sobota, 24 czerwca 2017

Junius - Eternal Rituals for the Accretion of Light [2017]



Junius to grupa z Bostonu, która wydała niedawno swój trzeci duży album. Ich muzyka łączy post-rocka, post-metal, metal progresywny, psychodelię i sludge. Mieszanka to dość osobliwa i niełatwa w odbiorze. Doświadczenie muzyków jest jednak znacznie większe, niż wskazywałaby liczba wydanych dużych płyt. Mają na koncie sporo EP-ek i splitów, choć zdecydowana większość pojawiła się w poprzedniej dekadzie. Od albumu numer dwa też już trochę minęło, bo krążek Reports from the Threshold of Death ukazał się w 2011 roku. Lubujący się w długich, trudnych do zapamiętania tytułach albumów panowie wracają wydawnictwem zatytułowanym Eternal Rituals for the Accretion of Light.

środa, 21 czerwca 2017

Guns n' Roses - Gdańsk [Energa Stadion], 20 VI 2017 [relacja]



Koncert Guns n’ Roses w Gdańsku to koncertowe wydarzenie roku w Polsce. Oszukiwanie się, że jest inaczej, nie ma sensu. W tym roku w naszym kraju nie zagra żaden inny rockowy wykonawca, którego występ wzbudzi tak wielkie emocje. Nie mam wątpliwości, że dla wielu osób, które dorastały na przełomie lat 80. i 90., był to jeden z najważniejszych dni w życiu. Odkąd poznałem Guns n’ Roses w okolicach końca roku 1991, marzyłem o tym, żeby kiedyś zobaczyć tych gości na żywo. Chociaż nie, w zasadzie to przez wiele lat nawet marzyć o tym nie mogłem, bo – po pierwsze – wtedy koncerty tych wielkich były u nas ogromną rzadkością, a po drugie – sytuacja w zespole po 1993 roku nie dawała najmniejszej nadziei na to, że większość klasycznego składu (no dobrze, dwóch składów) Gn’R jeszcze kiedykolwiek stanie na jednej scenie. Oczywiście zaliczyłem w XXI wieku dwie wizyty Axla Rose’a i jego solowej grupy, która występowała pod szyldem Guns n’ Roses, zaliczyłem Velvet Revolver (tu niestety w Pradze, bo katowicki koncert został odwołany), wpadł do nas Duff z zespołem Walking Papers, a i Slash w ostatnich latach przyjeżdża do nas nad wyraz chętnie. Wszystkie te występy wywoływały silne emocje u fanów grupy, ale nie oszukujmy się – był to zaledwie ułamek tego, co przeżywaliśmy we wtorek w Gdańsku. Nawet jeśli ten cały szumnie zapowiadany „reunion” jest mocno niekompletny.

piątek, 16 czerwca 2017

Sólstafir - Berdreyminn [2017]



Niedawno grupa Ulver wydała swój nowy album, na którym wykonała kolejną stylistyczną woltę, tym razem czerpiąc garściami z muzyki elektronicznej, nowofalowej, a nawet synthpopowej lat 80. Teoretycznie krok dość zaskakujący jak na formację, która zaczynała od naprawdę ciężkiego metalu, ale fani tego zespołu już od dawna wiedzą, że z grupą Ulver nie ma sensu do czegokolwiek się przyzwyczajać, bo panowie lubią mieszać mocno i często. Sólstafir to kolejna formacja z północy Europy, która z biegiem lat stopniowo zmieniała swoje brzmienie, tracąc niewątpliwie po drodze część fanów, ale zdobywając jednocześnie wielu nowych, którym wcześniejsze brzmienie niekoniecznie musiało odpowiadać. Przeszli długą drogę od black metalu i viking metalu przez progresję i post-rock/post-metal, aż dotarli do chwili obecnej – płyta Berdreyminn to mieszanka brzmień zawartych na poprzednich kilku albumach formacji, ale także – jak w przypadku zespołu Ulver – zahaczająca momentami o przebojową muzykę nowofalową czy nawet synthpopową. Czy to się przyjmie? Mam wrażenie, że wśród sporego procenta fanów już się przyjęło, choć nie do końca przekłada się to na moją opinię o tym albumie.

środa, 14 czerwca 2017

Cachemira - Jungla [2017]



Cachemira to trio z Barcelony, o którym mieliście wszelkie szanse do tej pory nie słyszeć. Muzycy tego zespołu grywali wcześniej w innych lokalnych grupach, ale zebrali się w 2015 roku, by stworzyć razem coś nowego. Panowie spędzili trochę czasu w zeszłym roku na nagrywaniu swojej pierwszej płyty, która ukazała się w maju nakładem Heavy Psych Sounds. Znajdziemy na niej pierwsze wspólne kompozycje formacji, jest to zatem podsumowanie najwcześniejszego okresu działalności zespołu. Album jest zatytułowany Jungla i składa się z pięciu numerów trwających w sumie pół godziny. Niektórym może się wydawać, że to mało, ale według mnie to idealna długość, żeby nowy zespół miał okazję przywitać się ze światem i zainteresować słuchacza.

niedziela, 11 czerwca 2017

Anathema - The Optimist [2017]



Nie da się ukryć, że „optymistyczny” to jedno z ostatnich określeń, jakich użylibyśmy w kontekście muzyki brytyjskiej formacji Anathema. Grupa ta wyrosła na prawdziwych mistrzów melancholijnej progresji w ostatnich kilkunastu latach. Tyle, że coraz częściej miałem wrażenie, że na ostatnich płytach formacja wpadła w pewną pułapkę powtarzalności. Mało było na nich świeżych pomysłów, większość utworów oparta była na replice pomysłów znanych z kilku poprzednich wydawnictw. Kwintesencja regresywnej progresji? Przy okazji recenzji Distant Satellites – poprzedniczki The Optimist – pisałem, że potrzebna jest odważna zmiana. Na okładce mamy światło. Może to być światełko w tunelu. Ale światełko w tunelu może też oznaczać, że pędzi w twoją stronę pociąg. No dobrze, w tym przypadku samochód. To w końcu fani mają powody do optymizmu czy nie do końca?

sobota, 10 czerwca 2017

Galley Beggar - Heathen Hymns [2017]



Galley Beggar to brytyjska formacja, która właśnie wydała swój trzeci album – Heathen Hymns. Według źródeł internetowych grają brytyjskiego folk rocka, tytuł oraz okładka nowej płyty także sugerują taki właśnie klimat, nie mogłem więc zignorować pojawienia się takiego albumu w mojej muzycznej przestrzeni, bo choć absolutnie nie uważam się za konesera muzyki folkowej, to jednak pewną jej dawkę co jakiś czas przyjmuję z niekłamaną przyjemnością. Pod warunkiem, że podana jest w sposób interesujący. Na szczęście w tym przypadku tak właśnie jest. Nie znałem grupy Galley Beggar przed pierwszym odsłuchem tego krążka, było to zatem dla mnie premierowe spotkanie z ich muzyką. Brak oczekiwań, ale też brak jakiegokolwiek bagażu doświadczeń w spotkaniach między słuchaczem a artystą czy też przywiązania do twórczości grupy. Jednak od pierwszych sekund płyty czułem, że źle nie będzie.

czwartek, 8 czerwca 2017

The Sonic Dawn - Into the Long Night [2017]



The Sonic Dawn to młoda duńska formacja, która pod tą nazwą zadebiutowała w 2015 roku krążkiem Perception. Po kilkunastu miesiącach ukazuje się drugi album w dorobku formacji i z całą pewnością mogę oświadczyć, że wyrasta nam kolejny ciekawy skandynawski zespół. Trio z Kopenhagi kapitalnie czuje się w klimatach wczesnej psychodelii, serwując słuchaczom muzykę, w której znajdziemy fantastyczne rytmy, świetne, nieco senne wokale, porywające partie gitar oraz – jak to często w muzyce retro-psychodelicznej – przyjemne brzmienia sitaru. Z nie zawsze przyjaznej pogodowo Danii panowie przenoszą nas z niezwykłą łatwością do londyńskiego klubu UFO bądź na plażę w kalifornijskim Venice.

środa, 7 czerwca 2017

Bjørn Riis - Forever Comes to an End [2017]



Bjørna Riisa absolutnie nie można posądzić o lenistwo. Niecały rok po premierze czwartego krążka formacji Airbag, której jest gitarzystą i głównym kompozytorem, wydał swój drugi album solowy. Premiera zbiegła się zresztą idealnie z wizytą Airbag na dwóch koncertach w Polsce. Poprzedni krążek Riisa, Lullabies in a Car Crash, ukazał się w 2014 roku i zdecydowanie był kontynuacją tego, co gitarzysta robi na co dzień z Airbag, bo choć sam twierdził, że utwory, które trafiły na ten album, niezbyt pasowały w jego opinii na płyty zespołu, to pozwalam sobie nie podzielać tego przekonania. I o ile zeszłoroczne wydawnictwo zatytułowane Disconnected było dla mnie lekkim rozczarowaniem – nie ze względu na jego jakość, a powtarzanie tego, co słyszeliśmy już na wcześniejszych płytach Airbag – o tyle Forever Comes to an End, bo tak zatytułowany jest drugi solowy album Riisa, to pewien powiew świeżości.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Runa Gaman - Cepa [2017]



Runa Gaman to instrumentalne trio z Buenos Aires. Niestety nie wiem nic o przeszłości muzyków tworzących tę formację ze stolicy Argentyny, ale Cepa to pierwsze oficjalne wydawnictwo zespołu, co w połączeniu ze świeżo założonym profilem na Facebooku każe przypuszczać, że jest to zupełnie nowy muzyczny twór. Szybka próba namierzenia na tym samym portalu poszczególnych muzyków formacji wskazuje, że są to ludzie młodzi, istnieje zatem dość spore prawdopodobieństwo, że cała trójka nie ma wielkiego bagażu doświadczeń scenicznych. A muzycznie? Macie przed sobą 35 minut psychodelii – raz spokojniejszej, bardziej „kosmicznej”, innym razem uderzającej raczej w stonerowe klimaty. Jedno jest pewne – radiowych przebojów tu nie będzie.

sobota, 3 czerwca 2017

Roger Waters - Is This the Life We Really Want? [2017]



Roger Waters nie wydał rockowej płyty od ćwierć wieku. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że w muzyce to cała epoka, tym bardziej, że dotyczy to przecież artysty cały czas aktywnego muzycznie. Ostatnie lata zeszły Watersowi głównie na przypominaniu dorobku jego byłej formacji, stąd też kolejne trasy, podczas których skupiał się na jednym z albumów Pink Floyd, najczęściej na The Wall. Przyznam – produkcje koncertowe robiły wrażenie. Potwierdzi to chyba każdy, kto miał okazję widzieć przedstawienie The Wall choćby w Łodzi kilka lat temu. Czy przez te 25 lat wykiełkowało dostatecznie dużo nowych pomysłów, czy po prostu obecna sytuacja społeczno-polityczna sprawiła, że nowa płyta nagle „zrobiła się sama”? Trudno powiedzieć, bo Is This the Life We Really Want? brzmi tak, jak zapewne brzmiałyby obecnie płyty Pink Floyd, gdyby Waters nie odszedł z grupy ponad 30 lat temu i panowie jakimś cudem wytrzymaliby ze sobą przez ten czas. Roger wciąż jest muzykującym politykiem, wciąż (a nawet jeszcze bardziej) nie jest wokalistą, wciąż też jest kapitalnym kompozytorem. A ja wciąż nie wiem, czy to jest płyta, której naprawdę chcieliśmy.

czwartek, 1 czerwca 2017

Electric Moon - Stardust Rituals [2017]



Niemieckie trio Electric Moon w ostatnich latach niespecjalnie rozpieszczało swoich fanów nowymi wydawnictwami studyjnymi. Owszem, pojawiało się dużo koncertówek, projektów pobocznych, reedycji i innych ustrojstw, ale ostatnim w pełni samodzielnym studyjnym albumem grupy było The Doomsday Machine z 2011 roku. Wygląda na to, że formacja bardziej wierzy w siłę koncertowego grania i w ten właśnie sposób woli prezentować swoje świeże kompozycje. Nie znam historii tego zespołu aż tak dobrze, żeby wyrokować jakie były przyczyny tej posuchy w temacie wydawnictw studyjnych, ale mamy rok 2017 i Electric Moon w końcu dają nam trochę nowej muzyki studyjnej w formie płyty Stardust Rituals. Trochę czyli trzy kwadranse podzielone w taki sposób, że strona pierwsza wydania winylowego składa się z trzech numerów (w tym dwóch dość mocno rozbudowanych), a stronę B w całości zajmuje 23-minutowy kolos.

wtorek, 30 maja 2017

Galbraith Group - Time [2017]



Galbraith Group to rodzinny interes z siedzibą na Florydzie. Sekcja rytmiczna składająca się z dwóch sióstr oraz ich brat na gitarze. W takim składzie rodzinka nagrała płytę Time – jedno z dwóch wydawnictw, które ma się ukazać tej wiosny. Na swoim profilu facebookowym zespół pisze, że inspirują się zarówno rock n’ rollem, jak i funkiem, muzyką progresywną, a nawet jazzem. I to w zasadzie słychać w utworach zawartych na Time, aczkolwiek tego rock n’ rolla jest tu według mnie zdecydowanie najmniej, chyba ze szkodą dla materiału. O tym jednak później.

poniedziałek, 29 maja 2017

Siena Root - A Dream of Lasting Peace [2017]



Bez najmniejszych wątpliwości A Dream of Lasting Peace to jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie albumów zapowiedzianych na ten rok. Śledzę poczynania Siena Root od dobrych siedmiu lat i to jest jeden z tych zespołów, które nigdy nie zawodzą, a jednocześnie nigdy też do końca nie wiadomo, czego spodziewać się po nowym wydawnictwie (oprócz – rzecz jasna – tego, że będzie bardzo dobre). Grali już mocno psychodelicznie, grali w stylu długich hardrockowych improwizacji, grali też z mocnym posmakiem muzyki azjatyckiej. Ich poprzedni album, Pioneers, był głębokim ukłonem w kierunku klasyków hard rocka, takich jak Deep Purple. Biorąc pod uwagę pewną stabilizację składu grupy (w porównaniu do poprzedniego krążka zaszła zmiana jedynie na stanowisku wokalisty, choć obaj panowie śpiewający w ostatnich latach w zespole dysponują dość zbliżoną barwą głosu), można było spodziewać się kontynuacji tego kierunku. Tak po części jest, ale A Dream of Lasting Peace, szósty studyjny krążek grupy, z pewnością nie jest kopią Pioneers.

piątek, 26 maja 2017

PH - Eternal Hayden [2017]



PH to formacja z Finlandii, która do tej pory funkcjonowała i wydawała płyty (trzy) pod szyldem Mr. Peter Hayden. Płyty niełatwe w odbiorze, skierowane raczej do dość wąskiej grupy słuchaczy lubiących gęste, przytłaczające post-metalowe brzmienia z dużą dozą cholernie ciężkiej psychodelii. Być może panowie poczuli z czasem, że formuła już się wyczerpuje, bo po coraz dłuższych i mniej przystępnych płytach postanowili nie tylko wydać album dużo skromniejszy objętościowo, ale także oznaczony szyldem PH, który do tej pory pojawiał się jako logo grupy podczas koncertów. A zatem nowy początek. No, tak prawie, bo zarówno tytułem płyty, jak i pierwszym na niej numerem Finowie jednak wracają do swojej niezbyt odległej przeszłości.

czwartek, 25 maja 2017

Humulus - Reverently Heading into Nowhere [2017]



Humulus to trio z Brescii, które istnieje już od ośmiu lat, choć jego dorobek jak do tej pory zamykał się w jednej dużej i jednej małej płycie. Revenrently Heading into Nowhere to zatem drugie pełnowymiarowe wydawnictwo Włochów. Panowie reklamują swoją muzykę hasłem: tłuste riffy, mocny fuzz i mnóstwo piwa. Ja dodałbym do tego jeszcze całkiem mocne skłonności do psychodelicznych odlotów oraz sporą umiejętność tworzenia dobrych melodii.

Z okładki płyty nadciąga w naszym kierunku groźny nosorożec (dla zdolnych językowo zabawa w skojarzenia okładkowo-tytułowe) i trzeba przyznać, że muzyka Humulus jest momentami równie ciężka jak on. Faktycznie riffy dostajemy mocno sabbathowe, gitara i bas przyjemnie buczą w dołach, a perkusja nadaje całości dodatkowej mocy. Ale jeśli spodziewaliście się mocnego, jednostajnego łojenia przez cały album, to muszę was rozczarować/uspokoić. Już pierwszy z sześciu zawartych na tym krążku numerów – Distant Deeps or Skies – pokazuje, że formacji nieobce jest też spokojniejsze, bardziej klimatyczne granie. Owszem, początek i koniec to mocne przyłożenie, ale część środkowa stanowi bardzo przyjemną odmianę. Szybko też zwraca na siebie uwagę wokalista (i gitarzysta) grupy, Andrea Van Cleef. W Catskull demonstruje z jednej strony bardzo przyjemną barwę w spokojnych „dołach”, jak i solidne, mocniejsze ryknięcie, które jednak absolutnie nie kaleczy uszu. To miła odmiana, bo często zespoły grające w takim stylu świetnie radzą sobie w sferze instrumentalnej, ale im mniej wokalu, tym lepiej dla wszystkich słuchających. Tu jest zupełnie inaczej. Wokal absolutnie nie psuje ogólnego wrażenia ani nie niknie przykryty ścianą dźwięku.

środa, 24 maja 2017

Snakecharmer - Second Skin [2017]



Kilka lat temu paru weteranów sceny hardrockowej postanowiło pograć razem w starym stylu i założyło formację o tragicznej nazwie Monsters of British Rock. Na szczęście szybko ją porzucono, a zespół przechrzczono na Snakecharmer – słowo natychmiast kojarzące się odpowiednio w środowisku rockowym i kierujące oczekiwania słuchacza na właściwe tory. W składzie znaleźli się zawodnicy, których faktycznie wstyd nie znać – basista Neil Murray (oryginalny skład Whitesnake, Black Sabbath, wieloletni współpracownik Gary’ego Moore’a i Briana Maya), gitarzyści Mickey Moody (oryginalny skład Whitesnake) i Laurie Wisefield (drugi klasyczny skład Wishbone Ash), perkusista Harry James (Thunder), a także klawiszowiec Adam Wakeman (z tych Wakemanów). Za mikrofonem stanął mniej znany od swoich kolegów, ale także doświadczony na rockowych scenach Chris Ousey. Po jakimś czasie miejsce Moody’ego zajął Simon McBride, gitarzysta może mniej znany, ale na pewno wiedzący co robić, kiedy bierze gitarę do ręki. I taki skład prezentuje nam się na drugim krążku formacji Snakecharmer, zatytułowanym Second Skin. A co od panów dostajemy? W zasadzie dokładnie to, czego należało się spodziewać, co ma oczywiście swoje dobre i złe strony.

wtorek, 23 maja 2017

Tune - Łódź [ŁDK], 21 V 2017 [galeria zdjęć]

Łódzka formacja Tune to bezsprzecznie jedno z najciekawszych zjawisk ostatnich lat na polskiej scenie rockowej. Grają nietuzinkowo, znakomicie łączą tajemniczo-psychodeliczne klimaty ze świetnymi, wpadającymi w ucho melodiami, a często wręcz z przebojowością. W trzymaniu wysokiego poziomu niewątpliwie pomaga to, że w grupie jest sceniczne zwierzę w postaci wokalisty Jakuba Krupskiego, który nie dość, że jest urodzonym showmanem, to jeszcze śpiewa po angielsku, a nie po angielskiemu. Kapitalna barwa głosu też nie przeszkadza. Fantastyczne kompozycje wypadają świetnie także na żywo, o czym można się było przekonać w sali Łódzkiego Domu Kultury przy okazji finału IV edycji Rockowania. Tune zaprezentowali set złożony z nieco ponad połowy debiutu - płyty Lucid Moments - oraz niemal całej (z wyjątkiem jednej kompozycji) płyty Identity, która moim jak zawsze niezwykle nieskromnym zdaniem jest jednym z najlepszych polskich krążków XXI wieku. Być może czasem brakowało mi w aranżacjach koncertowych klawiszy (te pojawiały się, ale często ustępowały miejsca akordeonowi, co nie dziwiło przy utworach z pierwszej płyty, ale już w przypadku kompozycji z Identity nie zawsze się według mnie sprawdzało), ale jak zawsze grupy słuchało się z wielką przyjemnością. Szybko się rozkręcili, szybko też rozruszali żywiołową, choć niestety stanowczo zbyt małą publiczność. Nigdy nie zrozumiem jakim cudem w tak dużym mieście na koncert świetnego zespołu, za który trzeba zapłacić zaledwie 15 złotych, przychodzi tak naprawdę garstka ludzi, bo na sali było może z 60 osób. A tak z innej beczki - panowie, czas już chyba na tę trzecią płytę!

poniedziałek, 22 maja 2017

Airbag - Warszawa [Progresja], 20 V 2017 [galeria zdjęć]

Polska to szczególne miejsce dla norweskiej formacji Airbag. To tu jeszcze w początkach swojej działalności zupełnie nieznani wtedy muzycy spotkali się z niesamowicie ciepłym przyjęciem na jednej z pierwszych edycji Ino-Rock Festival. Nic dziwnego, że grupa wraca do nas przy każdej nadarzającej się okazji, a tych - trzeba przyznać - nie ma zbyt wielu, bo muzycy Airbag są aktywni zawodowo i koncertują niezwykle sporadycznie. Tym razem wizyta w naszym kraju (przełożona o kilka miesięcy ze względu na nagłe problemy zdrowotne jednego z muzyków w dniu, gdy formacja wybierała się początkowo do Polski) zbiegła się w czasie z premierą drugiej solowej płyty głównego kompozytora i gitarzysty Airbag, Bjørna Riisa. Miałem cichą nadzieję, że może skoro w nagrywaniu jego solowych płyt i tak biorą udział pozostali dwaj stali członkowie grupy, to do koncertowej setlisty zespół przemyci coś także z tego krążka, panowie pozostali jednak przy materiale sygnowanym nazwą zespołu. Wspomniałem o trzech członkach. Od ostatniej wizyty skład grupy uległ zmianie. Kilka miesięcy temu odszedł basista, a jakiś czas wcześniej z zespołem pożegnał się także klawiszowiec. Obaj zostali zastąpieni przez muzyków koncertowych, towarzyszących stałemu triu, przy czym zamiast klawiszy, mamy teraz w zespole trzy gitary. I tu nie jestem do końca pewny czy takie rozwiązanie mi odpowiada, bo choć nowy gitarzysta formacji starał się momentami bardzo mocno wydobywać ze swojego instrumentu dźwięki nawiązujące do klawiszowego tła niektórych kompozycji zespołu, to jednak brak partii klawiszowych i tak zdecydowane przechylenie balansu brzmienia na stronę gitar nie do końca mi odpowiada.

niedziela, 21 maja 2017

Soup - Remedies [2017]



Przyznam, że zespół Soup był mi kompletnie nieznany do niedawna. Pierwszy raz obili mi się o oczy, kiedy okazało się, że okładka ich nowej płyty dość mocno przypomina zdjęcia z niedawnej sesji Stevena Wilsona. No cóż, nie jest to przypadek, bo zdjęcia robił ten sam człowiek, czyli Lasse Hoile, w dodatku w podobnym czasie. Gdy czytałem o tej grupie, przemknęła mi także informacja, że przy wcześniejszym materiale jako producent z zespołem pracował gitarzysta bardzo lubianej przeze mnie grupy Motorpsycho. To wystarczyło, żeby wzbudzić pewne zainteresowanie, choć skłamałbym, gdybym powiedział, że czekałem na najnowszą płytę Soup zatytułowaną Remedies. Odsłuchałem ją też w zasadzie nieco przypadkowo, bo akurat link do odsłuchu trafił się, gdy zastanawiałem się, co właśnie włączyć. Spróbuję – czemu nie? Do płyty Remedies podszedłem bez żadnych oczekiwań, ale i bez uprzedzeń – kartka najbielsza z możliwych, bo było to moje pierwsze zetknięcie z ich twórczością. Jak ja lubię takie przypadki! Trafianie na takie albumy to najlepsze, co może spotkać człowieka poszukującego nieustannie ciekawych płyt. To nagroda za to, że nie bierze się tylko tego, co proponuje mainstream, ale grzebie się głębiej.

czwartek, 18 maja 2017

Yolk - Solar [2017]



We Francji istnieje sobie zespół o nazwie Yolk. Nie znacie? Ja też do niedawna nie znałem. Nie wiem o nich prawie nic, ale chętnie się dowiem, bo to zespół nietuzinkowy. Trudno nawet ustalić, ile tak naprawdę mają na koncie wydawnictw, bo tutaj różne serwisy podają różne wersje „prawdy”. Z tego, co udało mi się ustalić, na płycie pierwszej, wydanej kilkanaście lat temu (nawet tu padają różne daty) dominowały formy dość krótkie. Po dłuższej przerwie powrócili zeszłoroczną EP-ką (choć jak na EP-kę bardzo długą), a w kwietniu ukazał się drugi album formacji, zatytułowany Solar. Tym razem jednak muzycy z Dunkierki postawili na rozbudowane kompozycje, czego efektem jest wydawnictwo składające się z trzech utworów trwających w sumie niecałe 39 minut. A czego muzycznie możemy się tu spodziewać? Awangardowych wariactw, psychodelicznych odpływów, jazzowych naleciałości i rockowej dynamiki.

środa, 17 maja 2017

Zapowiedzi płytowe - część 2

Artyści, zarówno ci bardziej znani, jak i ci w dużej mierze wciąż anonimowi, zdecydowanie nie zwalniają, atakując nas zewsząd swoimi nowymi wydawnictwami. No dobrze, większość z nich wcale nie atakuje, to my ich odnajdujemy. Ale łatwo się pogubić. Dlatego po raz drugi prezentuję małą zapowiedź tego, co czeka nas w temacie nowości płytowych w nadchodzących tygodniach. O większości z tych płyt przeczytacie oczywiście na blogu.

wtorek, 16 maja 2017

The Ivory Elephant - Number 1 Pop Hit [2017]



Stężenie australijskiego rocka na tym blogu w ostatnich tygodniach osiąga stan alarmowy, ale jak tu narzekać, skoro Antypody ciągle zaskakują kapitalnymi formacjami, które „czują bluesa”, a do tego potrafią soczyście przyłoić tak, że kurz na australijskim Outbacku opada pewnie długimi tygodniami. Trio The Ivory Elephant (kapitalna nazwa!) istnieje już od kilku lat, ma na koncie dwie EP-ki wydane w latach 2013 i 2015, ale właśnie ukazała się ich pierwsza duża płyta zatytułowana zapewne mocno autoironicznie Number 1 Pop Hit. Choć z tą autoironią to powinienem chyba uważać, bo w zasadzie sporej części materiału zawartego na debiucie nie można odmówić chwytliwości i walorów radiowych, w dobrym tego słowa znaczeniu. Da się przyjemnie łoić na rockowo i jednocześnie grać radiowo? A da się. Da się też na tej samej płycie dla odmiany pojechać w klimaty rocka psychodelicznego. Wszystko się da, jeśli ma się dobry pomysł i umiejętności. Panowie z The Ivory Elephant sprawiają wrażenie takich, co mają jedno i drugie.

niedziela, 14 maja 2017

Geezer - Psychoriffadelia [2017]



Nie, Geezer to nie zespół basisty Black Sabbath, choć i on wydawał albumy pod tym szyldem. Geezer to amerykańskie trio, które już od paru lat przygniata fanów narkotycznego łojenia ciężkimi riffami, bulgoczącym basem i teksturą utworów gęstą jak smoła. Psychoriffadelia to trzeci album tej formacji, choć na jej koncie jest też EP-ka oraz wydany w 2015 roku split z Borracho – grupą, której muzyka także była opisywana na tym blogu. Nie mamy więc do czynienia z muzykami początkującymi i to oczywiście na tym albumie doskonale słychać. Kapitalna okładka „w klimacie” mówi sporo o muzycznych odcieniach, które znajdziemy na tym krążku. Będzie ciężko, będzie gitarowo, będzie brudno, nisko i z morzem przesteru. I, co jeszcze ważniejsze, będzie bardzo solidnie!

piątek, 12 maja 2017

Steve Hackett - The Night Siren [2017]



Steve Hackett to legenda muzyki rockowej. Kto nie zna, w ogóle nie powinien się wypowiadać na temat muzyki gitarowej. Genesis nie zmieniło się z tuzów prog rocka w pop-rockowy zespół masowo produkujący przeboje radiowe wraz z odejściem Petera Gabriela, a wtedy, kiedy ze składu zniknął właśnie Hackett. Próżno szukać w progresywnym światku gitarzysty, który nie inspirowałby się tym, co 40-45 lat temu wyczyniał ten facet. A jednak, choć płyty wczesnego Genesis w większości uwielbiam, do solowej twórczości Steve’a od lat podchodzę jak pies do jeża. Może to kwestia tego, że do nadrobienia jest po prostu zbyt wiele (to tak, jakby teraz nagle ktoś postanowił obejrzeć wszystkie odcinki… no może nie Mody na sukces, ale przynajmniej Prawa i porządku – łącznie ze wszystkimi spin-offami), a może po prostu z tych – przyznam nielicznych – solowych tworów Hacketta nic (może poza In Memoriam) nie zachwyciło mnie na tyle, żebym koniecznie musiał po inne rzeczy sięgnąć. W każdym razie Hackett na pewno nie próżnuje, bo nowe albumy ukazują się dość regularnie. Po przyjemnym (choć, znowu, niezbyt mnie wciągającym, za to „ozdobionym” koszmarną okładką) Wolflight, które ujrzało światło dzienne w 2015 roku, mamy już płytę kolejną – The Night Siren, ponownie skomponowaną w większości przez trio Steve Hackett, Jo Hackett (szacowna małżonka) i Roger King.

środa, 10 maja 2017

The Black Angels - Death Song [2017]



Death Song to piąty album w dorobku teksańskiej formacji The Black Angels, choć doświadczenie wydawnicze tej grupy jest znacznie większe, gdyż jeszcze więcej niż płyt zespół ten wydał EP-ek, pojawiał się poza tym na tribute albumach i ścieżkach dźwiękowych kilku filmów i seriali. To już w sumie kilkanaście wydawnictw w ciągu 13 lat istnienia – nie w kij dmuchał. Potrafią świetnie wczuć się w klimat bagnistego, ponurego grania południa Stanów, kapitalnie idzie im podrabianie garażowej psychodelii końca lat 60., tym razem jednak muzycy wrócili w pewnym sensie do swoich początków i nagrali album, który jest ciężki, intensywny, ale przy tym cholernie melodyjny.

wtorek, 9 maja 2017

Mt. Mountain - Dust [2017]



I znowu trafiam zupełnie przez przypadek na zespół, który zdobywa moje serce i wszystkie inne ważniejsze organy przy pierwszym odsłuchu. Mt. Mountain (co za nazwa!) to Australijczycy… znowu. Australia Szwecją… Australii? Może to być. Dust to teoretycznie dopiero drugi długograj tej formacji, ale mają też na koncie dwie EP-ki, a biorąc pod uwagę, że w ich przypadku rzeczone EP-ki są zaledwie o kilka minut krótsze od albumów, możemy spokojnie przyjąć, że Dust to oficjalnie czwarty pełnoprawny efekt prac Mt. Mountain. Po poznaniu nowego wydawnictwa dokonałem szybkiego przeglądu tych wcześniejszych, żeby móc się jakoś odnieść do tego, co usłyszałem, i z radością odkryłem, że Mt. Mountain na każdej z tych płyt stara się prezentować nieco inną twarz. Bywało już dość stonerowo i ciężko, z nastawieniem na odrobinę bardziej zwarte formy, tym razem jednak rządzi przede wszystkim klimat, improwizacja i kwaśna psychodelia.

sobota, 6 maja 2017

Strange Clouds - Calm Before the Storm [2017]



Strange Clouds to formacja z Poznania, która na razie nie może pochwalić się bogatym dorobkiem płytowym, ale przecież wszyscy wielcy też kiedyś musieli zaczynać i powoli przebijać się do świadomości słuchaczy. Na razie Strange Clouds wydali kilka numerów singlowych, ale w marcu udało im się wypuścić pierwszą płytę… albo EP-kę. Trudno powiedzieć, zwłaszcza że czas trwania wydawnictwa nieznacznie przekracza pół godziny, więc jest w zasadzie na granicy dużej i małej płyty. To jednak mało znaczące szczegóły. Najważniejsza jest zawartość muzyczna nowej propozycji Strange Clouds, a ta pozwala pokładać w tej formacji dość spore nadzieje.

środa, 26 kwietnia 2017

Ulver - The Assassination of Julius Caesar [2017]



SZOK! NIEDOWIERZANIE! DRAMAT FANÓW DEPECHE MODE!
Myśleli, że ich ulubiony zespół wydał świetną płytę, a to Ulver…

Tak mógłby brzmieć nagłówek w Aszdzienniku. Muzyczny kameleon Kristoffer Rygg powraca z kolejnym obliczem projektu Ulver. Nie znam jeszcze zbyt dobrze dyskografii tej grupy, bo zainteresowałem się jej twórczością stosunkowo niedawno, ale mam wrażenie, że poza reggae i italo disco grali już wszystko. Tym razem postanowili chyba zademonstrować, że da się w 2017 roku nagrać dobrą płytę Depeche Mode, w dodatku nie będąc tym zespołem. Plan się powiódł – album wyszedł zaskakująco udanie, choć w zasadzie niespodzianką to żadną być nie powinno, wszak Ulver od kilku już lat coraz śmielej zapuszcza się na terytorium muzyki elektronicznej, dark ambient, synthpopu czy new wave. To właśnie mieszankę tych brzmieniowych obszarów znajdziemy na trzynastym krążku formacji – The Assassination of Julius Caesar.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

My Dynamite - Otherside [2017]


Kilka lat temu australijska formacja My Dynamite rokowała spore nadzieje na dołączenie do Rival Sons czy Saint Jude wśród liderów fali młodych rockowych zespołów, które wdzierały się coraz śmielej „na salony”. Ale jeśli ma się ambicje zdobycia szerszej popularności, to raczej czekanie pięć lat z wydaniem płyty numer dwa nie jest najlepszym pomysłem. Powiedzmy sobie szczerze – większość osób zainteresowanych w 2012 roku tą formacją dawno już o niej zapomniała. W międzyczasie pojawili się inni, którzy zajęli miejsce niegdyś przyznawane, być może nieco zbyt wcześnie, grupie z Melbourne. Ale wracają – pół dekady później i w składzie poszerzonym o stałego klawiszowca. Czy przerwa wyszła im na dobre? Czy wciąż można ich uznać za jeden z ciekawszych rockowych zespołów młodego pokolenia? Kto zabił Kennedy’ego? Na dwa z tych trzech pytań postaram się odpowiedzieć poniżej.

niedziela, 23 kwietnia 2017

All Them Witches - Sleeping Through the War [2017]



Większość zespołów rockowych marzy obecnie, żeby nagrywać swoje płyty w Nashville – od tych małych, dla których często marzenia te będą na zawsze nieosiągalne, po największych, którzy mogą sobie na ich spełnianie pozwolić. Zespół All Them Witches nie musi jeździć do Nashville, żeby zarejestrować swój nowy album. Zespół All Them Witches jest z Nashville. W dodatku nowy album stworzył we współpracy z Dave’em Cobbem – jednym z najbardziej rozchwytywanych (zasłużenie!) producentów muzycznych, który oprócz zgarniania nagród za albumy country, znany jest przede wszystkim z czuwania nad wszystkimi płytami Rival Sons. Ale czy takie powiązania wystarczą, żebym zainteresował się wykonawcą i dał mu szansę zupełnie w ciemno? Hmm… tak, wystarczą!

piątek, 21 kwietnia 2017

High Brian - Hi Brian [2017]



High Brian to kolejna młoda formacja, na którą trafiłem zupełnie przypadkiem, a konkretnie przez polecenie ich singla na profilu innego zespołu, na który… też kiedyś natknąłem się w podobnych okolicznościach. I znowu okazało się, że takie przypadkowe sytuacje często przynoszą nieoczekiwanie przyjemne efekty. O tym, że pierwsza płyta High Brian, zatytułowana Hi Brian, pewnie będzie miała spore szanse spodobać mi się, wiedziałem już po odsłuchu wspomnianego singla – All the Other Faces. Odsłuch całości krążka po niedawnej premierze materiału potwierdził tylko te przewidywania. Przedstawiam zatem kwartet High Brian z Austrii, który właśnie wydał swoją pierwszą płytę i gra kapitalnie.

czwartek, 20 kwietnia 2017

The Freddie Mercury Tribute Concert for AIDS Awareness - 25. rocznica [1992]



W Poniedziałek Wielkanocny 20 kwietnia 1992 roku, oczy całego muzycznego świata zwrócone były na londyński stadion Wembley. Nie po raz pierwszy w historii, wszak stadion ten, oprócz swojej naturalnej funkcji sportowej, znany był od wielu lat jako arena najwspanialszych wydarzeń muzycznych. I takie właśnie wydarzenie miało miejsce tego dnia, choć powód całego zamieszania tamtego dnia był dużo bardziej zwyczajny – pożegnanie przyjaciela. Choć sposób, w jaki tego dokonano, ze zwyczajnością nie miał wiele wspólnego.

Freddie Mercury zmarł w swoim londyńskim domu przy 1. Logan Place niemal dokładnie 5 miesięcy wcześniej. Mimo, że o jego stanie zdrowia od dawna rozpisywały się angielskie bulwarówki, a ich fotografowie niemal koczowali pod drzwiami jego posiadłości w londyńskiej dzielnicy South Kensington, jego śmierć była szokiem dla całego środowiska muzycznego i milionów fanów na całym świecie. Odeszła nie tylko jedna z największych gwiazd w historii muzyki, ale też człowiek, który jeszcze kilkanaście dni wcześniej był obecny na listach przebojów w Wielkiej Brytanii z najnowszym singlem z płyty InnuendoThe Show Must Go On. Niemal 15 lat wcześniej setki tysięcy fanów uczestniczyły w ostatniej drodze Elvisa. Pogrzeb Freddiego był skromną, prywatną uroczystością dla rodziny i najbliższych przyjaciół. Do dziś nie wiadomo zresztą gdzie dokładnie spoczęły prochy wokalisty. Teorie są przynajmniej trzy i każda z nich ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Wszyscy inni pożegnali go właśnie na stadionie Wembley – na jednej z najbardziej znanych piłkarskich i koncertowych aren świata. W miejscu, w którym powstała jedna z najpopularniejszych (można by dodać „niestety”, biorąc pod uwagę zawartość) płyt koncertowych, nie tylko w dorobku Queen, ale w historii rocka.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Kitchen Witch - Kitchen Witch [2017]



Australia coraz mniej kojarzy mi się z AC/DC czy Airbourne, a coraz bardziej z prężnie rozwijającą się tam sceną heavy psych/doom. Oczywiście ten prężny rozwój to wciąż w dużej mierze sprawa podziemna i może być to w ogóle moja nadinterpretacja, bo przecież Australię to ja oglądam najwyżej w programach przyrodniczych, ale w ostatnich latach dociera do mojej świadomości coraz więcej grup z tamtej części świata, które sprawnie łączą ciężkie łojenie z klimatyczną psychodelią i wpływami bluesowymi. Mógłbym nawet pokusić się o stwierdzenie, że taka mieszanka powoli staje się specjalnością australijskiego rockowego podziemia. Kitchen Witch przyjemnie się w ten obraz wpasowuje. To kwartet założony cztery lata temu, który miał już na koncie małe płyty. Instrumentarium najbardziej klasyczne z możliwych. Gitara, bas, bębny i wokal – żeński wokal. Właśnie ukazała się ich pierwsza duża płyta, zatytułowana po prostu Kitchen Witch.

czwartek, 13 kwietnia 2017

White Willow - Future Hopes [2017]



Norweska grupa White Willow zadebiutowała w 1995 roku, a jej centralną postacią i jedynym stałym członkiem jest gitarzysta Jacob Holm-Lupo. Muzycy prezentują dźwięki, które określić można jako mieszankę progresji z lat 70. z folkiem, jazz rockiem, rockiem symfonicznym i psychodelicznym, a nawet elementami muzyki elektronicznej. Być może dzięki temu, że skład grupy był przez dłuższy czas dość płynny, niemal każdy album, a ukazało się ich do tej pory sześć, zawiera inne muzyczne klimaty: od folk rocka z wpływami Jethro Tull, wczesnego Genesis, ale też Clannad na debiucie (Ignis Fatuus), przez prog/post rock na drugiej płycie, Ex Tenebris, symphonic rock na Sacrament oraz bardzo gitarowy, cięższy i mroczniejszy rock na powszechnie najwyżej ocenianym jak do tej pory wydawnictwie, Storm Season. W muzyce grupy dominuje damski wokal, a także elementy wychodzące poza stricte rockowe instrumentarium, czyli flet, skrzypce i melotron. Muzycy nie zamykają się jednak tylko w progrockowej szufladce, wśród ich inspiracji i ulubionych wykonawców znaleźć można choćby 10cc, Joni Mitchell, czy Dead Can Dance. Grupa wydała właśnie siódmą dużą płytę, zatytułowaną Future Hopes, na którą trzeba było się sporo naczekać, bo poprzedni krążek formacji, udany Terminal Twilight, ukazał się w 2011 roku.

środa, 12 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite [2017]



Kiedy płyta już w chwili wydania jest reklamowana przez wytwórnię jako „rockowy album roku”, to trzeba patrzeć na to z przymrużeniem oka. Przymrużyć rzeczone oko należy jeszcze mocniej, jeśli dotyczy to zespołu, który na scenie jest od 50 lat, a wspomniany album jest dwudziestym w jego dorobku. Ile znacie formacji, które nagrywają płytę na poziomie „albumu roku” po 50 latach istnienia? No, to mniej więcej tyle co i ja… No ale zostawmy na bok sztuczki marketingowe. Deep Purple tym razem nie kazali czekać na kolejny studyjny krążek dziewięciu lat. Miło z ich strony, bo moglibyśmy się go nie doczekać. Panowie jak nikt inny zasłużyli się muzyce hardrockowej i mogliby sobie siedzieć w kapciach i szlafrokach przy swoich przydomowych basenach, ale jednak dalej chce im się jeździć w trasy i nagrywać nową muzykę (co do tego drugiego, to jeszcze kilka lat temu zdania w obozie zespołu były mocno podzielone). Jak długo będzie im się jeszcze chciało? Tego nie wiadomo. Pewnie niezbyt długo, o czym świadczyć może nie tylko nazwa rozpoczynającej się niedługo trasy – „The Long Goodbye Tour” – lecz także tytuł świeżego wydawnictwa, InFinite. Ale oni (w różnych składach) swoje już zrobili, więc mogą podchodzić do tego wszystkiego bez większego ciśnienia, jako i ja podchodzę do ich najnowszego krążka.

wtorek, 11 kwietnia 2017

Marillion Weekend - Łódź [Wytwórnia], 7-9 IV 2017 [galeria zdjęć]

Trzydniowe święto fanów Marillion dobiegło końca. Po raz pierwszy Marillion Weekend odbył się w Polsce, choć języków w hallu łódzkiej Wytwórni można było usłyszeć wiele. Dłuższa relacja słowna znajduje się na stronie rockserwis.fm, tam też znajdziecie drugą, niemal całkowicie inną galerię zdjęć.


sobota, 8 kwietnia 2017

Troubled Horse - Revolution on Repeat [2017]



Choć formacja Troubled Horse działa nie od wczoraj, to muzycznych owoców tych działań nie ma zbyt wielu. Zespół powstał w 2003 roku, ale przez pierwszych dziewięć lat istnienia zdołał wydać tylko jeden album – Step Inside – będący w zasadzie zbiorem najlepszych według muzyków utworów, które udało się przez ten czas stworzyć. Wydawać by się mogło, że po tym dość oszczędnym tempie w pierwszych latach działalności, później pójdzie już górki. Ale nie. Od 2012 roku cisza. Przyznam szczerze, że pogodziłem się już trochę z tym, że pewnie kapitalne Step Inside nie doczeka się następcy, aż tu nagle niespodziewanie pojawiła się informacja, że szwedzka formacja planuje wydać album numer dwa. A właściwie planuje to lider zespołu Martin Heppich, bo spora część składu, który zresztą niegdyś miał wiele wspólnego z grupą Witchcraft, zdążyła się w międzyczasie zmienić. Szkoda, ale nie zmienił się na szczęście klimat kompozycji, a i dość charakterystyczny śpiew Martina, który był jednym ze znaków rozpoznawczych grupy, wciąż jest obecny. Obecny, ale gdzie? Na nowym krążku Troubled Horse, zatytułowanym Revolution on Repeat.

czwartek, 6 kwietnia 2017

Me and That Man - Songs of Love and Death [2017]



Jedną z cenniejszych (choć pewnie nie przez wszystkich poważanych) umiejętności w branży rozrywkowej jest zdolność do pojawiania się w odpowiednich miejscach w odpowiednim czasie. Adam Darski z pewnością tę umiejętność posiadł, bo w ostatnim okresie ma chyba wykupiony abonament na wszystkie większe tytuły prasowe i telewizyjne w tym kraju. Nieprzypadkowo oczywiście, bo właśnie ukazała się pierwsza, długo wyczekiwana w branży płyta projektu Me and That Man, którego twarzami są właśnie Darski i John Porter. O tym, że ci panowie coś razem dłubią, wiadomo było od dłuższego czasu, ale efektów tego dłubania doczekać się nie mogliśmy. W końcu się udało i jakiś czas temu do sieci trafił pierwszy teledysk. I oczywiście afera, bo gołe dupy, cycki, burdel i takie tam. Trochę to przyćmiło sferę muzyczną przedsięwzięcia, choć marketingowo zabieg niewątpliwie się udał – w końcu było o tym teledysku i samym projekcie głośno. Z jednej strony to zaleta – miło startować z nowym zespołem i mieć od razu uwagę mediów i słuchaczy, według starej zasady, że nieważne jak mówią, byleby nazwiska (lub w tym przypadku nazwy zespołu) nie przekręcili. Z drugiej strony to jednak trochę słabo, kiedy każde muzyczne posuniecie jest oceniane nie tylko z czysto muzycznego punktu widzenia, lecz także przez pryzmat skandali i kontrowersyjnej postaci jednego z liderów. Ale przejdźmy do płyty, bo ona w końcu jest – zatytułowana Songs of Love and Death – a skandalami zajmować się w tym tekście nie mam zamiaru. To zostawię prasie kolorowej.

wtorek, 4 kwietnia 2017

Morosity - Low Tide [2017]



Formacja Morosity pochodzi z Minneapolis i w 2011 roku wydała swój debiutancki album zatytułowany Misanthrope. Co się stało, że po – jak już zdążyłem usłyszeć – udanym debiucie na album numer dwa trzeba było czekać aż sześć lat? Tego niestety nie wiem, ale całe szczęście, że mimo długiej przerwy ta płyta jednak się ukazała. W orbicie moich muzycznych zainteresowań zespół Morosity pojawił się niedawno zupełnie znikąd i mocno niespodziewanie z miejsca zajął z tym nowym albumem miejsce w czołówce moich ulubionych płyt 2017 roku. Czym mnie tak ujęli? No cóż, większość opisywanych tu płyt to naprawdę przyjemne granie, ale też wiadomo, że wiele z tych mało znanych zespołów bazuje na bardzo podobnych pomysłach i brzmieniach, więc mimo tego, że słucha się ich dobrze, trudno posądzić młodych zazwyczaj muzyków o potrzebę odkrywania czegoś nowego w rocku. A tymczasem słuchając albumu Low Tide wydanego w tym roku przez Morosity, mam wrażenie, że oni naprawdę nie chcą brzmieć jak wszyscy inni – że ich ambicje sięgają takiego mieszania znanych już od lat składników, żeby całość brzmiała świeżo, intrygująco i za jakiś czas była natychmiastowo i jednoznacznie kojarzona właśnie z ich nazwą. Są na dobrej drodze.

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Libido Fuzz - A Guide into Synesthesia [2017]



Bordeaux kojarzy nam się w Polsce głównie z winem oraz z drużyną piłkarską (jeśli ktoś oczywiście gustuje w tych tematach), ale mnie od co najmniej roku miasto to kojarzy się także z triem Libido Fuzz, które poznałem kilkanaście miesięcy temu, z małym opóźnieniem odkrywając wydaną w maju 2015 roku pierwszą dużą płytę formacji zatytułowaną Kaleido Lumo Age. To była płyta z serii tych, po których nazwę zespołu zdecydowanie się zapamiętuje. Nic więc dziwnego, że wieści o nowym krążku formacji przyjąłem ze sporym zadowoleniem, podsyconym jeszcze pierwszymi zwiastunami, pojawiającymi się na YouTube ładnych kilka tygodni przed premierą. Album już jest, nosi tytuł A Guide Into Synesthesia i jak można się domyślić po tym tytule, okładce i nazwie zespołu (oraz po wydawnictwach poprzednich – opcja dla nieco lepiej zorientowanych w temacie), dostajemy tu kawał solidnego rocka psychodelicznego. Będzie sporo przesteru i ciężkich riffów, ale także lekkości i kosmicznych odlotów.

niedziela, 2 kwietnia 2017

Soen - Lykaia [2017]



Szwedzka grupa Soen z założenia miała wypełniać jej członkom czas pomiędzy premierami płyt innych formacji, w których się udzielają, trudno zatem się dziwić, że na trzeci krążek zespołu trzeba było czekać trzy lata. Teoretycznie nie jest to okres długi, ale przyzwyczailiśmy się chyba ostatnio, że większość formacji próbuje funkcjonować w dwuletnim cyklu studyjno-koncertowym. No ale jest – trzeci album Soen zatytułowany Lykaia. To 58 minut muzyki zawartej na dziewięciu ścieżkach (50 minut i osiem utworów w wersji podstawowej). Grupa Soen od samego początku istnienia była porównywana do takich formacji jak Opeth (tu w sumie nic dziwnego, skoro są powiązania personalne), Tool czy Pain of Salvation. Trzeci album na pewno tego nie zmieni.

czwartek, 30 marca 2017

Zapowiedzi płytowe - część 1

Kilka interesujących płyt już w tym roku zdążyło się ukazać, ale wciąż pojawiają się zapowiedzi kolejnych albumów, które mogą was zainteresować. Niektóre z tych płyt wyjdą na dniach, na inne przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka miesięcy. Poniżej krótki przegląd zapowiedzi:



Wight – Atlas [Atlas SP - termin i tytuł płyty jeszcze nieznane]



wtorek, 28 marca 2017

Bees Made Honey in the Vein Tree - Medicine [2017]



Formacja Bees Made Honey in the Vein Tree na samym starcie wyróżnia się na pewno dziwaczną nazwą. Zespół ze Stuttgartu wydał niedawno swój debiutancki album – dla odmiany o tytule dość „normalnym”, Medicine. Niemiecki kwartet może i świata swoją pierwszą propozycją nie zbawia, bo tego typu klimaty znamy już dość dobrze na odrodzonym w ostatnich latach rynku ciężkiej psychodelii, ale na starcie pokazuje, że operowanie takim odlotowym klimatem w połączeniu z ciężkimi, walcowatymi riffami ma już opanowane w całkiem niezłym stopniu. Jeśli szukacie w muzyce czegoś nowego, to pewnie ta propozycja was nie zainteresuje, ale jeśli lubicie takie właśnie przytłaczające nieco brzmienia ładnie skontrastowane z kojącymi odlotami, to pierwszy album Bees Made Honey in the Vein Tree być może jest propozycją dla was.

czwartek, 23 marca 2017

Deaf Radio - Alarm [2017]



Jeśli znalazłeś swoją niszę, w której dobrze się czujesz, to eksploatuj ją, dopóki się da. Grecy znaleźli swoją muzyczną niszę – postanowili sobie któregoś dnia, że będą świetni w graniu stoner rocka. Jak pomyśleli, tak zrobili – efektem tego jest prawdziwy wysyp dobrych greckich grup z gatunku stoner rocka czy ciężkiej psychodelii w ostatnich latach. Może żadna z nich nie rewolucjonizuje rynku muzycznego i nie przebija się do rockowego mainstreamu, ale wśród fanów tego typu muzyki są to formacje o już ugruntowanej pozycji, mające fanów w każdym zakątku Europy. Deaf Radio wydali właśnie swoją pierwszą płytę zatytułowaną Alarm. Grają stoner rocka. Są z Grecji. Niespodzianka? Może kilka lat temu, teraz to już człowiek jest przygotowany na to, że taka mieszanka prawdopodobnie okaże się bardzo przyjemna. I w zasadzie tak właśnie jest w tym przypadku.

poniedziałek, 20 marca 2017

Spidergawd - IV [2017]



Na norweską ekipę Spidergawd trafiłem czas jakiś temu przez ich mocne wówczas powiązania z dużo lepiej mi znaną i bardziej doświadczoną formacją Motorpsycho. Jeszcze przy okazji poprzedniego albumu – III – Spidergawd miał w swoich szeregach dwie trzecie składu Motorpsycho. Minął rok i nagle personalnych punktów wspólnych nie ma żadnych, bo basista Bent Sæther postanowił skupić się tylko na swojej macierzystej formacji i ze Spidergawd odszedł, a mniej więcej w tym samym czasie Motorpsycho opuścił zwariowany pałker Kenneth Kapstad, który obecnie może się z kolei poświęcić w całości grupie, która jest bohaterem tego rozpoczynającego się mocno zawile tekstu. Tym, którzy się pogubili, proponuję przeczytanie tego wstępu ponownie, resztę zaś zapraszam do kolejnych akapitów, w których będę się wymądrzał na temat muzycznej zawartości wydanego niedawno czwartego krążka Spidergawd, zatytułowanego… IV.

piątek, 17 marca 2017

Red Bowling Ball - Alongside the Traveller [2017]



Dobre rockowe zespoły pojawiają się w ostatnich latach jak grzyb po wizycie u taniej… Może poprzestańmy na tym, że pojawiają się często. Właściwie każdy rejon naszego kontynentu przeżywa obecnie prawdziwy podziemny boom na dobre rockowe granie, czy to w klimatach retro/hard, czy stoner/psych. Całe szczęście, bo dzięki temu jest o kim pisać. Oczywiście większość tych formacji nigdy nie przebije się do świadomości masowego odbiorcy, ani nawet do rockowego mainstreamu, ale co się nasłuchamy to nasze. Jednym z takich nowych zespołów, które próbują wydostać się z przydomowego basenu na głębsze i szersze wody, jest grupa Red Bowling Ball pochodząca spod Paryża. Ponieważ panowie uznają, że życie jest zbyt krótkie, by pisać o sobie na Facebooku, wiem tyle, że powstali w 2014 roku, a wydana kilka tygodni temu płyta Alongside the Traveller to ich pierwsza próba wyjścia do świata z własną twórczością. A i jeszcze to, że mają całkiem niezły gust do okładek, bo obrazek zdobiący to wydawnictwo zdecydowanie przykuwa uwagę.

czwartek, 16 marca 2017

Afishnsea the Moon - Distant Dream [2017]



Jeśli dziwaczna nazwa zespołu miała zwrócić uwagę ludzi, to ze mną im się udało. Oczywiście wszystko to można by o kant kibla potłuc, gdyby zespół Afishnsea the Moon (czasami podpisujący się po prostu jako Afishnsea) nie miał nic ciekawego do zaoferowania. Na szczęście wygląda na to, że pomysły nie skończyły się na wymyślaniu nazwy i grafik umieszczanych w Internecie. Afishnsea the Moon wydają właśnie swoją pierwszą dużą płytę i wygląda na to, że może być to formacja, której nazwę zapiszę sobie w moim notatniczku na lata. No dobrze, nie mam żadnego notatniczka… Ale będę o nich pamiętał, bo zrobili świetne pierwsze wrażenie.

wtorek, 14 marca 2017

Siena Root [support: Brain Connect] - Chorzów [Leśniczówka], 12 III 2017 [relacja/galeria zdjęć]



O szwedzkiej formacji Siena Root można powiedzieć, że grali retro-rocka, zanim to było modne. Od ładnych kilkunastu lat tworzą muzykę, która czerpie pełnymi garściami z dokonań wielkich sceny hardrockowej i psychodelicznej przełomu lat 60. i 70., występują na najbardziej znanych festiwalach promujących taką właśnie muzykę, a do tego nie boją się od czasu do czasu zapuszczać w rejony nieco odleglejsze od tradycyjnych gitarowo-organowych, hardrockowych brzmień. Choć skład grupy przez tych kilkanaście lat był bardzo płynny, nazwa Siena Root niezmiennie gwarantuje wysoki poziom, zarówno na płytach studyjnych, jak i podczas koncertów. O tym pierwszym przekonamy się zapewne już niedługo, bo za kilka tygodni ukaże się nowy album zatytułowany A Dream of Lasting Peace. O tym drugim polscy fani Siena Root po raz pierwszy w naszym kraju przekonali się dopiero teraz, gdy grupa przyjechała na trzy koncerty, które odbyły się w Gdańsku, Warszawie i Chorzowie. Ten ostatni miał miejsce w kultowej Leśniczówce – klimatycznym klubie położonym pośród drzew w środku Parku Śląskiego.

czwartek, 9 marca 2017

Retrospective - Re:Search [2017]



Formacji usiłujących grać rocka progresywnego w Polsce jest całe mnóstwo. To na pewno efekt najpierw sporej popularności grupy Collage, później zaś sukcesu Riverside. Szkoda tylko, że liczba nie przechodzi w jakość, bo większość pojawiających się ciągle grup zwyczajnie przynudza. Nie potrafią zatrzymać przy sobie słuchaczy ani melodiami, ani umiejętnościami, a o prostującym mi zęby angielskim (lub tryskających na wszystkie strony banałem polskich tekstach) nie będę się nawet produkował z litości i dobrego serca. W efekcie jest wielki smutek i frustracja, bo ile można grać koncerty dla 15 osób… I może dlatego do każdej kolejnej formacji z tego muzycznego „worka” podchodzę z dużym dystansem. Takie nastawienie jest chyba najlepsze, bo czasem można się przyjemnie zaskoczyć. Tak jest na przykład z grupą Retrospective. Ekipa to już dość doświadczona, kilka wydawnictw na koncie ma, niejedną scenę koncertową zaliczyła, więc istniała spora szansa, że będzie tu na czym ucho zawiesić. Mimo to wolałem nie mieć zbyt wygórowanych oczekiwań. Na szczęście nie ma tu mowy o zmuszaniu się do słuchania najnowszego krążka tego zespołu, zatytułowanego Re:Search. To album, który po prostu ma wszelkie prawo podobać się fanom szeroko pojętej rockowej progresji.

środa, 8 marca 2017

Exquirla - Para Quienes Aún Viven [2017]



Sądząc po zdjęciach muzyków, które można znaleźć w Internecie, hiszpańska formacja Exquirla nie składa się z nowicjuszy. Może daleko panom muzykom do statusu dinozaurów, ale nastolatkami niewątpliwie też już od dawna nie są, co każe mi podejrzewać, że grali już wcześniej w różnych innych zespołach, zanim narodził się pomysł na formację Exquirla, bo ten band dopiero debiutuje płytą Para Quienes Aún Viven. Mamy więc do czynienia niby z debiutem, ale zapewne tylko pozornym. To zresztą słychać, bo to wydawnictwo brzmi jak twór ludzi, którzy doskonale wiedzą czego chcą i jak to osiągnąć. Szybkie sprawdzenie informacji w kilku miejscach wszechinternetów potwierdza – czterech z pięciu panów (instrumentaliści), którzy tworzą formację Exquirla, gra także razem w zespole Toundra. Grupa ta wydała w sumie cztery albumy, a teraz postanowiła podjąć „na boku” współpracę z wokalistą o pseudonimie Niño de Elche i owoc tej współpracy wydać właśnie pod szyldem Exquirla.

poniedziałek, 6 marca 2017

Confess - Haunters [2017]



Zespół Confess pochodzi ze Szwecji, ale akurat z tymi panami nigdy wcześniej przyjemności nie miałem. Nie da się też ukryć, że obecna retrorockowa fala bardzo mi odpowiada głównie dlatego, że większość grup odwołuje się w swojej muzyce przede wszystkim do lat 60. i 70. A tymczasem tu pojawiają się tacy goście, co to są zakochani w latach 80. – najbardziej kiczowatej muzycznie dekadzie wszech czasów. Okładka zresztą nie sugerowała nic innego. To mogła być wspaniała katastrofa! Ale wiecie co? Wyszło kapitalnie! Tak, to może wydawać się wręcz niemożliwe, ale zachwyciłem się megakiczowatym albumem jawnie hołdującym rockowej sztampie lat 80. I jest mi z tym coraz lepiej.

piątek, 3 marca 2017

Blues Pills - Warszawa [Progresja], 2 III 2017 [galeria zdjęć]



Podobnie jak Rival Sons grupa Blues Pills przebyła w ostatnich latach dla niektórych bardzo długą, lecz dla nich zaskakująco mało wyboistą drogę z warszawskiej ciemnej Hydrozagadki do największego koncertowego klubu w Polsce, czyli stołecznej Progresji. Choć koncert szwedzko-francusko-amerykańskiego zespołu miał miejsce na Noise Stage, a nie na scenie głównej (to samo pomieszczenie tylko nieco inny układ miejsca, przystosowany do mniejszych koncertów) zgromadził tym razem nieco mniej widzów niż poprzednio, to i tak na miejscu stawiło się niemal pół tysiąca fanów starego dobrego rock n’ rolla w nowym, świeżym wydaniu. A pamiętać trzeba także, że tym razem formacja zaczęła trasę europejską od aż trzech koncertów w naszym kraju, więc i fani w tym przypadku podzielili się na trzy różne miasta. Program występu nie różnił się znacząco od sierpnia zeszłego roku, kiedy to Blues Pills prezentowali się na scenie katowickiego Mega Clubu, choć znacznie zmieniła się kolejność prezentowanych kompozycji. Wciąż set koncertowy dzielony jest mniej więcej po równo między obie duże płyty studyjne formacji, wciąż jest miejsce na kilka coverów (dwa „płytowe” plus tradycyjne Somebody to Love z repertuaru Jefferson Airplane), wciąż też na scenie niepodzielnie rządzi wokalistka Elin Larsson, która z trasy na trasę przywdziewa coraz odważniejsze stroje, lecz niezmienna pozostaje jej olbrzymia sceniczna energia i dobry humor, połączone na szczęście także niezmiennie z kapitalnym głosem. Reszta muzyków trzyma się nieco na uboczu i pozwala wyszaleć się jasnowłosej Elin.