poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Royal Blood - How Did We Get So Dark? [2017]



Trzy lata temu zrobili absolutną furorę w świecie rocka, pojawili się znikąd i pokazali, że za pomocą samej gitary basowej i perkusji można narobić takiego hałasu, że największe legendy rocka będą przyglądały się z zainteresowaniem poczynaniom nikomu nieznanej grupy. Logicznym następstwem byłoby nagranie szybko drugiego albumu, żeby zdyskontować sukces debiutu i podtrzymać zainteresowanie zespołem. Tymczasem na drugi krążek Royal Blood musieliśmy czekać trzy lata. To bardzo ryzykowny krok, marketingowo chyba niezbyt uzasadniony, choć może zespół oraz sztab menedżerów i agentów postanowili sprawić, że fani będą głodni nowej muzyki od duetu? Na How Did We Get So Dark? odpada element zaskoczenia, bo przecież wiemy już, co ci goście są w stanie wycisnąć z formatu grania we dwóch i bez gitary elektrycznej. Pozostaje zatem tylko muzyka, która musi się bronić sama – bez całej otoczki.

sobota, 19 sierpnia 2017

Fungus Hill - Creatures [2017]



Fungus Hill to młody zespół ze szwedzkiego miasta Umeå. Słowa-klucze: Szwecja, rock, psychodelia, retro. Mam już waszą uwagę? Dobrze. W styczniu tego roku kwintet zadebiutował EP-ką Creatures, rozprowadzaną w formie cyfrowej w serwisie Bandcamp. Takie to czasy, że często jedynym sposobem dla początkującej formacji, by dotrzeć do ludzi, jest Internet. Ale kto wie – może za czas jakiś wydawnictwo to doczeka się wydania fizycznego, bo muzyka zawarta na Creatures na pewno godna jest fizycznego wydania.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rival Sons - Wrocław [Zaklęte Rewiry] / Gdynia [Ucho], 14/15 VIII 2017 [relacja]



Gdy wrzucałem na swój facebookowy profil informację o zbliżających się kolejnych koncertach Rival Sons w Polsce, wspomniałem o „najlepszym koncertowym zespole obecnych czasów”. Oczywiście o przynajmniej kilku innych zespołach mógłbym powiedzieć, że na żywo spisują się absolutnie fantastycznie i każdy z nich mógłby do tego miana pretendować, nie należy więc takiego określenia traktować w 100% dosłownie. Ale coś w tym jest, że gdy ci goście wychodzą na scenę, to tworzą coś niesamowitego, wyjątkowego. I tymi dwoma koncertami – we Wrocławiu i Gdyni – pokazali, że ta wzmianka o „najlepszym koncertowym zespole obecnych czasów” absolutnie nie jest przesadzona.

foto: Łukasz Górny
Przy relacji z lutowego koncertu w warszawskiej Progresji pisałem, że następnym razem wyprzedadzą ten chyba największy klub koncertowy w Polsce. Tym bardziej zdziwiony byłem, gdy ogłoszono, że tym razem Rival Sons zagrają w dużo mniejszych klubach we Wrocławiu i Gdyni. To jednak chyba celowa zagrywka, mająca po pierwsze zaznajomić z zespołem słuchaczy muzyki rockowej z innych rejonów kraju, a po drugie ograniczyć nieco rozmach tej trasy. Nie da się ukryć, że było skromniej niż późną zimą/wczesną wiosną, tak pod względem wielkości klubów, jak i długości koncertów. Trudno nawet powiedzieć, żeby zespół wciąż promował wydaną nieco ponad rok temu płytę Hollow Bones, bo pojawiły się tylko trzy utwory z tego albumu. To raczej trasa, która ma być małym pożegnaniem z grupą na kolejnych kilka miesięcy, bo – jak można się było dowiedzieć od muzyków po zakończonych występach – robią sobie wolne od koncertowania do końca roku i mają zamiar zabrać się jesienią za nagrywanie nowej płyty, pierwszej dla swojej nowej wytwórni – Atlantic Records.

środa, 16 sierpnia 2017

Steven Wilson - To the Bone [2017]



Premiera nowej płyty Stevena Wilsona musi być głośnym wydarzeniem w świecie szeroko pojętej muzyki progresywnej. Musi, bo Wilson to postać nietuzinkowa, jedna z najbardziej uwielbianych w tej muzycznej bajce, lecz – podobnie jak w przypadku innych masowo uwielbianych – także jedna z najczęściej krytykowanych czy wyszydzanych. I ta budząca tak skrajne kontrowersje postać zapowiada płytę nagraną w klimatach kompletnie innych od tego, z czego jest najbardziej znana. Ba, nie tylko zapowiada, ale faktycznie udowadnia już przy okazji pierwszych singli, że na tym nowym krążku znajdzie się miejsce i na bardziej popowe, radiowe numery, i wręcz niemal na muzykę taneczną. Niełatwy to przypadek dla słuchacza, niełatwy też dla recenzenta. Niektórzy będą oczekiwali jednoznacznie czołobitnych opinii, „bo to przecież Wilson”, inni z kolei będą zawiedzeni, jeśli przeczytana opinia nie będzie mieszała albumu z błotem, bo taka obecnie moda. Choć tak naprawdę w tym przypadku bardzo wiele zależy od oczekiwań i przede wszystkim od nastawienia.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Devil Electric - Devil Electric [2017]



Devil Electric to młoda formacja z Melbourne. Do tej pory na koncie mieli zeszłoroczną EP-kę The Gods Below. Kwartet dowodzony przez tajemniczą wokalistkę Pierinę O’Brien na 11 sierpnia zapowiedział premierę swojej debiutanckiej płyty zatytułowanej po prostu Devil Electric. Zarówno zespół jak i niemiecka wytwórnia Kozmic Artifactz muszą mieć sporo wiary w ten materiał, bo kampania zapowiadająca premierę tego albumu była jak na tak niszowego wydawcę dość intensywna. Przed premierą pojawiły się także w sieci dwa numery zapowiadające całość i już one zdecydowanie potwierdziły, że jest na co czekać. Jeśli lubicie ciężkie riffy i tajemniczy klimat połączone z melodyjnością, a przy tym nie przeszkadza wam żeński wokal w rockowym zespole, to ta płyta zdecydowanie jest dla was.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Europe - The Final Countdown 30th Anniversary Show - Live at the Roundhouse [2017]



Europe to jeden z najklasyczniejszych przykładów zespołu, który jest więźniem sukcesu swojego najbardziej znanego numeru. The Final Countdown zna każdy fan rocka, a i większość słuchaczy innych muzycznych gatunków bez problemu rozpozna tyleż porywający co kiczowaty, klawiszowy motyw przewodni. Jakiś procent z pewnością skojarzy też ckliwą balladkę Carrie oraz dynamiczne Rock the Night. Dla 99% fanów rocka na tym wiedza o Europe się kończy. Szkoda, bo pomijając kilka innych naprawdę dobrych numerów z lat 80. i początku lat 90., Europe mają także sporo do zaoferowania teraz, kiedy na początku XXI wieku powrócili w klasycznym składzie po dekadzie ciszy. Ich ostatnia płyta – War of Kings wydana w 2015 roku – to według mnie ich najmocniejszy materiał, a poprzednia – Bag of Bones z roku 2012 – ustępuje jej tylko nieznacznie. Końcówka 2016 roku przyniosła europejską trasę Europe, podczas której grupa świętowała trzydziestolecie swojego najbardziej znanego albumu. Naturalnym krokiem była próba zagrania tej płyty w całości podczas koncertów. Równie naturalnym posunięciem byłoby wypełnienie reszty czasu na scenie zbiorem największych hitów, ale zespół na łatwiznę nie poszedł. Album The Final Countdown wypełnią drugą część koncertowego wydawnictwa zatytułowanego The Final Countdown 30th Anniversary Show – Live at the Roundhouse, zarejestrowanego w kultowej londyńskiej sali koncertowej. Część pierwszą w całości wypełniły utwory ze wspomnianej już płyty War of Kings. Kupując to wydawnictwo, otrzymujemy zatem niejako dwa oblicza Europe w jednym pakiecie – stare, doskonale znane, „ejtisowe” Europe z efektownymi solówkami, wielkimi przebojami i czasem nieco kiczowatymi klawiszami, oraz obecne, hardrockowe, oparte częściej na współbrzmieniu ciężkich gitar i organów Hammonda. Trudno traktować to jako pojedynek – w końcu to wciąż ten sam zespół, w dodatku w tym samym składzie. Raczej naturalne dopełnienie. W dodatku przeprowadzone w bardzo odważny sposób.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Mr. Big - Defying Gravity [2017]



„To oni jeszcze żyją?” – tak reaguje większość fanów rocka na wieść o tym, że Mr. Big wydają nową płytę. „Aaa, to ci od To Be with You?” – upewnią się na wszelki wypadek inni. No tak, w Polsce faktycznie amerykański kwartet znany jest głównie z akustycznego przeboju, który na przełomie 1991 i 1992 roku królował na listach przebojów, oraz z kolejnego lekkiego przeboju – coveru Wild World Cata Stevensa – który również cieszył się sporą popularnością kilkanaście miesięcy później. Nic więc dziwnego, że wiele osób utożsamiało Mr. Big z ogniskowymi numerami oraz „wokalistą, który wyglądał jak babka”. Zapomnieli (albo nie wiedzieli) niektórzy, że ten zespół to grupa złożona z absolutnych wymiataczy na swoich „pozycjach”, z gitarzystą Paulem Gilbertem i basistą Billym Sheehanem na czele, a wspomniane dwa hity absolutnie nie są reprezentatywne dla ogółu twórczości grupy. Na swój użytek to, co grają panowie z Mr. Big, nazywam wirtuozerskim radiowym rockiem.

sobota, 29 lipca 2017

Lion Shepherd - Heat [2017]



Lion Shepherd wyewoluowali kilka lat temu z grupy Maqama i pod koniec 2015 roku zadebiutowali kapitalnym albumem Hiraeth. Trasa w charakterze supportu Riverside niewątpliwie pozwoliła dotrzeć do sporego grona odbiorców, podobnie jak występ na małej (choć głównie z nazwy, bo na pewno nie ze względu na rozmiary) scenie Przystanku Woodstock. O pracach nad drugą płytą słyszeliśmy już od jakiegoś czasu i można śmiało powiedzieć, że wiele osób na ten krążek czekało. Po takim debiucie – nic dziwnego! To oczywiście sprawiało, że i oczekiwania były naprawdę duże. Czy grupie udało się je spełnić? A czy dzik sra w lesie?

czwartek, 27 lipca 2017

Bell - Tidecaller [2017]



Bell to formacja ze Szwecji, z którą po raz pierwszy zetknąłem się kilka tygodni temu. Nic dziwnego akurat w tym przypadku, bo Tidecaller to pierwsze wydawnictwo zespołu. Mocno psychodeliczna, kolorowa (choć jednak trochę zbyt kiczowata jak na mój gust) okładka, do tego sam zespół określa swoją muzykę jako mieszankę stonera, heavy metalu i ciężkiego rocka. Z grubsza temat klaruje się jeszcze przed odsłuchem, choć i ten od razu wyjaśnia, z czym mamy do czynienia. Takich grup jest obecnie mnóstwo, a całkiem spory ich procent działa w Skandynawii. Trzeba zatem solidnie się postarać, żeby w tym oceanie grających ciężko formacji jakoś się wybijać. Nazwa taka jak Bell raczej w szybkim zaistnieniu nie pomoże, ale może muzyka będzie w tym aspekcie skuteczniejsza?

niedziela, 23 lipca 2017

Riverdogs - California [2017]



Formacja Riverdogs przez lata była mi znana głównie z nazwy. Na przełomie lat 80. i 90. były gitarzysta Whitesnake i Dio – Vivian Campbell – miał wyprodukować wczesne dema nowej grupy, ale okazało się szybko, że dogaduje się z muzykami tak znakomicie, że wkrótce dołączył do powstającego zespołu, co niewątpliwie pozwoliło formacji dotrzeć tu i tam – w końcu Campbell był uznawany w latach 80. za jednego z największych gitarowych wymiataczy. Jednak wkrótce po wydaniu debiutanckiego krążka, który nie dostał należytego wsparcia wytwórni, otrzymał ofertę dołączenia do Def Leppard, co być może przekreśliło szanse Riverdogs na większą karierę. Grupa jednak co jakiś czas wydawała nowy materiał, czasami nawet w składzie z Campbellem (jak zawierająca niewydane wcześniej nagrania z początku XXI wieku EP-ka World Gone Mad). Wydaje się, że przymusowa przerwa w koncertowych planach Def Leppard na początku zeszłego roku stała się okazją do nagrania nowego materiału, bo w 2017 roku Riverdogs powracają swoim pierwszym od wielu lat całkiem premierowym wydawnictwem – albumem California. Album wydaje Frontier Records, co samo w sobie mocno sugeruje nawet tym, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z Riverdogs, że znajdziemy na nim sporo melodyjnego, wpadającego w ucho gitarowego rocka…

czwartek, 20 lipca 2017

Skunk - Doubleblind [2017]



Doubleblind to pierwszy album amerykańskiej formacji Skunk. Debiutanci? No raczej nie. Patrząc na panów, debiuty muzyczne mają już dawno za sobą. To grupa doświadczonych gości, którzy zapewne w niejednej formacji wcześniej grali. Ale to tylko moje domysły, bo znalezienie jakichkolwiek informacji o ich muzycznej przeszłości z perspektywy gościa piszącego o muzyce gdzieś na drugim końcu świata graniczy z cudem. Skupmy się zatem na faktach. Dwa lata temu wydali swoje demo Heavy Rock from Elder Times, na którym znalazło się sześć numerów. Cztery z nich zespół nagrał ponownie, dodał cztery kolejne i mamy album Doubleblind.

środa, 19 lipca 2017

Mythic Sunship - Land Between Rivers [2017]



Mythic Sunship to duńska formacja specjalizująca się w długich kompozycjach osadzonych w klimatach ciężkiej psychodelii. Bardziej niż struktura utworu liczą się tu emocje, wyobraźnia i spontaniczność. Land Between Rivers to już piąty krążek zespołu, wydany ledwie rok po poprzednim, pomysłów więc – jak widać – nie brakuje. Przyznam, że nie miałem wcześniej styczności z tą grupą, trafiłem na nich dopiero niedawno, gdy rozpocząłem intensywniejsze wykopaliska na muzycznej mapie Danii. Już widzę, że wykopaliska te będą niezwykle owocne, bo na dzień dobry trafiam na taką perełkę. Przygotujcie się  na niezły odlot z intensywnymi doznaniami po drodze.

piątek, 14 lipca 2017

The Myrrors - Hasta la Victoria [2017]



Do posłuchania płyty Hasta la Victoria skłoniła mnie kapitalna, bardzo klimatyczna okładka tego albumu. Nie znałem wcześniej formacji The Myrrors, choć zespół z Arizony ma już na koncie kilka krążków i panowie na pewno nowicjuszami nie są. Po raz kolejny okazało się, że jeśli okładka zwraca moją uwagę tak bardzo, że postanawiam słuchać w ciemno płyty kompletnie nieznanej mi formacji, to i sama muzyka ma wszelkie szanse mnie oczarować. Oczarowała, o rany, oczarowała! Na Hasta la Victoria jest absolutnie wszystko, czego szukam w muzyce z pogranicza psychodelii i brzmień folkowych. Ale może po kolei…

środa, 12 lipca 2017

Adrenaline Mob - We the People [2017]



Przyznaję, że formacją Adrenaline Mob w dużej mierze przestałem się interesować po odejściu z niej Mike’a Portnoya. Ani słaba druga płyta, ani seria zmian w składzie (w niektórych przypadkach wymuszonych) nie sprzyjały zmianie tej sytuacji. Być może debiut tego zespołu – Omertá – nie zawierał muzyki przesadnie wyszukanej, ale było tam sporo dobrych, mocnych rockowych kawałków, do których dobrze machało się różnymi częściami ciała. Takich, przy których kapitalnie krzyczy się na koncercie, co zresztą sprawdziłem osobiście w 2012 roku w krakowskim klubie Studio. Mówiąc szczerze, do nowego krążka podszedłem bez jakichkolwiek oczekiwań – na zasadzie: włączę, może coś mi się spodoba. To chyba najlepsze możliwe nastawienie w przypadku tej grupy. Ale i ono niestety nie przyniosło zbyt pozytywnych efektów.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Labyrinth - Architecture of a God [2017]



Żaden ze mnie fan power metalu. W zasadzie to poza nielicznymi wyjątkami żaden ze mnie fan jakiegokolwiek metalu. Ale jednak tak się jakoś złożyło, że w okolicy liceum trafiłem na włoską formację Labyrinth. Odwiedzałem wówczas często budkę z kasetami na radomszczańskim bazarku (to już czasy oryginałów, nie taktowskich podróbek za 14000 złotych) i pewnego dnia pan kasetosprzedawca włączył coś, mówiąc, że to powinno mi się spodobać. Nie do końca wiem, skąd u niego taki pomysł, bo przecież nigdy wcześniej nie kupowałem kaset powermetalowych, a w tamtym okresie zaczynałem właśnie przygodę z Iron Maiden, ale włączył i okazało się, że faktycznie – spodobało mi się. Po krótkim odsłuchu kupiłem wtedy dwie kasety Labyrinth – Return to Heaven Denied i nową wtedy Sons of Thunder. Słuchałem ich w tamtym okresie dość często, po kilku latach zamieniłem sobie nawet wysłużone kasety na płyty CD. Ale nigdy nie zagłębiłem się bardziej w ten gatunek, nigdy też nie sięgnąłem po żadne z kolejnych wydawnictw Labyrinth, być może zniechęcony trochę ciągłymi zmianami w składzie grupy (w tym tymczasowym odejściem lidera Olafa Thörsena oraz – już dużo później – wokalisty Roba Tyranta). Jednak od czas do czasu wciąż wracam do tych dwóch albumów, bo ta mieszanka chwytliwego włoskiego power metalu z mocno klawiszowym rockiem progresywnym w stylu wczesnego Dream Theater ma w sobie jednak coś przyjemnego. Architecture of a God to ósmy krążek formacji, pierwszy od 2010 roku. No dobrze, w sumie czemu nie spróbować?

piątek, 7 lipca 2017

Hair of the Dog - This World Turns [2017]



Ze szkockim triem Hair of the Dog zetknąłem się po raz pierwszy, gdy zespół wydał swoją drugą płytę – The Siren’s Song. Uwagę przykuwała psychodeliczna okładka, ale w jeszcze większym stopniu po prostu świetna muzyka zawarta na tamtym albumie. Z miejsca stali się jednym z moich ulubionych zespołów europejskiej sceny retro/hardrockowej. Oczywiście wraz z tym przychodzą oczekiwania. I tu często pojawia się problem, bo zespoły, które raz oczarowały, czasami zwyczajnie nie mają w sobie drugiej tak udanej płyty i z czasem entuzjazm zarówno muzyków jak i fanów nieco opada. Nie tym razem jednak – Hair of the Dog za kilka dni wydadzą swój trzeci album, zatytułowany This World Turns, i już teraz wiem, że jest to wydawnictwo, na które warto było czekać.

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Afghan Whigs - In Spades [2017]



Ten blog, o czym stali bywalcy zapewne już wiedzą, nie jest ani profesjonalnym portalem muzycznym, ani nie pretenduje do zawodowego dziennikarstwa. Bo i niby czemu miałby, skoro na tym nie zarabiam? Dlatego nie czuję specjalnej potrzeby zagłębiania się w meandry historii wszystkich opisywanych przeze mnie zespołów, ekspresowego przesłuchiwania całej dyskografii wykonawcy, który właśnie wydał interesującą mnie płytę oraz dokonywania innych generalnie chwalebnych czynów, których zapewne wymagałby profesjonalizm. Siadam do odsłuchu płyty i czasem mam się do czego odwoływać, a czasem nie. Stąd często z czystym sumieniem przyznaję się, że twórczość tego czy tamtego zespołu jest mi zupełnie obca, choć czasem być może nie powinna. Tak jest właśnie tym razem. The Afghan Whigs to formacja z około trzydziestoletnim stażem, a jednak In Spades, ich tegoroczny album – ósmy w ich dorobku – jest pierwszym, który poznałem. Obiły mi się o uszy jakieś pojedyncze utwory, mniej więcej miałem pojęcie, jakiego rodzaju muzykę zespół ten wykonuje, ale te zasłyszane gdzieś kompozycje nigdy nie przekonały mnie, żeby sięgnąć po którąkolwiek z wcześniejszych płyt w całości. Zatem moje poniższe wrażenia są absolutnie pozbawione jakichkolwiek odniesień do ich wcześniejszych płyt i jest mi z tym bardzo w porządku.

sobota, 1 lipca 2017

Moonbow - War Bear [2017]



Moonbow to nazwa, która jeszcze do niedawna nie mówiła mi absolutnie nic, tymczasem okazuje się, że jest to formacja składająca się z muzyków, którzy swoje już zrobili wcześniej w innych zespołach i absolutnie nie są nowicjuszami. Wystarczy wspomnieć grupy takie jak Valley of the Sun czy The Afghan Whigs. Być może okładka nowej płyty tego zespołu, War Bear, niebezpiecznie zbliża się do granicy oddzielającej „fajny klimat” od kiczu, ale kiedy już album włączymy, okazuje się, że muzycznego kiczu absolutnie tu nie znajdziemy. A co w takim razie znajdziemy? Mnóstwo świetnego gitarowego łojenia, rasowy głęboki wokal i sekcję, która kapitalnie napędza wszystkie numery.

czwartek, 29 czerwca 2017

Samsara Blues Experiment - One with the Universe [2017]



Mój romans z niemiecką grupą Samsara Blues Experiment naznaczony jest wzlotami i upadkami. No dobrze, w zasadzie to jednym wzlotem i jednym upadkiem. Poznałem ich muzykę kilka lat temu, przesłuchałem parę numerów z pierwszych płyt i spodobało mi się to, co usłyszałem. Byłem bardzo zadowolony, kiedy okazało się, że będą grali na Red Smoke Festival w Pleszewie – imprezie, z kapitalnym klimatem, gdzie tego typu zespoły, grające w rejonach stoner/doom/psych czują się świetnie. Tyle że sam występ niestety był dla mnie lekkim rozczarowaniem i nie do końca potrafię stwierdzić czemu. Być może zagrali dla mnie trochę zbyt ciężko, może zaważyła bardzo kiepska pogoda, a może po prostu byłem już zmęczony po całym dniu koncertowania i hmm „kontaktów towarzyskich”. W każdym razie efekt był taki, że wymęczyłem się trochę i głównie właśnie to zmęczenie pamiętam z tamtego występu, choć starałem się mocno wbić w klimat muzyki płynącej ze sceny. Tymczasem grupa zapowiedziała na ten rok premierę nowej płyty i mimo wszystko ucieszyłem się, pamiętając, że przecież bez względu na wrażenia z jedynego koncertowego spotkania z SBE, studyjnie od początku mi się podobali. I tym samym przechodzimy z tej krótkiej historyjki do płyty One with the Universe – czwartego studyjnego krążka Samsara Blues Experiment.

wtorek, 27 czerwca 2017

Pristine - Ninja [2017]



Norweską formację Pristine poznałem przy okazji premiery poprzedniej płyty – Reboot. Kapitalnie połączyli klimat klasycznego blues-rocka i psychodelii, tworząc retro mieszankę na naprawdę wysokim poziomie. Trafili w mój gust, nic więc dziwnego, że załapali się do mojego rankingu ulubionych płyt 2016 roku. Reboot był w pewnym sensie przełom dla zespołu, czego dowodem była też wspólna europejska trasa z – nie bójmy się tego określenia – współczesnymi gwiazdami retro rocka, grupą Blues Pills. Być może Pristine nie są jeszcze tak znani szerokiej publiczności, ale to może być kwestią czasu – w końcu ogólny zarys muzyczny jest w obu przypadkach dość podobny, obie formacje mają na czele panie z mocnym, charakterystycznym wokalem oraz zdolnych instrumentalistów, którzy bez problemu przenoszą słuchaczy niemal pół wieku wstecz. Ninja – czwarty album Pristine, wydany nakładem znanej (choć do niedawna głównie z premier mocno metalowych) niemieckiej wytwórni Nuclear Blast – to krążek, który ma wszelkie szanse znacznie poszerzyć grono fanów zespołu.

sobota, 24 czerwca 2017

Junius - Eternal Rituals for the Accretion of Light [2017]



Junius to grupa z Bostonu, która wydała niedawno swój trzeci duży album. Ich muzyka łączy post-rocka, post-metal, metal progresywny, psychodelię i sludge. Mieszanka to dość osobliwa i niełatwa w odbiorze. Doświadczenie muzyków jest jednak znacznie większe, niż wskazywałaby liczba wydanych dużych płyt. Mają na koncie sporo EP-ek i splitów, choć zdecydowana większość pojawiła się w poprzedniej dekadzie. Od albumu numer dwa też już trochę minęło, bo krążek Reports from the Threshold of Death ukazał się w 2011 roku. Lubujący się w długich, trudnych do zapamiętania tytułach albumów panowie wracają wydawnictwem zatytułowanym Eternal Rituals for the Accretion of Light.

środa, 21 czerwca 2017

Guns n' Roses - Gdańsk [Energa Stadion], 20 VI 2017 [relacja]



Koncert Guns n’ Roses w Gdańsku to koncertowe wydarzenie roku w Polsce. Oszukiwanie się, że jest inaczej, nie ma sensu. W tym roku w naszym kraju nie zagra żaden inny rockowy wykonawca, którego występ wzbudzi tak wielkie emocje. Nie mam wątpliwości, że dla wielu osób, które dorastały na przełomie lat 80. i 90., był to jeden z najważniejszych dni w życiu. Odkąd poznałem Guns n’ Roses w okolicach końca roku 1991, marzyłem o tym, żeby kiedyś zobaczyć tych gości na żywo. Chociaż nie, w zasadzie to przez wiele lat nawet marzyć o tym nie mogłem, bo – po pierwsze – wtedy koncerty tych wielkich były u nas ogromną rzadkością, a po drugie – sytuacja w zespole po 1993 roku nie dawała najmniejszej nadziei na to, że większość klasycznego składu (no dobrze, dwóch składów) Gn’R jeszcze kiedykolwiek stanie na jednej scenie. Oczywiście zaliczyłem w XXI wieku dwie wizyty Axla Rose’a i jego solowej grupy, która występowała pod szyldem Guns n’ Roses, zaliczyłem Velvet Revolver (tu niestety w Pradze, bo katowicki koncert został odwołany), wpadł do nas Duff z zespołem Walking Papers, a i Slash w ostatnich latach przyjeżdża do nas nad wyraz chętnie. Wszystkie te występy wywoływały silne emocje u fanów grupy, ale nie oszukujmy się – był to zaledwie ułamek tego, co przeżywaliśmy we wtorek w Gdańsku. Nawet jeśli ten cały szumnie zapowiadany „reunion” jest mocno niekompletny.

piątek, 16 czerwca 2017

Sólstafir - Berdreyminn [2017]



Niedawno grupa Ulver wydała swój nowy album, na którym wykonała kolejną stylistyczną woltę, tym razem czerpiąc garściami z muzyki elektronicznej, nowofalowej, a nawet synthpopowej lat 80. Teoretycznie krok dość zaskakujący jak na formację, która zaczynała od naprawdę ciężkiego metalu, ale fani tego zespołu już od dawna wiedzą, że z grupą Ulver nie ma sensu do czegokolwiek się przyzwyczajać, bo panowie lubią mieszać mocno i często. Sólstafir to kolejna formacja z północy Europy, która z biegiem lat stopniowo zmieniała swoje brzmienie, tracąc niewątpliwie po drodze część fanów, ale zdobywając jednocześnie wielu nowych, którym wcześniejsze brzmienie niekoniecznie musiało odpowiadać. Przeszli długą drogę od black metalu i viking metalu przez progresję i post-rock/post-metal, aż dotarli do chwili obecnej – płyta Berdreyminn to mieszanka brzmień zawartych na poprzednich kilku albumach formacji, ale także – jak w przypadku zespołu Ulver – zahaczająca momentami o przebojową muzykę nowofalową czy nawet synthpopową. Czy to się przyjmie? Mam wrażenie, że wśród sporego procenta fanów już się przyjęło, choć nie do końca przekłada się to na moją opinię o tym albumie.

środa, 14 czerwca 2017

Cachemira - Jungla [2017]



Cachemira to trio z Barcelony, o którym mieliście wszelkie szanse do tej pory nie słyszeć. Muzycy tego zespołu grywali wcześniej w innych lokalnych grupach, ale zebrali się w 2015 roku, by stworzyć razem coś nowego. Panowie spędzili trochę czasu w zeszłym roku na nagrywaniu swojej pierwszej płyty, która ukazała się w maju nakładem Heavy Psych Sounds. Znajdziemy na niej pierwsze wspólne kompozycje formacji, jest to zatem podsumowanie najwcześniejszego okresu działalności zespołu. Album jest zatytułowany Jungla i składa się z pięciu numerów trwających w sumie pół godziny. Niektórym może się wydawać, że to mało, ale według mnie to idealna długość, żeby nowy zespół miał okazję przywitać się ze światem i zainteresować słuchacza.

niedziela, 11 czerwca 2017

Anathema - The Optimist [2017]



Nie da się ukryć, że „optymistyczny” to jedno z ostatnich określeń, jakich użylibyśmy w kontekście muzyki brytyjskiej formacji Anathema. Grupa ta wyrosła na prawdziwych mistrzów melancholijnej progresji w ostatnich kilkunastu latach. Tyle, że coraz częściej miałem wrażenie, że na ostatnich płytach formacja wpadła w pewną pułapkę powtarzalności. Mało było na nich świeżych pomysłów, większość utworów oparta była na replice pomysłów znanych z kilku poprzednich wydawnictw. Kwintesencja regresywnej progresji? Przy okazji recenzji Distant Satellites – poprzedniczki The Optimist – pisałem, że potrzebna jest odważna zmiana. Na okładce mamy światło. Może to być światełko w tunelu. Ale światełko w tunelu może też oznaczać, że pędzi w twoją stronę pociąg. No dobrze, w tym przypadku samochód. To w końcu fani mają powody do optymizmu czy nie do końca?

sobota, 10 czerwca 2017

Galley Beggar - Heathen Hymns [2017]



Galley Beggar to brytyjska formacja, która właśnie wydała swój trzeci album – Heathen Hymns. Według źródeł internetowych grają brytyjskiego folk rocka, tytuł oraz okładka nowej płyty także sugerują taki właśnie klimat, nie mogłem więc zignorować pojawienia się takiego albumu w mojej muzycznej przestrzeni, bo choć absolutnie nie uważam się za konesera muzyki folkowej, to jednak pewną jej dawkę co jakiś czas przyjmuję z niekłamaną przyjemnością. Pod warunkiem, że podana jest w sposób interesujący. Na szczęście w tym przypadku tak właśnie jest. Nie znałem grupy Galley Beggar przed pierwszym odsłuchem tego krążka, było to zatem dla mnie premierowe spotkanie z ich muzyką. Brak oczekiwań, ale też brak jakiegokolwiek bagażu doświadczeń w spotkaniach między słuchaczem a artystą czy też przywiązania do twórczości grupy. Jednak od pierwszych sekund płyty czułem, że źle nie będzie.

czwartek, 8 czerwca 2017

The Sonic Dawn - Into the Long Night [2017]



The Sonic Dawn to młoda duńska formacja, która pod tą nazwą zadebiutowała w 2015 roku krążkiem Perception. Po kilkunastu miesiącach ukazuje się drugi album w dorobku formacji i z całą pewnością mogę oświadczyć, że wyrasta nam kolejny ciekawy skandynawski zespół. Trio z Kopenhagi kapitalnie czuje się w klimatach wczesnej psychodelii, serwując słuchaczom muzykę, w której znajdziemy fantastyczne rytmy, świetne, nieco senne wokale, porywające partie gitar oraz – jak to często w muzyce retro-psychodelicznej – przyjemne brzmienia sitaru. Z nie zawsze przyjaznej pogodowo Danii panowie przenoszą nas z niezwykłą łatwością do londyńskiego klubu UFO bądź na plażę w kalifornijskim Venice.

środa, 7 czerwca 2017

Bjørn Riis - Forever Comes to an End [2017]



Bjørna Riisa absolutnie nie można posądzić o lenistwo. Niecały rok po premierze czwartego krążka formacji Airbag, której jest gitarzystą i głównym kompozytorem, wydał swój drugi album solowy. Premiera zbiegła się zresztą idealnie z wizytą Airbag na dwóch koncertach w Polsce. Poprzedni krążek Riisa, Lullabies in a Car Crash, ukazał się w 2014 roku i zdecydowanie był kontynuacją tego, co gitarzysta robi na co dzień z Airbag, bo choć sam twierdził, że utwory, które trafiły na ten album, niezbyt pasowały w jego opinii na płyty zespołu, to pozwalam sobie nie podzielać tego przekonania. I o ile zeszłoroczne wydawnictwo zatytułowane Disconnected było dla mnie lekkim rozczarowaniem – nie ze względu na jego jakość, a powtarzanie tego, co słyszeliśmy już na wcześniejszych płytach Airbag – o tyle Forever Comes to an End, bo tak zatytułowany jest drugi solowy album Riisa, to pewien powiew świeżości.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Runa Gaman - Cepa [2017]



Runa Gaman to instrumentalne trio z Buenos Aires. Niestety nie wiem nic o przeszłości muzyków tworzących tę formację ze stolicy Argentyny, ale Cepa to pierwsze oficjalne wydawnictwo zespołu, co w połączeniu ze świeżo założonym profilem na Facebooku każe przypuszczać, że jest to zupełnie nowy muzyczny twór. Szybka próba namierzenia na tym samym portalu poszczególnych muzyków formacji wskazuje, że są to ludzie młodzi, istnieje zatem dość spore prawdopodobieństwo, że cała trójka nie ma wielkiego bagażu doświadczeń scenicznych. A muzycznie? Macie przed sobą 35 minut psychodelii – raz spokojniejszej, bardziej „kosmicznej”, innym razem uderzającej raczej w stonerowe klimaty. Jedno jest pewne – radiowych przebojów tu nie będzie.

sobota, 3 czerwca 2017

Roger Waters - Is This the Life We Really Want? [2017]



Roger Waters nie wydał rockowej płyty od ćwierć wieku. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że w muzyce to cała epoka, tym bardziej, że dotyczy to przecież artysty cały czas aktywnego muzycznie. Ostatnie lata zeszły Watersowi głównie na przypominaniu dorobku jego byłej formacji, stąd też kolejne trasy, podczas których skupiał się na jednym z albumów Pink Floyd, najczęściej na The Wall. Przyznam – produkcje koncertowe robiły wrażenie. Potwierdzi to chyba każdy, kto miał okazję widzieć przedstawienie The Wall choćby w Łodzi kilka lat temu. Czy przez te 25 lat wykiełkowało dostatecznie dużo nowych pomysłów, czy po prostu obecna sytuacja społeczno-polityczna sprawiła, że nowa płyta nagle „zrobiła się sama”? Trudno powiedzieć, bo Is This the Life We Really Want? brzmi tak, jak zapewne brzmiałyby obecnie płyty Pink Floyd, gdyby Waters nie odszedł z grupy ponad 30 lat temu i panowie jakimś cudem wytrzymaliby ze sobą przez ten czas. Roger wciąż jest muzykującym politykiem, wciąż (a nawet jeszcze bardziej) nie jest wokalistą, wciąż też jest kapitalnym kompozytorem. A ja wciąż nie wiem, czy to jest płyta, której naprawdę chcieliśmy.

czwartek, 1 czerwca 2017

Electric Moon - Stardust Rituals [2017]



Niemieckie trio Electric Moon w ostatnich latach niespecjalnie rozpieszczało swoich fanów nowymi wydawnictwami studyjnymi. Owszem, pojawiało się dużo koncertówek, projektów pobocznych, reedycji i innych ustrojstw, ale ostatnim w pełni samodzielnym studyjnym albumem grupy było The Doomsday Machine z 2011 roku. Wygląda na to, że formacja bardziej wierzy w siłę koncertowego grania i w ten właśnie sposób woli prezentować swoje świeże kompozycje. Nie znam historii tego zespołu aż tak dobrze, żeby wyrokować jakie były przyczyny tej posuchy w temacie wydawnictw studyjnych, ale mamy rok 2017 i Electric Moon w końcu dają nam trochę nowej muzyki studyjnej w formie płyty Stardust Rituals. Trochę czyli trzy kwadranse podzielone w taki sposób, że strona pierwsza wydania winylowego składa się z trzech numerów (w tym dwóch dość mocno rozbudowanych), a stronę B w całości zajmuje 23-minutowy kolos.

wtorek, 30 maja 2017

Galbraith Group - Time [2017]



Galbraith Group to rodzinny interes z siedzibą na Florydzie. Sekcja rytmiczna składająca się z dwóch sióstr oraz ich brat na gitarze. W takim składzie rodzinka nagrała płytę Time – jedno z dwóch wydawnictw, które ma się ukazać tej wiosny. Na swoim profilu facebookowym zespół pisze, że inspirują się zarówno rock n’ rollem, jak i funkiem, muzyką progresywną, a nawet jazzem. I to w zasadzie słychać w utworach zawartych na Time, aczkolwiek tego rock n’ rolla jest tu według mnie zdecydowanie najmniej, chyba ze szkodą dla materiału. O tym jednak później.

poniedziałek, 29 maja 2017

Siena Root - A Dream of Lasting Peace [2017]



Bez najmniejszych wątpliwości A Dream of Lasting Peace to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów zapowiedzianych na ten rok. Śledzę poczynania Siena Root od dobrych siedmiu lat i to jest jeden z tych zespołów, które nigdy nie zawodzą, a jednocześnie nigdy też do końca nie wiadomo, czego spodziewać się po nowym wydawnictwie (oprócz – rzecz jasna – tego, że będzie bardzo dobre). Grali już mocno psychodelicznie, grali w stylu długich hardrockowych improwizacji, grali też z mocnym posmakiem muzyki azjatyckiej. Ich poprzedni album, Pioneers, był głębokim ukłonem w kierunku klasyków hard rocka, takich jak Deep Purple. Biorąc pod uwagę pewną stabilizację składu grupy (w porównaniu do poprzedniego krążka zaszła zmiana jedynie na stanowisku wokalisty, choć obaj panowie śpiewający w ostatnich latach w zespole dysponują dość zbliżoną barwą głosu), można było spodziewać się kontynuacji tego kierunku. Tak po części jest, ale A Dream of Lasting Peace, szósty studyjny krążek grupy, z pewnością nie jest kopią Pioneers.

piątek, 26 maja 2017

PH - Eternal Hayden [2017]



PH to formacja z Finlandii, która do tej pory funkcjonowała i wydawała płyty (trzy) pod szyldem Mr. Peter Hayden. Płyty niełatwe w odbiorze, skierowane raczej do dość wąskiej grupy słuchaczy lubiących gęste, przytłaczające post-metalowe brzmienia z dużą dozą cholernie ciężkiej psychodelii. Być może panowie poczuli z czasem, że formuła już się wyczerpuje, bo po coraz dłuższych i mniej przystępnych płytach postanowili nie tylko wydać album dużo skromniejszy objętościowo, ale także oznaczony szyldem PH, który do tej pory pojawiał się jako logo grupy podczas koncertów. A zatem nowy początek. No, tak prawie, bo zarówno tytułem płyty, jak i pierwszym na niej numerem Finowie jednak wracają do swojej niezbyt odległej przeszłości.

czwartek, 25 maja 2017

Humulus - Reverently Heading into Nowhere [2017]



Humulus to trio z Brescii, które istnieje już od ośmiu lat, choć jego dorobek jak do tej pory zamykał się w jednej dużej i jednej małej płycie. Revenrently Heading into Nowhere to zatem drugie pełnowymiarowe wydawnictwo Włochów. Panowie reklamują swoją muzykę hasłem: tłuste riffy, mocny fuzz i mnóstwo piwa. Ja dodałbym do tego jeszcze całkiem mocne skłonności do psychodelicznych odlotów oraz sporą umiejętność tworzenia dobrych melodii.

Z okładki płyty nadciąga w naszym kierunku groźny nosorożec (dla zdolnych językowo zabawa w skojarzenia okładkowo-tytułowe) i trzeba przyznać, że muzyka Humulus jest momentami równie ciężka jak on. Faktycznie riffy dostajemy mocno sabbathowe, gitara i bas przyjemnie buczą w dołach, a perkusja nadaje całości dodatkowej mocy. Ale jeśli spodziewaliście się mocnego, jednostajnego łojenia przez cały album, to muszę was rozczarować/uspokoić. Już pierwszy z sześciu zawartych na tym krążku numerów – Distant Deeps or Skies – pokazuje, że formacji nieobce jest też spokojniejsze, bardziej klimatyczne granie. Owszem, początek i koniec to mocne przyłożenie, ale część środkowa stanowi bardzo przyjemną odmianę. Szybko też zwraca na siebie uwagę wokalista (i gitarzysta) grupy, Andrea Van Cleef. W Catskull demonstruje z jednej strony bardzo przyjemną barwę w spokojnych „dołach”, jak i solidne, mocniejsze ryknięcie, które jednak absolutnie nie kaleczy uszu. To miła odmiana, bo często zespoły grające w takim stylu świetnie radzą sobie w sferze instrumentalnej, ale im mniej wokalu, tym lepiej dla wszystkich słuchających. Tu jest zupełnie inaczej. Wokal absolutnie nie psuje ogólnego wrażenia ani nie niknie przykryty ścianą dźwięku.

środa, 24 maja 2017

Snakecharmer - Second Skin [2017]



Kilka lat temu paru weteranów sceny hardrockowej postanowiło pograć razem w starym stylu i założyło formację o tragicznej nazwie Monsters of British Rock. Na szczęście szybko ją porzucono, a zespół przechrzczono na Snakecharmer – słowo natychmiast kojarzące się odpowiednio w środowisku rockowym i kierujące oczekiwania słuchacza na właściwe tory. W składzie znaleźli się zawodnicy, których faktycznie wstyd nie znać – basista Neil Murray (oryginalny skład Whitesnake, Black Sabbath, wieloletni współpracownik Gary’ego Moore’a i Briana Maya), gitarzyści Mickey Moody (oryginalny skład Whitesnake) i Laurie Wisefield (drugi klasyczny skład Wishbone Ash), perkusista Harry James (Thunder), a także klawiszowiec Adam Wakeman (z tych Wakemanów). Za mikrofonem stanął mniej znany od swoich kolegów, ale także doświadczony na rockowych scenach Chris Ousey. Po jakimś czasie miejsce Moody’ego zajął Simon McBride, gitarzysta może mniej znany, ale na pewno wiedzący co robić, kiedy bierze gitarę do ręki. I taki skład prezentuje nam się na drugim krążku formacji Snakecharmer, zatytułowanym Second Skin. A co od panów dostajemy? W zasadzie dokładnie to, czego należało się spodziewać, co ma oczywiście swoje dobre i złe strony.

wtorek, 23 maja 2017

Tune - Łódź [ŁDK], 21 V 2017 [galeria zdjęć]

Łódzka formacja Tune to bezsprzecznie jedno z najciekawszych zjawisk ostatnich lat na polskiej scenie rockowej. Grają nietuzinkowo, znakomicie łączą tajemniczo-psychodeliczne klimaty ze świetnymi, wpadającymi w ucho melodiami, a często wręcz z przebojowością. W trzymaniu wysokiego poziomu niewątpliwie pomaga to, że w grupie jest sceniczne zwierzę w postaci wokalisty Jakuba Krupskiego, który nie dość, że jest urodzonym showmanem, to jeszcze śpiewa po angielsku, a nie po angielskiemu. Kapitalna barwa głosu też nie przeszkadza. Fantastyczne kompozycje wypadają świetnie także na żywo, o czym można się było przekonać w sali Łódzkiego Domu Kultury przy okazji finału IV edycji Rockowania. Tune zaprezentowali set złożony z nieco ponad połowy debiutu - płyty Lucid Moments - oraz niemal całej (z wyjątkiem jednej kompozycji) płyty Identity, która moim jak zawsze niezwykle nieskromnym zdaniem jest jednym z najlepszych polskich krążków XXI wieku. Być może czasem brakowało mi w aranżacjach koncertowych klawiszy (te pojawiały się, ale często ustępowały miejsca akordeonowi, co nie dziwiło przy utworach z pierwszej płyty, ale już w przypadku kompozycji z Identity nie zawsze się według mnie sprawdzało), ale jak zawsze grupy słuchało się z wielką przyjemnością. Szybko się rozkręcili, szybko też rozruszali żywiołową, choć niestety stanowczo zbyt małą publiczność. Nigdy nie zrozumiem jakim cudem w tak dużym mieście na koncert świetnego zespołu, za który trzeba zapłacić zaledwie 15 złotych, przychodzi tak naprawdę garstka ludzi, bo na sali było może z 60 osób. A tak z innej beczki - panowie, czas już chyba na tę trzecią płytę!

poniedziałek, 22 maja 2017

Airbag - Warszawa [Progresja], 20 V 2017 [galeria zdjęć]

Polska to szczególne miejsce dla norweskiej formacji Airbag. To tu jeszcze w początkach swojej działalności zupełnie nieznani wtedy muzycy spotkali się z niesamowicie ciepłym przyjęciem na jednej z pierwszych edycji Ino-Rock Festival. Nic dziwnego, że grupa wraca do nas przy każdej nadarzającej się okazji, a tych - trzeba przyznać - nie ma zbyt wielu, bo muzycy Airbag są aktywni zawodowo i koncertują niezwykle sporadycznie. Tym razem wizyta w naszym kraju (przełożona o kilka miesięcy ze względu na nagłe problemy zdrowotne jednego z muzyków w dniu, gdy formacja wybierała się początkowo do Polski) zbiegła się w czasie z premierą drugiej solowej płyty głównego kompozytora i gitarzysty Airbag, Bjørna Riisa. Miałem cichą nadzieję, że może skoro w nagrywaniu jego solowych płyt i tak biorą udział pozostali dwaj stali członkowie grupy, to do koncertowej setlisty zespół przemyci coś także z tego krążka, panowie pozostali jednak przy materiale sygnowanym nazwą zespołu. Wspomniałem o trzech członkach. Od ostatniej wizyty skład grupy uległ zmianie. Kilka miesięcy temu odszedł basista, a jakiś czas wcześniej z zespołem pożegnał się także klawiszowiec. Obaj zostali zastąpieni przez muzyków koncertowych, towarzyszących stałemu triu, przy czym zamiast klawiszy, mamy teraz w zespole trzy gitary. I tu nie jestem do końca pewny czy takie rozwiązanie mi odpowiada, bo choć nowy gitarzysta formacji starał się momentami bardzo mocno wydobywać ze swojego instrumentu dźwięki nawiązujące do klawiszowego tła niektórych kompozycji zespołu, to jednak brak partii klawiszowych i tak zdecydowane przechylenie balansu brzmienia na stronę gitar nie do końca mi odpowiada.

niedziela, 21 maja 2017

Soup - Remedies [2017]



Przyznam, że zespół Soup był mi kompletnie nieznany do niedawna. Pierwszy raz obili mi się o oczy, kiedy okazało się, że okładka ich nowej płyty dość mocno przypomina zdjęcia z niedawnej sesji Stevena Wilsona. No cóż, nie jest to przypadek, bo zdjęcia robił ten sam człowiek, czyli Lasse Hoile, w dodatku w podobnym czasie. Gdy czytałem o tej grupie, przemknęła mi także informacja, że przy wcześniejszym materiale jako producent z zespołem pracował gitarzysta bardzo lubianej przeze mnie grupy Motorpsycho. To wystarczyło, żeby wzbudzić pewne zainteresowanie, choć skłamałbym, gdybym powiedział, że czekałem na najnowszą płytę Soup zatytułowaną Remedies. Odsłuchałem ją też w zasadzie nieco przypadkowo, bo akurat link do odsłuchu trafił się, gdy zastanawiałem się, co właśnie włączyć. Spróbuję – czemu nie? Do płyty Remedies podszedłem bez żadnych oczekiwań, ale i bez uprzedzeń – kartka najbielsza z możliwych, bo było to moje pierwsze zetknięcie z ich twórczością. Jak ja lubię takie przypadki! Trafianie na takie albumy to najlepsze, co może spotkać człowieka poszukującego nieustannie ciekawych płyt. To nagroda za to, że nie bierze się tylko tego, co proponuje mainstream, ale grzebie się głębiej.

czwartek, 18 maja 2017

Yolk - Solar [2017]



We Francji istnieje sobie zespół o nazwie Yolk. Nie znacie? Ja też do niedawna nie znałem. Nie wiem o nich prawie nic, ale chętnie się dowiem, bo to zespół nietuzinkowy. Trudno nawet ustalić, ile tak naprawdę mają na koncie wydawnictw, bo tutaj różne serwisy podają różne wersje „prawdy”. Z tego, co udało mi się ustalić, na płycie pierwszej, wydanej kilkanaście lat temu (nawet tu padają różne daty) dominowały formy dość krótkie. Po dłuższej przerwie powrócili zeszłoroczną EP-ką (choć jak na EP-kę bardzo długą), a w kwietniu ukazał się drugi album formacji, zatytułowany Solar. Tym razem jednak muzycy z Dunkierki postawili na rozbudowane kompozycje, czego efektem jest wydawnictwo składające się z trzech utworów trwających w sumie niecałe 39 minut. A czego muzycznie możemy się tu spodziewać? Awangardowych wariactw, psychodelicznych odpływów, jazzowych naleciałości i rockowej dynamiki.

środa, 17 maja 2017

Zapowiedzi płytowe - część 2

Artyści, zarówno ci bardziej znani, jak i ci w dużej mierze wciąż anonimowi, zdecydowanie nie zwalniają, atakując nas zewsząd swoimi nowymi wydawnictwami. No dobrze, większość z nich wcale nie atakuje, to my ich odnajdujemy. Ale łatwo się pogubić. Dlatego po raz drugi prezentuję małą zapowiedź tego, co czeka nas w temacie nowości płytowych w nadchodzących tygodniach. O większości z tych płyt przeczytacie oczywiście na blogu.

wtorek, 16 maja 2017

The Ivory Elephant - Number 1 Pop Hit [2017]



Stężenie australijskiego rocka na tym blogu w ostatnich tygodniach osiąga stan alarmowy, ale jak tu narzekać, skoro Antypody ciągle zaskakują kapitalnymi formacjami, które „czują bluesa”, a do tego potrafią soczyście przyłoić tak, że kurz na australijskim Outbacku opada pewnie długimi tygodniami. Trio The Ivory Elephant (kapitalna nazwa!) istnieje już od kilku lat, ma na koncie dwie EP-ki wydane w latach 2013 i 2015, ale właśnie ukazała się ich pierwsza duża płyta zatytułowana zapewne mocno autoironicznie Number 1 Pop Hit. Choć z tą autoironią to powinienem chyba uważać, bo w zasadzie sporej części materiału zawartego na debiucie nie można odmówić chwytliwości i walorów radiowych, w dobrym tego słowa znaczeniu. Da się przyjemnie łoić na rockowo i jednocześnie grać radiowo? A da się. Da się też na tej samej płycie dla odmiany pojechać w klimaty rocka psychodelicznego. Wszystko się da, jeśli ma się dobry pomysł i umiejętności. Panowie z The Ivory Elephant sprawiają wrażenie takich, co mają jedno i drugie.

niedziela, 14 maja 2017

Geezer - Psychoriffadelia [2017]



Nie, Geezer to nie zespół basisty Black Sabbath, choć i on wydawał albumy pod tym szyldem. Geezer to amerykańskie trio, które już od paru lat przygniata fanów narkotycznego łojenia ciężkimi riffami, bulgoczącym basem i teksturą utworów gęstą jak smoła. Psychoriffadelia to trzeci album tej formacji, choć na jej koncie jest też EP-ka oraz wydany w 2015 roku split z Borracho – grupą, której muzyka także była opisywana na tym blogu. Nie mamy więc do czynienia z muzykami początkującymi i to oczywiście na tym albumie doskonale słychać. Kapitalna okładka „w klimacie” mówi sporo o muzycznych odcieniach, które znajdziemy na tym krążku. Będzie ciężko, będzie gitarowo, będzie brudno, nisko i z morzem przesteru. I, co jeszcze ważniejsze, będzie bardzo solidnie!

piątek, 12 maja 2017

Steve Hackett - The Night Siren [2017]



Steve Hackett to legenda muzyki rockowej. Kto nie zna, w ogóle nie powinien się wypowiadać na temat muzyki gitarowej. Genesis nie zmieniło się z tuzów prog rocka w pop-rockowy zespół masowo produkujący przeboje radiowe wraz z odejściem Petera Gabriela, a wtedy, kiedy ze składu zniknął właśnie Hackett. Próżno szukać w progresywnym światku gitarzysty, który nie inspirowałby się tym, co 40-45 lat temu wyczyniał ten facet. A jednak, choć płyty wczesnego Genesis w większości uwielbiam, do solowej twórczości Steve’a od lat podchodzę jak pies do jeża. Może to kwestia tego, że do nadrobienia jest po prostu zbyt wiele (to tak, jakby teraz nagle ktoś postanowił obejrzeć wszystkie odcinki… no może nie Mody na sukces, ale przynajmniej Prawa i porządku – łącznie ze wszystkimi spin-offami), a może po prostu z tych – przyznam nielicznych – solowych tworów Hacketta nic (może poza In Memoriam) nie zachwyciło mnie na tyle, żebym koniecznie musiał po inne rzeczy sięgnąć. W każdym razie Hackett na pewno nie próżnuje, bo nowe albumy ukazują się dość regularnie. Po przyjemnym (choć, znowu, niezbyt mnie wciągającym, za to „ozdobionym” koszmarną okładką) Wolflight, które ujrzało światło dzienne w 2015 roku, mamy już płytę kolejną – The Night Siren, ponownie skomponowaną w większości przez trio Steve Hackett, Jo Hackett (szacowna małżonka) i Roger King.

środa, 10 maja 2017

The Black Angels - Death Song [2017]



Death Song to piąty album w dorobku teksańskiej formacji The Black Angels, choć doświadczenie wydawnicze tej grupy jest znacznie większe, gdyż jeszcze więcej niż płyt zespół ten wydał EP-ek, pojawiał się poza tym na tribute albumach i ścieżkach dźwiękowych kilku filmów i seriali. To już w sumie kilkanaście wydawnictw w ciągu 13 lat istnienia – nie w kij dmuchał. Potrafią świetnie wczuć się w klimat bagnistego, ponurego grania południa Stanów, kapitalnie idzie im podrabianie garażowej psychodelii końca lat 60., tym razem jednak muzycy wrócili w pewnym sensie do swoich początków i nagrali album, który jest ciężki, intensywny, ale przy tym cholernie melodyjny.

wtorek, 9 maja 2017

Mt. Mountain - Dust [2017]



I znowu trafiam zupełnie przez przypadek na zespół, który zdobywa moje serce i wszystkie inne ważniejsze organy przy pierwszym odsłuchu. Mt. Mountain (co za nazwa!) to Australijczycy… znowu. Australia Szwecją… Australii? Może to być. Dust to teoretycznie dopiero drugi długograj tej formacji, ale mają też na koncie dwie EP-ki, a biorąc pod uwagę, że w ich przypadku rzeczone EP-ki są zaledwie o kilka minut krótsze od albumów, możemy spokojnie przyjąć, że Dust to oficjalnie czwarty pełnoprawny efekt prac Mt. Mountain. Po poznaniu nowego wydawnictwa dokonałem szybkiego przeglądu tych wcześniejszych, żeby móc się jakoś odnieść do tego, co usłyszałem, i z radością odkryłem, że Mt. Mountain na każdej z tych płyt stara się prezentować nieco inną twarz. Bywało już dość stonerowo i ciężko, z nastawieniem na odrobinę bardziej zwarte formy, tym razem jednak rządzi przede wszystkim klimat, improwizacja i kwaśna psychodelia.

sobota, 6 maja 2017

Strange Clouds - Calm Before the Storm [2017]



Strange Clouds to formacja z Poznania, która na razie nie może pochwalić się bogatym dorobkiem płytowym, ale przecież wszyscy wielcy też kiedyś musieli zaczynać i powoli przebijać się do świadomości słuchaczy. Na razie Strange Clouds wydali kilka numerów singlowych, ale w marcu udało im się wypuścić pierwszą płytę… albo EP-kę. Trudno powiedzieć, zwłaszcza że czas trwania wydawnictwa nieznacznie przekracza pół godziny, więc jest w zasadzie na granicy dużej i małej płyty. To jednak mało znaczące szczegóły. Najważniejsza jest zawartość muzyczna nowej propozycji Strange Clouds, a ta pozwala pokładać w tej formacji dość spore nadzieje.

środa, 26 kwietnia 2017

Ulver - The Assassination of Julius Caesar [2017]



SZOK! NIEDOWIERZANIE! DRAMAT FANÓW DEPECHE MODE!
Myśleli, że ich ulubiony zespół wydał świetną płytę, a to Ulver…

Tak mógłby brzmieć nagłówek w Aszdzienniku. Muzyczny kameleon Kristoffer Rygg powraca z kolejnym obliczem projektu Ulver. Nie znam jeszcze zbyt dobrze dyskografii tej grupy, bo zainteresowałem się jej twórczością stosunkowo niedawno, ale mam wrażenie, że poza reggae i italo disco grali już wszystko. Tym razem postanowili chyba zademonstrować, że da się w 2017 roku nagrać dobrą płytę Depeche Mode, w dodatku nie będąc tym zespołem. Plan się powiódł – album wyszedł zaskakująco udanie, choć w zasadzie niespodzianką to żadną być nie powinno, wszak Ulver od kilku już lat coraz śmielej zapuszcza się na terytorium muzyki elektronicznej, dark ambient, synthpopu czy new wave. To właśnie mieszankę tych brzmieniowych obszarów znajdziemy na trzynastym krążku formacji – The Assassination of Julius Caesar.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

My Dynamite - Otherside [2017]


Kilka lat temu australijska formacja My Dynamite rokowała spore nadzieje na dołączenie do Rival Sons czy Saint Jude wśród liderów fali młodych rockowych zespołów, które wdzierały się coraz śmielej „na salony”. Ale jeśli ma się ambicje zdobycia szerszej popularności, to raczej czekanie pięć lat z wydaniem płyty numer dwa nie jest najlepszym pomysłem. Powiedzmy sobie szczerze – większość osób zainteresowanych w 2012 roku tą formacją dawno już o niej zapomniała. W międzyczasie pojawili się inni, którzy zajęli miejsce niegdyś przyznawane, być może nieco zbyt wcześnie, grupie z Melbourne. Ale wracają – pół dekady później i w składzie poszerzonym o stałego klawiszowca. Czy przerwa wyszła im na dobre? Czy wciąż można ich uznać za jeden z ciekawszych rockowych zespołów młodego pokolenia? Kto zabił Kennedy’ego? Na dwa z tych trzech pytań postaram się odpowiedzieć poniżej.

niedziela, 23 kwietnia 2017

All Them Witches - Sleeping Through the War [2017]



Większość zespołów rockowych marzy obecnie, żeby nagrywać swoje płyty w Nashville – od tych małych, dla których często marzenia te będą na zawsze nieosiągalne, po największych, którzy mogą sobie na ich spełnianie pozwolić. Zespół All Them Witches nie musi jeździć do Nashville, żeby zarejestrować swój nowy album. Zespół All Them Witches jest z Nashville. W dodatku nowy album stworzył we współpracy z Dave’em Cobbem – jednym z najbardziej rozchwytywanych (zasłużenie!) producentów muzycznych, który oprócz zgarniania nagród za albumy country, znany jest przede wszystkim z czuwania nad wszystkimi płytami Rival Sons. Ale czy takie powiązania wystarczą, żebym zainteresował się wykonawcą i dał mu szansę zupełnie w ciemno? Hmm… tak, wystarczą!

piątek, 21 kwietnia 2017

High Brian - Hi Brian [2017]



High Brian to kolejna młoda formacja, na którą trafiłem zupełnie przypadkiem, a konkretnie przez polecenie ich singla na profilu innego zespołu, na który… też kiedyś natknąłem się w podobnych okolicznościach. I znowu okazało się, że takie przypadkowe sytuacje często przynoszą nieoczekiwanie przyjemne efekty. O tym, że pierwsza płyta High Brian, zatytułowana Hi Brian, pewnie będzie miała spore szanse spodobać mi się, wiedziałem już po odsłuchu wspomnianego singla – All the Other Faces. Odsłuch całości krążka po niedawnej premierze materiału potwierdził tylko te przewidywania. Przedstawiam zatem kwartet High Brian z Austrii, który właśnie wydał swoją pierwszą płytę i gra kapitalnie.