kami. A EP-ki mają swoje wady i zalety. Niewątpliwie jedną z zalet jest to, że często zespoły pozwalają sobie na nich na nieco więcej – mówiąc inaczej, umieszczają tam czasem rzeczy, które być może nie miałyby szans trafić na duże płyty. I choćby z tego powodu warto sięgnąć po Lost and Found – ten materiał po prostu brzmi zupełnie inaczej niż to, co grupa prezentowała na bardzo udanym, zeszłorocznym albumie Sleeping Through the War.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

The Watchers - Black Abyss [2018]



The Watchers to grupa wciąż dość świeża na rynku, co absolutnie nie przekłada się na brak doświadczenia muzyków. Połowę składu stanowią panowie, którzy jeszcze niedawno działali ze znakomitym skutkiem pod szyldem SpiralArms. Do tego jeszcze choćby były garkotłuk z grupy Orchid – naprawdę sporej nazwy w świecie kalifornijskiego stoner/doom rocka. Niespełna dwa lata temu zadebiutowali EP-ką Sabbath Highway, a teraz ukazał się pierwszy duży album formacji – Black Abyss. Po prawdzie wydawnictwo to czasowo wiele poza długość epkową nie wykracza, ale mamy osiem numerów trwających w sumie nieco ponad 37 minut, a trzeba napisać, że jest to 37 minut bardzo uczciwego rockowego łojenia w stylu amerykańskiego południa.

sobota, 16 czerwca 2018

Svartanatt - Starry Eagle Eye [2018]


Istnieje spore prawdopodobieństwo, że nie mieliście okazji do tej pory zetknąć się bliżej z grupą Svartanatt. Kwintet ze Sztokholmu zadebiutował dwa lata temu płytą zatytułowaną po prostu Svartanatt, której… no cóż, do tej pory nie miałem okazji usłyszeć. Ale spokojnie, zaległości nadrobię w stosownym czasie, bo album numer dwa – wydana w marcu płyta Starry Eagle Eye – zdecydowanie do tego nadrabiania zachęca. Nie tylko miłą dla oka okładką, ale także przede wszystkim klasycznym, mocno oldschoolowym, ale odpowiadającym mojemu gustowi brzmieniem, łączącym sprawną pracę sekcji rytmicznej z fantastycznym, gęstym rockowym graniem na dwie gitary i organy. Czy jest w  tym graniu cokolwiek nowego? Absolutnie nie. Czy mi to w czymkolwiek przeszkadza? Absolutnie nie [2].

środa, 13 czerwca 2018

Friendship - Ain't No Shame [2018]


Historia poznania przeze mnie tej formacji przedstawia się następująco. W zeszłym roku w trakcie robienia wspólnych zakupów z kilkoma znajomymi osobami w jednym z moich ulubionych internetowych sklepów płytowych, jedna z tych osób zamówiła pierwszy krążek norweskiej formacji Friendship. „To dobre jest”, usłyszałem. Dobre i tanie, bo płyta po ostrej przecenie kosztowała ze dwa albo trzy euro. Za takie pieniądze mogę wziąć niemal w ciemno (no, jednak polegając na zdaniu osoby, która jest pewniakiem w kwestiach muzycznych). Zamówiłem i dla siebie, posłuchałem i faktycznie – dobre to jest! Dlatego po album numer dwa, wydany niedawno krążek Ain’t No Shame, sięgałem już z pewnymi oczekiwaniami i w pełni świadomie. W pełni świadomie także go polecam.