czwartek, 22 stycznia 2015

Animals as Leaders - The Joy of Motion [2014]


Metal mnie nudzi (kontrowersyjny początek odhaczony). No dobrze, może nie zawsze, może nie każdy rodzaj, ale nigdy nie ukrywałem, że dużo lepiej czuję się w stylistyce rockowej. Naprawdę trzeba czegoś nowego i intrygującego, żeby w jakiś sposób zachęcić mnie do przyjrzenia się grupie metalowej. Uwielbiam Iron Maiden, ale nigdy nie byłem w stanie zmusić się do słuchania całej masy ich naśladowców, kiszących się przez całą karierę w klasycznych heavymetalowych patatajstwach. Lubię starą Metallikę czy Megadeth, ale większość sceny thrashmetalowej jest mi zupełnie obojętna. O mocniejszych rejonach gatunku nawet nie wspominam, bo to już zupełnie nie moja bajka. Ale od czasu do czasu trafia się grupa, która z jakiegoś powodu jest dla mnie intrygująca i oferuje coś tak nieoczywistego, że postanawiam przyjrzeć się jej bliżej. Tak było mniej więcej dekadę temu z Dream Theater, podobnie do pewnego stopnia miała się sprawa z zespołem Cynic kilka lat później. Najnowszą ciekawostką metalową w moim muzycznym uniwersum jest amerykańska kapela Animals as Leaders, która w 2014 roku wydała swój trzeci krążek – The Joy of Motion.

Kiedy po kilkunastu sekundach dość spokojnego wstępu do otwierającego krążek utworu Ka$cade nagle zostajemy zaatakowani ostrym łomotem perkusji i mocnym riffem, wiadomo już, że to nie będzie spokojny krążek. The Joy of Motion to ponad 54 minuty solidnego łupnia gitarowo-perkusyjnego, ale łupnia przemyślanego, bez bezsensownej młócki. Trio z Waszyngtonu od początku atakuje z dużą mocą, ale jednocześnie cały czas czuć w tym olbrzymią przestrzeń. Na płycie pojawia się sesyjny basista, od czasu do czasu słyszymy też wstawki klawiszowe (i bas, i klawisze to sprawka muzyków grupy Periphery – odpowiednio Adama Getgooda i Mishy Mansoora. Ten drugi jest też zresztą byłym członkiem Animals as Leaders i producentem tego krążka), ale tak naprawdę rządzą tu niepodzielnie gitary i bębny. Nowy perkusista grupy – Matt Garstka – tłucze aż miło, a zadanie ma niełatwe, bo przebić się przez podwójny gitarowy atak panów Abasiego i Reyesa nie jest łatwo, zwłaszcza gdy ci prezentują coraz to nowe połamańce riffowe. A jednak w zasadzie we wszystkich numerach cały czas zwraca się uwagę na znakomite bębnienie Garstki (co ten gość wyprawia w Crescent?). Co istotne, w zasadzie każda kompozycja ma momenty spokojniejsze, gdy słuchacz ma chwilę na złapanie oddechu. To ważne na tego typu płycie, bo nieustanny atak na zmysły byłby na dłuższą metę niezwykle ciężki do zniesienia, a słuchanie muzyki ma być przecież przyjemne. Physical Education zaskakuje nawet niezwykle chwytliwym motywem gitarowym, który równie dobrze mógłby znaleźć się na płycie Joego Satrianiego, choć sam ciężki podkład w tym utworze to raczej klimaty bliższe choćby wspomnianej grupie Cynic. Znakomitym dodatkiem są tu wspomniane klawisze, które dodają utworowi pewnej lekkości. To chyba w tym numerze zespół jest najbliższej osiągnięcia czegoś, co można by nazwać przebojowością, choć musimy cały czas pamiętać, że mowa o muzyce, która przyprawiłaby o ból głowy i palpitacje wszystkiego przeciętnych słuchaczy stacji komercyjnych.

Obok spokojniejszych fragmentów zaskakują także (choć może nie powinny) wstawki nawiązujące lekko do muzyki jazzowej, a nawet do flamenco. To właśnie takie smaczki sprawiają, że tej płyty słucha się przyjemnie i z zainteresowaniem. Odsłaniają inną twarz muzyków, pokazują, że potrafią bawić się nie tylko techniką, ale i klimatem. Bo trzeba sobie powiedzieć jasno – jest to płyta wirtuozerska, ale nie bezduszna. Owszem, nie ma tu jakichś wielkich brzmieniowych uniesień i wzruszeń, panowie bazują raczej na mocy niż na atmosferze, ale jednocześnie nie czuję, żeby to było granie dla grania. Tym bardziej, że momentami brzmią tak, że niejeden fan różnych gwiazd metalu progresywnego mógłby pomyśleć – „szkoda, że ci moi tak już nie grają”. Nie chodzi wcale o podrabianie, ale w Tooth and Claw trio brzmi momentami jak stary dobry Dream Theater (no, może na sterydach). The Future That Awaited Me to bardzo potrzebny łyk świeżego powietrza. Zdecydowanie większa dawka dźwiękowej przestrzeni, która daje wytchnienie po siedmiu solidnych kopach. Jazz-metal na wspomagaczach. Chwilę później, w pierwszej części utworu Para Mexer,  słyszymy wspomniane elementy flamenco. Mistrzowskie posunięcie – nie dość, że zaskakujące, to jeszcze udanie kontrastujące z cięższymi fragmentami, które dominują na The Joy of Motion. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że płycie dobrze zrobiłby jeszcze z jeden numer w podobnym klimacie, umieszczony gdzieś bliżej początku.

Muzyka Animals as Leaders nie jest łatwa w odbiorze, ale chyba członkowie tej grupy nigdy nie mieli ambicji grania pod przeciętnego „Kowalskiego”, który potrzebuje piosenek do zanucenia. To nawet nie jest twórczość dla przeciętnych fanów metalowego grania. To nowoczesne oblicze progresywnego metalu, powiew świeżego powietrza w nieco skostniałych strukturach gatunku. Być może płyta mogłaby być trochę krótsza. Niemal godzina tego typu muzyki, w dodatku w wydaniu całkowicie instrumentalnym, to sporo. Trudno zachować pełną koncentrację przez cały czas trwania albumu i sądzę, że dobre piętnaście minut mniej zrobiłoby temu wydawnictwu nienajgorzej. Ale jeśli to ma być główna wada płyty, to chyba nie ma tak naprawdę na co narzekać. The Joy of Motion porywa, nieustannie atakuje zmysł słuchu szybkim „ruchem” muzyki i zostawia słuchaczy bez tchu. To płyta niezwykle wyczerpująca, ale nie dlatego, że słuchanie tych utworów to męczarnia, a dlatego, że odsłuch płyty bez reszty angażuje. Tych kompozycji nie da się po prostu włączyć w tle i zająć się czymś innym, one domagają się uwagi, a jak tylko człowiek próbuje na chwilę stracić nimi zainteresowanie, łapią go za mordę i przyciągają do głośnika. Czasami każdy potrzebuje tego rodzaju muzycznej przemocy.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz