czwartek, 29 stycznia 2015

Budka Suflera - Cień wielkiej góry live: Przystanek Woodstock [2014]


Klimatyczne intro zupełnie zbędne, nie trzeba budować napięcia, zespół nie musi pojawiać się na scenie wśród dymu i efektów świetlnych. Krótkie wprowadzenie Jurka Owsiaka, Romuald Lipko wita się z publicznością zaledwie kilkunastosekundowym przemówieniem, a potem już Krzysztof Cugowski rozpoczyna spokojnie… „Znowu w życiu mi nie wyszło…” i od tej chwili aż do samego końca występu jest absolutnie magicznie. Pierwszy numer i od razu owacja publiczności, ryk setek tysięcy gardeł śpiewających wraz z Cugowskim słowa jednego z największych hitów Budki Suflera. Ale zaraz… to przecież nie Takie tango ani Bal wszystkich świętych, a Sen o dolinie – polska wersja Ain’t No Sunshine, którą Budka rozpoczynała swoją wielką karierę 40 lat temu, gdy większości osób zgromadzonych pod sceną i śpiewających z zespołem słowa tej kompozycji nie było jeszcze na świecie. To swoisty woodstockowy ewenement – na głównej scenie tego gigantycznego festiwalu występowali już tenorzy, zespoły ludowe czy artyści kojarzeni raczej z muzyką pop, jak choćby Justyna Steczkowska czy Marika. Wszyscy mogli liczyć na fantastyczne przyjęcie publiczności, która na co dzień słucha rocka, metalu, punka czy reggae. Spora część tłumu, którzy przyszedł pod scenę, by uczestniczyć w koncercie Budki, wiedziała, czego spodziewać się po tym występie. Od dawna wiadomo było, że zespół zaprezentuje przede wszystkim kompozycje ze swojego pierwszego albumu – Cień wielkiej góry. Ci, którzy kojarzyli muzyków z wymienionymi wcześniej hitami i z Festiwalem w Opolu, przez kolejne 80 minut musieli przeżywać szok.

Na sam koniec kariery Budka Suflera postanowiła przypomnieć, że była kiedyś zespołem grającym znakomitego rocka progresywnego, łączącego gitarowy ogień z wokalnymi popisami Cugowskiego  i gęstym brzmieniem instrumentów klawiszowych Lipki. Gdzie lepiej to zrobić jeśli nie na największym festiwalu świata? Nawet jeśli przed koncertem na woodstockowym polu namiotowym ktoś podśmiewywał się z weteranów polskiej sceny, po występie zespołu z Lublina chyba nikt już nie miał czelności. Budka zagrała jeden z najbardziej niesamowitych koncertów w historii festiwalu. Po przebojowym rozpoczęciu w postaci Snu o dolinie muzycy przeszli do dynamicznego, rockowego utworu Memu miastu na do widzenia z płyty Za ostatni grosz nagranej ze zmarłym przed kilku laty wokalistą Romualdem Czystawem (choć wersja oryginalna pochodzi z 1974 roku i śpiewana była przez Cugowskiego). Potem jeszcze szybki skok do końca lat 80. i płyty Ratujmy co się da!, z której pochodzi kompozycja To nie tak miało być, i zaczyna się… Siedem z kolejnych ośmiu utworów to materiał z dwóch albumów wydanych w połowie lat siedemdziesiątych, czyli z Cienia wielkiej góry oraz drugiej płyty w dorobku Budki, Przechodniem byłem między wami. Krzysztof Cugowski daje pokaz olbrzymiej siły swojego głosu w Pieśni niepokornej, w Nocy nad Norwidem wokalnie wspomaga go (nie po raz pierwszy i nie ostatni tego dnia) jego syn, Piotr Cugowski. Trzeci z klanu Cugowskich – Wojciech – cały koncert pomaga grupie na gitarze, choć i on będzie miał swoje pięć minut (no dobrze, trochę mniej…) przy mikrofonie. Czasami głosy Cugowskich lekko mijają się, ale można im to wybaczyć, w końcu to nie występ The Beach Boys czy Poznańskich Słowików. Obu głównych tego dnia wokalistów wspierają dwie chórzystki, które po raz pierwszy odważniej dochodzą do głosu w wielkim dziele polskiego rocka – tytułowej kompozycji z płyty Cień wielkiej góry. Zespół brzmi potężnie, monumentalnie. Duża w tym zasługa aż trzech gitarzystów na scenie, bo obok stałego w ostatnich latach wiosłowego grupy – Łukasza Pilcha – oraz wspomnianego Wojtka Cugowskiego, z kapelą gra także były basista Budki – Mieczysław Jurecki, tym razem głównie z klasycznym „elektrykiem” w rękach.

Pierwszoplanowe role grają jednak bez wątpienia trzej weterani – Cugowski senior, Lipko oraz Tomasz Zeliszewski. Lipko wychodzi na pierwszy plan wielokrotnie, błyszczy także w Szalonym koniu, dwudziestominutowym kolosie z debiutanckiej płyty, który stylistycznie ma tyle wspólnego z późniejszym popowym obliczem Budki, co prezes Orlenu z chińskimi dziećmi składającymi zabawki za miskę ryżu. To niezwykle trudny w odbiorze numer, zwłaszcza dla publiczności nawykłej raczej do dynamicznych, głośnych numerów metalowych lub radosnych pląsów w rytmach reggae. Ale nie widać znużenia. Ludzie stoją jak zaczarowani, niektórzy pływają, niesieni na rękach tłumu, inni wsłuchują się z zamkniętymi oczami w dźwięki dochodzące ze sceny. Co bardziej energiczni próbują organizować circle pity i małe pogo. Kto by pomyślał? A zespół serwuje kolejne znakomite, choć nieco zapomniane numery ze swojego pierwszego krążka. Zeliszewski gra tak, jakby miał połowę swoich lat. Bębni jak nawiedzony przez cały koncert. W napędzanym znakomitym riffem numerze Samotny nocą wyżywa się na swoim zestawie, jakby chciał dołożyć jeszcze odrobinę więcej mocy do i tak potężnego rockowego numeru. A później to, na co czekał cały Woodstock – Romuald Lipko zapowiada Felicjana Andrzejczaka, który wykonuje wraz z dziesiątkami… setkami tysięcy ludzi „Jolkę”. Najstarsze kompozycje grupy zostały przyjęte entuzjastycznie, ale nie ma co się oszukiwać – to „Jolka” wywołała absolutną euforię w promieniu kilkuset metrów od sceny. Niewiele było w dwudziestoletniej historii Przystanku Woodstock momentów, kiedy publiczność śpiewała tak głośno. Drugi refren, gdy do Andrzejczaka dołączyli Cugowscy, a całą trójkę wspomógł niewiarygodny ryk woodstockowych gardeł, słychać było chyba w każdym domu w Kostrzynie nad Odrą. To niewątpliwie jeden z najbardziej niesamowitych momentów, jakie były moim udziałem w trakcie sześciu Przystanków Woodstock, na które miałem przyjemność pojechać. A to przecież nie koniec, bo nim zespół pożegnał się jedynym „nowszym” numerem w zestawie, pochodzącym z wydanej w 1997 roku multiplatynowej płyty Nic nie boli tak jak życie (podobno najlepiej sprzedającego się krążka w historii polskiej fonografii) kawałkiem Głodny, usłyszeliśmy jeszcze kolejny kanon polskiego rocka – Jest taki samotny dom. Wspaniały organowy wstęp, pierwszy fragment tekstu zaśpiewany przez Wojtka Cugowskiego, a następnie potężne klawiszowo-gitarowe uderzenie. No i to wyciszenie, gdy po mocniejszej części, niczym po wielkiej bitwie, nagle dobiega nas delikatny śpiew – „A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój…”. Uściski, gratulacje, owacja od publiczności, „Sto lat”, „dziękujemy”, zdjęcie całego zespołu, ukłony. Chciałoby się jeszcze, ale z drugiej strony – może lepiej, że pozostał pewien niedosyt? Zagrali to, co najlepsze. Jasne, miło byłoby usłyszeć jeszcze Noc komety, może także jeden z hitów śpiewanych w oryginale przez Czystawa, jak Nie wierz nigdy kobiecie czy Za ostatni grosz. Ale nie wiem, czy nie zakłóciłoby to nieco klimatu koncertu. A przecież było pięknie, niemal idealnie. 


Budka Suflera w czasie czterdziestu lat na scenie miała swoje wzloty i upadki. Karierę zakończyła jednak jednym z największych wzlotów w swojej historii. To jedna z najlepszych płyt koncertowych z Przystanku Woodstock. Ba, to jedna z najlepszych płyt koncertowych w historii polskiego rocka. Wspaniały testament pozostawiony przez wielki zespół, który być może nieco pogubił się w późniejszych latach swojego istnienia, ale zszedł ze sceny w najlepszy możliwy sposób. To także dowód na ponadczasowość świetnej muzyki i na muzyczną otwartość bywalców „Najpiękniejszego Festiwalu na Świecie”. Płyta Cień wielkiej góry live to fantastyczna pamiątka dla tych, którzy mieli okazję – jak ja – uczestniczyć w tym wydarzeniu. Ale to także pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów starego dobrego polskiego rocka. Ja już nie będę pamiętał Budki z pop-rockowych przebojów serwowanych telewidzom i „najlepszej na świecie opolskiej publiczności”. Zapamiętam ich z porywającego, pięknego koncertu na Przystanku Woodstock, podczas którego wielu moich sceptycznie nastawionych znajomych kręciło z niedowierzaniem głową, gdy grupa prezentowała kolejne powalające progrockowe kompozycje. Brawo Budka, brawo publiczność, brawo Jurek Owsiak i Piotr Metz, bez których nigdy by do tego nie doszło. „Dzięki bardzo, mam nadzieję, że się udało” – mówi przed ostatnim numerem Krzysztof Cugowski. Udało się, oj udało…


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 22 stycznia 2015

Animals as Leaders - The Joy of Motion [2014]


Metal mnie nudzi (kontrowersyjny początek odhaczony). No dobrze, może nie zawsze, może nie każdy rodzaj, ale nigdy nie ukrywałem, że dużo lepiej czuję się w stylistyce rockowej. Naprawdę trzeba czegoś nowego i intrygującego, żeby w jakiś sposób zachęcić mnie do przyjrzenia się grupie metalowej. Uwielbiam Iron Maiden, ale nigdy nie byłem w stanie zmusić się do słuchania całej masy ich naśladowców, kiszących się przez całą karierę w klasycznych heavymetalowych patatajstwach. Lubię starą Metallikę czy Megadeth, ale większość sceny thrashmetalowej jest mi zupełnie obojętna. O mocniejszych rejonach gatunku nawet nie wspominam, bo to już zupełnie nie moja bajka. Ale od czasu do czasu trafia się grupa, która z jakiegoś powodu jest dla mnie intrygująca i oferuje coś tak nieoczywistego, że postanawiam przyjrzeć się jej bliżej. Tak było mniej więcej dekadę temu z Dream Theater, podobnie do pewnego stopnia miała się sprawa z zespołem Cynic kilka lat później. Najnowszą ciekawostką metalową w moim muzycznym uniwersum jest amerykańska kapela Animals as Leaders, która w 2014 roku wydała swój trzeci krążek – The Joy of Motion.

Kiedy po kilkunastu sekundach dość spokojnego wstępu do otwierającego krążek utworu Ka$cade nagle zostajemy zaatakowani ostrym łomotem perkusji i mocnym riffem, wiadomo już, że to nie będzie spokojny krążek. The Joy of Motion to ponad 54 minuty solidnego łupnia gitarowo-perkusyjnego, ale łupnia przemyślanego, bez bezsensownej młócki. Trio z Waszyngtonu od początku atakuje z dużą mocą, ale jednocześnie cały czas czuć w tym olbrzymią przestrzeń. Na płycie pojawia się sesyjny basista, od czasu do czasu słyszymy też wstawki klawiszowe (i bas, i klawisze to sprawka muzyków grupy Periphery – odpowiednio Adama Getgooda i Mishy Mansoora. Ten drugi jest też zresztą byłym członkiem Animals as Leaders i producentem tego krążka), ale tak naprawdę rządzą tu niepodzielnie gitary i bębny. Nowy perkusista grupy – Matt Garstka – tłucze aż miło, a zadanie ma niełatwe, bo przebić się przez podwójny gitarowy atak panów Abasiego i Reyesa nie jest łatwo, zwłaszcza gdy ci prezentują coraz to nowe połamańce riffowe. A jednak w zasadzie we wszystkich numerach cały czas zwraca się uwagę na znakomite bębnienie Garstki (co ten gość wyprawia w Crescent?). Co istotne, w zasadzie każda kompozycja ma momenty spokojniejsze, gdy słuchacz ma chwilę na złapanie oddechu. To ważne na tego typu płycie, bo nieustanny atak na zmysły byłby na dłuższą metę niezwykle ciężki do zniesienia, a słuchanie muzyki ma być przecież przyjemne. Physical Education zaskakuje nawet niezwykle chwytliwym motywem gitarowym, który równie dobrze mógłby znaleźć się na płycie Joego Satrianiego, choć sam ciężki podkład w tym utworze to raczej klimaty bliższe choćby wspomnianej grupie Cynic. Znakomitym dodatkiem są tu wspomniane klawisze, które dodają utworowi pewnej lekkości. To chyba w tym numerze zespół jest najbliższej osiągnięcia czegoś, co można by nazwać przebojowością, choć musimy cały czas pamiętać, że mowa o muzyce, która przyprawiłaby o ból głowy i palpitacje wszystkiego przeciętnych słuchaczy stacji komercyjnych.

Obok spokojniejszych fragmentów zaskakują także (choć może nie powinny) wstawki nawiązujące lekko do muzyki jazzowej, a nawet do flamenco. To właśnie takie smaczki sprawiają, że tej płyty słucha się przyjemnie i z zainteresowaniem. Odsłaniają inną twarz muzyków, pokazują, że potrafią bawić się nie tylko techniką, ale i klimatem. Bo trzeba sobie powiedzieć jasno – jest to płyta wirtuozerska, ale nie bezduszna. Owszem, nie ma tu jakichś wielkich brzmieniowych uniesień i wzruszeń, panowie bazują raczej na mocy niż na atmosferze, ale jednocześnie nie czuję, żeby to było granie dla grania. Tym bardziej, że momentami brzmią tak, że niejeden fan różnych gwiazd metalu progresywnego mógłby pomyśleć – „szkoda, że ci moi tak już nie grają”. Nie chodzi wcale o podrabianie, ale w Tooth and Claw trio brzmi momentami jak stary dobry Dream Theater (no, może na sterydach). The Future That Awaited Me to bardzo potrzebny łyk świeżego powietrza. Zdecydowanie większa dawka dźwiękowej przestrzeni, która daje wytchnienie po siedmiu solidnych kopach. Jazz-metal na wspomagaczach. Chwilę później, w pierwszej części utworu Para Mexer,  słyszymy wspomniane elementy flamenco. Mistrzowskie posunięcie – nie dość, że zaskakujące, to jeszcze udanie kontrastujące z cięższymi fragmentami, które dominują na The Joy of Motion. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że płycie dobrze zrobiłby jeszcze z jeden numer w podobnym klimacie, umieszczony gdzieś bliżej początku.

Muzyka Animals as Leaders nie jest łatwa w odbiorze, ale chyba członkowie tej grupy nigdy nie mieli ambicji grania pod przeciętnego „Kowalskiego”, który potrzebuje piosenek do zanucenia. To nawet nie jest twórczość dla przeciętnych fanów metalowego grania. To nowoczesne oblicze progresywnego metalu, powiew świeżego powietrza w nieco skostniałych strukturach gatunku. Być może płyta mogłaby być trochę krótsza. Niemal godzina tego typu muzyki, w dodatku w wydaniu całkowicie instrumentalnym, to sporo. Trudno zachować pełną koncentrację przez cały czas trwania albumu i sądzę, że dobre piętnaście minut mniej zrobiłoby temu wydawnictwu nienajgorzej. Ale jeśli to ma być główna wada płyty, to chyba nie ma tak naprawdę na co narzekać. The Joy of Motion porywa, nieustannie atakuje zmysł słuchu szybkim „ruchem” muzyki i zostawia słuchaczy bez tchu. To płyta niezwykle wyczerpująca, ale nie dlatego, że słuchanie tych utworów to męczarnia, a dlatego, że odsłuch płyty bez reszty angażuje. Tych kompozycji nie da się po prostu włączyć w tle i zająć się czymś innym, one domagają się uwagi, a jak tylko człowiek próbuje na chwilę stracić nimi zainteresowanie, łapią go za mordę i przyciągają do głośnika. Czasami każdy potrzebuje tego rodzaju muzycznej przemocy.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

wtorek, 20 stycznia 2015

Syreregn - Skabt Værk Består [2014]


Duńska grupa Syreregn i ich zeszłoroczny, drugi w karierze krążek – Skabt Værk Består – to odkrycie już tegoroczne. Jak to zwykle bywa, jak tylko człowiek zrobi jakieś podsumowania, to od razu trafiają do niego masowo tytuły płyt, które należałoby jeszcze sprawdzić i można być absolutnie pewnym, że wśród tych tytułów znajdą się pozycje, o których nie wspomnieć po prostu nie wypada. Płyta duńskiego tria to właśnie jeden z takich albumów, bowiem Skabt Værk Består to wydawnictwo niezwykle wciągające, intrygujące i przede wszystkim znakomicie brzmiące.

To, co rzuca się w uszy od pierwszego odsłuchu płyty, to spora różnorodność stylistyczna. Czterdziestominutowy krążek zawiera ledwie sześć kompozycji, co już dość dobitnie sugeruje, że mamy do czynienia z artystami, którzy nie boją się „odjeżdżać” w improwizacjach i cierpliwie budować atmosferę. Słychać to szczególnie w dwóch numerach. Utwór tytułowy, który otwiera album, łączy w sobie tajemniczość The End grupy The Doors z lekkością i finezją numerów Wishbone Ash (choć już niekoniecznie z brzmieniem, bo zamiast podwójnej gitary prowadzącej mamy tu gościnny udział instrumentów klawiszowych). Sporo tu przestrzeni, wspaniale słychać każdą nutę graną przez basistę i wokalistę Thora Bodinga. Muzycy nigdzie się nie spieszą, wciągają słuchaczy w swoją opowieść. To jednak dopiero przedsmak tego, co dostajemy w dwunastominutowym Marana Tha. Tu już mamy do czynienia z odjazdem w pełnym wymiarze. Wokali brak, lecz nie ma to żadnego znaczenia, gdyż swoją własną opowieść snują instrumenty. Rock psychodeliczny w starym dobrym stylu ze znakomitą polewą azjatycką. Z jednej strony klimat Indii, który natychmiast wciąga i hipnotyzuje coraz bardziej z każdą minutą, z drugiej znakomita, pełna rockowego ognia solówka gitarowa. Te dwie kompozycje – trwające w sumie dwadzieścia minut – to już wystarczający powód, by sięgnąć po Skabt Værk Består, ale ten krążek zasługuje na uwagę także dlatego, że oprócz wspomnianych utworów, w których zespół śmiało zapuszcza się w psychodeliczno-improwizacyjne rejony, znajdziemy tu także numery o bardziej tradycyjnej rockowej konstrukcji, niewątpliwie przystępniejsze, bardziej zwarte i stanowiące znakomitą przeciwwagę dla wspomnianych „odjazdów”.

Przypadkowo lub nie – te nieco bardziej „piosenkowe” kompozycje to jedyne numery o angielskich tytułach, śpiewane właśnie w tym języku. Psychedelic Baby to bardzo śmiałe nawiązanie do stylistyki późnych lat 60. Coś dla tych, którzy z chęcią wracają do pierwszych trzech płyt Deep Purple lub wczesnej twórczości Pink Floyd. Struktura i melodia to po prostu chwytliwy pop z dawnych czasów, ale ubrany w ciężkie organy i przybrudzoną gitarę. To typ kompozycji, która w 1968 roku podbijałaby listy przebojów – brzmi absolutnie bosko! Oczami wyobraźni widzę Duńczyków w londyńskim klubie UFO, na jednej imprezie z Pink Floyd czy Soft Machine. Going Under to z kolei dość tradycyjny hard rock w klasycznym wydaniu. Jest szybko, dynamicznie i bardzo… BARDZO gitarowo. Casper Gyldensøe wymiata aż miło, chwilami mam wrażenie, jakbym słuchał nieznanych nagrań Tommy’ego Bolina. Jak ci goście uchowali się poza rockowym mainstreamem? A, tak – teraz za rock uznaje się Coldplay (wybaczcie, musiałem…). No przecież nie można grać tak dobrze i być tak nieznanym. To zbrodnia! Dzieła całkowitego znisz zauroczenia dopełnia HypnoKogen, które wyróżnia się dynamiką, nieco kosmicznym klimatem i znakomitą robotą sekcji rytmicznej Boding / Rasmus Kurdahl.

Skabt Værk Består to nieodkryty (przynajmniej do tej pory…) klejnot wśród płyt wydanych w 2014 roku. To album, który czaruje, wciąga i powala od pierwszej do ostatniej sekundy. To czterdzieści minut spędzonych w towarzystwie muzyków, którzy nie idą na łatwiznę – znaleźli na siebie interesujący pomysł, starają się nie być jednowymiarowi i jestem przekonany, że będą stopniowo zdobywali coraz liczniejsze grono słuchaczy. Oczywiście trudno im będzie przebić się do świadomości przeciętnego odbiorcy tego typu muzyki, ale sukces porównywalny z tym, który stał się udziałem kapel takich jak Graveyard, a przynajmniej Siena Root, zdecydowanie jest możliwy przy pewnej dawce szczęścia.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

niedziela, 18 stycznia 2015

Collage - Warszawa [Klub Progresja], 17 I 2015 [galeria zdjęć]

W 2014 roku jednej z najbardziej znanych płyt polskiego rocka progresywnego - krążkowi Moonshine grupy Collage - stuknęło dwadzieścia lat. Punktem kulminacyjnym obchodów tej rocznicy był występ w warszawskim Klubie Progresja, podczas którego zespół przez około trzy godziny grał nie tylko materiał z jubilatki, ale także utwory z innych swoich wydawnictw. Spory tłum entuzjastycznie przyjął zarówno czterech starych "kolażowych" wyjadaczy, jak i nowego wokalistę grupy - Karola Wróblewskiego, który w momencie wydania Moonshine nie myślał jeszcze pewnie nawet o swoim pierwszym zeszycie do "zerówki". Całość została profesjonalnie zarejestrowana i za czas jakiś będziemy mogli pobiec do sklepów po nowe koncertowe DVD grupy Collage, a chyba nikt ze sporego tłumu obecnego na warszawskim koncercie nie ma wątpliwości, że warto będzie to wydawnictwo mieć w swojej domowej kolekcji.

Podziękowania dla Klubu Progresja za zaproszenie i możliwość fotografowania podczas koncertu.






































Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis.
---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

piątek, 9 stycznia 2015

Osada Vida - The After-Effect [2014]


Macie czasem tak, że długo nie możecie się zebrać do odsłuchu płyt(y) jakiegoś zespołu, bo wydaje wam się z jakiegoś trudnego do wytłumaczenia powodu, że to nie dla was, a potem okazuje się, że jednak „chwyciło”? Oczywiście, że macie. Każdy ma. „Mam i ja”, że zacytuje pewną starą reklamę. Osada Vida to nie nowość na polskim rynku muzycznym. Nazwę znam od dawna, ba – byłem nawet na ich koncercie na Ino-Rock Festival, ale jakoś nigdy nie potrafiłem usiąść i posłuchać ich muzyki z własnej woli w domu. Może to dlatego, że jak widzę hasło „polski rock progresywny”, to przed oczami i uszami mam dziesiątki podobno docenianych na zachodzie naszych rodzimych kapel, których nie jestem w stanie od siebie odróżnić, a większość z nich z uporem maniaka naśladuje Pendragon lub inne grupy nurtu neo-proga, którego zresztą też w większych dawkach nie jestem w stanie strawić. Na szczęście czasami człowiek zmusza się do konfrontacji swoich uprzedzeń z rzeczywistością i czasami wychodzi na to, że nie taka Osada straszna…

To już piąta (podobno, bo różne źródła wczesne wydawnictwa zespołu kategoryzują jako albumy studyjne lub płyty demo… i weź tu się połap) płyta grupy, choć z drugiej strony dopiero druga po nowym początku, jakim niewątpliwie było dołączenie do zespołu wokalisty Marka Majewskiego. Pięć płyt to wystarczająco dużo, by zakisić się we własnym sosie i udowodnić wszystkim dookoła, że niczego nowego (nie mówię już nawet o skali globalnej, ale także w kontekście samego zespołu) już nigdy się nie wymyśli. Z tym większą przyjemnością donoszę, że The After-Effect to miły powiew świeżości. Od samego początku jest dynamicznie i niemal przebojowo, choć to może nie powinno zaskakiwać, gdyż krążek otwiera King of Isolation – kompozycja, która promowała album. Ale prawdziwe zaskoczenie czeka na nas w drugiej z kolei kompozycji – Sky Full of Dreams. Nie dość, że grupa ociera się tu zwłaszcza w refrenie o stylistykę pop-rockową niczym napalony pasażer łódzkiego tramwaju w godzinach szczytu o studentkę wracającą z zajęć, to jeszcze po raz pierwszy wyraźnie słyszymy kwartet smyczkowy, który pojawia się w kilku kompozycjach na tym wydawnictwie. Może chwilami jest nieco zbyt słodko, ale z drugiej strony – partia gitary nowego wiosłowego grupy, Jana Mitoraja, z nawiązką rekompensuje ten niewielki dyskomfort. I gdy już człowiek (i bizon) zacznie myśleć, że chłopaki nagrali płytę lekką, łatwą i przyjemną (co zresztą niejako próbuje potwierdzać kolejna kompozycja – trzyminutowy, zwiewny i nieinwazyjny numer instrumentalny Still Want to Prevaricate), muzycy wchodzą w nieco mocniejsze rejony wraz z czwartym kawałkiem – Lies. Wraca dynamika z początku płyty, tym razem podparta perkusyjnymi połamańcami i wstawkami klawiszowymi pojawiającymi się od czasu do czasu na tle dość oszczędnego momentami aranżu. Świetnie brzmi fortepianowo-gitarowa przeplatanka pod koniec fragmentu instrumentalnego. Nie da się ukryć, ze ten kawałek z powodzeniem mógłby znaleźć się na jednej z wczesnych płyt Dream Theater, tym bardziej, że wokalista grupy śpiewa tu chwilami nieco „pod” Jamesa LaBrie. To jednak zdecydowanie ogólne nawiązanie do dawnego brzmienia amerykańskiej grupy, nie zaś kopia czy zbyt silna inspiracja jakimś konkretnym utworem.

photo: Jakub "Bizon" Michalski
Żonglerki klimatem ciąg dalszy – po akustycznej miniaturce Dance with Confidence i następującym po niej, również opartym w pewnej mierze na akustycznych brzmieniach, rozbujanym I’m Not Afraid (ponownie świetne solo gitarowe oraz bardzo „przytulne” brzmienie całości), większa część drugiej połowy krążka przynosi znacznie więcej dynamiki, treściwych gitar, a chwilami nawet solidnego rockowego łomotu. Choć Losing Breath rozpoczyna się dość konwencjonalnie, uwagę zwraca mocniejsze przyłożenie w połowie utworu, rodem z rocka gotyckiego czy innych muzycznych mroczności. Chyba właśnie przez takie zaskakujące momenty lubię The After-Effect. Świetnie sprawdzają się także „kosmiczne” klawisze Rafała Paluszka. To zresztą kolejny spory plus tego albumu – czasami dostaniemy gęstą klawiszową teksturą, innym razem usłyszymy delikatne, jazzujące wstawki fortepianopodobne, a jak trzeba, to i nieco „kosmosu”. Wszystko na jednej płycie, wszystko do siebie pasuje. Zupełnie jak w znakomitym instrumentalnym numerze Restive Lull, gdzie nad lekko jazzującym perkusyjno-basowo-fortepianowym podkładem cuda wyczynia gitarzysta grupy. Nie ma tu wielkiej instrumentalnej ekwilibrystyki, ale zarówno Mitoraj jak i Paluszek znakomicie uzupełniają się, wypełniając przestrzeń na zmianę partiami solowymi. Jest też miejsce na ponowne pokazanie się smyków, co tylko wzmacnia nieco jesienny efekt, jaki wywołuje całość (a może to wina tego, że za oknem leje akurat jak w listopadzie, kiedy zresztą płyta ta miała swoją premierę?). Utwór zatytułowany Haters i dotyczący – niespodzianka – ludzi przepełnionych bezinteresowną, szczerą nienawiścią do bliźniego, nie miał chyba prawa być spokojną, gładką kompozycją. I nie jest, choć więcej agresji pojawia się we fragmentach instrumentalnych niż w partiach wokalnych Majewskiego. Na zakończenie zdecydowanie najdłuższa kompozycja na krążku – ośmiominutowe No One Left to Blame. Dopiero tu panowie tak naprawdę pozwalają sobie na dłuższe instrumentalne odjazdy i popisy solowe, bo gdy po nieco ponad dwóch minutach rozpoczyna się trwająca dobre trzy minuty część instrumentalna, utwór wchodzi na zupełnie nowy poziom. Klawisze grzeją w tle aż miło, Łukasz Lisiak znakomicie „kręci” basem, zaś od gitary Jana Mitoraja wieje złem na kilometr. Na koniec jeszcze tylko szybkie uspokojenie klimatu, trochę efektów dźwiękowych i stopniowe wyciszenie. I tyle… Aż chciałoby się jeszcze trochę, ale z drugiej strony – może właśnie o to chodzi. Co za dużo to niezdrowo. 47 minut to niemal optymalna długość albumu. Na więcej trzeba mieć absolutnie genialny materiał. The After-Effect na pewno nie jest płytą genialną. Czy jest płytą dobrą? Tak, myślę, że tak, nawet bardzo dobrą.

The After-Effect punktuje przede wszystkim tym, że jest niezwykle różnorodna. Muzycy nie trzymają się uparcie klimatów „pejzażowych”, kombinują, zapuszczają się w różne rejony rocka, także te niekoniecznie progresywne, flirtują momentami z estetyką pop-rockową poprzez chwytliwe melodie i wpadające w ucho motywy, ale są w tym wiarygodni, a wszystko – mimo tego rozstrzału – całkiem nieźle się klei. Do tego płyta trwa trzy kwadranse, więc nie męczy słuchacza i nie przydusza nadmiarem materiału, co niestety jest grzechem wielu wydawnictw szeroko pojętego rocka progresywnego. To na pewno jeden z ciekawszych polskich krążków minionego roku, album, który pozwala mieć nadzieję, że zespół – w przeciwieństwie do paru innych, podobno rozpoznawanych za granicą, polskich grup – nie będzie się kisił przez całą swoją karierę w natchnionym, „dźwięko-pejzażowym” sosie, bo na The After-Effect wyraźnie słychać, że panowie mają dużo większe muzyczne ambicje i o wiele szersze „pole działania”.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

czwartek, 8 stycznia 2015

Mother Road - Drive [2014]


Amerykańsko-niemiecko-włoski konglomerat pod nazwą Mother Road pojawił się w mojej muzycznej rzeczywistości absolutnie znikąd kilka miesięcy temu i kopnął w łeb dawką uderzeniową klasycznego hard rocka. Długo zbierałem się do napisania o ich debiutanckim krążku Drive, bo to płyta z gatunku tych, o których niełatwo mi się pisze. Co nowego można wymyślić w ramach tradycyjnej muzyki hardrockowej opartej na głośnych gitarach i organach? Coś pewnie można, ale mam wrażenie, że panom z Mother Road niekoniecznie o to chodziło. Całkiem nieźle idzie im za to bazowanie na tym, co już wymyślone zostało.

Już pierwszy utwór na Drive przynosi zaskakujące odkrycie – Jørn Lande nie jest jedynym na świecie zręcznym imitatorem Davida Coverdale’a! Keith Slack (kilkanaście lat temu przez chwilę śpiewał w zespole Michaela Schenkera) radzi sobie z podrabianiem tego wielkiego wokalisty także całkiem dobrze, a że i cały numer The Sun Will Shine Again utrzymany jest w klimacie dynamicznego gitarowo-organowego rocka przyprawionego chwytliwym refrenem z potężnymi chórkami i mocnym rytmem, jak w pysk strzelił mamy numer, który mógłby bez najmniejszego problemu znaleźć się na którejś z ostatnich dwóch płyt Whitesnake. Utwór ten daje nam też zresztą całkiem niezłe pojęcie o stylistyce, w której obracać będziemy się przez całe 51 minut tego krążka. Z jednej strony w żadnym momencie albumu nie należy oczekiwać niespodzianek, niecodziennych rozwiązań czy fascynujących „zwrotów sytuacji”, z drugiej zaś – świetnie się tego słucha. Nawet jeśli refreny czasami są do siebie niebezpiecznie podobne (You Drive Me Crazy i Out of My Mind to lekkie przegięcie, zwłaszcza że oba są umieszczone na albumie obok siebie) i nie grzeszą poezją wyższych lotów, to nie mogę powiedzieć, że mi to jakoś bardzo przeszkadza. Może i uśmiechnę się czasem lekko ironicznie, licząc kolejne „oły”, „uuuuuły”, „achy” i „bejbisy”, ale jako fan wspomnianego Coverdale’a, nie powinienem chyba narzekać na jakość tekstów w gatunku czule zwanym cock rockiem. Przyjemnie robi się we fragmentach spokojniejszych, jak w These Shoes, które brzmi niczym kawałek Black Country Communion, ale zaśpiewany przez… no, sami wiecie kogo… Nie lubię pisać recenzji, w których co chwilę porównuję zespół do innych wykonawców, ale w tym przypadku po prostu się nie da. Nikt nie wmówi mi, że ten gość przy mikrofonie nie robi tego specjalnie. I pewnie dla wielu osób będzie to największa wada tej płyty, dla innych zaś największa jej zaleta. Ale też muszę uczciwie przyznać, że gdyby nie dobra robota instrumentalistów, o kant kibla można by rozbić te wokalne przebieranki. Najprzyjemniej oczywiście słucha się klawiszowca i organisty Alessandra Del Vecchia, zresztą czy Hammondy brzmiały kiedyś źle? Nawet dość sztampowe Dangerous Highway nabiera kolorów dzięki temu brzmieniu, choć wstęp może nieco zbyt „(nie)znajomy”.

Żeby jednak nie było, że wszędzie tylko Whitesnake, na Drive znajdą się dowody na to, że także twórczość Bad Company czy Thunder nie jest muzykom Mother Road obca. W Dirty Little Secret zahaczają nawet o klimaty AC/DC, choć klawisze w tle nie pozostawiają złudzeń, że to nie nowe nagranie Australijczyków. W sumie może i szkoda, bo przynajmniej byłby to jakiś powiew świeżości w ich do bólu nudnej i przewidywalnej dyskografii. Świetnie brzmi niezwykle chwytliwe, sunące jak walec Blue Eyes, w którym gitara Chrisa Lyne’a tworzy potężną ścianę dźwięku wraz z Hammondami obsługiwanymi przez Del Vecchia. To klasyczny, gęsty rock o bluesowym rodowodzie, niezbyt odkrywczy, ale zawsze w cenie, zwłaszcza tak zagrany. Niemal na sam koniec dostajemy jeszcze jedyny prawdziwy cover na płycie (pozostałe utwory tylko brzmią jak coś, co już wcześniej znaliśmy…) – przeróbkę kompozycji Still Rainin niezbyt znanej u nas formacji Hoopsnakes. Świetny bluesrockowy numer w lekko knajpianym klimacie, który idealnie pasowałby na którąś z płyt Bonamassy. Ciszej i spokojniej robi się tak naprawdę dopiero w zamykającym krążek On My Way, choć i tu przez chwilę panowie przyciskają nieco głośniej – może nawet trochę niepotrzebnie, bo w pełni akustyczna balladka na sam koniec tego wypełnionego gęstymi gitarami i organami krążka pasowałaby znakomicie.

Jak już wspomniałem, pisanie o takich płytach jest w pewnym sensie problematyczne. Łatwo zachwycić się klasycznym współbrzmieniem gitary i organów oraz barwą głosu Keitha Slacka, równie łatwo całkowicie przekreślić Mother Road za brak oryginalności i jechanie po utartych szlakach. Trzeba sobie jasno powiedzieć – nowatorstwa nie ma co na Drive szukać. Ale jeśli komuś nie przeszkadza, że wszystko to już gdzieś słyszeliśmy, warto po ten album sięgnąć. Dla fanów starego dobrego rocka sprzed kilku dekad (raczej z początku lat 80. niż z wcześniejszego dziesięciolecia) z gęstym, soczystym brzmieniem to wartościowe uzupełnienie – uwaga, trudne słowo – płytoteki.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

wtorek, 6 stycznia 2015

The Black Keys - Turn Blue [2014]



Scena rockowa wbrew pozorom ma się w ostatnich latach całkiem nieźle. Owszem, głównie ta „podziemna”, bo w przypadku mainstreamowych stacji radiowych i telewizyjnych wciąż trudno mówić o miłości do tego gatunku, ale niewątpliwie coś drgnęło. Ale także „na górze” od czasu do czasu pojawiają się wykonawcy, którzy nagle przebijają się do świadomości mas i – słusznie bądź nie – są okrzykiwani liderami rockowego odrodzenia. Czy naprawdę nimi są i ile w tym rocku jest faktycznie rocka, to już temat na zupełnie inną dyskusję. Nie da się jednak ukryć, że jednym z największych odkryć muzycznych ostatnich lat jest amerykański duet The Black Keys, który zbiera mnóstwo nagród dzięki swojej intrygującej mieszance rockowych rytmów, popu i elektroniki. Nie inaczej było w przypadku ich ostatniego krążka – Turn Blue – który zameldował się w czołówce list najlepiej sprzedających się albumów na niemal wszystkich najważniejszych rynkach muzycznych świata.

Pierwszy utwór na rockowym albumie to często krótka, singlowa kompozycja, która ma poderwać słuchacza i natychmiast przykuć jego uwagę chwytliwym motywem. A tu niespodzianka – Turn Blue rozpoczyna zdecydowanie najdłuższy numer na krążku – siedmiominutowe, dość spokojne Weight of Love, które zaskakuje z jednej strony nieco floydowymi wstawkami klawiszowymi, z drugiej zaś długą, nieco szarpaną solówką wieńczącą utwór. To dość niecodzienny początek albumu, ale jednocześnie znakomita zagrywka ze strony grupy, w pewnym sensie stawiająca wszystko na głowie, bo Weight of Love to wręcz idealny kandydat na „zamykacza” płyty. Dużo bardziej tradycyjnie robi się począwszy od drugiego utworu na wydawnictwie. In Time czy singlowe Turn Blue to utwory, których brzmienie jest dla The Black Keys dużo bardziej oczywiste. Oba z nich oparte są na rockowych (bądź, w przypadku drugiego z nich, bardziej bluesowych) fundamentach, jednak całość przepuszczona jest przez elektroniczny filtr, co dodaje brzmieniu nowoczesności i sprawia, że te dość tradycyjne w strukturze kompozycje prezentują się świeżo i ciekawie. Daleko od takich klimatów nie odbiega też pierwszy singiel, który promował płytę – Fever. To utwór, który odniósł spory sukces na listach przebojów muzyki alternatywnej i jest nominowany do nagrody Grammy w kategorii „rock”, choć odnoszę wrażenie, że nominacja ta jest nieco na wyrost i to nie ze względu na poziom kompozycji, a jej nikłe związki z muzyką rockową. To po prostu dobry numer taneczny, przy którym nie sposób nie pokręcić tą i ową częścią ciała, ale rocka tam nie uświadczysz. No ale takie czasy…

Podobny klimat obowiązuje zresztą w wielu innych kompozycjach na Turn Blue. To po prostu bardzo dobrze zrobiona płyta taneczna. Owszem, oparta w wielu przypadkach na rockowych, rythmandbluesowych czy funkowych ramach, ale jednak naznaczona tak mocno „tanecznością”, że mam poważny problem z traktowaniem jej jak płyty rockowej. Muszę jednak zaznaczyć, że pisząc o muzyce tanecznej, nie mam na myśli tego, co można usłyszeć w większości wiodących stacji telewizyjnych, nastawionych na muzyczne beztalencia wyginające śmiało ciało do miałkich hitów „z klawisza”. To zupełnie inny poziom muzyczny i kompozycyjny, jednak Turn Blue to po prostu krążek, który w większości świetnie nadaje się na imprezy, podczas których towarzystwo szukające nieco bardziej wysmakowanych doznań muzycznych niż te, oferowane przez czołowe media muzyczne, może się dobrze pobawić. Żeby jednak nie było tak różowo, nie mogę nie wspomnieć, że druga połowa płyty chwilami rozczarowuje, a zespół zdaje się nagle tracić cały impet. It’s Up to You Now próbuje przyciągać bardziej rockowym brzmieniem, ale jest dość chaotyczne, zaś w Waiting on Words mamy bardzo przyjemne tło organowe, jednak całość jest chyba trochę zbyt słodka i wypolerowana, bo panowie zwyczajnie przynudzają. 10 Lovers niby próbuje wkręcać słuchacza rytmem i melodią niczym z późniejszych hitów George’a Michaela, ale całość niczym nie zaskakuje. Nie jestem też przesadnie zachwycony nieco koślawym pod względem struktury utworem In Our Prime, bo kojarzy mi się z czymś, co mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie U2, choć przyznaję, że klawiszowe tło jest niezwykle przyjemne, podobnie jak brzmienie gitary pod koniec. Na szczęście to średnie wrażenie na sam koniec krążka zaciera nieco kolejny z czterech (a niedługo już pięciu) singli z Turn BlueGotta Get Away. To chyba najbardziej tradycyjnie rockowy kawałek, zahaczający zarówno o stylistykę The Rolling Stones (nawet dość mocno, bo otwierający riff to przecież niemal zrzynka z Dead Flowers) ale także o klimaty glamrockowe, bo przecież refren jest niemal żywcem wyszarpany z ust Marca Bolana. Ale to bardzo miła odmiana po kilka nieco rozczarowujących kompozycjach, nawet jeśli niespecjalnie odkrywcza.

Na The Black Keys po raz pierwszy natknąłem się przy okazji czytania recenzji płyt Rival Sons. Przedstawiani byli jako ci, do których Rival Sons próbują równać poziomem. Można było wyczytać, że jedna z płyt kwartetu z Kalifornii „jest nawet porównywana do El Camino” i innych krążków duetu z Ohio. No cóż, muszę przyznać, że zupełnie nie rozumiem tego typu analiz, bo muzyka Rival Sons zahacza o znacznie więcej rejonów szeroko pojętego rocka oraz gatunków pokrewnych i moim (jak zwykle niesłychanie skromnym) zdaniem – jest po prostu ciekawsza. Nie da się jednak ukryć, że jak na razie to The Black Keys są jednym z popularniejszych zespołów około-rockowych na świecie i skłamałbym, gdybym stwierdził, że na tę popularność muzycy tej grupy nie zasługują. Turn Blue to bardzo sprawnie skomponowany i nagrany album, który chwilami porywa dynamiką i przebojowością. Mam jednak wrażenie, że płyta znacznie zyskałaby na przestawieniu kolejności utworów. O ile zabieg z nietypowym otwarciem albumu sprawdził się, o tyle poświęcenie pierwszej części wydawnictwa na kompozycje dynamiczniejsze oraz przystępniejsze i upchnięcie w części drugiej głównie bardziej stonowanych numerów, nie wyszło Turn Blue na dobre. Być może wczasach, gdy większość słuchaczy skupia się na singlach i odtwarza je w formie mp3, nie ma to dla wielu osób jakiegoś ogromnego znaczenia, ale są wśród fanów muzyki jeszcze tacy ludzie, którzy lubią słuchać całych płyt i dla nich ważny jest także układ kompozycji na albumie i to, czy w wybranym przez muzyków ustawieniu wszystko „trybi”. Ja jestem jedną z takich osób i według mnie zdecydowanie „nie trybi”, co odbiera niestety część uroku tej naprawdę całkiem dobrej płycie.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji