piątek, 20 października 2017

Thomas Wynn and the Believers - Wade Waist Deep [2017]



Thomas Wynn and The Believers to formacja z Florydy, której przewodzi – niespodzianka – Thomas Wynn. Wokalistę i gitarzystę wspiera (wokalnie) jego siostra Olivia oraz grupa muzyków, którzy niewątpliwie wiedzą, do czego ich instrumenty służą i znakomicie dogadują się muzycznie. To słychać od pierwszych chwil z płytą Wade Waist Deep. Choć grupa istnieje od niemal dekady, do tej pory – jeśli wierzyć wszechinternetom – wydała tylko jeden album (nagranie typu live in studio), dwie EP-ki i płytę koncertową. Z tego, co udało mi się dojrzeć w spisie utworów tych wcześniejszych wydawnictw, niektóre kompozycje z Wade Waist Deep powstały już ładnych kilka lat temu. Nic zatem dziwnego, że spora część tego albumu faktycznie brzmi tak, jakby zespół miał te utwory opanowane przez lata do perfekcji. Niestety, nie wszystko mi tu odpowiada

środa, 18 października 2017

UFO - The Salentino Cuts [2017]



Dwa lata temu zespół UFO wydał swój najnowszy studyjny krążek – A Conspiracy of Stars. Może nie było to wybitne osiągnięcie, ani szczytowy moment w historii tej zasłużonej formacji, ale wstydu panom na pewno nie przyniósł. W przypadku zespołów tak doświadczonych nigdy nie wiadomo, czy dana płyta nie będzie ostatnia. No cóż, tamta nie będzie. Na rynku pojawia się właśnie album The Salentino Cuts. Tytuły jakby znajome. Wszystkie. No tak, UFO dołącza do pokaźnego grona zasłużonych rockowych bandów nagrywających album z coverami. Nie tak dawno na podobny krok zdecydowała się formacja Krokus. Mam kilka takich płyt, kilka więcej słyszałem. Efekty w takich przypadkach są dość różne, ale na pewno nie powiem, że nie da się tego zrobić znakomicie (patrz Yeah! grupy Def Leppard). Bez uprzedzeń zatem.

niedziela, 15 października 2017

Lunatic Soul - Fractured [2017]



Ostatnio pisałem, że czas… no, robi różne rzeczy w sporym tempie. To się odnosi także do projektu Lunatic Soul. Ledwo ekscytowaliśmy się tym, że Mariusz Duda robi coś „na boku”, a tu od wydania debiutanckiej płyty mija właśnie dziewięć lat. Tak się jakoś złożyło, że wszystkie albumy tego projektu ukazały się w październiku lub listopadzie. Pewnie nie jest to przypadek, wszak muzyka, którą Mariusz (oraz jego goście) nagrywa pod tym szyldem, często jest dość melancholijna, posępna, chłodna i deszczowa – zupełnie jak wspomniane dwa miesiące. Jednocześnie zawsze jest nieco inna. Dla wielu szokiem było pójście w klimaty lekkiej elektroniki i new wave na Walking on a Flashlight Beam, poprzednim wydawnictwie, które ukazało się trzy lata temu. Tu ten kierunek jest jeszcze bardziej słyszalny. Wydaje mi się, że był to dobry krok, choć nie powiem, żebym był o tym przekonany od pierwszego odsłuchu. W każdym razie na pewno był to krok intrygujący.

czwartek, 12 października 2017

Kadavar - Rough Times [2017]



Czas zap… w sensie, że leci niezwykle szybko. Ciągle wydaje mi się czasem, że Kadavar to jeden z tych „nowych, ciekawych” zespołów. Tymczasem brodacze z Niemiec prezentujący dość specyficzny gust odzieżowy właśnie wydali swój czwarty studyjny album. No to już nie tacy początkujący. O ile dwa pierwsze krążki były do siebie muzycznie mocno podobne, to Berlin przynosił już pewną zmianę, choć był według mnie nieco monotonny w sensie charakterystyki utworów. Jeśli ktoś miał podstawową wersję, bez kapitalnego Reich der Träume, mógł się czuć jak podczas odsłuchu jednego, długiego, kopiącego cztery litery mocnego numeru. Domagałem się wtedy większej różnorodności na kolejnym albumie zespołu. Jest takie przysłowie – uważaj, o co prosisz, bo możesz to dostać.

poniedziałek, 9 października 2017

The Flying Eyes - Burning of the Season [2017]





Jeszcze do niedawna zespół The Flying Eyes kojarzył mi się głównie z The Doors. To być może skojarzenie dość dziwne, ale wokalista grupy zwłaszcza w spokojniejszych utworach śpiewał czasem bardzo w stylu Jima Morrisona. I mimo że muzycznie The Flying Eyes dość mocno od Doorsów odbiegali, moim pierwszym skojarzeniem, gdy padała nazwa The Flying Eyes, było „aaa, to ci co grają trochę jak Doorsi”. Może i niesprawiedliwe, ale kto mówił, że życie jest sprawiedliwe? Ale dzięki swojej nowej płycie – Burning of the Season – formacja z Baltimore chyba skutecznie wyleczy mnie z takiego myślenia, bo zespół serwuje nam tu kapitalną mieszankę psychodelii, hard rocka, bluesa, a nawet klimatów stonerowych. To czwarty duży album grupy (po drodze były też EP-ki i splity), ale pierwszy od trzech lat. Nie wiem jaki był powód tak długiej przerwy w wydawaniu nowej muzyki, ale jeśli była nim chęć dopracowania materiału i wydania czegoś, co zrobi naprawdę duże wrażenie na fanach takich klimatów, to donoszę, że cel został osiągnięty.

sobota, 7 października 2017

Pristine - Chorzów [Leśniczówka], 5 X 2017 [relacja/galeria zdjęć]

Po raz pierwszy w swojej historii norweska formacja Pristine zajrzała do Polski. Do tej pory jakoś się nie składało, nawet gdy grali trasę z zaglądającymi do nas często The Brew i Blues Pills. Ale może to i lepiej - swój pierwszy występ w Polsce zaliczyli jako gwiazda wieczoru, z zacnym supportem w postaci meczu Armenia - Polska (orkan Ksawery niestety uniemożliwił obejrzenie końcówki, więc można uznać, że support zagrał bez planowanych bisów).

Podjechanie pod położoną w środku lasu w Parku Śląskim Leśniczówkę było pewnie dla zespołu dość sporą niespodzianką, ale w końcu zespół pochodzi z północy Norwegii - nie takie lasy tam widzieli i zapewne nie w takich miejscach grywali. Leśniczówka oferuje niepowtarzalny koncertowy klimat i to chyba udzieliło się zarówno zespołowi, jak i publiczności, która przyjęła muzyków niezwykle gorąco. Formacja grała ponad 80 minut, prezentując przede wszystkim materiał z dwóch ostatnich płyt - tegorocznej Ninja i zeszłorocznej Reboot. Nowe numery wypadają świetnie na żywo i, co nie jest zaskoczeniem, w niektórych przypadkach są znacznie dłuższe niż ich studyjne oryginały. Wokalistka i liderka formacji, Heidi Solheim, była siłą rzeczy nieco ograniczona ruchowo przez niezbyt wielką scenę Leśniczówki, ale szczególnie jej to nie przeszkadzało - raz nawet zeskoczyła przed scenę i pośpiewała chwilę pomiędzy publicznością.

niedziela, 1 października 2017

Simo - Rise & Shine [2017]



J.D. Simo i jego trio przypomina o sobie półtora roku po premierze poprzedniego krążka, Let Love Show the Way. Na tym poprzednim albumie panowie łoili blues-rocka z domieszką psychodelii aż miło, czerpiąc pełnymi garściami z dorobku takich artystów jak Cream, The Jimi Hendrix Experience czy The Allman Brothers Band. Zwracałem jednak uwagą przy okazji tamtego krążka, że sporo też w muzyce tria elementów znanych choćby z wczesnych płyt Lenny’ego Kravitza. I te nawiązania są dużo wyraźniejsze na najnowszej płycie formacji – Rise & Shine. Posunę się nawet do stwierdzenia, że fani Kravitza czy choćby też Prince’a powinni obowiązkowo sięgnąć po ten album, bo jestem przekonany, że im się ta płyta spodoba.

środa, 27 września 2017

Motorpsycho - The Tower [2017]



Siły twórcze w panach z Motorpsycho chyba są niewyczerpywalne. W ostatnich latach zespół ciągle prezentuje nowe nagrania, a w dodatku te nowe płyty z pewnością można zaliczyć do najbardziej udanych w długiej, bo już niemal trzydziestoletniej historii grupy. Tym razem trio z Trondheim wydało podwójny album zatytułowany The Tower, nagrany z nowym perkusistą, Szwedem Tomasem Järmyrem oraz z gościnnym udziałem gitarzysty i flecisty Alaina Johannesa, który pojawia się w czterech kompozycjach. Po tym zespole można spodziewać się wszystkiego. W ostatnich latach próbowali różnych odcieni muzyki rockowej – od prog rocka przez ciężką stonerową psychodelię i alternatywę po delikatny folk. I tym razem wszystkie te elementy odnajdziemy na kolejnym krążku formacji.

czwartek, 21 września 2017

Black Country Communion - BCCIV [2017]



Przeczytałem kiedyś, że wielkości talentu muzyków Black Country Communion dorównuje jedynie ego każdego z nich. Coś w tym pewnie jest, bo po nagraniu dwóch kapitalnych i jednej hmm mniej kapitalnej, choć wciąż bardzo solidnej rockowej płyty, drogi panów czasowo się rozeszły. Na początku było nawet dość niemiło, kiedy Glenn Hughes i Joe Bonamassa podszczypywali się publicznie, przerzucając na siebie nawzajem winę za rozpad grupy. Potem jednak dali sobie buzi na zgodę i zapanowała cisza w eterze. Aż tu nagle w zeszłym roku pojawia się informacja, że BCC wraca, i to w dodatku po sugestii Bonamassy, który miał z całej czwórki najmniej czasu dla tego zespołu kilka lat temu. Skład ten sam, producent także, poziom talentu niewątpliwie też nie spadł, więc oczekiwania musiały być spore. I to może jest największy problem tej płyty. Jest naprawdę całkiem dobra sama w sobie, ale chyba jednak nie wytrzymuje naporu oczekiwań. Przynajmniej moich.

poniedziałek, 18 września 2017

Foo Fighters - Concrete and Gold [2017]



Czy to się komuś podoba, czy nie, Foo Fighters należy wymieniać wśród największych gwiazd rocka XXI wieku. Nie ma chyba drugiego zespołu rockowego powstałego w ostatnim ćwierćwieczu, który wypełniałby tak wielkie areny koncertowe i cieszył się tak wielką sympatią dinozaurów rocka. Być może Foo Fighters nigdy nie byli znani z przesadnie ambitnej odmiany muzyki rockowej, bo tu raczej zazwyczaj chodziło o czad i dobrą zabawę, ale potrafili uczynić z tego swój atut. Jednak od kilku albumów panowie wyraźnie próbują urozmaicić swoje brzmienie i w pewnym sensie także zainteresować swoją muzyką słuchaczy nieco bardziej wymagających. Mnie całkowicie kupili płytą Sonic Highways, która spodobała mi się od początku do końca. Nie bez znaczenia było też to, że towarzyszył jej kapitalny dokument w odcinkach, przedstawiający zarówno proces twórczy, jak i historię sceny muzycznej miast, w których zespół nagrywał kolejne kompozycje. Trzy lata, kilka spektakularnych koncertów z legendami w rolach gości specjalnych, jedną EP-kę, kilka zapowiedzi krótkiej przerwy, jedno zabawne wideo wyśmiewające plotki o rozpadzie zespołu oraz jedną złamaną nogę później Foos wracają ze swoim dziewiątym albumem – Concrete and Gold. Oczywiście o premierze musiało być głośno. Czy było to wiele hałasu o nic?

sobota, 16 września 2017

Dead Lord - In Ignorance We Trust [2017]

Szwedzka formacja Dead Lord pod dowództwem wokalisty i gitarzysty Hakima Krima wydaje płyty niemal jak w szwedzkim szwajcarskim zegarku. Co dwa lata ukazuje się nowa, nic więc dziwnego, że niemal co do dnia dwa lata po kapitalnym krążku Heads Held High – drugim w ich dorobku – przyszła pora na album numer trzy. In Ignorance We Trust trwa 41 minut, składa się z 10 niezbyt skomplikowanych rockowych numerów i w zasadzie nie oferuje niczego więcej niż dwa wcześniejsze albumy – tyle, że to w zupełności wystarcza.

środa, 13 września 2017

Wucan - Reap the Storm [2017]



Dwa lata temu ekipa z Drezna zasiała wiatr, dziś przyszedł czas na zebranie burzy. Swoim debiutanckim albumem Sow the Wind zespół Wucan zwrócił na siebie uwagę całkiem sporego grona słuchaczy, co nie powinno dziwić, bo płyta zawierała solidną dawkę kapitalnego prog-folku w stylu lat 70., a częste wykorzystanie fletu wielu dość jednoznacznie musiało kojarzyć się z klimatami Jethro Tull czy Focus. Z drugiej strony riffy często bardziej nawiązywały do Judas Priest czy wczesnych Maidenów, a do tego jeszcze w zespole mamy wokalistkę – i to obdarzoną całkiem niezłym, rockowym głosem. Taka mieszanka musiała zaciekawić. Po dwóch latach zespół wydaje album numer dwa – Reap the Storm. Znowu jest dynamicznie, lecz z drugiej strony niezwykle klimatycznie. Jest też… podwójnie, bo materiał liczy grubo powyżej 70 minut podzielonych na dwie części. Czyli wyzwanie dla kogoś, kto zdecydowanie woli płyty o połowę krótsze.

wtorek, 5 września 2017

Zapowiedź: Pristine - Chorzów [Leśniczówka], 5 X 2017



Stowarzyszenie „Teraz Kultura” oraz Klub Leśniczówka Rock'n'Roll Cafe zapraszają na pierwszy koncert Pristine w Polsce!

Retrorockowa fala zalewa już niemal cały świat. Jeszcze na początku XXI wieku wydawało się, że brzmienia lat 70. na zawsze wyszły z mody, tymczasem od ponad dekady obserwujemy znaczny wzrost zainteresowania klasycznymi hardrockowymi i blues-rockowymi brzmieniami. Na czoło tej fali retro rocka od samego początku zdecydowanie wysuwały się formacje skandynawskie. Norweska formacja Pristine znakomicie wstrzeliła się w ten prawdziwy renesans mody na rockowe granie w starym stylu. Dowodzona przez weterankę norweskich edycji programów typu talent show oraz kompozytorkę muzyki dla dzieci – Heidi Solheim – stale powiększa grono słuchaczy, zręcznie mieszając brzmienia blues-rockowe z psychodelią.

Powstali w 2006 roku w Tromsø, ale na pierwsze wydawnictwa muzycy oraz ich pierwsi fani musieli trochę poczekać. Choć pochodzą z okolic koła podbiegunowego, ich muzyce daleko do chłodnych, mało przystępnych muzycznych klimatów. A może właśnie dlatego zdecydowali się na ciepłe brzmienia i ognistego rocka? Niekwestionowanym liderem w zespole jest Heidi Solheim, która jest autorką tekstów i kompozytorką niemal wszystkich utworów grupy. Zadebiutowali w 2011 roku bardzo udaną płytą Detoxing, na której sprawnie połączyli dynamicznego blues-rocka z psychodelicznymi odlotami. Recenzenci zwracali uwagę na chwytliwe riffy i mocny, wszechstronny wokal. Oprócz ośmiu własnych numerów zespół umieścił na swoim debiucie także przeróbkę rockowego klasyka w postaci Whipping Post grupy The Allman Brothers Band. Dwa lata po debiucie pojawiła się wysoko oceniana płyta No Regret, która ponownie zapewniła formacji deszcz pochwał. „Odlotowy klimat lat 70. i spora dawka klasycznego rocka sprawiają, że No Regret to płyta, która można przypaść do gustu szerokiemu gronu odbiorców”.

sobota, 2 września 2017

Zapowiedzi płytowe - część 3

Ciekawych nowości płytowych mieliśmy już w tym roku naprawdę sporo, ale i tak wygląda na to, że była to ledwie rozgrzewka. Trzeci trymestr zapowiada się kapitalnie! Poniżej znajdziecie pierwsze muzyczne zapowiedzi kilkunastu krążków, o których na pewno będę pisał w kolejnych tygodniach.



Gin Lady – Rolling Thunder [Electric Earth] (premiera 15 września)


piątek, 1 września 2017

Cosmograf - The Hay-Man Dreams [2017]

Cosmograf to projekt angielskiego muzyka i wokalisty Robina Armstronga. Robin to „Zoś samoś”, w związku z czym w większości kompozycji, które pojawiają się na jego albumach, gra i śpiewa sam, ewentualnie z wyjątkiem partii perkusji, które zleca podwykonawcy. Nie we wszystkich jednak, bo lubi zapraszać gości, którzy tu i tam dodadzą jakieś wokalizy lub partie instrumentów, uzupełniając to, co robi głównodowodzący. I tak już trwa to od niemal dekady, a The Hay-Man Dreams to siódmy album studyjny wydany pod szyldem Cosmograf. Klimat? Szeroko pojęte pejzażowo-melancholijne granie, czyli jesienna progresja, ale bez szalonych zmian tempa i motywów – oparta raczej na klimacie i ciepłym brzmieniu.

środa, 30 sierpnia 2017

Ruby the Hatchet - Planetary Space Child [2017]



Poznałem ich dwa lata temu, gdy najpierw wznowili w nieco zmienionej formie swój pierwszy album, a chwilę później wydali płytę numer dwa – Valley of the Snake. Słuchało się tego niezwykle przyjemnie, bo zespół z Filadelfii zręcznie łączył sabbathowy walec z wpływami bluesowymi czy psychodelicznymi. Było ciężko, fuzzowo, z „dołami”, ale też melodyjnie. Po dwóch latach Ruby the Hatchet powracają z płytą numer trzy – Planetary Space Child. I – czego można się było domyślać po samym tytule – momentami jest faktycznie trochę bardziej kosmicznie, a mniej walcowato. Wciąż jednak jest przede wszystkim bardzo dobrze.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Ino-Rock Festival - Inowrocław [Teatr Letni], 26 VIII 2017 [galeria zdjęć]

X edycja Ino-Rock Festival już za nami. Fani zgromadzeni pod sceną Teatru Letniego w Inowrocławiu mieli okazję obserwować występy pięciu formacji. Choć festiwal kojarzony jest generalnie z muzyką progresywną, podobnie jak w poprzednich latach line-up był różnorodny, trafiający w gusta słuchaczy o różnych zainteresowaniach muzycznych, choć oczywiście w ramach szeroko pojętego rocka. Ino-Rock Festival od lat oferuje mieszankę muzycznego doświadczenia i młodości, prezentując zarówno wykonawców będących gwiazdami bardziej wymagających odmian rocka, jak i artystów niszowych, lecz godnych uwagi. Niezwykle istotnym elementem całości jest także rodzinny klimat na terenie festiwalowym - w końcu festiwal to także okazja do spotkania licznych znajomych, także słuchaczy lub redaktorów radia rockserwis.fm, które jest współorganizatorem imprezy. Gwiazdą tegorocznej edycji była szwedzka formacja Pain of Salvation, która zaprezentowała niezwykle klimatyczne i intensywne show na zakończenie dnia. Wyjątkowym wydarzeniem był także pierwszy w historii (i jak na razie jedyny zaplanowany) koncert tria Meller Gołyźniak Duda. Po raz pierwszy z nowym wokalistą zaprezentowała się także legenda polskiej sceny progresywnej - zespół Collage.

Line Up:
Pain of Salvation [SWE]
Meller Gołyźniak Duda [POL]
Mystery [CAN]
iamthemorning [RUS]
Collage [POL]


Pain of Salvation


niedziela, 27 sierpnia 2017

Cheap Trick - We're All Alright [2017]



Jeszcze kilkanaście miesięcy temu wydawało się, że grupa Cheap Trick nie jest specjalnie zainteresowana poszerzaniem swojej studyjnej dyskografii. Jak to w przypadku wielu zespołów o dużym doświadczeniu, panowało pewnie w obozie formacji przekonanie, że swoje już w życiu nagrali. Zeszły rok był jednak pewnego rodzaju przełomem. Nie dość, że dostali się do Rock and Roll Hall of Fame, to w dodatku wydali swój siedemnasty, a pierwszy od 2009 roku album Bang, Zoom, Crazy… Hello, który może nie podbił list przebojów, ale został ciepło przyjęty zarówno przez media, jak i fanów. Panowie postanowili pójść chyba za ciosem i skorzystać maksymalnie z tego, że znowu zrobiło się o nich nieco głośniej, bo już rok po premierze poprzedniego krążka dostajemy album numer 18 – We’re All Alright (mało subtelne nawiązanie do tekstu największego hitu grupy). To jak jest na tej nowej płycie Cheap Trick?

piątek, 25 sierpnia 2017

Gin Lady - Electric Earth [2017]


Premiery kolejnych płyt Gin Lady nie są ogólnoświatowym wydarzeniem. Nie pisze o nich mainstreamowa prasa (nawet ta rockowa), ich kompozycji próżno szukać w playlistach największych rockowych stacji radiowych (co innego w rockserwis.fm – my gramy ich często! Tacy fajni jesteśmy...), a i nakład kolejnych wydawnictw nie rzuca pewnie na kolana. Tyle że nie na płyty tych wielkich rocka czekam najbardziej co rok. Dla mnie największym wydarzeniem każdego roku są premiery nowych albumów właśnie takich zespołów jak Gin Lady – grup, które sam na swoje potrzeby odkryłem. Nie podsuwały mi ich media, nie zachwalali znani dziennikarze, nie dostawałem po oczach billboardami i reklamami. Przeczytałem o nich, znalazłem jeden czy drugi utwór, spodobało mi się, więc sprawdziłem resztę. No, może akurat niekoniecznie tak było z Gin Lady, ale na pewno z grupą Black Bonzo, z której Gin Lady wyewoluowali kilka lat temu. Gdy zaczynałem poznawać szwedzką scenę rockową XXI wieku, Black Bonzo byli obok Siena Root zespołem, którego muzyka zrobiła na mnie największe wrażenie. Szkoda mi było, gdy kilka lat temu ogłaszali, że kończą działalność, ale większość ostatniego składu (poza perkusistą) szybko poinformowała, że zakłada nową formację. I to była miłość od pierwszego odsłuchu. Kilka lat i płyt później zbliżamy się do premiery czwartego krążka w dorobku szwedzkiej formacji – Electric Earth.

środa, 23 sierpnia 2017

Prog in Park - Warszawa [Park Sowińskiego], 20 VIII 2017 [relacja / galeria zdjęć]

Pierwsza edycja imprezy pod nazwą Prog in Park odbyła się w amfiteatrze warszawskiego Parku im. gen. Józefa Sowińskiego. Line-up prezentował się następująco:

Opeth
Riverside
Sólstafir
Blindead
Lion Shepherd

Druga (całkowicie inna) galeria zdjęć wkrótce na stronie rockserwis.fm




Pierwszą edycję imprezy o nazwie Prog in Park należy uznać za niezwykle udaną. Ale czy z takim składem mogło być inaczej? Pięć zespołów, pięć zupełnie różnych podejść do tematu muzyki progresywnej, pięć naprawdę udanych występów. Na pierwszy ogień dwie polskie formacje, które jednak śmiało wychylają się koncertowo poza nasze podwórko. Lion Shepherd są świeżo po wydaniu fantastycznej drugiej płyty zatytułowanej Heat. Nie dostali wiele czasu, ale przez te pół godziny pokazali, że nawet zaczynając koncert przed 17, można szybko wprowadzić słuchaczy w odpowiedni klimat. Ludzi zresztą dość szybko przybywało pod sceną, czemu sprzyjał także wielki dach nad amfiteatrem w parku im. gen. Józefa Sowińskiego, bo do późnych godzin popołudniowych lało w Warszawie niemiłosiernie. Lion Shepherd zaprezentowali to, z czego są już całkiem nieźle u nas znani – kapitalną mieszankę ciężkiego, ale melodyjnego rocka i klimatów Bliskiego Wschodu. Życzę im, żeby już wkrótce występowali pod koniec tego typu imprez, bo zasługują. Ubrani zgodnie na czarno panowie z Blindead zaprezentowali tradycyjne dla siebie ciężkie, ale niezwykle klimatyczne brzmienia, w które świetnie wpasowała się dość przytłaczająca oprawa świetlna. W również niezbyt długim secie dominowały utwory z zeszłorocznej płyty Ascension. Obie formacje pełniły w zasadzie funkcję supportów, co sugerowała także długość ich setów, ale śmiem twierdzić, że każdy festiwal chciałby mieć taką rozgrzewkę.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Royal Blood - How Did We Get So Dark? [2017]



Trzy lata temu zrobili absolutną furorę w świecie rocka, pojawili się znikąd i pokazali, że za pomocą samej gitary basowej i perkusji można narobić takiego hałasu, że największe legendy rocka będą przyglądały się z zainteresowaniem poczynaniom nikomu nieznanej grupy. Logicznym następstwem byłoby nagranie szybko drugiego albumu, żeby zdyskontować sukces debiutu i podtrzymać zainteresowanie zespołem. Tymczasem na drugi krążek Royal Blood musieliśmy czekać trzy lata. To bardzo ryzykowny krok, marketingowo chyba niezbyt uzasadniony, choć może zespół oraz sztab menedżerów i agentów postanowili sprawić, że fani będą głodni nowej muzyki od duetu? Na How Did We Get So Dark? odpada element zaskoczenia, bo przecież wiemy już, co ci goście są w stanie wycisnąć z formatu grania we dwóch i bez gitary elektrycznej. Pozostaje zatem tylko muzyka, która musi się bronić sama – bez całej otoczki.

sobota, 19 sierpnia 2017

Fungus Hill - Creatures [2017]



Fungus Hill to młody zespół ze szwedzkiego miasta Umeå. Słowa-klucze: Szwecja, rock, psychodelia, retro. Mam już waszą uwagę? Dobrze. W styczniu tego roku kwintet zadebiutował EP-ką Creatures, rozprowadzaną w formie cyfrowej w serwisie Bandcamp. Takie to czasy, że często jedynym sposobem dla początkującej formacji, by dotrzeć do ludzi, jest Internet. Ale kto wie – może za czas jakiś wydawnictwo to doczeka się wydania fizycznego, bo muzyka zawarta na Creatures na pewno godna jest fizycznego wydania.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Rival Sons - Wrocław [Zaklęte Rewiry] / Gdynia [Ucho], 14/15 VIII 2017 [relacja]



Gdy wrzucałem na swój facebookowy profil informację o zbliżających się kolejnych koncertach Rival Sons w Polsce, wspomniałem o „najlepszym koncertowym zespole obecnych czasów”. Oczywiście o przynajmniej kilku innych zespołach mógłbym powiedzieć, że na żywo spisują się absolutnie fantastycznie i każdy z nich mógłby do tego miana pretendować, nie należy więc takiego określenia traktować w 100% dosłownie. Ale coś w tym jest, że gdy ci goście wychodzą na scenę, to tworzą coś niesamowitego, wyjątkowego. I tymi dwoma koncertami – we Wrocławiu i Gdyni – pokazali, że ta wzmianka o „najlepszym koncertowym zespole obecnych czasów” absolutnie nie jest przesadzona.

foto: Łukasz Górny
Przy relacji z lutowego koncertu w warszawskiej Progresji pisałem, że następnym razem wyprzedadzą ten chyba największy klub koncertowy w Polsce. Tym bardziej zdziwiony byłem, gdy ogłoszono, że tym razem Rival Sons zagrają w dużo mniejszych klubach we Wrocławiu i Gdyni. To jednak chyba celowa zagrywka, mająca po pierwsze zaznajomić z zespołem słuchaczy muzyki rockowej z innych rejonów kraju, a po drugie ograniczyć nieco rozmach tej trasy. Nie da się ukryć, że było skromniej niż późną zimą/wczesną wiosną, tak pod względem wielkości klubów, jak i długości koncertów. Trudno nawet powiedzieć, żeby zespół wciąż promował wydaną nieco ponad rok temu płytę Hollow Bones, bo pojawiły się tylko trzy utwory z tego albumu. To raczej trasa, która ma być małym pożegnaniem z grupą na kolejnych kilka miesięcy, bo – jak można się było dowiedzieć od muzyków po zakończonych występach – robią sobie wolne od koncertowania do końca roku i mają zamiar zabrać się jesienią za nagrywanie nowej płyty, pierwszej dla swojej nowej wytwórni – Atlantic Records.

środa, 16 sierpnia 2017

Steven Wilson - To the Bone [2017]



Premiera nowej płyty Stevena Wilsona musi być głośnym wydarzeniem w świecie szeroko pojętej muzyki progresywnej. Musi, bo Wilson to postać nietuzinkowa, jedna z najbardziej uwielbianych w tej muzycznej bajce, lecz – podobnie jak w przypadku innych masowo uwielbianych – także jedna z najczęściej krytykowanych czy wyszydzanych. I ta budząca tak skrajne kontrowersje postać zapowiada płytę nagraną w klimatach kompletnie innych od tego, z czego jest najbardziej znana. Ba, nie tylko zapowiada, ale faktycznie udowadnia już przy okazji pierwszych singli, że na tym nowym krążku znajdzie się miejsce i na bardziej popowe, radiowe numery, i wręcz niemal na muzykę taneczną. Niełatwy to przypadek dla słuchacza, niełatwy też dla recenzenta. Niektórzy będą oczekiwali jednoznacznie czołobitnych opinii, „bo to przecież Wilson”, inni z kolei będą zawiedzeni, jeśli przeczytana opinia nie będzie mieszała albumu z błotem, bo taka obecnie moda. Choć tak naprawdę w tym przypadku bardzo wiele zależy od oczekiwań i przede wszystkim od nastawienia.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Devil Electric - Devil Electric [2017]



Devil Electric to młoda formacja z Melbourne. Do tej pory na koncie mieli zeszłoroczną EP-kę The Gods Below. Kwartet dowodzony przez tajemniczą wokalistkę Pierinę O’Brien na 11 sierpnia zapowiedział premierę swojej debiutanckiej płyty zatytułowanej po prostu Devil Electric. Zarówno zespół jak i niemiecka wytwórnia Kozmic Artifactz muszą mieć sporo wiary w ten materiał, bo kampania zapowiadająca premierę tego albumu była jak na tak niszowego wydawcę dość intensywna. Przed premierą pojawiły się także w sieci dwa numery zapowiadające całość i już one zdecydowanie potwierdziły, że jest na co czekać. Jeśli lubicie ciężkie riffy i tajemniczy klimat połączone z melodyjnością, a przy tym nie przeszkadza wam żeński wokal w rockowym zespole, to ta płyta zdecydowanie jest dla was.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Europe - The Final Countdown 30th Anniversary Show - Live at the Roundhouse [2017]



Europe to jeden z najklasyczniejszych przykładów zespołu, który jest więźniem sukcesu swojego najbardziej znanego numeru. The Final Countdown zna każdy fan rocka, a i większość słuchaczy innych muzycznych gatunków bez problemu rozpozna tyleż porywający co kiczowaty, klawiszowy motyw przewodni. Jakiś procent z pewnością skojarzy też ckliwą balladkę Carrie oraz dynamiczne Rock the Night. Dla 99% fanów rocka na tym wiedza o Europe się kończy. Szkoda, bo pomijając kilka innych naprawdę dobrych numerów z lat 80. i początku lat 90., Europe mają także sporo do zaoferowania teraz, kiedy na początku XXI wieku powrócili w klasycznym składzie po dekadzie ciszy. Ich ostatnia płyta – War of Kings wydana w 2015 roku – to według mnie ich najmocniejszy materiał, a poprzednia – Bag of Bones z roku 2012 – ustępuje jej tylko nieznacznie. Końcówka 2016 roku przyniosła europejską trasę Europe, podczas której grupa świętowała trzydziestolecie swojego najbardziej znanego albumu. Naturalnym krokiem była próba zagrania tej płyty w całości podczas koncertów. Równie naturalnym posunięciem byłoby wypełnienie reszty czasu na scenie zbiorem największych hitów, ale zespół na łatwiznę nie poszedł. Album The Final Countdown wypełnią drugą część koncertowego wydawnictwa zatytułowanego The Final Countdown 30th Anniversary Show – Live at the Roundhouse, zarejestrowanego w kultowej londyńskiej sali koncertowej. Część pierwszą w całości wypełniły utwory ze wspomnianej już płyty War of Kings. Kupując to wydawnictwo, otrzymujemy zatem niejako dwa oblicza Europe w jednym pakiecie – stare, doskonale znane, „ejtisowe” Europe z efektownymi solówkami, wielkimi przebojami i czasem nieco kiczowatymi klawiszami, oraz obecne, hardrockowe, oparte częściej na współbrzmieniu ciężkich gitar i organów Hammonda. Trudno traktować to jako pojedynek – w końcu to wciąż ten sam zespół, w dodatku w tym samym składzie. Raczej naturalne dopełnienie. W dodatku przeprowadzone w bardzo odważny sposób.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Mr. Big - Defying Gravity [2017]



„To oni jeszcze żyją?” – tak reaguje większość fanów rocka na wieść o tym, że Mr. Big wydają nową płytę. „Aaa, to ci od To Be with You?” – upewnią się na wszelki wypadek inni. No tak, w Polsce faktycznie amerykański kwartet znany jest głównie z akustycznego przeboju, który na przełomie 1991 i 1992 roku królował na listach przebojów, oraz z kolejnego lekkiego przeboju – coveru Wild World Cata Stevensa – który również cieszył się sporą popularnością kilkanaście miesięcy później. Nic więc dziwnego, że wiele osób utożsamiało Mr. Big z ogniskowymi numerami oraz „wokalistą, który wyglądał jak babka”. Zapomnieli (albo nie wiedzieli) niektórzy, że ten zespół to grupa złożona z absolutnych wymiataczy na swoich „pozycjach”, z gitarzystą Paulem Gilbertem i basistą Billym Sheehanem na czele, a wspomniane dwa hity absolutnie nie są reprezentatywne dla ogółu twórczości grupy. Na swój użytek to, co grają panowie z Mr. Big, nazywam wirtuozerskim radiowym rockiem.

sobota, 29 lipca 2017

Lion Shepherd - Heat [2017]



Lion Shepherd wyewoluowali kilka lat temu z grupy Maqama i pod koniec 2015 roku zadebiutowali kapitalnym albumem Hiraeth. Trasa w charakterze supportu Riverside niewątpliwie pozwoliła dotrzeć do sporego grona odbiorców, podobnie jak występ na małej (choć głównie z nazwy, bo na pewno nie ze względu na rozmiary) scenie Przystanku Woodstock. O pracach nad drugą płytą słyszeliśmy już od jakiegoś czasu i można śmiało powiedzieć, że wiele osób na ten krążek czekało. Po takim debiucie – nic dziwnego! To oczywiście sprawiało, że i oczekiwania były naprawdę duże. Czy grupie udało się je spełnić? A czy dzik sra w lesie?

czwartek, 27 lipca 2017

Bell - Tidecaller [2017]



Bell to formacja ze Szwecji, z którą po raz pierwszy zetknąłem się kilka tygodni temu. Nic dziwnego akurat w tym przypadku, bo Tidecaller to pierwsze wydawnictwo zespołu. Mocno psychodeliczna, kolorowa (choć jednak trochę zbyt kiczowata jak na mój gust) okładka, do tego sam zespół określa swoją muzykę jako mieszankę stonera, heavy metalu i ciężkiego rocka. Z grubsza temat klaruje się jeszcze przed odsłuchem, choć i ten od razu wyjaśnia, z czym mamy do czynienia. Takich grup jest obecnie mnóstwo, a całkiem spory ich procent działa w Skandynawii. Trzeba zatem solidnie się postarać, żeby w tym oceanie grających ciężko formacji jakoś się wybijać. Nazwa taka jak Bell raczej w szybkim zaistnieniu nie pomoże, ale może muzyka będzie w tym aspekcie skuteczniejsza?

niedziela, 23 lipca 2017

Riverdogs - California [2017]



Formacja Riverdogs przez lata była mi znana głównie z nazwy. Na przełomie lat 80. i 90. były gitarzysta Whitesnake i Dio – Vivian Campbell – miał wyprodukować wczesne dema nowej grupy, ale okazało się szybko, że dogaduje się z muzykami tak znakomicie, że wkrótce dołączył do powstającego zespołu, co niewątpliwie pozwoliło formacji dotrzeć tu i tam – w końcu Campbell był uznawany w latach 80. za jednego z największych gitarowych wymiataczy. Jednak wkrótce po wydaniu debiutanckiego krążka, który nie dostał należytego wsparcia wytwórni, otrzymał ofertę dołączenia do Def Leppard, co być może przekreśliło szanse Riverdogs na większą karierę. Grupa jednak co jakiś czas wydawała nowy materiał, czasami nawet w składzie z Campbellem (jak zawierająca niewydane wcześniej nagrania z początku XXI wieku EP-ka World Gone Mad). Wydaje się, że przymusowa przerwa w koncertowych planach Def Leppard na początku zeszłego roku stała się okazją do nagrania nowego materiału, bo w 2017 roku Riverdogs powracają swoim pierwszym od wielu lat całkiem premierowym wydawnictwem – albumem California. Album wydaje Frontier Records, co samo w sobie mocno sugeruje nawet tym, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z Riverdogs, że znajdziemy na nim sporo melodyjnego, wpadającego w ucho gitarowego rocka…

czwartek, 20 lipca 2017

Skunk - Doubleblind [2017]



Doubleblind to pierwszy album amerykańskiej formacji Skunk. Debiutanci? No raczej nie. Patrząc na panów, debiuty muzyczne mają już dawno za sobą. To grupa doświadczonych gości, którzy zapewne w niejednej formacji wcześniej grali. Ale to tylko moje domysły, bo znalezienie jakichkolwiek informacji o ich muzycznej przeszłości z perspektywy gościa piszącego o muzyce gdzieś na drugim końcu świata graniczy z cudem. Skupmy się zatem na faktach. Dwa lata temu wydali swoje demo Heavy Rock from Elder Times, na którym znalazło się sześć numerów. Cztery z nich zespół nagrał ponownie, dodał cztery kolejne i mamy album Doubleblind.

środa, 19 lipca 2017

Mythic Sunship - Land Between Rivers [2017]



Mythic Sunship to duńska formacja specjalizująca się w długich kompozycjach osadzonych w klimatach ciężkiej psychodelii. Bardziej niż struktura utworu liczą się tu emocje, wyobraźnia i spontaniczność. Land Between Rivers to już piąty krążek zespołu, wydany ledwie rok po poprzednim, pomysłów więc – jak widać – nie brakuje. Przyznam, że nie miałem wcześniej styczności z tą grupą, trafiłem na nich dopiero niedawno, gdy rozpocząłem intensywniejsze wykopaliska na muzycznej mapie Danii. Już widzę, że wykopaliska te będą niezwykle owocne, bo na dzień dobry trafiam na taką perełkę. Przygotujcie się  na niezły odlot z intensywnymi doznaniami po drodze.

piątek, 14 lipca 2017

The Myrrors - Hasta la Victoria [2017]



Do posłuchania płyty Hasta la Victoria skłoniła mnie kapitalna, bardzo klimatyczna okładka tego albumu. Nie znałem wcześniej formacji The Myrrors, choć zespół z Arizony ma już na koncie kilka krążków i panowie na pewno nowicjuszami nie są. Po raz kolejny okazało się, że jeśli okładka zwraca moją uwagę tak bardzo, że postanawiam słuchać w ciemno płyty kompletnie nieznanej mi formacji, to i sama muzyka ma wszelkie szanse mnie oczarować. Oczarowała, o rany, oczarowała! Na Hasta la Victoria jest absolutnie wszystko, czego szukam w muzyce z pogranicza psychodelii i brzmień folkowych. Ale może po kolei…

środa, 12 lipca 2017

Adrenaline Mob - We the People [2017]



Przyznaję, że formacją Adrenaline Mob w dużej mierze przestałem się interesować po odejściu z niej Mike’a Portnoya. Ani słaba druga płyta, ani seria zmian w składzie (w niektórych przypadkach wymuszonych) nie sprzyjały zmianie tej sytuacji. Być może debiut tego zespołu – Omertá – nie zawierał muzyki przesadnie wyszukanej, ale było tam sporo dobrych, mocnych rockowych kawałków, do których dobrze machało się różnymi częściami ciała. Takich, przy których kapitalnie krzyczy się na koncercie, co zresztą sprawdziłem osobiście w 2012 roku w krakowskim klubie Studio. Mówiąc szczerze, do nowego krążka podszedłem bez jakichkolwiek oczekiwań – na zasadzie: włączę, może coś mi się spodoba. To chyba najlepsze możliwe nastawienie w przypadku tej grupy. Ale i ono niestety nie przyniosło zbyt pozytywnych efektów.

poniedziałek, 10 lipca 2017

Labyrinth - Architecture of a God [2017]



Żaden ze mnie fan power metalu. W zasadzie to poza nielicznymi wyjątkami żaden ze mnie fan jakiegokolwiek metalu. Ale jednak tak się jakoś złożyło, że w okolicy liceum trafiłem na włoską formację Labyrinth. Odwiedzałem wówczas często budkę z kasetami na radomszczańskim bazarku (to już czasy oryginałów, nie taktowskich podróbek za 14000 złotych) i pewnego dnia pan kasetosprzedawca włączył coś, mówiąc, że to powinno mi się spodobać. Nie do końca wiem, skąd u niego taki pomysł, bo przecież nigdy wcześniej nie kupowałem kaset powermetalowych, a w tamtym okresie zaczynałem właśnie przygodę z Iron Maiden, ale włączył i okazało się, że faktycznie – spodobało mi się. Po krótkim odsłuchu kupiłem wtedy dwie kasety Labyrinth – Return to Heaven Denied i nową wtedy Sons of Thunder. Słuchałem ich w tamtym okresie dość często, po kilku latach zamieniłem sobie nawet wysłużone kasety na płyty CD. Ale nigdy nie zagłębiłem się bardziej w ten gatunek, nigdy też nie sięgnąłem po żadne z kolejnych wydawnictw Labyrinth, być może zniechęcony trochę ciągłymi zmianami w składzie grupy (w tym tymczasowym odejściem lidera Olafa Thörsena oraz – już dużo później – wokalisty Roba Tyranta). Jednak od czas do czasu wciąż wracam do tych dwóch albumów, bo ta mieszanka chwytliwego włoskiego power metalu z mocno klawiszowym rockiem progresywnym w stylu wczesnego Dream Theater ma w sobie jednak coś przyjemnego. Architecture of a God to ósmy krążek formacji, pierwszy od 2010 roku. No dobrze, w sumie czemu nie spróbować?

piątek, 7 lipca 2017

Hair of the Dog - This World Turns [2017]



Ze szkockim triem Hair of the Dog zetknąłem się po raz pierwszy, gdy zespół wydał swoją drugą płytę – The Siren’s Song. Uwagę przykuwała psychodeliczna okładka, ale w jeszcze większym stopniu po prostu świetna muzyka zawarta na tamtym albumie. Z miejsca stali się jednym z moich ulubionych zespołów europejskiej sceny retro/hardrockowej. Oczywiście wraz z tym przychodzą oczekiwania. I tu często pojawia się problem, bo zespoły, które raz oczarowały, czasami zwyczajnie nie mają w sobie drugiej tak udanej płyty i z czasem entuzjazm zarówno muzyków jak i fanów nieco opada. Nie tym razem jednak – Hair of the Dog za kilka dni wydadzą swój trzeci album, zatytułowany This World Turns, i już teraz wiem, że jest to wydawnictwo, na które warto było czekać.

poniedziałek, 3 lipca 2017

The Afghan Whigs - In Spades [2017]



Ten blog, o czym stali bywalcy zapewne już wiedzą, nie jest ani profesjonalnym portalem muzycznym, ani nie pretenduje do zawodowego dziennikarstwa. Bo i niby czemu miałby, skoro na tym nie zarabiam? Dlatego nie czuję specjalnej potrzeby zagłębiania się w meandry historii wszystkich opisywanych przeze mnie zespołów, ekspresowego przesłuchiwania całej dyskografii wykonawcy, który właśnie wydał interesującą mnie płytę oraz dokonywania innych generalnie chwalebnych czynów, których zapewne wymagałby profesjonalizm. Siadam do odsłuchu płyty i czasem mam się do czego odwoływać, a czasem nie. Stąd często z czystym sumieniem przyznaję się, że twórczość tego czy tamtego zespołu jest mi zupełnie obca, choć czasem być może nie powinna. Tak jest właśnie tym razem. The Afghan Whigs to formacja z około trzydziestoletnim stażem, a jednak In Spades, ich tegoroczny album – ósmy w ich dorobku – jest pierwszym, który poznałem. Obiły mi się o uszy jakieś pojedyncze utwory, mniej więcej miałem pojęcie, jakiego rodzaju muzykę zespół ten wykonuje, ale te zasłyszane gdzieś kompozycje nigdy nie przekonały mnie, żeby sięgnąć po którąkolwiek z wcześniejszych płyt w całości. Zatem moje poniższe wrażenia są absolutnie pozbawione jakichkolwiek odniesień do ich wcześniejszych płyt i jest mi z tym bardzo w porządku.

sobota, 1 lipca 2017

Moonbow - War Bear [2017]



Moonbow to nazwa, która jeszcze do niedawna nie mówiła mi absolutnie nic, tymczasem okazuje się, że jest to formacja składająca się z muzyków, którzy swoje już zrobili wcześniej w innych zespołach i absolutnie nie są nowicjuszami. Wystarczy wspomnieć grupy takie jak Valley of the Sun czy The Afghan Whigs. Być może okładka nowej płyty tego zespołu, War Bear, niebezpiecznie zbliża się do granicy oddzielającej „fajny klimat” od kiczu, ale kiedy już album włączymy, okazuje się, że muzycznego kiczu absolutnie tu nie znajdziemy. A co w takim razie znajdziemy? Mnóstwo świetnego gitarowego łojenia, rasowy głęboki wokal i sekcję, która kapitalnie napędza wszystkie numery.

czwartek, 29 czerwca 2017

Samsara Blues Experiment - One with the Universe [2017]



Mój romans z niemiecką grupą Samsara Blues Experiment naznaczony jest wzlotami i upadkami. No dobrze, w zasadzie to jednym wzlotem i jednym upadkiem. Poznałem ich muzykę kilka lat temu, przesłuchałem parę numerów z pierwszych płyt i spodobało mi się to, co usłyszałem. Byłem bardzo zadowolony, kiedy okazało się, że będą grali na Red Smoke Festival w Pleszewie – imprezie, z kapitalnym klimatem, gdzie tego typu zespoły, grające w rejonach stoner/doom/psych czują się świetnie. Tyle że sam występ niestety był dla mnie lekkim rozczarowaniem i nie do końca potrafię stwierdzić czemu. Być może zagrali dla mnie trochę zbyt ciężko, może zaważyła bardzo kiepska pogoda, a może po prostu byłem już zmęczony po całym dniu koncertowania i hmm „kontaktów towarzyskich”. W każdym razie efekt był taki, że wymęczyłem się trochę i głównie właśnie to zmęczenie pamiętam z tamtego występu, choć starałem się mocno wbić w klimat muzyki płynącej ze sceny. Tymczasem grupa zapowiedziała na ten rok premierę nowej płyty i mimo wszystko ucieszyłem się, pamiętając, że przecież bez względu na wrażenia z jedynego koncertowego spotkania z SBE, studyjnie od początku mi się podobali. I tym samym przechodzimy z tej krótkiej historyjki do płyty One with the Universe – czwartego studyjnego krążka Samsara Blues Experiment.

wtorek, 27 czerwca 2017

Pristine - Ninja [2017]



Norweską formację Pristine poznałem przy okazji premiery poprzedniej płyty – Reboot. Kapitalnie połączyli klimat klasycznego blues-rocka i psychodelii, tworząc retro mieszankę na naprawdę wysokim poziomie. Trafili w mój gust, nic więc dziwnego, że załapali się do mojego rankingu ulubionych płyt 2016 roku. Reboot był w pewnym sensie przełomem dla zespołu, czego dowodem była też wspólna europejska trasa z – nie bójmy się tego określenia – współczesnymi gwiazdami retro rocka, grupą Blues Pills. Być może Pristine nie są jeszcze tak znani szerokiej publiczności, ale to może być kwestią czasu – w końcu ogólny zarys muzyczny jest w obu przypadkach dość podobny, obie formacje mają na czele panie z mocnym, charakterystycznym wokalem oraz zdolnych instrumentalistów, którzy bez problemu przenoszą słuchaczy niemal pół wieku wstecz. Ninja – czwarty album Pristine, wydany nakładem znanej (choć do niedawna głównie z premier mocno metalowych) niemieckiej wytwórni Nuclear Blast – to krążek, który ma wszelkie szanse znacznie poszerzyć grono fanów zespołu.

sobota, 24 czerwca 2017

Junius - Eternal Rituals for the Accretion of Light [2017]



Junius to grupa z Bostonu, która wydała niedawno swój trzeci duży album. Ich muzyka łączy post-rocka, post-metal, metal progresywny, psychodelię i sludge. Mieszanka to dość osobliwa i niełatwa w odbiorze. Doświadczenie muzyków jest jednak znacznie większe, niż wskazywałaby liczba wydanych dużych płyt. Mają na koncie sporo EP-ek i splitów, choć zdecydowana większość pojawiła się w poprzedniej dekadzie. Od albumu numer dwa też już trochę minęło, bo krążek Reports from the Threshold of Death ukazał się w 2011 roku. Lubujący się w długich, trudnych do zapamiętania tytułach albumów panowie wracają wydawnictwem zatytułowanym Eternal Rituals for the Accretion of Light.

środa, 21 czerwca 2017

Guns n' Roses - Gdańsk [Energa Stadion], 20 VI 2017 [relacja]



Koncert Guns n’ Roses w Gdańsku to koncertowe wydarzenie roku w Polsce. Oszukiwanie się, że jest inaczej, nie ma sensu. W tym roku w naszym kraju nie zagra żaden inny rockowy wykonawca, którego występ wzbudzi tak wielkie emocje. Nie mam wątpliwości, że dla wielu osób, które dorastały na przełomie lat 80. i 90., był to jeden z najważniejszych dni w życiu. Odkąd poznałem Guns n’ Roses w okolicach końca roku 1991, marzyłem o tym, żeby kiedyś zobaczyć tych gości na żywo. Chociaż nie, w zasadzie to przez wiele lat nawet marzyć o tym nie mogłem, bo – po pierwsze – wtedy koncerty tych wielkich były u nas ogromną rzadkością, a po drugie – sytuacja w zespole po 1993 roku nie dawała najmniejszej nadziei na to, że większość klasycznego składu (no dobrze, dwóch składów) Gn’R jeszcze kiedykolwiek stanie na jednej scenie. Oczywiście zaliczyłem w XXI wieku dwie wizyty Axla Rose’a i jego solowej grupy, która występowała pod szyldem Guns n’ Roses, zaliczyłem Velvet Revolver (tu niestety w Pradze, bo katowicki koncert został odwołany), wpadł do nas Duff z zespołem Walking Papers, a i Slash w ostatnich latach przyjeżdża do nas nad wyraz chętnie. Wszystkie te występy wywoływały silne emocje u fanów grupy, ale nie oszukujmy się – był to zaledwie ułamek tego, co przeżywaliśmy we wtorek w Gdańsku. Nawet jeśli ten cały szumnie zapowiadany „reunion” jest mocno niekompletny.

piątek, 16 czerwca 2017

Sólstafir - Berdreyminn [2017]



Niedawno grupa Ulver wydała swój nowy album, na którym wykonała kolejną stylistyczną woltę, tym razem czerpiąc garściami z muzyki elektronicznej, nowofalowej, a nawet synthpopowej lat 80. Teoretycznie krok dość zaskakujący jak na formację, która zaczynała od naprawdę ciężkiego metalu, ale fani tego zespołu już od dawna wiedzą, że z grupą Ulver nie ma sensu do czegokolwiek się przyzwyczajać, bo panowie lubią mieszać mocno i często. Sólstafir to kolejna formacja z północy Europy, która z biegiem lat stopniowo zmieniała swoje brzmienie, tracąc niewątpliwie po drodze część fanów, ale zdobywając jednocześnie wielu nowych, którym wcześniejsze brzmienie niekoniecznie musiało odpowiadać. Przeszli długą drogę od black metalu i viking metalu przez progresję i post-rock/post-metal, aż dotarli do chwili obecnej – płyta Berdreyminn to mieszanka brzmień zawartych na poprzednich kilku albumach formacji, ale także – jak w przypadku zespołu Ulver – zahaczająca momentami o przebojową muzykę nowofalową czy nawet synthpopową. Czy to się przyjmie? Mam wrażenie, że wśród sporego procenta fanów już się przyjęło, choć nie do końca przekłada się to na moją opinię o tym albumie.

środa, 14 czerwca 2017

Cachemira - Jungla [2017]



Cachemira to trio z Barcelony, o którym mieliście wszelkie szanse do tej pory nie słyszeć. Muzycy tego zespołu grywali wcześniej w innych lokalnych grupach, ale zebrali się w 2015 roku, by stworzyć razem coś nowego. Panowie spędzili trochę czasu w zeszłym roku na nagrywaniu swojej pierwszej płyty, która ukazała się w maju nakładem Heavy Psych Sounds. Znajdziemy na niej pierwsze wspólne kompozycje formacji, jest to zatem podsumowanie najwcześniejszego okresu działalności zespołu. Album jest zatytułowany Jungla i składa się z pięciu numerów trwających w sumie pół godziny. Niektórym może się wydawać, że to mało, ale według mnie to idealna długość, żeby nowy zespół miał okazję przywitać się ze światem i zainteresować słuchacza.

niedziela, 11 czerwca 2017

Anathema - The Optimist [2017]



Nie da się ukryć, że „optymistyczny” to jedno z ostatnich określeń, jakich użylibyśmy w kontekście muzyki brytyjskiej formacji Anathema. Grupa ta wyrosła na prawdziwych mistrzów melancholijnej progresji w ostatnich kilkunastu latach. Tyle, że coraz częściej miałem wrażenie, że na ostatnich płytach formacja wpadła w pewną pułapkę powtarzalności. Mało było na nich świeżych pomysłów, większość utworów oparta była na replice pomysłów znanych z kilku poprzednich wydawnictw. Kwintesencja regresywnej progresji? Przy okazji recenzji Distant Satellites – poprzedniczki The Optimist – pisałem, że potrzebna jest odważna zmiana. Na okładce mamy światło. Może to być światełko w tunelu. Ale światełko w tunelu może też oznaczać, że pędzi w twoją stronę pociąg. No dobrze, w tym przypadku samochód. To w końcu fani mają powody do optymizmu czy nie do końca?

sobota, 10 czerwca 2017

Galley Beggar - Heathen Hymns [2017]



Galley Beggar to brytyjska formacja, która właśnie wydała swój trzeci album – Heathen Hymns. Według źródeł internetowych grają brytyjskiego folk rocka, tytuł oraz okładka nowej płyty także sugerują taki właśnie klimat, nie mogłem więc zignorować pojawienia się takiego albumu w mojej muzycznej przestrzeni, bo choć absolutnie nie uważam się za konesera muzyki folkowej, to jednak pewną jej dawkę co jakiś czas przyjmuję z niekłamaną przyjemnością. Pod warunkiem, że podana jest w sposób interesujący. Na szczęście w tym przypadku tak właśnie jest. Nie znałem grupy Galley Beggar przed pierwszym odsłuchem tego krążka, było to zatem dla mnie premierowe spotkanie z ich muzyką. Brak oczekiwań, ale też brak jakiegokolwiek bagażu doświadczeń w spotkaniach między słuchaczem a artystą czy też przywiązania do twórczości grupy. Jednak od pierwszych sekund płyty czułem, że źle nie będzie.

czwartek, 8 czerwca 2017

The Sonic Dawn - Into the Long Night [2017]



The Sonic Dawn to młoda duńska formacja, która pod tą nazwą zadebiutowała w 2015 roku krążkiem Perception. Po kilkunastu miesiącach ukazuje się drugi album w dorobku formacji i z całą pewnością mogę oświadczyć, że wyrasta nam kolejny ciekawy skandynawski zespół. Trio z Kopenhagi kapitalnie czuje się w klimatach wczesnej psychodelii, serwując słuchaczom muzykę, w której znajdziemy fantastyczne rytmy, świetne, nieco senne wokale, porywające partie gitar oraz – jak to często w muzyce retro-psychodelicznej – przyjemne brzmienia sitaru. Z nie zawsze przyjaznej pogodowo Danii panowie przenoszą nas z niezwykłą łatwością do londyńskiego klubu UFO bądź na plażę w kalifornijskim Venice.

środa, 7 czerwca 2017

Bjørn Riis - Forever Comes to an End [2017]



Bjørna Riisa absolutnie nie można posądzić o lenistwo. Niecały rok po premierze czwartego krążka formacji Airbag, której jest gitarzystą i głównym kompozytorem, wydał swój drugi album solowy. Premiera zbiegła się zresztą idealnie z wizytą Airbag na dwóch koncertach w Polsce. Poprzedni krążek Riisa, Lullabies in a Car Crash, ukazał się w 2014 roku i zdecydowanie był kontynuacją tego, co gitarzysta robi na co dzień z Airbag, bo choć sam twierdził, że utwory, które trafiły na ten album, niezbyt pasowały w jego opinii na płyty zespołu, to pozwalam sobie nie podzielać tego przekonania. I o ile zeszłoroczne wydawnictwo zatytułowane Disconnected było dla mnie lekkim rozczarowaniem – nie ze względu na jego jakość, a powtarzanie tego, co słyszeliśmy już na wcześniejszych płytach Airbag – o tyle Forever Comes to an End, bo tak zatytułowany jest drugi solowy album Riisa, to pewien powiew świeżości.

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Runa Gaman - Cepa [2017]



Runa Gaman to instrumentalne trio z Buenos Aires. Niestety nie wiem nic o przeszłości muzyków tworzących tę formację ze stolicy Argentyny, ale Cepa to pierwsze oficjalne wydawnictwo zespołu, co w połączeniu ze świeżo założonym profilem na Facebooku każe przypuszczać, że jest to zupełnie nowy muzyczny twór. Szybka próba namierzenia na tym samym portalu poszczególnych muzyków formacji wskazuje, że są to ludzie młodzi, istnieje zatem dość spore prawdopodobieństwo, że cała trójka nie ma wielkiego bagażu doświadczeń scenicznych. A muzycznie? Macie przed sobą 35 minut psychodelii – raz spokojniejszej, bardziej „kosmicznej”, innym razem uderzającej raczej w stonerowe klimaty. Jedno jest pewne – radiowych przebojów tu nie będzie.

sobota, 3 czerwca 2017

Roger Waters - Is This the Life We Really Want? [2017]



Roger Waters nie wydał rockowej płyty od ćwierć wieku. Nikogo nie trzeba chyba przekonywać, że w muzyce to cała epoka, tym bardziej, że dotyczy to przecież artysty cały czas aktywnego muzycznie. Ostatnie lata zeszły Watersowi głównie na przypominaniu dorobku jego byłej formacji, stąd też kolejne trasy, podczas których skupiał się na jednym z albumów Pink Floyd, najczęściej na The Wall. Przyznam – produkcje koncertowe robiły wrażenie. Potwierdzi to chyba każdy, kto miał okazję widzieć przedstawienie The Wall choćby w Łodzi kilka lat temu. Czy przez te 25 lat wykiełkowało dostatecznie dużo nowych pomysłów, czy po prostu obecna sytuacja społeczno-polityczna sprawiła, że nowa płyta nagle „zrobiła się sama”? Trudno powiedzieć, bo Is This the Life We Really Want? brzmi tak, jak zapewne brzmiałyby obecnie płyty Pink Floyd, gdyby Waters nie odszedł z grupy ponad 30 lat temu i panowie jakimś cudem wytrzymaliby ze sobą przez ten czas. Roger wciąż jest muzykującym politykiem, wciąż (a nawet jeszcze bardziej) nie jest wokalistą, wciąż też jest kapitalnym kompozytorem. A ja wciąż nie wiem, czy to jest płyta, której naprawdę chcieliśmy.

czwartek, 1 czerwca 2017

Electric Moon - Stardust Rituals [2017]



Niemieckie trio Electric Moon w ostatnich latach niespecjalnie rozpieszczało swoich fanów nowymi wydawnictwami studyjnymi. Owszem, pojawiało się dużo koncertówek, projektów pobocznych, reedycji i innych ustrojstw, ale ostatnim w pełni samodzielnym studyjnym albumem grupy było The Doomsday Machine z 2011 roku. Wygląda na to, że formacja bardziej wierzy w siłę koncertowego grania i w ten właśnie sposób woli prezentować swoje świeże kompozycje. Nie znam historii tego zespołu aż tak dobrze, żeby wyrokować jakie były przyczyny tej posuchy w temacie wydawnictw studyjnych, ale mamy rok 2017 i Electric Moon w końcu dają nam trochę nowej muzyki studyjnej w formie płyty Stardust Rituals. Trochę czyli trzy kwadranse podzielone w taki sposób, że strona pierwsza wydania winylowego składa się z trzech numerów (w tym dwóch dość mocno rozbudowanych), a stronę B w całości zajmuje 23-minutowy kolos.