Pokazywanie postów oznaczonych etykietą glenn hughes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą glenn hughes. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 lipca 2022

The Dead Daisies - Kraków [Hype Park], 9 VII 2022 [galeria zdjęć]

Supergrupa The Dead Daisies ponownie wystąpiła w naszym kraju, tym razem w ciekawym, wciąż nowym miejscu na koncertowej mapie polski, czyli krakowskim Hype Parku. Tym razem kolektyw zajrzał do nas w składzie: Glenn Hughes, Doug Aldrich, Brian Tichy i Yogi Lonich. Ten ostatni awaryjnie zastąpił założyciela i pomysłodawcę grupy, australijskiego biznesmena i muzyka Davida Lowy'ego, który musiał na kilka dni pilnie wrócić do domu. Gdybym jednak o tym nie wiedział, kompletnie nie domyśliłbym się, że panowie grają w tym składzie zaledwie od kilku dni. Co chyba najlepiej świadczy o tym, z jakimi profesjonalistami mamy do czynienia. Muzyka The Dead Daisies nie jest przesadnie skomplikowana ani wyszukana - to bardzo solidny, świetnie brzmiący hard rock zagrany przez największych specjalistów od takiej muzyki w branży. I to było słychać w każdej kompozycji, jaką usłyszeliśmy tego wieczora. A obok materiału autorskiego grupy (z naciskiem na najnowszy, zeszłoroczny album) w tym dwóch niewydanych jeszcze numerów, były to covery z repertuaru Creedence Clearwater Revival (bardzo mocna, dynamiczna wersja Fortunate Son) i The Sensational Alex Harvey Band oraz dwie kompozycje z czasów, gdy Hughes śpiewał w Deep Purple - Mistreated i tradycyjnie już grane przez różne jego zespoły na bis Burn (co ciekawe, w żadnym z nich przy okazji oryginalnych wersji studyjnych Hughes nie był głównym wokalistą).

niedziela, 21 lutego 2021

The Dead Daisies - Holy Ground [2021]

Nie wszyscy lubią Glenna Hughesa. No trudno. Nawet jestem w stanie to w pewnym sensie zrozumieć, bo przyjmuję do wiadomości, że jego „oversinging” może czasami drażnić. Nawet ci, którzy za nim nie przepadają, muszą jednak przyznać, że to legenda rocka i gość, który odcisnął swoje piętno na tej muzyce, a przede wszystkim facet, który mimo niemal siedemdziesiątki na karku wciąż jest w znakomitej formie. W zeszłym roku dołączył do supergrupy The Dead Daisies i z miejsca zmienił nieco charakter wykonywanej przez ten zespół muzyki. Słychać to doskonale na ich nowej płycie – Holy Ground.

sobota, 15 czerwca 2019

Glenn Hughes [wywiad]

Przy okazji zeszłorocznego koncertu Glenna Hughesa w Polsce, który odbył się w ramach trasy Glenn Hughes Performs Classic Deep Purple Live, miałem okazję odbyć z artystą krótką rozmowę. Fragmenty tego wywiadu pojawiły się w jednej z moich audycji, całość zaś postanowiłem opublikować tutaj w formie pisemnej.

 
 
 
 

wtorek, 30 października 2018

Glenn Hughes - Warszawa [Progresja], 29 X 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Sytuacja, w której muzyk jedzie w trasę, żeby pograć kawałki wielkiego zespołu, w którym występował przez jakiś czas milion lat temu, jest stara jak... hmm, no po prostu stara. Znamy to doskonale i doskonale też wiemy, że częściej jest to wirus nostalgiozy niż treściwy koncert na sensownym poziomie. Tak mogłoby być także w tym przypadku, gdyby nie to, że za utwory Deep Purple na obecnej trasie wziął się członek Rock and Roll Hall of Fame, jeden z najwybitniejszych wokalistów w historii rocka, tytan pracy i Głos Rocka - Glenn Hughes.

Glenn sam przyznaje się do tego, że dawno nie powinien żyć. Od połowy lat 70., czyli okresu, w którym grał w Deep Purple, do końca kolejnej dekady prowadził mocno rockandrollowy tryb życia, który dla tak wielu skończył się tragicznie, że wspomnimy choćby jego kolegę (czy, jak woli Glenn, brata) z Purpli, Tommy'ego Bolina. A potem w końcu stwierdził, że skoro los daje mu kolejne szanse, to wypadałoby zacząć je wykorzystywać. Wziął się w garść, zaczął znowu nagrywać kapitalną muzykę, a teraz postanowił pojechać w trasę, podczas której wykonuje wyłącznie utwory Deep Purple. Co więcej, wymyślił sobie koncert, w trakcie którego przenosi nas bardzo skutecznie do czasu, gdy był basistą i wokalistą tej grupy - z dużą dbałością o szczegóły.

wtorek, 13 lutego 2018

Joe Satriani - What Happens Next [2018]



Joe Satriani – gitarowy kosmita, który grał u Micka Jaggera czy w Deep Purple, występuje w supergrupie Chickenfoot, uczył kilku sławnych wymiataczy takich jak Steve Vai czy Kirk Hammett, założył gitarowe wesołe miasteczko o nazwie G3, ma na koncie 15 nominacji do Grammy (choć ani razu nie wygrał), a także 16 albumów solowych. Ten ostatni – What Happens Next – ukazał się 12 stycznia tego roku. Mamy na nim 12 dynamicznych, rockowych numerów instrumentalnych. Aha, i grają tu dwaj członkowie Rock & Roll Hall of Fame – Glenn Hughes i Chad Smith. Nieźle, co? Płyta też jest… no właśnie, niezła.

czwartek, 21 września 2017

Black Country Communion - BCCIV [2017]



Przeczytałem kiedyś, że wielkości talentu muzyków Black Country Communion dorównuje jedynie ego każdego z nich. Coś w tym pewnie jest, bo po nagraniu dwóch kapitalnych i jednej hmm mniej kapitalnej, choć wciąż bardzo solidnej rockowej płyty, drogi panów czasowo się rozeszły. Na początku było nawet dość niemiło, kiedy Glenn Hughes i Joe Bonamassa podszczypywali się publicznie, przerzucając na siebie nawzajem winę za rozpad grupy. Potem jednak dali sobie buzi na zgodę i zapanowała cisza w eterze. Aż tu nagle w zeszłym roku pojawia się informacja, że BCC wraca, i to w dodatku po sugestii Bonamassy, który miał z całej czwórki najmniej czasu dla tego zespołu kilka lat temu. Skład ten sam, producent także, poziom talentu niewątpliwie też nie spadł, więc oczekiwania musiały być spore. I to może jest największy problem tej płyty. Jest naprawdę całkiem dobra sama w sobie, ale chyba jednak nie wytrzymuje naporu oczekiwań. Przynajmniej moich.

środa, 9 listopada 2016

Glenn Hughes - Resonate [2016]



No kazał chłop czekać na swój nowy solowy album kawał czasu! Nie żebyśmy od 2008 roku mogli narzekać na brak nowych wydawnictw od Glenna Hughesa. Było znakomite Black Country Communion czy tylko trochę mniej znakomite California Breed. Wieści o planowanym zejściu się pierwszej z tych formacji na początku przyszłego roku ucieszyły zresztą bardzo dużo osób, w tym niżej podpisanego. Ale niespodziewanie okazało się, że przed planowanym czwartym albumem BCC Glenn postanowił wydać jeszcze pierwszy od ośmiu lat krążek solowy. W dodatku miała to być jego najcięższa z solowych płyt. Ściemy nie było – album się ukazał i faktycznie jest ciężki. Co jednak ważniejsze – jest też dobry.

niedziela, 23 listopada 2014

California Breed [support: Mother's Cake] - Warszawa [Klub Progresja], 22 XI 2014 [galeria zdjęć]


Glenn Hughes nie zwalnia tempa. Po rozpadzie Black Country Communion szybko skompletował nowy skład, nagrywając pod szyldem California Breed z innym byłym członkiem BCC – Jasonem Bonhamem – oraz z młodym, nieznanym gitarzystą, Andrew Wattem. O pierwszej płycie tej grupy pisałem jakiś czas temu. Tym razem przyszła pora na konfrontację z wydanym materiałem w formie koncertowej. W międzyczasie w California Breed zmienił się perkusista. Ku niezadowoleniu Hughesa, Bonham nie znalazł czasu na wspólną trasę, więc za bębnami zasiada teraz były pałker Queens of the Stone Age – Joey Castillo.

Trio zaserwowało fanom krótki, ale niezwykle dynamiczny i bardzo dobry koncert. Zaledwie 77 minut, ale chyba nikt nie mógł narzekać na brak rockowego ognia i znakomitych popisów całej trójki. Panowie zagrali niemal całą debiutancką płytę – z wyjątkiem kompozycji Invisible, ale za to z utworem Solo, który był dodatkiem do limitowanej edycji krążka. Materiał z albumu zabrzmiał potężnie, a najlepsze numery z tego wydawnictwa – jak All Falls Down czy Midnight Oil – sprawdzają się także znakomicie na żywo. Jednak największy entuzjazm wzbudziły jedyne dwa utwory spoza debiutu California Breed. To jednak zrozumiałe, bo zarówno Medusa, jak i Burn to jedne z najlepszych i najpopularniejszych kompozycji z bogatego dorobku Glenna Hughesa, a na widowni z pewnością nie brakowało fanów grup, z którymi Glenn wykonywał te kompozycje w oryginale (odpowiednio Trapeze i Deep Purple). Hughes mimo przekroczenia sześćdziesiątki już kilka lat temu wciąż jest w niesamowitej formie. Śpiewa obłędnie, jest w ciągłym ruchu, szuka kontaktu z publicznością, pozuje przed obiektywami aparatów – jest w swoim żywiole. Na gwiazdę szybko wyrasta też młody Watt. Można nawet powiedzieć, że już przejął od Hughesa pewne gwiazdorskie zachowania na scenie, co nie każdemu musi odpowiadać, ale bądźmy szczerzy – chłopak ma tak duże umiejętności, że gwiazdorskie zapędy można w jego przypadku jakoś uzasadnić.

Jako support wystąpiła młoda austriacka kapela Mother’s Cake. Panowie chyba dobrze się u nas czują, bo ledwie miesiąc temu grali w tym samym miejscu przed Anathemą. Austriackie trio ponownie zaprezentowało wysokoenergetyczny set wypełniony dynamicznymi numerami, gęstym brzmieniem gitary oraz znakomitą pracą sekcji rytmicznej. Każdy członek tego zespołu jest gwiazdą na scenie, każdy ma okazję popisać się swoimi umiejętnościami, a wszyscy trzej razem brzmią niezwykle intrygująco. Warto zwrócić na nich uwagę.

Jedynym większym minusem koncertu była mizerna frekwencja. Oczywiście można wszystko zwalić na nadmiar muzycznych wydarzeń w listopadzie, ale legenda rocka, jaką niewątpliwie jest Glenn Hughes, powinna przyciągnąć do klubu znacznie większą rzeszę fanów, zwłaszcza że koncert odbywał się w weekend. Ci, którzy sobie odpuścili, mogą oficjalnie zacząć żałować.

Podziękowania dla Klubu Progresja za zaproszenie i możliwość fotografowania podczas koncertu.

Setlista:
The Grey
Chemical Rain
Sweet Tea
Scars
Strong
Spit You Out
All Falls Down
Solo
Medusa [oryg. Trapeze]
Days They Come
Midnight Oil
The Way
Breathe
Burn [oryg. Deep Purple]




 













  
  


















Mother's Cake
Mother's Cake
Mother's Cake
Mother's Cake
Mother's Cake

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji