sobota, 4 lipca 2020

Buffalo Summer - Desolation Blue [2020]


Zdziwiłem się nieco, gdy przeczytałem, że Buffalo Summer to walijska formacja. Brzmią dość amerykańsko. To melodyjna, chwytliwa muzyka, mocno ukorzeniona w klasycznych, rockowych brzmieniach, ale podana w sposób tak przystępny, że z powodzeniem mogłaby się pojawiać w mainstreamowych stacjach rockowych obok takich zespołów jak Alter Bridge, przez co zakładałem, że muszą być ze Stanów. No to mnie zaskoczyli na początek. Mieli na koncie dwie płyty wydane w 2013 i 2016 roku. W tym wyszła trzecia – Desolation Blue – ozdobiona bardzo przyjemną, klimatyczną okładką. Być może jest ona przyczyną kolejnego, niewielkiego zaskoczenia, bo spodziewałem się chyba czegoś mrocznego, ponurego, może nieco przytłaczającego, a jednocześnie nawiązującego do dark folku czy może post-rocka (niekoniecznie do obu jednocześnie, bo to mogłoby być trudne). A tymczasem, jak już pisałem, jest melodyjnie, dość prosto, bez wielkich kombinacji, ale bardzo przyjemnie.

czwartek, 2 lipca 2020

Horisont - Sudden Death [2020]


Szwedzką formację Horisont znam już od kilku lat. Zaciekawili mnie swoim czwartym albumem, Odyssey, bo choć było w tym wszystkim coś mocno kiczowatego, potrafiłem wczuć się w taką konwencję i w to hardrockowo-heavymetalowe granie z mocnym akcentem „ejtisowym”, choć nawiązujące też do późnych lat 70. Powalili mnie absolutnie płytą numer pięć – About Time – do której wciąż bardzo często wracam. Pomyślałem sobie wtedy, że w końcu weszli na wyższy poziom, że z ciekawostki nawiązującej do kiczowatych lat 80. (no i trochę też na pewno do końcówki poprzedniej dekady) przeobrazili się w naprawdę kapitalny rockowy band. I choćby dlatego nieco zaniepokoiły mnie pierwsze nagrania z nowej płyty, które zespół udostępniał jeszcze przed premierą całości. Niby wszystko było w porządku, ale nic nie powalało. Po premierze płyty niestety to odczucie się nie zmieniło – niby jest w porządku, ale Sudden Death nie powala.

piątek, 26 czerwca 2020

Mariusz Duda - Lockdown Spaces [2020]

Obecna sytuacja wirusowa dała światu ostro w kość. Niewiele branż odczuło to tak boleśnie jak branża rozrywkowa, która dokonała niezwykłej sztuki, bo stoi i leży jednocześnie. Istnieje spora szansa, że nawet za 30 lat wszyscy będziemy krzywili się na każde wspomnienie roku 2020. Ale to wszystko ma też swoje nieliczne dobre strony. Na przykład niektórzy artyści niespodziewanie nagrali nowe płyty. W kilku przypadkach niespodziewanie także dla samych siebie. Jeszcze niedawno Mariusz Duda ogłaszał, że zamierza w najbliższych latach nagrywać pojedyncze solowe piosenki, które kiedyś w końcu złożą się na cały album wypełniony melodyjnymi utworami, opartymi głównie na brzmieniach akustycznych i właśnie na nieco bardziej „piosenkowym” brzmieniu. A tymczasem dzisiaj otrzymujemy od artysty całą płytę. W dodatku z zupełnie innej bajki niż wspomniane melodyjne piosenki. Mariusz Duda nagrał album elektroniczno-ambientowy, w klimatach mocno inspirowanych muzyką do starych gier komputerowych. Zaskoczeni? No cóż, może samym faktem, że taka płyta powstała właśnie teraz i w tajemnicy, bo tym, że Mariusz zdecydował się właśnie na taki krok, zaskoczony zupełnie nie jestem. Od lat w wywiadach czy w wypowiedziach w social mediach zdradzał swoją miłość do gier oraz do muzyki z niektórych z nich, a także wyrażał zainteresowanie stworzeniem kiedyś czegoś w tym stylu. Może i gra do tej muzyki jeszcze nie powstała, ale to tym gorzej dla branży gier.

środa, 24 czerwca 2020

High Priestess - Casting the Circle [2020]


High Priestess to żeńskie trio z Los Angeles, które powstało kilka lat temu dzięki staremu dobremu ogłoszeniu. Panie może i trafiły na siebie przypadkiem, ale wygląda na to, że dogadują się na muzycznej płaszczyźnie znakomicie, bo po udanym debiucie wskoczyły o poziom wyżej na swojej drugiej płycie, zatytułowanej Casting the Circle. Zakochałem się w tej płycie od pierwszego odsłuchu, bo jest tu w zasadzie wszystko, co lubię w tego typu muzyce. W zasadzie mogłem ten tekst napisać właśnie po pierwszym odsłuchu i nie różniłby się jakoś znacznie od tego, co czytacie w tej chwili, ale po kilkunastu kolejnych jestem jeszcze bardziej przekonany, że będzie to moja tegoroczna czołówka.

niedziela, 21 czerwca 2020

Dola - s/t [2020]


Stali czytelnicy tego bloga oraz słuchacze moich audycji wiedzą już chyba doskonale, że znacznie bardziej lubię klimaty rockowe od metalowych, a już growl czy generalnie cokolwiek podchodzącego bardziej pod wrzask niż śpiew najczęściej z miejsca pozbawia płytę szans na zaistnienie na dłużej w mojej świadomości. Doceniam, ale nie lubię. Są wyjątki, ale naprawdę nieliczne. Więc gdy wypatrzyłem u jednego ze znajomych na Spotify płytę grupy Dola, zobaczyłem okładkę i zestawiłem to jeszcze z opisami twórczości grupy na Bandcampie, wśród których znalazłem black metal, nie sądziłem, że moja przygoda z muzyką tego zespołu potrwa dłużej niż kilka minut. Ale mnie wciągnęła. Z każdym numerem podobało mi się coraz bardziej i nie zmieniał tego nawet wrzask pojawiający się w kilku kompozycjach. A po wszystkim odsłuchałem ponownie. I jeszcze raz. A potem kupiłem sobie tę płytę – jako pierwszą z wydanych w tym roku.

piątek, 19 czerwca 2020

Dool - Summerland [2020]


Dool to holenderska formacja, która zadebiutowała w 2017 roku i miała jak na razie na koncie jeden album, EP-kę i kilka singli, więc niedużo. Ale słychać, że idą ostro do przodu, bo na Summerland kwintet prezentuje się niczym sprawnie naoliwiona maszyna składająca się ze sprawdzonych już trybików. Nie jest to przypadek, bo zespół tworzą muzycy, którzy przewijali się już przez inne grupy, z których najbardziej znana (w kręgach słuchaczy interesujących się takimi klimatami) jest chyba The Devil’s Blood. Na czele formacji stoi główna kompozytorka, wokalistka, gitarzystka a okazjonalnie także klawiszowiec Ryanne van Dorst, ale w grupie – poza, rzecz jasna, sekcją rytmiczną – jest jeszcze dwóch gitarzystów, co zdecydowanie słychać, bo w kompozycjach zespołu sporo się dzieje na wielu płaszczyznach.

środa, 17 czerwca 2020

Airbag - A Day at the Beach [2020]


Czwarty album grupy Airbag – wydany w 2016 roku krążek Disconnected – był pierwszym w dorobku tego zespołu, którego nie kupiłem. Nie tylko po premierze. Nie mam go do dziś. To nie tak, że na pewno nigdy go nie kupię, ale jakoś nie czułem przez ten cały czas potrzeby, by mieć tę płytę w domu. To nie był zły krążek, ale czułem, że zespół zaczyna zjadać własny ogon, nie proponuje niczego nowego, nie ekscytuje mnie już tak, jak w Steal My Soul czy Homesick. I w zasadzie opinii o tej płycie przez te cztery lata nie zmieniłem i – będę szczery – od napisania tekstu o Disconnected pewnie nawet nie przesłuchałem tego albumu w całości. Nic zatem dziwnego, że niespecjalnie ekscytowałem się informacjami o kolejnym albumie, bo bałem się, że znowu będzie tak samo bezpiecznie i po raz kolejny trochę się rozczaruję. Na szczęście moje obawy się nie spełniły.

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Hibiscus Biscuit - Reflection of Mine [2020]


Australia bardzo szybko wyrasta w moich oczach i uszach na prawdziwą potęgę podziemnej sceny retro/stoner/psych. Zachwycałem się w ostatnich latach pewnie już kilkunastoma zespołami stamtąd, a trudno sobie wyobrazić, ile tak znakomitych formacji faktycznie tam działa i do tej pory skutecznie unika mojej uwagi. Jedną z najświeższych, jakie obiły mi się o uszy, jest kwartet Hibiscus Biscuit, który powstał kilka lat temu i miał na koncie dwa single, a teraz, w marcu tego roku, w końcu zadebiutował w formacie dużej płyty albumem Reflection of Mine, który każe pokładać w tym zespole naprawdę spore nadzieje.

sobota, 13 czerwca 2020

Me and That Man - New Man, New Songs, Same Shit, Vol. 1 [2020]


Projekt Me and That Man przy okazji pierwszej, wydanej trzy lata temu płyty, był swego rodzaju ciekawostką. Więcej niż o samej muzyce mówiło się chyba o tym, że Nergal postanowił nagrać płytę niemetalową. Odczucia słuchaczy były chyba dość mieszane, wiele osób wskazywało na nadmierne inspiracje takimi wykonawcami jak Nick Cave czy King Dude, choć mnie się akurat tamten album podobał. Po jakimś czasie współpraca z „tamtym facetem”, czyli Johnem Porterem, dobiegła końca i na płycie numer dwa Adam Darski proponuje nieco inny pomysł. Mamy stały zespół w międzynarodowym składzie Darski/Sasha Boole/Matteo Bassoli/Bartek Rogalewicz, mamy też w niemal każdym utworze innych artystów, którzy pomogli w nagraniach, a czasem także w warstwie kompozycyjnej czy tekstowej.

czwartek, 11 czerwca 2020

Arabs in Aspic - Madness and Magic [2020]


Trzy lata temu zespół Arabs in Aspic był dla mnie swego rodzaju ciekawostką. O, patrzcie, skoczkowie narciarscy założyli zespół i wydają płyty. Ale jajca! No dobrze. Jeden wśród nich był znany, ale on z zespołu już dawno odszedł, reszta to raczej zawodnicy bez wielkich międzynarodowych sukcesów, choć dokopałem się do informacji, że kolejny był jakiś czas rekordzistą kraju w długości lotu na skoczni mamuciej. Potem zachodziły pewne przetasowania w składzie i w sumie to ja już nie wiem, ilu z obecnych muzyków formacji to faktycznie byli skoczkowie, ale w Norwegii każdy rodzi się z nartami na nogach i pewnie w ramach zaliczenia z wuefu i tak muszą machnąć dwie stówki na mamucie z telemarkiem. Wydana w 2017 roku płyta Syndenes Magi naprawdę mi się spodobała. To taki klasyczny prog ze skandynawskim klimatem. Po raz kolejny okazało się, że w Norwegii równie dobrze, co z nartami i telemarkiem, radzą sobie z gitarami, perkusją czy organami. Po trzech latach grupa wydaje kolejny krążek – zatytułowany Madness and Magic. Przyznam, że dzięki uprzejmości wydawcy, mam te nagrania już od jakiegoś czasu, i miałem okazję osłuchać się nie tylko z bardzo obiecującymi, opublikowanymi wcześniej utworami, ale z całością. Od pierwszego odsłuchu pierwszego singla zanosiło się na naprawdę bardzo dobry album i moje nadzieje absolutnie nie zostały zawiedzione.

wtorek, 9 czerwca 2020

The Heavy Eyes - Love Like Machines [2020]


Love Like Machines to czwarty album pochodzącej z Memphis formacji The Heavy Eyes. Zwrócili moją uwagę płytą poprzednią – wydaną w 2015 roku He Dreams of Lions. Trochę kazali czekać na następcę, ale to nawet dobrze. Ciekawych zespołów na podziemnej scenie rockowej jest obecnie tyle, że gdyby wszyscy chcieli wydawać płyty co rok albo dwa, nikt by tego nie ogarnął nawet w minimalnym stopniu. Więc podziękowania dla takich formacji jak The Heavy Eyes, że wypuszczają nową muzykę na tyle rzadko, bym mógł za nimi nadążyć. Love Like Machines zawiera zaledwie 34 minuty muzyki podzielonej na dziesięć numerów. Nie trzeba być matematycznym orłem, żeby szybko dostrzec, że będą to raczej krótkie rzeczy. Zaledwie jedna kompozycja przekracza cztery minuty, kilka nie dobija nawet do trzech. Ale nic nie szkodzi. Panowie z The Heavy Eyes łoją przyjemnego, dynamicznego, melodyjnego fuzz n’ rolla, który jest oparty właśnie na dynamice i „wpadalności” w ucho, a nie na wielkich popisach instrumentalnych i natchnionych improwizacjach. To zostawiają innym.

niedziela, 7 czerwca 2020

Seven Planets - Explorer [2020]


Seven Planets to kwartet z Zachodniej Wirginii, który co prawda wydał w tym roku dopiero swoją trzecią płytę, ale zespół istnieje już od kilkunastu lat, a – jak można wyczytać w internecie – muzycy tej formacji grali ze sobą w różnych osobowych konfiguracjach już od przeszło ćwierć wieku. Tak, to doświadczeni panowie, nie żadni początkujący młodzieńcy. I tak właśnie brzmią. Jak ekipa, która wie, co robi.

wtorek, 2 czerwca 2020

Fren - Where Do You Want Ghosts to Reside [2020]


Z polsko-ukraińską, stacjonującą w Krakowie formacją Fren miałem już oczywiście styczność w formie koncertowej, w której sprawdzili się bardzo obiecująco, zarówno w małym klubie przed psychodelicznym The Sonic Dawn, jak i w dużej Progresji przed legendami prog rocka, grupą Caravan. Pasowali w obu miejscach, co już świadczy o tym, że trudno jednoznacznie klasyfikować muzykę graną przez kwartet. Trochę progresji, trochę klimatów okołojazzowych, nieco muzyki idealnie pasującej do filmów – wszystko to wyszło udanie na koncertach. Czas na pierwszy duży album studyjny.

środa, 27 maja 2020

Humulus - The Deep [2020]

Włoskie trio Humulus poznałem przy okazji ich poprzedniej, bardzo udanej płyty, miałem ich więc na oku. To jeden z tych zespołów, które może i nie nagrywają moich absolutnie ulubionych płyt danego rocznika, ale zawsze kręcą się gdzieś w szerokiej czołówce i wiem, że nie zawiodą. Na okładkach poprzednich wydawnictw mieliśmy już morsa i słonia z kuflami piwa oraz nosorożca, który piwa co prawda nie trzyma, ale… pewnie po prostu nigdzie go nie zauważyłem. Tym razem grafika zdobiąca album przedstawia ośmiornicę i choć piwa znowu zabrakło, to w jej mackach jest butelka ze składnikami potrzebnymi do produkcji wspomnianego trunku, więc klimat został zachowany. Zachowany został też klimat muzyczny.

czwartek, 21 maja 2020

The Dhaze - Deaf Dumb Blind [2020]

The Dhaze to trzyosobowa ekipa z Włoch, która w tym roku debiutuje pod tym szyldem, ale z tego, co udało mi się znaleźć w internecie, nie są to absolutnie muzycy początkujący. Deaf Dumb Blind przykuwa uwagę w pierwszej kolejności ciekawą, klimatyczną okładką, a nawet intrygującym logiem, ale jak się szybko okazuje, utrzymuje ją bardzo skutecznie równie ciekawą muzyką. Choć na randkę raczej tej płyty wydanej w walentynki nie polecam…

wtorek, 12 maja 2020

Datura4 - West Coast Highway Cosmic [2020]

Datura4 to zdecydowanie jedno z moich ciekawszych odkryć ostatnich miesięcy. To zespół z południowo-zachodniego wybrzeża Australii, który istnieje od niespełna dekady i właśnie wydał swój czwarty album, ale te dane absolutnie nie oddają doświadczenia muzyków, bo ci – w niektórych przypadkach – na australijskiej scenie rockowej obecni byli już w latach 80. To ekipa rockowych weteranów, którzy mają bogate doświadczenie i dorobek, i nawet jeśli nazwy ich wcześniejszych formacji niewiele mi mówią, jako komuś, kto nigdy się starą australijską sceną rockową nie interesował, nie można tego dorobku ignorować. Nie da się zresztą, bo w każdej sekundzie nowej płyty zespołu słychać, że panowie doskonale wiedzą, co robią, i jak mają to robić.

niedziela, 3 maja 2020

Electric Hollers - s/t [2020]


Electric Hollers to trio z Holandii, które zadebiutowało dwa lata temu albumem Rise. Ja jednak o ich istnieniu dowiedziałem się dopiero w tym roku, przy okazji premiery płyty drugiej, zatytułowanej po prostu Electric Hollers. Moją uwagę przykuła kapitalna okładka w klimatach indiańsko-psychodelicznych. Byłbym bardzo niepocieszony, gdyby nie kryła się za nią dobra muzyka. Na szczęście szybko się okazało, że i muzycznie grupa ta trafia w mój gust niezwykle celnie.

wtorek, 28 kwietnia 2020

Pearl Jam - Gigaton [2020]


Pearl Jam to jeden z moich ulubionych zespołów wszech czasów. Załapałem się na pierwszą falę szału na ich punkcie w czasach złotej ery MTV niemal 30 lat temu, choć na dobre wkręciłem się w ich muzykę gdzieś w okolicach liceum, czyli lat temu 20. Mniej więcej od czasu wydania płyty Yield jestem już na bieżąco ze wszystkim, co robią. Na kolejne płyty zawsze czekałem z pewną ekscytacją. W tym przypadku było jednak trochę inaczej. Owszem, zagrali niedawno kapitalny koncert w Krakowie, ale kłamałbym, gdybym powiedział, że nie mogłem się doczekać nowej płyty. Poprzednia – Lightning Bolt z 2013 roku – miała swoje momenty, ale jako całość, z perspektywy czasu, przekonuje mnie chyba najmniej z całej ich dyskografii. Wydany dwa lata temu singiel Can’t Deny Me też jakoś mnie nie porwał i trochę się obawiałem, że nowa płyta wywoła u mnie głównie obojętność. I choć na pewno pozycja takich albumów jak Ten, Vs czy Yield jest w moim rankingu ulubionych płyt Pearl Jam niezagrożona, ogólne wrażenia po kilkunastu odsłuchach Gigaton są jednak pozytywne.

wtorek, 21 kwietnia 2020

Lucifer - Lucifer III [2020]


Szwedzko-niemiecka formacja Lucifer regularnie stawia kolejne kroki w stronę retrorockowej czołówki. W zaledwie sześcioletniej historii grupy następowało już wiele przetasowań w składzie, a na poprzednich płytach grali muzycy tworzący okazałą międzynarodową mieszankę, ale od samego początku zarządza tym wszystkim charyzmatyczna wokalistka, Johanna Sadonis. Pierwsza płyta utrzymana była w klimatach okultystycznego doom rocka – było z jednej strony dość melodyjnie, ale jednocześnie monetami całkiem ciężko i raczej surowo w kwestii aranży i produkcji. To był ciekawy start, jednak według mnie druga płyta przebiła debiut atrakcyjnością brzmienia oraz jeszcze większym naciskiem na dobre, rockowe melodie. Po wymianie w zasadzie całego składu Johanna odeszła nieco od doomrockowych klimatów i poszła w stronę cholernie melodyjnego retro rocka, co bardzo mnie cieszy. Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że kierunek ten kontynuuje mocniej na trzecim albumie grupy, zatytułowanym Lucifer III.

czwartek, 16 kwietnia 2020

Bohren & der Club of Gore - Patchouli Blue [2020]


Patchouli Blue to pierwszy od sześciu lat, a dziewiąty ogółem album niemieckiej formacji Bohren & der Club of Gore. Nie znam tego, co robili wcześniej. Trafiłem na nich zupełnie przypadkiem, odsłuchując zawartość wielkiej paczki z nowymi płytami, która trafiła do mnie na początku lutego. Gatunek „dark jazz/dark ambient” w połączeniu z ciekawą okładką sprawiły, że poczułem pewną ekscytację tuż przed odpaleniem pierwszego nagrania. Miałem przeczucie, że będzie to coś, co może przypaść mi do gustu, i choć nie do końca przewidziałem, czego dokładnie będę słuchać, moje ogólne przewidywania się sprawdziły. Patchouli Blue to niezwykła muzyczna opowieść.

wtorek, 14 kwietnia 2020

Majid Bekkas - Magic Spirit Quartet [2020]


Umówmy się, że jazz nie jest gatunkiem, na którym się znam. Mogę bez końca pisać o hard rocku, psychodelii, nawet o stonerze, ale w świecie jazzu nie czuję się pewnie. Nie jestem w stanie określić, co i dlaczego mi się podoba. Po prostu – podoba się albo nie. Są takie płyty okołojazzowe, które zupełnie do mnie nie trafiają, mimo kunsztu muzyków, są też takie, które doceniam za brzmienie, ale nie czuję większej potrzeby, żeby je mieć i wracać do nich zbyt często. Od czasu do czasu trafia się jednak wydawnictwo, które oczarowuje mnie od pierwszego odsłuchu i przekonuje mnie, że może jednak nie jestem przypadkiem całkowicie beznadziejnym, jeśli chodzi o takie właśnie muzyczne klimaty. Tak jest z płytą Magic Spirit Quartet.

piątek, 10 kwietnia 2020

King Buffalo - Dead Star [2020]


Dziwny podział stosują muzycy King Buffalo. Granica między EP-kami a płytami długogrającymi w przypadku ich dyskografii jest nie tyle cienka, ile niezwykle zawiła, pokręcona i trudna do ogarnięcia. Oficjalnie zatem ich nowe wydawnictwo – Dead Star – to piątka EP-ka w dorobku formacji (a może czwarta, jeśli nie liczyć dema lub splitu z nieistniejącym już niestety szwedzkim Le Bétre?), który uzupełniają też dwie duże płyty. Ale co to za EP-ka, skoro nawet bez dodatkowego utworu – okrojonej mocno wersji najdłuższej kompozycji z krążka – wydawnictwo trwa ponad 35 minut? To jednak w zasadzie niezbyt istotne szczegóły. Najważniejsze, że te 35 minut to po raz kolejny kapitalna muzyka od kwartetu ze stanu Nowy Jork.

środa, 1 kwietnia 2020

Siena Root - The Secret of Our Time [2020]


Siena Root to jeden z moich ulubionych zespołów. Nie ostatnich lat, nie XXI wieku. Po prostu – jeden z moich ulubionych zespołów. To od nich jakąś dekadę temu zaczęło się moje poszukiwanie grup, które obecnie grają w stylu lat 60. czy 70., a wtedy wcale nie było ich aż tak dużo. To oni pokazali mi, że warto przyjrzeć się bliżej skandynawskiej scenie rockowej. To wreszcie oni byli pierwszym (i niestety tylko jednym z dwóch) zespołem, którego koncert współorganizowałem. Są ich płyty, które uwielbiam, są takie, które po prostu lubię. Jestem raczej zwolennikiem brzmienia z takich albumów jak Different Realities czy Kaleidoscope, czyli mocno opartego na sitarze, długich improwizacjach w klimacie rasowych jam bandów, ale nie ma w ich dyskografii płyty, której bym nie lubił, mimo wyraźnej zmiany kierunku w ostatnich latach i powrotu do bardziej tradycyjnych rockowych i blues-rockowych form znanych choćby z pierwszej płyty. The Secret of Our Time również absolutnie mnie nie zawiodła, a momentami nawet przyjemnie zaskoczyła.

niedziela, 29 marca 2020

The Weight - In Control [2020]


The Weight to jedna z moich ulubionych młodych formacji na europejskiej scenie retro rocka. Austriacki kwartet powalił mnie swoim pierwszym albumem z 2017 roku, zresztą bardzo dobrze rokował już na wydanej w 2014 roku EP-ce. Nowy album, In Control, jest potwierdzeniem tego, że warto zwrócić na nich uwagę. Choć nie wszystkie z udostępnionych w ostatnich kilkunastu miesiącach nowych nagrań mnie zachwyciły, okazało się, że o całą płytę absolutnie nie trzeba się było bać.

poniedziałek, 23 marca 2020

CB3 - Aeons [2020]


CB3 to formacja z Malmö, która działa od siedmiu lat. Mają już na koncie kilka wydawnictw studyjnych i koncertowych. Początkowo występowali jako Charlottas Burning’ Trio, jednak po premierze pierwszej płyty nazwa uległa skróceniu. Zespół tworzą gitarzystą Charlotta Andersson, basista Pelle Lindsjö i perkusista Natanael Salomonsson. Ich nowy album – Aeons – ukazał się pod koniec lutego. Płyta zawiera pięć instrumentalnych numerów w klimatach ciężkiej psychodelii.

poniedziałek, 16 marca 2020

Giöbia - Plasmatic Idol [2020]


Z zespołem Giöbia i mną jest tak, że niby od jakiegoś czasu miałem świadomość istnienia takiej formacji i nawet zaliczyłem epizodyczny kontakt z jej twórczością, ale kłamałbym, gdybym napisał, że włączając ich nową płytę, wiedziałem, czego dokładnie mogę się spodziewać. Zetknąłem się z nimi w 2017 roku, gdy grali na Red Smoke Festival. Jak zwykle przed wyjazdem do Pleszewa odsłuchiwałem przynajmniej po dwa-trzy numery wszystkich zespołów, żeby zorientować się, czy dana formacja jest „do zaliczenia”, czy raczej mogę w czasie jej koncertu iść na obiad/do aquaparku/pogadać ze znajomymi/odwiedzić żubry w zagrodzie kilkanaście kilometrów dalej. Wyszło mi chyba, że warto ich zobaczyć, bo mój spis koncertowy podpowiada mi, że widziałem występ tej włoskiej formacji, ale nie będę ściemniał – kompletnie nie pamiętam, czy mi się podobał. Nic to jednak – przenosimy się do roku 2020 i dostaję informację, że mediolańska ekipa wydaje swój piąty już (choć pierwszy od 2015 roku) album. Ponieważ nie znam poprzednich i nie pamiętam tego, co odsłuchiwałem te trzy lata temu, jest to dla mnie nieskazitelnie czysta kartka.

poniedziałek, 2 marca 2020

Toundra - Das Cabinet des Dr. Caligari [2020]


Nie wyobrażam sobie, by jakakolwiek osoba na poważnie interesująca się kinem i jego historią nie znała filmu Gabinet doktora Caligari. Ten klasyk niemieckiego ekspresjonizmu powstał dokładnie sto lat temu – jego premiera odbyła się pod koniec lutego 1920 roku. Historia szalonego hipnotyzera, który wykorzystuje somnambulika do dokonywania potwornych zbrodni, to jeden z najsławniejszych przedwojennych filmów. A przedwojenne filmy są bardzo wdzięcznym tematem dla współczesnych muzyków. Oczywiście już wiele lat temu odbywały się pokazy z udziałem orkiestr, które grały na żywo muzykę towarzyszącą filmowi. Ta moda wraca w ostatnich latach, czemu z pewnością sprzyjają między innymi właśnie przypadające co chwilę setne rocznice premier kolejnych wielkich dzieł wczesnej ery kina. Kilka lat temu na naszym własnym muzycznym podwórku mogliśmy oglądać pokazy filmu Metropolis z muzyką graną na żywo przez polskich artystów. Tym razem na nagranie na płycie muzyki inspirowanej filmem zdecydowali się członkowie hiszpańskiej formacji Toundra, którzy wydali właśnie album Das Cabinet des Dr. Caligari.

piątek, 28 lutego 2020

Wishbone Ash - Coat of Arms [2020]


W październiku 2019 roku zespół Wishbone Ash skończył 50 lat. Pod koniec bieżącego roku minie pół wieku od premiery pierwszej płyty tej formacji. Robi wrażenie? Musi! Być może kwartet ten nigdy nie wszedł do rockowej ekstraklasy, jeśli weźmiemy pod uwagę tylko popularność wśród fanów rocka, ale przecież to właśnie Wishbone Ash, obok Lynyrd Skynyrd i Allmanów, można uznać za pionierów rocka z wykorzystaniem dwóch gitar prowadzących. Przy czym z tej trójki to właśnie WA najodważniej szli w muzykę progresywną, nagrywając zresztą jeden z najgenialniejszych albumów w tym gatunku – płytę Argus. I choć dla wielu liczą się tylko pierwsze cztery albumy, nagrane przez oryginalny skład Turner-Powell-Turner-Upton, grupa wciąż wydaje nową muzykę w swoich kolejnych wcieleniach. Od lat ostatnim łącznikiem z tym oryginalnym Wishbone Ash jest gitarzysta i wokalista Andy Powell. Jego obecni pomocnicy dołączali do zespołu co dziesięć lat – basista Bob Skeat w 1997, perkusista Joe Crabtree w 2007, a drugi gitarzysta Mark Abrahams w 2017 roku. Dla tego ostatniego Coat of Arms – 23. płyta studyjna Wishbone Ash – to debiut studyjny w szeregach formacji. I trzeba przyznać, że tego wydawnictwa nikt wstydzić się nie musi. 

sobota, 22 lutego 2020

Dany Placard - J’connais rien à l’astronomie [2020]


Dany Placard to dla mnie całkowita tajemnica. Nigdy wcześniej nie zetknąłem się z tym nazwiskiem, tymczasem ten urodzony w 1975 roku w Quebecu (jako Dany Gauthier) wokalista, gitarzysta i producent ma już na koncie całkiem pokaźny dorobek i około dziesięciu albumów wydanych pod różnymi szyldami, choć głównie po prostu pod własnym nazwiskiem. Jego najnowsza płyta – J’connais rien à l’astronomie – trafiła do mnie trochę przypadkiem, wraz z kilkudziesięcioma innymi albumami wydanymi w styczniu tego roku i dorwanymi trochę na chybił-trafił. Po szybkim odsiewie rzeczy, które absolutnie nie pokrywały się z obszarem moich muzycznych zainteresowań, zostało z tej sporej grupy mniej więcej siedem lub osiem albumów. Płyta Placarda niewątpliwie wyróżniała się spośród tego grona nie tylko nieco zwariowaną, mocno bijącą po oczach psychodeliczną okładką, ale też samym muzycznym klimatem.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Coogans Bluff - Metronopolis [2020]


Coogans Bluff to niemiecka formacja, która powstała na początku XXI wieku, ale na dobre zaczęła rozkręcać się mniej więcej dziesięć lat temu. Wtedy stopniowo zespół zaczął przerzucać się z wydawania Ep-ek na wypuszczanie pełnych albumów. Wtedy też rozwinął swoje brzmienie, odpuszczając nieco popularne w obecnych czasach połączenie mocnego stonera i psychodelii, a także pojawiające się czasami naleciałości punkrockowe, na rzecz mieszanki nieco lżejszej, bardziej melodyjnej, ale przede wszystkim dużo ciekawszej ze względu na coraz odważniejsze wykorzystanie trąbki i saksofonu oraz instrumentów klawiszowych. W tym kierunku grupa podąża już od kilku lat, nie inaczej jest na szóstym albumie, który ukazał się w styczniu tego rok – Metronopolis.

sobota, 11 stycznia 2020

Bizon's Best of 2019 - płytowe podsumowanie roku

Dla bloga ten rok był spokojniejszy - po szaleństwach ostatnich lat, w których opisywałem grubo ponad 100 płyt, tym razem skończyło się na około 80, a to i tak znacznie więcej, niż planowałem. Nie znaczy to jednak, że przesłuchałem mniej płyt niż w latach poprzednich. Moje ulubione albumy to wciąż wybór z około dwustu pozycji, więc te, które znajdziecie poniżej, stanowią mniej więcej dwudziestoprocentową elitę. Początkowo było ich dokładnie 40, ale odkrycia ostatnich dni grudnia sprawiły, że mamy zestaw powiększony (z podwójnym serem). Blog tradycyjnie zapada na jakiś czas w sen zimowy. Gdy już się z niego wybudzi, teksty pojawiać się będą znacznie rzadziej, bo szczerze mówiąc, po pięciu latach straciłem znaczną część zapału do pisania. Potrzebuję roku albo i więcej w trybie mocno ulgowym, żeby pisanie tu przestało być narzuconym przez samego siebie przymusem.


Tritocosmics - Tales of a Blind Cosmonaut [2019]


Grecja zdecydowanie wdarła się w ostatnich latach do czołówki europejskiego stoner-psychodelicznego podziemia. Zazwyczaj są to jednak zespoły, które lubią solidnie przyłoić i rozwalcować słuchacza potężnym riffem. W przypadku Tritocosmics jest inaczej. Kwartet z Aten też podąża psychodeliczną ścieżką, ale w zdecydowanie lżejszym wydaniu. To raczej hipnotyczne pląsy po śródziemnomorskich plażach i oraz wycieczki w kosmos niż rytmiczne bujanie się pod naporem przesterowanego riffu. W listopadzie ukazała się pierwsza płyta formacji – Tales of a Blind Cosmonaut.

piątek, 10 stycznia 2020

Sonar with David Torn - Tranceportation (Volume 1) [2019]


Sonar to szwajcarska formacja mieszająca w swojej twórczości elementy m.in. post-rocka czy rockowej awangardy. Istnieją od dziesięciu lat i mają na koncie pięć płyt. Ostatnie dwie nagrali wspólnie z amerykańskim muzykiem Davidem Tornem, który współpracował z takimi postaciami jak David Bowie (Heathen, Reality i The Next Day), Mick Karn, Tony Levin czy Terry Bozzio. Współpraca z kwartetem z Zurychu ma chyba charakter stały, bo ich nowa wspólna płyta nosi tytuł Tranceportation (Volume 1). Biorąc pod uwagę, jak dobrze się jej słucha, już czekam na Volume 2.

sobota, 4 stycznia 2020

Winter Moon - Make Real, Make Believe [2019]

Winter Moon to sekstet z Melbourne, który gra i tworzy od ponad sześciu lat, ale dopiero w 2019 roku wypuścił swój pierwszy duży album. Wokalistka Milly Moon i gitarzysta Jake Winter zaczynali jako akustyczny duet, który stopniowo rozrastał się do postaci pełnowymiarowego bandu. Od czasu wydania w 2013 roku pierwszego singla w grupie dochodziło do licznych zmian i stałym jej elementem była tylko wspomniana dwójka. Mam nadzieję, że przyszedł już czas stabilizacji składu, bo to, co tworzy zespół, jest ciekawe. Make Real, Make Believe to rzecz przemyślana i dopracowana, więc wygląda na to, że decyzja o tym, by się nie spieszyć z tym pierwszym dużym wydawnictwem, była słuszna. Grupa bardzo sprawnie łączy w swojej twórczości elementy klasycznych amerykańskich rockowych brzmień, delikatnych bluesowych kołysanek, przyjemnego soulu, lekkiej psychodelii czy klimatu amerykańskich klubów sprzed wieku.

piątek, 3 stycznia 2020

Panzerpappa - Summarisk Suite [2019]


Kilka miesięcy temu pisałem o pierwszej płycie projektu Mythopoeic Mind, któremu przewodzi norweski saksofonista i klawiszowiec Steinar Børve. Wspominałem wtedy, że pierwszym zajęciem tego muzyka jest jednak fucha w grupie Panzerpappa, z której zresztą pochodzi większość przyjaciół, którzy pomagali mu przy Mythopoeic Mind. Rok 2019 był dla nich pracowity, bo płyta formacji Panzerpappa też zdążyła się ukazać. Jest to już dziewiąty krążek zespołu, nosi tytuł Summarsisk Suite.