sobota, 30 stycznia 2016

Dream Theater - The Astonishing [2016]

*uwaga*
Jeśli jesteś przewrażliwiony na punkcie swoich ulubionych zespołów i nie możesz znieść tego, że ktoś może mieć inne zdanie o ich nowych płytach, idź być wkurwiającym ćwokiem gdzieś indziej. Możemy podyskutować na temat muzyki, ale osobiste pojazdy i gówniarskie argumenty w stylu "sam zrób lepiej", zwłaszcza z klawiatury anonimów, będą wypieprzane.
Z pożywieniem,
Bizon.



Najpierw pojawiły się tajemnicze obrazy przedstawiające fragmenty postaci niczym z Assassin’s Creed, potem szczątki historii dziejącej się w jakiejś alternatywnej rzeczywistości, niby w przyszłości, ale mnie bardziej kojarzyło się to z jakimś fantasy osadzonym w dawnych czasach. Zapowiedziano, że nowa płyta będzie podwójnym wydawnictwem, najdłuższym w historii zespołu, w dodatku tzw. concept albumem opowiadającym jedną konkretną historię. W tym przypadku miała to być opowieść o buntownikach walczących z zakazem tworzenia muzyki przez ludzi. Te wszystkie znane już wcześniej fakty wskazywały jednoznacznie, że będzie to albo wielki album, albo kompletna klapa. Kiczowaty teaser upubliczniony jakiś czas temu niestety wskazywał na to drugie rozwiązanie, ale był jeszcze cień nadziei, że może nie – że może jednak to tylko tak strasznie się zapowiada, a w rzeczywistości będzie dużo lepiej. Nie. Nie jest.

130 minut. Tak, nowe wydawnictwo Dream Theater trwa niemal 130 minut. Pisałem to już wielokrotnie, ale powtórzę, bo do panów z DT chyba moje słowa nie docierają (zupełnie nie wiem czemu – czyżby bariera językowa?). Żeby płyta podwójna była w stanie mnie zachwycić i zachować moją uwagę przez cały czas trwania, uzasadniając tym samym spędzenie przy niej tak wielu minut, musi być genialna. Od początku do końca i bez  żadnych wyjątków po drodze. Ile znam takich płyt w historii muzyki rockowej? Tyle, że można by je policzyć na palcach jednej ręki doświadczonego pracownika tartaku. Jedną z nich jest 6 Degrees of Inner Turbulence – mistrzowskie dzieło Dream Theater z 2002 roku. Kolejną z nich NIE JEST The Astonishing, najnowszy wyczyn tego samego (?) zespołu. „Za dużo” to hasło przewodnie tej płyty. Tu wszystkiego niemal jest za dużo. Za dużo patosu, za dużo orkiestracji i smyków, za dużo utworów, za dużo minut, za dużo pustych popisów. Jednego jest za mało – porywających utworów. Już sama historia to materiał raczej na musical (swoją drogą chyba coś w ten deseń wymyślili twórcy We Will Rock You) niż na album rockowy. Sposób jej przedstawienia niestety też bardziej przypomina podniosły i mocno kiczowaty musical niż album rockowy. Naprawdę starałem się podchodzić do The Astonishing bez uprzedzeń. Pierwszy singiel The Gift of Music mnie nie porwał, ale jednocześnie przyznaję, że wpada w ucho i dawał jakąś nadzieję, że może będzie całkiem nieźle. Ale jeśli wspomniany singiel jest jednym z nielicznych utworów, które jestem w stanie zapamiętać po kilku przesłuchaniach całości, to jest źle.

Pierwsza płyta to jeden wielki chaos. Podniosły chaos. Ładny nawet chwilami, przyznaję, ale trudny do zapamiętania i w sumie niestety banalny w formie. 20 utworów (no dobrze, powiedzmy, że 16 – reszta to intra, przejścia, łączniki), tworzących 79-minutową (litości) masę muzyczną, która wpada jednym uchem i wypada drugim. Rzadko cokolwiek zwraca uwagą podczas słuchania. Do tej nielicznej grupy należy Three Days, który z przebijającymi się od czasu do czasu nieco knajpianymi motywami (nawiązanie do The Dance of Eternity?) wyróżnia się tu muzycznie i stanowi pewną odmianę od tej pompatycznej papki. Ciekawie jest w A Tempting Offer, w którym chwilami (niestety tylko chwilami…) w końcu słyszę zespół, a nie miliard towarzyszących mu muzyków orkiestry symfonicznej. Jest też wspomniany pierwszy singiel, który nagle brzmi na tle reszty bardzo ciekawie. Jest jeszcze niemal na sam koniec tej pierwszej części naprawdę dobre A New Beginning, w którym w końcu słyszę jakieś zaangażowanie, energię i emocje, a nie muzyczną wydmuszkę. Podoba mi się też początek A Life Left Behind (szkoda, że ten główny motyw to nic innego jak recykling Breaking All Illusions, które samo w sobie było powtórką z Learning to Live) i krótkie tango w Lord Nafaryus. Tyle, że to też zaledwie fragmenty kompozycji. Reszta? Do natychmiastowego zapomnienia.

Druga płyta ma nad pierwszą tę przewagę, że trwa zaledwie 50 minut, więc jakoś łatwiej to przetrawić, jeśli nie słucha się całości wydawnictwa, a zaledwie jednej z jego części. Po krótkim wstępie pojawia się drugi singiel z The AstonishingMoment of Betrayal. To dość sztampowe nagranie, ale dynamiczne, z jakimś potencjałem do zatrzymania się w głowie na dłużej. Dalszym ciągiem niezłej passy jest ciężkawy Heaven’s Cove, który jednak mimo niezłego brzmienia zmierza donikąd. Niestety już kolejne Begin Again mimo bardzo przyjemnej partii gitary na początku, szybko przeradza się w miałkie bujando. Później znowu nuda i nic się nie dzieje. Hymn of a Thousand Voices miał być chyba nową wersją Solitary Shell, ale wyszło tak strasznie bezjajecznie i sztucznie, że aż smutno. Trochę energii wraca w Our New World (złamanie rytmu żywcem wyjęte z Metropolis). To dość prosta kompozycja, niezbyt wyrafinowana, ale przynajmniej cokolwiek się tu dzieje i można nawet powiedzieć, że jest pewien singlowy potencjał, gdyby zamierzali w przyszłości wypuścić jeszcze jeden singiel z tego albumu. Uff, jeszcze tylko elektroniczny przerywnik w postaci Power Down i obowiązkowo pompatyczne i przesłodzone zwieńczenie w postaci Astonishing i można odpocząć. A jest po czym, bo słuchanie nowego wydawnictwa Dream Theater jest cholernie męczące.

Jeśli miałbym doszukiwać się jeszcze jakichś pozytywów, to może o dziwo wokal Jamesa LaBriego. Na koncertach w ostatnich latach brzmi niestety koszmarnie i to nie tylko ze względu na forsowane „góry”, ale także dlatego, że nakładają mu jakiś dziwny efekt (mający zapewne maskować drobne rozjazdy głosowe), przez który brzmi strasznie sztucznie. Na The Astonishing nie dość, że nie ma tego irytującego efektu, to i same partie wokalne jakby zostały pomyślane bardziej pod jego obecne możliwości, bo rzadko się zdarza, by wchodził w bardzo wysokie rejestry, których kiedyś na płytach Dream Theater było sporo. Oczywiście złego słowa nie da się powiedzieć o samej formie muzyków, bo to, że panowie z DT to mistrzowie w grze na swoich instrumentach, to oczywistość. Nie zawsze przekłada się to na brzmienie na płycie, bo niestety Mike Mangini znowu brzmi sporymi fragmentami tak, jakby grał automat (cholernie sprawny technicznie, ale bez oznak obecności w nim duszy – a może to takie nawiązanie do tematu płyty?), ale do tego już zdążyliśmy się niestety przyzwyczaić. Szczęka może i opada po tych popisach, ale finezji w tym tyle, co w mielonym z ziemniakami. Kiedyś obruszałem się na teksty, że muzyka Dream Theater to tylko popisówka techniczna. Ale kiedyś faktycznie było w niej słychać coś więcej niż rzeczone popisy. Widzicie, chciałem napisać coś pozytywnego o The Astonishing, a i tak zeszło na wady.

Dlaczego? Dlaczego mi to uczyniliście? Co ja wam takiego złego w życiu zrobiłem (poza  nienajlepszymi może zdjęciami na koncercie)? Jestem jedną z tych osób, które jak już zbierają wszystkie płyty jakiegoś artysty, to kupują nowe nawet jeśli nie trafiają w ich gust, bo „kolekcja musi być pełna”. Rzadko łamałem tę zasadę. Przyszedł taki dzień, kiedy chyba złamię ją w przypadku Dream Theater – zespołu, który jeszcze 7-8 lat temu uważałem za sprawców największej muzycznej rewolucji w moim życiu od czasu, gdy w wieku 9 lat poznałem Queen, Def Leppard i Gn’R. Już ostatnie ich dokonania nie wzbudzały we mnie wielkiego entuzjazmu, ale jednak w przeciwieństwie do wielu znajomych fanów, którzy zjechali je z góry na dół, potrafiłem na nich znaleźć całkiem sporo dla siebie, nawet jeśli jako całość niespecjalnie mnie przekonywały. The Astonishing to jest chyba ten moment, w którym mi się „ulało”. To wydawnictwo jest tak cholernie pretensjonalne, karykaturalne, wtórne i miałkie, że nawet jak od czasu do czasu trafi się jakiś naprawdę dobry moment, to trudno mi się nim cieszyć. Tu już nawet nie chodzi o to, że tego nie da się słuchać – te numery nie są okropne, źle zagrane czy całkiem niestrawne. One po prostu w większości są do bólu nijakie. Pięć lat temu Mike Portnoy chciał, by grupa zrobiła sobie kilka lat wolnego. Podobno mało chodzić właśnie o pięć lat na regenerację, zajęcie się innymi projektami, powrót iskrzenia między muzykami grupy. Reszta nie chciała przerwy, więc Portnoy odszedł. Po tych pięciu latach coraz bardziej widać i niestety przede wszystkim słychać, że miał wtedy rację. Może teraz właśnie wracaliby naładowani świeżymi, porywającymi pomysłami na nowy album. A tak to wydali The Astonishing… Przerost wszystkiego nad wszystkim.



--
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
oraz na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 22 (powtórki w soboty o 14)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji


158 komentarzy:

  1. nie przebrnęłam przez pierwszy krążek... no zwyczajnie nie dałam rady, więc drugi poszedł w Pireneje;)
    Ps. chyba nie nadążam czytać, ale to dobrze rockuje;) jest co robić przy porannej kawie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak jakoś wyszło, że styczeń obradza w płyty nowe xD a z doświadczenia własnego wiem, że jak o czymś nie napisze od razu, to potem już nie chce mi się nadrabiać zaległości, chyba, że sie trafi znakomita płyta albo coś, czego wcześniej po prostu nie znałem.

      Usuń
  2. Witam. Chciałbym pogratulować Ci bardzo trafnej i obiektywnej recenzji nowych " wypocin" DT. Czytając ją mam wrażenie jakbym czytał swoje myśli na temat tego albumu. Zgadzam się z tym co napisałeś w 100%, a dodam że jestem fanem tego zespołu od dawna ( mam całą dyskografię, jeżdżę na ich koncerty ). I jest takie smutne coś że mi....też się ulało i nie kupię tej płyty. Po odejściu Portoya zespół się stacza i wydaje mi się że już się nie wtoczy- chyba że zrobią sobię przerwę o której były ich pałker tak zgrabnie wspominał ( niczym prorok ). Jeszcze raz dzięki za świetną recenzję. Pozdrawiam
    Maciej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki, mnie zastanawia, że ta płyta w 'prasie muzycznej' zbiera rewelacyjne recenzje. nie wiem czy to kwestia 'recenzji sponsorowanych' czy czego.

      Usuń
    2. Czytam takie bzdurne rzeczy na jej temat, że żal tyłek ściska. Świat zrobił się plastikowy i teraz pluniesz komuś w twarz a on powie Ci że deszcz pada.
      Nie dość że płyta jest miałka i byle jaka to jeszcze zespół w sposób perfidny oszukuje swoich fanów. Dlaczego? Ustalając terminy koncertów, gdzie wszystko we Włoszech jest już wyprzedane, przed wydaniem albumu i podsycając jeszcze to nośną reklamą. Ja np. żeby taki koncert był w Polsce- teraz po usłyszeniu tego albumu byłbym w sytuacji sprzedawania biletu, bo z pewnością bym na to nie poszedł.Pozdr

      Usuń
    3. znam takich, co mieli bilety na zagraniczne koncerty i po jednym odsłuchu płyty już ogłaszali, że chcą je sprzedać :D

      Usuń
    4. A ja znam takich (JA) co po kilkukrotnym przesłuchaniu , kupili bilet w miejsce oddalone o 700 km od mojego domu. Co to za argument ? Tak więc nie chrzańcie , że płyta jest zła. Jest inna i jak wczytać się we wpisy na You tube, to płytą zachwyconych jest tysiące ludzi. Paru malkontentów nie zepsuje mi odbioru tej muzyki, a raczej humor poprawi, bo będę bogatszy o parę pozytywnych wibracji. Krytykanci niech się dalej smażą w swoim sosie.

      Usuń
    5. No to jest nas dwóch (tutaj)
      Mnie też się bardzo podoba, z przyjemnością odsluchuję nty raz, i będzie tak dalej. Pamiętam, jaki gnój się wylewał po Octawarium. Płycie genialnej. Zresztą, jak to u. Dreamów, przyjemność z muzyki rośnie w miarę słuchania. Zawsze po pierwszym odsłuchu ich płyt miałem mieszane odczucia, A komu się nie podoba? Nie słuchać :) Jak będzie koncert w pobliżu, to jestem pewniakiem (jak zwykle zresztą ;)

      Usuń
    6. NIGDY nie miałem mieszanych uczuć po pierwszych odsłuchach płyt DT. Tych dobrych. Po pierwszym odsłuchu SFaM byłem jak w innym wymiarze. Octavarium wydawało mi się najlepszą rzeczą ever (aż po kilku kolejnych odsłuchach przyszło opamiętanie). 6DoIT a zwłąszcza drugi krążek zmiotły mnie z powierzchni ziemi. Nie, nie zgadzam się, ze tego trzeba dużo słuchać żeby docenić. To się nazywa "przyzwyczajanie". Na to nie mam czasu. Ja tez teraz nucę sobie "Incy Wincy Spider" bo córka bajki oglądała...

      I jeden arument mnie rozwala. Że niby jest bardziej melodyjna. Gówno prawda- jesli ktoś nie słyszy melodii w Learning to Live, Finally Free czy Octavarium, to coś tu nie gra. Co z ich melodiami się stało- to stały się banalniejsze.

      I oczywiście że tłumy na YT lubią. Po pierwsze, DT by pierdziało w mikrofony i niektórzy by lubili, to się nazywa bycie fanem, podobno. Pierdniesz- a powiedzą że drzewo sandałowe. Po drugie i ważniejsze- tysiące ludzi to samo piszą pod wideoklipami One Direction. Moment w którym zacznę się sugerować tym czy komuś się podoba czy nie jest momentem w którym powinno się w moim przypadku dokonać eutanazji, bo to będzie znaczyło że nie ma mnie we mnie.

      Usuń
  3. Normalnie odrzuca... Nie robiłem sobie - podobnie do Ciebie - zbytnich nadziei, dlatego rozczarowania nie ma, tylko smutek: kolejny zespół odjeżdża w siną dal...

    OdpowiedzUsuń
  4. Zgadzam się w 100% z tym co napisałeś. Już myślałem, że tylko ja mam takie odczucia, po przeczytaniu tych prawie wszystkich recenzji. Bardzo liczyłem na ten album, bo to koncept, który tworzony był dość długo jak na DT. Myślałem że inne podejście do tworzenia muzyki wyjdzie na plus i miałem nadzieję, że będziemy mieli choć trochę tego co było na Metropolis pt.2. Najlepiej tą płytę podsumowuję to, że najlepszym jej elementem jest wokal LaBrie a nie muzyka, a spośród muzyki po pierwszym przesłuchaniu najbardziej zaciekawiły mnie dźwięki maszyn NOMACS, które wg konceptu miały być jakimś zaprzeczeniem muzyki. Niestety DT jest jak NOMACS (zwłaszcza Mangini). Produkują muzykę, a nie tworzą - od kilku już lat. Miarka się przebrała, to ostatnia płyta DT jaką kupiłem :'(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi żal było takiej kasy. Odczekałem trochę bo czułem co się święci. Po to jest net żeby móc zweryfikować. Ja wiem że przy DT się nie kalkuluje, ale tak było kilka lat temu, teraz to już inna bajka i wątpie żeby było lepiej.

      Usuń
  5. Nigdy nie rozumiałem fenomenu DT. Nowy album tylko utwierdził mnie w moim przekonaniu. Odpaliłem go tylko dlatego, że nie musiałem się zbytnio wysilać ze względu na Tidala. Wyłączyłem to coś po 5 minutach słuchania;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też nigdy nie rozumiałem fenomenu tego zespołu, więc nawet nie próbuję przesłuchać tego "dzieła" ;)

      Usuń
    2. ja mimo wszystko płyty takie jak Scenes from a Memory, Images & Words, Awake czy 6 Degrees uważam za wybitne w tym gatunku muzycznym. niestety ostatnia z nich wyszla jakies 14 lat temu. i od tamtej pory jest coraz gorzej.

      Usuń
    3. "Nie lozumiem wienc jest suabe" - tak brzmicie..

      Usuń
    4. Zły spójnik, anonimie. Nie rozumiemy popularności tego zespołu, BO naszym zdaniem gra słabo.

      Usuń
    5. No właśnie ,, Waszym zdaniem,, Ale to nie oznacza , że płyta jest zła. Moim zdaniem jest rewelacyjna i co mi zrobicie. Boże, jak ja nie lubię ludzi głoszących prawdy objawione. Nie lubię sałatki jarzynowej i co z tego wynika dla świata? Wolę już słuchać tych , którym płyta się podoba i co tam ciekawego znaleźli co przeoczyłem. Antek

      Usuń
    6. Panie Pawle. Przeczytałem na Pańskim profilu jakie zespoły Pan lubi. W 90 % procentach mamy podobne gusta. Pański poprzedni wpis jednak powalił mnie na kolana. ,,Nigdy nie rozumiałem fenomenu tego zespołu więc nawet nie próbuję przesłuchać tego dzieła,, No niech się Pan zastanowi co Pan napisał, ale z punktu widzenia logiki, koleżanki matematyki czyli królowej nauk. Jak to jest , że wpisuje się Pan na bloga , który recenzuje najnowsze dzieł Dreamów i pisze Pan , że zespołu Pan nie lubi, a co gorsza , najnowszej płyty Pan nawet nie przesłuchał. Sorry, ale merytorycznie to brzmi OKROPNIE i rzekłbym trochę właśnie po Polsku, zawsze na nie. To tak jak ja bym powiedział , że nie lubię kuchni mozambijskiej, chociaż nigdy jej nie próbowałem. Litości !!!! Mam wrażenie , że większość tych co piszą te negatywne recenzje najzwyczajniej w świecie nie wsłuchało się w płytę. Potwierdzam, pierwszy odsłuch odrzuca i też tak miałem. Ale dziś nie mogę zdjąć słuchawek i możecie wierzyć nie zdjąłem ich gdzieś tak od 13:00. Kiedyś ta płyta do Was dotrze, a jak nie to Wasza strata. Antek z Jelonki

      Usuń
    7. do przedostatniego anonima (w odróżnieniu od ostatniego także anonima) - napisałem to JA na SWOIM blogu, więc to chyba oczywiste, że MOIM ZDANIEM. na tym polega ocena czegokolwiek, co jest niemierzalne, że człowiek wyraża na jakiś temat SWOJE ZDANIE. co ci zrobimy, anonimie? ja nic, bo w przeciwienstwie do ciebie nie mam bólu dupy w związku z tym, że ktoś ma inne zdanie na temat tej płyty niż ja. jezu, naprawde, dlaczego tak wielu fanów nie potrafi zaakceptować tego, że komuś ta płyta może sie nie spodobać? czy ja komuś każe nie lubić tej płyty? czy wyśmiewam kogoś za to, że ją lubi? wyraziłem swoje zdanie na temat płyty, bo od tego jest ten blog - wyrażam na nim SWOJE zdanie. to nie jest metal hammer albo teraz rock, nie muszę pisać pod dyktando wydawcy, bo mi wywiadu nie dadzą następnym razem. piszę to, co czuje na temat każdej kolejnej opisywanej płyty w stylu, jaki mi odpowiada. dlaczego tak wiele osób ma problem z tym, że jakiemuś gościowi, którego nawet nie znają, nie spodobała się płyta ich ulubionego zespołu? nie macie wazniejszych problemów w życiu? dorośnijcie...

      Usuń
    8. Wciąż tylko ,, ja i ja , na moim blogu, swoje, moje, będę usuwał,, i jeszcze ten Muzyczny Zbawiciel Świata . Ktoś tu ma problemy ze swoim ego? A już motto , że ,,ludziom to trzeba muzyką między oczy,, zalatuje trochę plagiatem z Zappy i dopełnia całości obrazu. Wyrażenie ,, ból dupy,, w stosunku do mnie,w połączeniu z wulgaryzmami we wstępniaku na górze świadczy o braku kultury. Znam przekleństwa i nawet ich używam , trzeba tylko wiedzieć kiedy i do kogo.Nawiasem mówiąc to jaką literaturę Pan tłumaczy, łacińską? To nie ja mam ból pewnej części ciała, a uważam że jest dokładnie odwrotnie. W moich wypowiedziach nikogo nie obrażałem i to Pan jak sądzę z braku argumentów ,pierwszy stracił zimną krew.Z tym dorastaniem to też kulą w płot bo ja dorosłem już bardzo dawno temu i dlatego moje wypowiedzi są bardziej stonowane.

      Usuń
    9. ojeeeej, znowu skupiamy się na osobistych pojazdach i pisaniu jaki to autor bloga zły i niedobry. buuuuuuu. owszem, ja, mój blog itd. to moje miejsce, ja ustalam zasady, i nikt nikogo tu na siłę nie trzyma. jest tyle innych blogów muzycznych... na niektórych pewnie nawet zachwycają się nową płytą dt, więc można zawsze iść tam i pochwalić właścicieli tych blogów, jak to znają się na muzyce, bo docenili nowe dt. ja mimo wszystko pozostane przy swoim zdaniu, bo... mogę. czy nie mogę? dajmy sobie spokój z tą dyskusją, bo to do niczego sensownego nie prowadzi. pozdrawiam.

      Usuń
    10. Nie ma sprawy możemy kończyć. Nie będę się na siłę wciskał na imprezę na której nie jestem mile widziany. Mam jednak na koniec dwie uwagi. 1. Sądziłem , że bloga zakłada się po to aby wywołać dyskusję , a nie ogłaszać tylko SWOJE racje bo to MÓJ blog. Ewentualnie przyklaskiwać tym co mają identyczne zdanie. Jak byłem kajtek , a było to w erze przedkomputerowej grałem sobie czasami z nudów w wojnę . I ten lepszy Ja zawsze wygrywał z tym gorszym MNĄ. Czy takie same zasady obowiązują też i na PAŃSKIM BLOGU ? W pierwszych słowach na wstępniaku pisze Pan coś o ,, wkurwiających ćwokach,, A może to jest reakcja , a nie akcja. Zna Pan trzecią zasadę Newtona ? 2. To ,że się komuś ta płyta nie spodobała raczej mnie nie rusza i zadeklarowanych ,niereformowalnych fanów metalu nie przekonam do tej płyty ,bo po co. Nie do nich były moje słowa !!!! Oni i tak już z góry wiedzą co tam Petrucci ma grać i jak by mieli siłę sprawczą to Oni by już mu kazali, a jak nie to na Sybir. Byście się wszyscy zdziwili czego w wolnych chwilach słucha Nergal. Rihany, Jacksona i inne takie. I co z tego? Wolno mu. Ta płyta w założeniu nie miała być nawet prog-metalowa. To jest rock opera , a ten gatunek w założeniu jest trochę kiczowaty, bombastyczny i przerysowany. Ja już wolę to CD niż rock operę Watersa, ale widocznie jestem na nią albo za głupi, albo nie przygotowany, albo to nie moja bajka. Chciałem tą dyskusją uświadomić, że to , że ta płyta jest INNA , nie oznacza , że jest GORSZA. Ja dla odmiany nie ogarniam płyt Dreamów po Octavarium i mnie nużą , są właśnie wtórne. Ta płyta jest inna i dlatego mnie zachwyciła. Jeżeli tą dyskusją sprowokowałem kogoś z czytających do UWAŻNEGO przesłuchania The Astonishing to już super. Jeżeli choć jednej osobie płyta się spodobała i ją kupił to już sukces i o to tak na prawdę chodziło ? Pozdrawiam

      Usuń
    11. ale ja bardzo chętnie zawsze podyskutuje o muzyce, nawet (a może zwłaszcza) z ludźmi, którzy mają inne zdanie ode mnie. tylko w momencie, kiedy czytam kolejny komentarz sprowadzający się do tego, że jak mi się nie podoba to: a) nie znam sie, b) za mało razy przesłuchałem, c) nie jestem muzykiem, więc nie powinienem się wypowiadać, d) słuchalem na głośniczkach od laptopa, e) kombinacja powyższych - to tracę ochotę na dyskusje i cierpliwość, żeby być miłym dla ludzi. rozumialbym takie reakcje fanów dt (halo, sam jestem fanem tego zespołu...), gdybym napisał, że płyta to gówno, ktorego nie da sie sluchac, a ten czy tamten nie umie grac blablabla itd. ale ja tylko napisalem, że mi sie nie podoba i napisalem dlaczego mi sie nie podoba, nikogo przy tym nie obrażając (przynajmniej do czasu, kiedy pojawiły sie mało sympatyczne pojazdy na mnie za to, że mam taką a nie inną opinię). i tyle. jak ktoś się poczuł urazony w trakcie wymiany komentarzy i na to nie zasłużył, to "wyciągam rękę" na zgode. jak ktoś zasluzyl, bo nie potrafi uszanowac tego, ze mam inne zdanie, to mam takich ludzi w dupie ;) kwestie tego, kto z komentujących do ktorej grupy sam siebie zalicza, pozostawiam juz tym osobom.

      ps: wierz lub nie, ale niewiele projektów muzycznych tak bardzo by mnie zadowolilo przynajmniej potencjalnie, jak rockowy album nergala i mam ogromne nadzieje w zwiazku z jego wspolpracą z johnem porterem.

      Usuń
    12. W dużej mierze się zgadzam z MultiKmicicem jak chodzi o Bizona. Internet to miejsce publiczne i wulgaryzmy rażą. Uzasadnione jest ich użycie wyłącznie jako środka ekspresji w utworze literackim, scenicznym, no w wyjątkowych sytuacjach ale nie w prostackim zwracaniu uwagi czy „odgryzaniu się”. Truizmem będzie stwierdzenie, że człowiek piszący i tłumacz powinien to wziąć pod uwagę. Słowo „mój” w odniesieniu do bloga jest przez Bizona nadużywane. Fakt iż prowadzisz go, nie oznacza wyłączności.
      To jak zaproszenie do publicznej rozmowy i udostępnienie pokoju rozmów. Pojawiające się wypowiedzi (a mogą przecież padać i te głupie ) sprawiają, że to nie jest wyłącznie Twój blog. No i o gościnności wypada pamiętać – co to gościom wolno nieco więcej niż gospodarzowi… O reszcie aspektów nie piszę, myślę, że refleksja nad tymi wystarczy. Myślę, że Bizon nabierze doświadczenia i wyeliminuje błędy. Za błąd uważam zmuszanie chętnych na rozmowę do zakładania konta u molocha, w ogóle za błąd uważam – żeby nie było, że tylko u Bizona – brak podanego kontaktu mailowego i związaną z tym „jednokierunkowość” komunikatu. Ja wiem, że każdy piszący musi być w mniejszym lub większym stopniu egocentrykiem, ale można nim być zachowując klasę. Niewątpliwy talent Bizona do pisania o muzyce to skarb i radość dla fanów muzyki, dlatego apeluję do MultiKmicica by nie uciekał, bo też ma coś do powiedzenia i jestem pewien, że Bizon błyskawicznie złapie, że nie pisze pamiętnika 

      Usuń
    13. Zeen Dziękuję za słowa wsparcia. Nie uciekam , tylko czytam i się uczę. Nawet w tych wypowiedziach,które są biegunowo sprzeczne z moją oceną płyty ,staram się wyłowić coś wartościowego. Takie blogowo-muzyczne Jing Jang. Nie zabieram już jednak głosu merytorycznie. Widzę jednak odwrócenie tendencji w kierunku pozytywnych opinii materiału zawartego na płycie. Jak to piszą inni, trzeba jej poświęcić trochę czasu. Słuchając ostatniego utworu chłopaki grają i tak sobie myślałem , że w 5:15 już skończą .Tak to brzmiało, tak wskazywała jakby logika kompozycji. A tu nagle takie małe złamanie frazy i w 5:20 dają taki symfoniczno-progresywny , przyznaje ogromnie patetyczny, właściwy FINAŁ , że .....nie pytajcie co się ze mną dzieje, nie jestem w stanie opisać mojego uniesienia. Za te ostatnie 30 sekund gotów jestem paść na kolana przed tą płytą i koniec. Jeżeli tylko La Brie da radę to po wybrzmieniu ostatniego riffu Petrucciego będę się darł na koncercie tak , że jeleń na rykowisku wysiada. Słucham już takiej muzyki 40 lat, a żyję dłużej.Po wysłuchaniu już tych tysięcy płyt mam wrażenie , że ilość strawnych nut, melodii, riffów jest skończona. Na prawdę współczuję współczesnym muzykom, bo słuchając nowości cały czas porównujemy Ich brzmienia do klasyków. Nie da się już być drugim Led Zeppelin, Pink Floyd, Deep Purple ,Yes czy Genesis. I jak już trafi się taki moment, że wyda ktoś nową płytę , a ja tam usłyszę coś co spowoduje, że znowu mam ciary na plecach ,jak przy pierwszym wysłuchaniu Suppers Ready albo Relayer, to wdzięczny jestem kompozytorowi , za to że potrafi wydobyć ze mnie tą młodzieńczą, naiwną radość , tą tryskającą adrenalinę. A potem słucham i słucham i tylko żona mówi ,,Ty jak się na coś uprzesz to do obrzydzenia,, A Ona nie wie , że muzyka to prawie cale moje duchowe życie. Uffff Pozdrawiam wszystkich dyskutantów i sugeruję więcej wyrozumiałości dla współczesnych muzyków. Kto po Dreamach, Wilsonie , Stolcie, Morsie ? Z trwogą patrzę w przyszłość. BIZONIE bądź bardziej naszym ŻUBREM, on to i wiewiórkę obroni i bobrowi pomoże :-)

      Usuń
    14. MultiKmicicu, Ty moją bratnią duszą jesteś. Jakbym to ja napisał:)

      Usuń
    15. Dzienks, tylko nie wiem , czy dotyczy całości wypowiedzi , czy tylko jej fragmentu np. o żonach co to nie wiedzą , że kochamy coś bardziej, he, he. Mówiąc o Bratnich Duszach często myślę sobie tak. Słucham jakiś dziwnych ( w sensie mało popularnych rzeczy) np. Paricka Moraza - The Story of I, albo jakieś Mahavishnu Orchestra z killerem emocjonalnym - Lillas Dance i myślę sobie tak: Czy jest gdzieś na świecie człowiek - Bratnia Dusza, która słucha w tej chwili tego samego co ja ? Czy może jestem sam jak palec? Często tak mam i gdyby za pomocą nowo odkrytych fal magnetycznych, udało się z nim połączyć , po prostu wiedzieć , że słucha tego samego, byłoby mi lżej na duszy. Gdyby tak jeszcze ta dusza wyglądem przypominała młodszą Sharon Stone, albo chociaż naszą Magdę Mazur ,to już byłby komplet :-) Ale wiem , że tak nie będzie bo kobitki jakieś dziwne są i nie łapią muzyki jak faceci. Tak więc koncerty musimy spędzać w męskim gronie....może i lepiej. Piotrze jeżeli nie znasz Lillas Dance to zaraz mi tu wskakuj na Youtuba i słuchaj , będzie nas co najmniej dwóch z 6 miliardów. Pamiętam jak Mclaughlin podpisywał mi płytę Vision of Emerald Beyond. Wszyscy tam przylecieli z Bird's of Fire , a ja miałem właśnie tą. Wziął ją do ręki zatrzymał wzrok, popatrzył i tylko się uśmiechnął z takim wyrazem zdziwienia - niedowierzania na twarzy. Nie wiem tylko co myślał, a bardzo chciałbym to wiedzieć. Z utworem tym wiąże się też inna śmieszna historia , ale będzie o niej innym razem , pod warunkiem ,że Bizon napisze recenzje. No i niech spróbuje napisać krytyczną :-) Dzięki Piotrze

      Usuń
    16. No to ja mały szantażyk: MultiKmicicu- bo powiem Twojej żonie i to nie o tym, że jest na drugim miejscu po muzyce, tylko że na jakimś pięćdziesiątym, bo myślę, że po młodszej Sharon Stone i Magdzie Mazur jeszcze parę kobitek by się znalazło do magnetycznego ( i nie tylko) połączenia ;-)
      W ramach ekspiacji wskakuj zaraz na YT i zapuszczaj Pamelo żegnaj Tercetu Egzotycznego zaraz po połamańcach muzycznych w stylu Mahavishnu Orchestra )
      Ja to nawet wiem, co sobie Mclaughlin pomyślał podpisująć tę płytę: „kurde, nie spodziewałem się, że spotkam jednego z tych dwóch, co ją kupili, a sam mam jeden egzemplarz…”
      ;-)
      Dawaj tę anegdotkę związaną z Lillas Dance bo szkoda czasu, a jak wiadomo każdy wpis jest dobrym pretekstem do rozmowy 
      Co do Bizona to nie ma co mu stawiać warunków, tylko chronić, bo gatunek ginący…

      Ogłoszenie:
      Idę w świat - taką kierując się dewizą
      zaginął Bizon.
      Założył kalosze i sobie poszedł
      I go nie ma
      Taki zafundował nam dylemat:
      Czekać czy szukać, czy coś innego,
      bo taki Bizon to właściwie do czego?

      Gorzałki z nim nie polejesz – bo zwieje
      I nie odkręci butelki – za wielki
      Nie zdążysz z nim na kobitki – zbyt szybki
      Nie łupie, gniecie orzeszki – bo ciężki
      W ogóle to mu się zdarza,
      że się wyraża…
      Znalazcy damy nagrodę
      a Bizonowi
      jak się odnajdzie
      zbudujmy nową zagrodę.

      I wtedy będziemy ciszej – niech pisze…

      Usuń
    17. MultiKmicicu, dotyczy całokształtu :) a z ciekawości zapytam, czy znasz takie zjawisko jak Mystery.
      Genialna grupa z Kanady, istniejąca ponad 10 lat, która na Last.FM ma tylko 13.5 tys. słuchaczy. Jak tego słucham, to gęsia skórka bardzo często, "zagaszcza" na moim ciele, nie mówiąc o wypiekach na twarzy. Gorąco polecam :). Wszystkim tu obecnym ;)

      Usuń
    18. Mystery, jasne że znam widziałem nawet wokalistę Benoit Davida śpiewającego w składzie Yesu na koncercie w Pradze. Pamiętny koncert, przy cofaniu na parkingu wielopoziomowym rozwaliłem tylna szybę w moim aucie :-)

      Usuń
    19. No dajże spokój Piotrze, wszyscy tu ich znają, dali w końcu wokalistę Yes...

      Usuń
    20. Ale piękna Łajza :-)

      Usuń
    21. O rozwijanie anegdot muzycznych , ale nie dotyczących recenzowanej płyty muszę jednak zapytać Bizona o to czy to aby wypada , bo myślę mam ciekawy wątek do rozwinięcia . Będzie to jednak nie na temat. W końcu nie ja jestem tu moderatorem.

      Usuń
    22. No spoko, tak tylko zapytałem, bo akurat namiętnie słucham, a tak jak napisałem, grupa mało popularna.A nowa płyta wymiata... Ścisła czołówka zeszłego roku. Nowy wokalista nie do odróżnienia od Benoita. Ok,juz nie mącę, w końcu to nie na temat ;)

      Usuń
    23. ależ rozwijajcie ;) mnie tam nie przeszkadza :D

      Usuń
  6. Btw. miałem ten album zrecenzować u siebie i na portal audiofilski. Na szczęście w porę się opamiętałem i dałem sobie spokój;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i całe szczęście

      Usuń
  7. Niestety muszę dołączyć do grona przedmówców . Płyta okropna, miałka , wtórna , bez błysku geniuszu. To już zamiast 130 minut jarmarcznego wgrania w próg-rockowym sosie wolę ,,odrzuty,, z EPki Wilsona. Tam to 38 minut muzyki, ale biję te 130 min. DT jak nasi Szwedow pod Kircholmem

    OdpowiedzUsuń
  8. z fanami muzyki danego zespołu jest taki problem iż oczekują od nowych kompozycji czegoś do czego się już przyzwyczaili , ale aryści tak jak my dojrzewamy,starzejemy się,zauważamy rzeczy których wcześniej nie widzimy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wręcz przeciwnie. gdybym oczekiwał tego, co już znam, byłbym fanem ac/dc i jarałbym się każdą kolejną płytą brzmiącą dokładnie jak poprzednia ;)

      Usuń
    2. dlatego w treści instrumentalnej kompozycji w wielu miejscach jest bardzo świeżo -płyta pasująca do czasów obecnych i przyszłych ,z jednej strony dramat a z drugiej optymizm i nadzieja -niech panowie robią dalej to co kochają

      Usuń
    3. Jak dla mnie tu jest wszystko poza świeżością. Stare patenty, które już wykorzystywali, tylko rozmemłane orkiestracjami, które sprawiają, że całość brzmi jak soundtrack to tandetnego hollywoodzkiego hitu :/

      Usuń
    4. Niestety, ale podobnie jak autor recenzji nie będę miał pełnej kolekcji albumów DT. Może poczekam z rok to będzie jakaś promocja bo na razie to ta płyta nie jest warta takich pieniędzy. Szkoda. I oni chcą to jeszcze grać w całości na koncertach. No cóż współczuję tym, którzy się na te koncerty wybiorą.

      Usuń
  9. Po przeczytaniu wielu zachwalających recenzji znowu dałem się nabrać na powrót dobrego DT ... Album fatalny, żeby spłukać zły smak od paru dni puszczam Awake i Scenes From Memory.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. muszę zastosować dokładnie tę samą taktykę niestety

      Usuń
  10. Świetna recka. Zgadzam się (niestety) w 100 %.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Pod recenzją mógłbym się podpisać obydwiema ręcami i nogą na dokładkę. Dokładnie te same odczucia i w takiej samej kolejności miałem, kiedy pierwszy raz przesłuchałem TA. Ale, że u mnie czasem nie od razu wchodzi (SDOIT weszło chyba po sześciu cyklach a teraz słucham raz na tydzień)to dałem jej szanse i kilka razy płytę skonsumowałem (w całości!). I po tych kilku razach muszę stwierdzić, że jest jeszcze gorzej niż na początku. To jest słabe a jak się wczytać w teksty to i żenujące niestety.I dwa razy za długie. W sumie mogłem się spodziewać, bo już cała ta wizualna otoczka wokół płyty była infantylna, ale liczyłem chociaż na muzykę. Niestety po tych sześciu czy siedmiu odsłuchach nie potrafię sobie przypomnieć żadnego utworu. Co prawda LaBrie brzmi nieźle i on gra tu pierwsze skrzypce, ale to tylko każe się bać o wykonanie całości na żywo.
    Jak następnym razem zachce mi się rock-opery, to sięgnę po jakiegoś Ayreona albo Leonardo-the Absolute Man. Albo Jesus Christ Superstar.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. otóż to - jakbym chciał rock opery, to bym the human equation włączył - arcydzieło w tym gatunku.

      Usuń
    2. no Jesus Christ Superstar Leibachów było całkiem znośne tyle że 20lat temu ;)

      Usuń
    3. Jakiś pozytyw z dyskusji wyniosłem, + dla mnie. Nie znałem tej płyty Ayreona no i Day 17 Accident mnie porwał i to wcale nie przez podobieństwo do wokalu jednego Gostka ś.p.

      Usuń
    4. nie jestem wielkim fanem rock/metal-operowego formatu, ale the human equation uważam za płytę wybitną, lepszą chyba nawet niż pierwsza avantasia, która przez lata była dla mnie wzorem, jak robić tego typu wydawnictwa. dla mnie to jest przykład jak zrobic potencjalnie okropnie kiczowatą płytę tak, żeby wcale nie była kiczowata.

      Usuń
  12. Widzę, że sami profesjonalni recenzenci - płyta 130 minut muzyki wyszła 2 dni temu, a ci już znają ją wszerz i wzdłuż na tyle żeby ją zmieszać z błotem. Jament

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. płyta trafiła do sklepów 2 dni temu. pomijam już, że na torrentach była prawie tydzień wcześniej, to większość recenzentów ma dostęp do tego typu wydawnictw dobre 3 tygodnie przed premierą. rozumiem, że gdybym wychwalał nową płytę twojego ulubionego zespołu, to nie byłoby wtedy problemu, że jest 2 dni po premierze?

      Usuń
    2. masz rację, pewnie posłuchali w komputerkach na głośniczkach mini i gierooje... Tez jestem fanem DT, też się starzeję i też oczekuję aby nie nagrywali stale takich samych płyt, tak właśnie zrobili i chwała im za to! Dla mnie płyta może nie wieeelka ale na pewno nie jest gównem. Pull me Under już nie nagrają, po pierwszym odsłuchu też nie wiedziałem co mysleć, jakiś musical czy co? ale z każdym kolejnym odsłuchem na prawdziwym sprzęcie płyta może się podobać, naprawdę można złapać jej sens! Pozdrawiam narzekaczy.

      Usuń
    3. dlaczego nie znając mnie, nie mając pojęcia na jakim sprzęcie słucham muzyki itd. z góry zakładasz, że "posłuchałem na komputerku na głośniczkach mini"? boli, że ktoś może mieć inne zdanie od ciebie? każdego w życiu, kto się w czymś z tobą nie zgadza traktujesz z lekceważeniem? kompleksiki jakieś?

      Usuń
    4. uderz w stół a nożyce.... personalnie nie dotyczyło to Ciebie tylko wszystkich "recenzentów" składających tutaj swoje wywody, gdzie większość sama stwierdziła że nie kupią płyty bo słuchali w sobie już znany sposób... i nie musisz skakać na mnie dziecinnymi textami w stylu kompleksików, żegnam.

      Usuń
    5. piszesz na MOIM blogu, w komentarzach pod MOIM tekstem, więc wyrażaj swoje zdanie precyzyjniej, to nie będzie problemów ze zrozumieniem do kogo uderzasz

      Usuń
  13. Mike Portnoy miał racje. Szkoda że reszta wirtuozów go nie posłuchała i nie poczekała. Taka muzyka potrzebuje czasu. Tutaj wszystko na siłę. Jednak z przyjemością odpalam płyty starego mięsistego DT.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja akurat za Portnoyem nie przepadam, ale rzecz dotyczy stosunku do fanów. Byłem na koncercie we Wrocławiu , Taki tam projekt - koncert na 300 może osób , wszyscy czekali na podpisy, a On w busa, olał wszystkich i do hotelu. Widać ważniejszy niż taki Chick Corea, Steve Hackett ,Steve Morse czy mój ulubiony Roine Stolt . Ci znaleźli czas dla fanów i Ich podpisy na płytach mam. Innym razem jestem na koncercie Morsea , gdzie oczywiście na bębnach gra ten przemądrzalec. Znam set listę i wiem co ma być grane. I w pewnym momencie Morse coś tam mówi do Portnoya, a ten wypala,, No way,, i koncert się skończył bez paru utworów. Muzycznie jest OK. ale chłopaki z Dreamów - La Brie i Petrucci otwartym tekstem w wywiadach mówili, że nareszcie odetchnęli po Jego odejściu. Ja mam wybiórczą wiedzę , ale się nie dziwię. Gostek trochę wkurzający jest. Poza tym widzę na koncertach, że publiczność na końcu koncertu bardzo przychylnie oklaskuje Manginiego. Już taki jeden był co mówił ,, Pink Floyd to ja,, i musiał łyknąć pigułę pod nazwą The Division Bell

      Usuń
  14. Witam, na wstępie chciałbym napisać, że to bardzo dobrze, że powstają takie recenzje - krytyczne, ale i rzeczowe.

    Ja po ostatniej płycie DT miałem wrażenie, że jest jeszcze nadzieja dla tego bandu, niestety najnowszy album jest tak żenująco słaby i pretensjonalny, że aż chce się wyć do księżyca. Concept zerżnięty z czego się da, istne pomieszanie z poplątaniem - trochę z Gwiezdnych Wojen, trochę z Gry o Tron i Władcy Pierścieni, no i oczywiście sam pomysł dystopii w której tworzenie muzyki nie jest mile widziane przez władzę chamsko skopiowany ze starego poczciwego 2112. Pod względem formy całość przypomina odrobinę The Wall i bardziej dokonania pana Arjena Lucassena. Dążę do tego, że Dream Theater na przestrzeni raptem kilku lat stali się autoparodią i to jest smutne. Teraz to bardziej Zakład Recyklingu niż Teatr Marzeń.

    W zasadzie krytyka tej płyty to jak kopanie leżącego, bo słychać, że tandem Petrucci/Rudess bardzo by chcieli, ale nie mają już tego polotu i kreatywności co kiedyś. Uważam, że najlepsze co może im się przytrafić w tej chwili to właśnie fala rzeczowej krytyki i spadek frekwencji koncertowej- może to zmusi głównodowodzących do przemyślenia dalszej ścieżki rozwoju DT.

    Śmiem twierdzić, że album będzie broniony tylko przez grupę najbardziej zażartych klakierów którzy do dokonań tego zespołu podchodzą zupełnie bezkrytycznie, bo zmęczenie materiału jest tutaj tak wyraźnie, że nie da się tego nie usłyszeć.

    Pozdrawiam,
    Maciek Ślusarski

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powstaje zespół XYZ i wydaje taką płytę. Co byście powiedzieli? Otóż Ci co dziś krytykują ,taką płytę uznaliby za za Wydarzenie Roku. Chcieliście nowy AWAKE , a dostaliście zupełnie coś innego i wielka obraza. To przesłuchajcie sobie drugą i przedostatnią płytę każdego z Waszych ulubionych zespołów. Pod warunkiem , że przetrwały 20 lat i więcej. I co Wam wyszło? Za każdym razem to są inne zespoły bo ludzie to piszący są już inni. Oczekiwanie , że 50 latki napiszą taką samą muzykę jak 20-latki jest niepoważne bo nierealne. Kto przeżył 50 lat i spojrzy na siebie sprzed 30 lat to zobaczy jakim był ....tu z litości zmilczę . Ci co mają teraz lat 20-30 zobaczą w przyszłości jak się będą wstydzić swoich wyborów. Wracając do muzyki i płyty. Myślę , że na dwóch straconych fanów zespół tą płytą zyska 5 nowych. Na prawdę nie rozumiem ludzi , którzy lubią pastwić się nad zespołem. Mnie ostatnia płyta Transatlantic kompletnie nie weszła w przeciwieństwie do The Whirlwind , ale nie próbowałem nikomu jej obrzydzać, bo co człowiek to inne gusta. No , ale widzę tu paru bohaterów co to dokopali Petrucciemu, tak że aż narobił ze strachu. Ludzie gdzie mrówka, co tam mrówka, ameba do słonia, co tam słonia Diplodoka. Ogarnijcie się. Płyta jest dla wielbicieli The Wall Floydów , ot i cała tajemnica. Nie załapaliście ? To żadni z Was znawcy muzyki, co najwyżej znafcy. Płyta nie dla Was była nagrana. Pozdrawiam. Antek z Jelonki

      Usuń
    2. Powstaje zespół XYZ i wydaje taką płytę. Co bym powiedział?
      Powiedziałbym tak:
      Bardzo ciekawy i oryginalny debiut. Ciekawe i oryginalne jest w nim to, że zupełnie nieznani muzycy, debiutanci, wykazują wysoki poziom profesjonalizmu w zakresie opanowania instrumentów a jednocześnie zupełnie jarmarczny gust. To jest rzadko spotykane, by sprawny profesjonalista, który nagrywa w otoczeniu innych sprawnych profesjonalistów, nagrał takie kolorowe jarmarki w poczuciu misji. No chyba, że zrobił to w pełni świadomie licząc na sprzedaż płyty w Polsce powiatowej i gminnej.

      Usuń
    3. Rzadko spotykane kolorowe jarmarki ? A Genesis z Abacab, a Yes z 90125, a Jethro Tull z A , a ELP z Love Beach, parę tych jarmarcznych by się nazbierało i co z tego? Żeby perfumy miały moc trzeba czasami dodać olbrot i to daje dopiero efekt. Z oceną tej płyty to będzie tak jak z tą d... , każdy ma swoją. Zobaczycie , że ta trasa będzie najlepsza w historii zespołu i płyta sprzeda się w najwieksżej ilości egzemplarzy. Poza tym wszyscy plują na Dreamów , a gdzie macie na horyzoncie zespół który im dorówna popularnością ?

      Usuń
  15. Niestety, przyłączam się do wszystkich mocno krytycznych opinii odnośnie nowej płyty DT. Przesłuchałem ją trzy razy, nic mnie nie porwało, nic nie zaciekawiło. Nuda aż piszczy. Gdzie ten Dream Theather z czasów Metropolis Pt. 2 albo SDOIT? Mike Portnoy miał jednak święta rację, po Black Clouds & Silver Linings zespół powinien sobie zrobić co najmniej kilkuletnią przerwę. Zaczęło się psuć od Systematic Chaos, dalej było coraz słabiej i słabiej, a najnowszy album to już po prostu totalna klapa. Nie ma nawet jednego utworu, który by się chciało słuchać z przyjemnością. Nawet nie urasta do pięt ostatnim krążkom Ayreon-a.

    OdpowiedzUsuń
  16. A to może być całkiem ciekawe doświadczenie puścić sobie tę płytę w mp3 96 kbps, kto wie, może wtedy wyjdą jej walory...:-)

    OdpowiedzUsuń
  17. No cóż - sad, but true. Trudno się nie zgodzić. Może z lenistwa zacytuję samego siebie z wpisu sprzed kilku dni spod innej, bardzo zresztą pochlebnej recenzji: " płyta świetnie nagrana, wirtuozeria na najwyższym poziomie - tym nas DT raczy właściwie przez większość swojej kariery. I mam wrażenie, że na tych aspektach się skupili. Natomiast kompozycje są wtórne, nużące, a przez masakryczną długość materiału, te lepsze, a nawet świetne momenty giną w gąszczu podobnych do siebie utworów. Osnucie płyty na kanwie historii o dystopijnej przyszłości świata nasuwa mi myśl o tym, że za jakiś czas usłyszymy o grze The Astonishing, za którą polecą kolejne dolce. W końcu nigdy nie kryli, że Maideni ich inspirują, więc czemuż by nie? Jednak poczciwy Żyd Portnoy (o niebo lepszy od Manginiego zresztą) miał dużo racji postulując zakończenie kariery. DT staje się samokopiującym się reliktem, do którego słowo regresja pasuje nieporównanie bardziej od progresji. Chociażby ostatni album Symphony X w każdym aspekcie miażdży dokonanie Petrucciego i spółki. Mimo, iż DT pozostanie pewnie jeszcze długo w czele mojego rankingu, to jednak ta płyta, choć pewnie bardziej wirtuozerska i wypieszczona, ma się nijak do Metropolis pt.II Six Degrees...,czy nawet Systematic Chaos. Oczywiście to moja subiektywna opinia."
    I drugi wpis:
    "Mam wrażenie, że panowie Petrucci i Rudess zapragnęli nagrać swoje magnum opus, coś na kształt The Wall Pink Floydów. O ile Ściany słucha się od początku do końca z zapartym tchem, o tyle The Astonishing jest po pewnym czasie nużące. Oczywiście jest to sztuka prez duże s, zastanawia mnie, jak oni chcą to odgrywać w całości na trasie koncertowej, ale ogólnie nie wiem, czy nie jest to strzał w kolano właśnie ze względu na długość materiału i mimo stosowania wielu różnych form - jednak monotonii, z której nawet tak zaskakujące przetywniki, jak Digital Discord nie potrafią wyrwać. Moimi faworytami są Three Days (jakaś inspiracja The Trial PF sama się narzuca) i Moment Of Betrayal. Mimo całej sympatii i szacunku za Falling..., Meropolis, a nawet Change Of Seasons nie sądzę, żeby w zespole były jeszcze jakieś rezerwy. Od dłuższego czasu starają się udowodnić swoją "najlepszość", natomiast choćby takie Octavarium brzmi wg.mnie świeżej. Co do Jamesa - nie wchodzi w górne rejestry, bo jak słychać na koncertach, chyba powoli przestaje nimi dysponować. Rzeczywiście, to wychodzi kapeli na plus, lecz niezupełnie zamierzony. Ze względu na wzmożony akcją promocyjną apetyt płytę mogę ocenić w porywach do 5 w dziesięciostopniowej skali."
    I tylko tyle w tym temacie.

    OdpowiedzUsuń
  18. Witam,
    ta płyta jest wyjątkowa pod wieloma względami. Jednym z nich jest konieczność przesłuchania co najmniej kilkanaście razy. Po pierwszych 2 przesłuchaniach miałem identyczne odczucia jak większość tu komentujących. Po 7-8 przesłuchaniach zakochałem się w tej płycie. Nie jest to arcydzieło. Nie ma porównania z SFAM (a tym bardziej z 6DOIT), celowo pomijam inne wcześniejsze płyty, bo porównać można tylko z tymi stworzonymi w podobnej koncepcji. Ale słucha się jej przyjemnie (a o to chyba chodzi w muzyce). Pierwotnie nudne i banalne melodie nabierają sensu i wpadają w ucho a i kilku prawdziwych perełek nie brakuje (akurat umiejscowione one są na drugim CD, więc domyślam się, że większość malkontentów ich po prostu nie usłyszała).
    Dużym plusem tej płyty jest duet LaBrie / Rudess, których dotychczas uważałem za największych szkodników w zespole. Partie wokalne LaBrie (choć nie pozbawione patosu i banalności) są przyjemne (zresztą zespół nigdy nie grzeszył, nawet w czasach świetności zbyt wyszukanymi melodiami - porównać np. z takim Hakenem lub Leprous). Partie Rudessa (choć czasami nadmiernie fortepianowe) są nacechowane cąłą masą subtelnych cytatów (vide końcówka Whispers), momentami są w stylu progu lat 70-tych ( a tego u Rudessa dotychczas nie było). Reszta muzyków na swoim poziomie (plus dla Petrucciego za brak niepotrzebnej dźwiękowej polucji). Dużym minusem (ale do tego nas już przyzwyczaił) jest gra Magniniego. Dużo taniej było by zaangażować automat perskusyjny, a efekt byłby podobny.
    Powtórzę, by docenić tę płytę należy ja porządnie, w pełnym skupieniu, przesłuchać sporo razy. Nie jest to łatwe ze względu na jej długość, ale wykonalne (jestem przykładem). Zaznaczę na marginesie, że w mojej opinii dotychczas DT skończyło się na 6DOIT a TA traktuję jako nowy rozdział w ich twórczości.
    Zdaję sobie sprawę, że o gustach się nie dyskutuje i każdy ma prawo wyrażać swoją opinię, ale dajcie tej płycie szansę i nie negujcie po 1-2 przesłuchaniach.
    Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. okazuje się, że da się mieć inne zdanie i napisać to w taki sposób, żeby nikogo nie obrażać.
      powiem tak - do większości płyt najlepiej należałoby podejść z perspektywy czasu. ale wtedy tego typu teksty musiałyby się ukazywać kilka miesięcy po premierze, a wtedy nikt już ich nie będzie szukał, więc zasada jest prosta - jeśli chce się, żeby ktokolwiek zajrzał do takiego tekstu (nie oszukujmy się - nikt z piszących nie orbi tego tylko dla siebie), trzeba go umieścić najdalej 2-3 dni po premierze, a najlepiej w dzień premiery lub tuż przed nią. a to sprawia, że w najlepszym razie ma się 2-3 tygodnie na odsłuch, bo zazwyczaj tyle przed premierą dostaje się materiały od wydawcy. to w wersji optymistycznej, w wersji pesymistycznej - jeśli nie ma się dobrych kontaktów z wydawcą - trzeba liczyć na przecieki przedpremierowe. zakładając, że w każdy piątek wychodzą przynajmniej 2-3 interesujące mnie płyty, nie daje to możliwości osłuchania się zwłaszcza z tak obszernym albumem w takim stopniu, w jakim człowiek by chciał. a do tego dochodzi codzienne życie, praca, wracanie do starszych wydawnictw itd. więc oczywiście, że nie mogłem poznać tej płyty na wylot przed napisaniem tego tekstu. to są wrażenia po mniej więcej 5 odsłuchach całości. teraz jestem po kolejnych 2 czy 3 i zdania nie zmieniłem. może po następnych 20 bym je trochę zmienił, ale zapewne nigdy do tego nie dojdzie, bo każdego tygodnia wychodzi zbyt wiele płyt, które podobają mi się od pierwszego, drugiego czy trzeciego odsłuchu (i zazwyczaj mają po 40-45 minut), żebym chciał wracać do 130-minutowej płyty, do której wracać nie mam ochoty. to tak tylko, żeby wyjaśnić kwestię osłuchania się z materiałem itd.
      pozdrawiam również

      Usuń
    2. No ja bym polemizował. Bo wymóg wysłuchania kilkanaście razy by załapać i polubić to trochę z inżyniera Mamonia jest ;-) no i z tego dowcipu: piszę do Ciebie powoli, bo wiem, że powoli czytasz...
      Nie przeczę, że szansę dać warto artyście, gdy nie od razu do nas trafiło, ale to w przypadkach kiedy nie za bardzo chwytamy o co chodzi. W przypadku omawianym nie mamy do czynienia z niezrozumieniem. To może się podobać każdemu, nie mam nic przeciwko temu, ale oceniamy każdy wg swoich kryteriów i dla mnie ten przerost formy nad treścią jest niestrawny. Dygresyjnie powiem, że najdoskonalszym dotychczas użyciem orkiestry symfonicznej wykazał się dawno, dawno temu Procol Harum w Kanadzie :-)

      Usuń
    3. A ja tam wolę kilkanaście razy posłuchać (w tym wypadku kilka) żeby docenić i z przyjemnością wracać do tematu, niż zachwycić się po pierwszym wysłuchaniu żeby w końcu dojść do wniosku, że to słabe. Taka muzyka do posłuchania w RMF lub Zet. Ja uważam, że "Ilumination Theory" było zajawką nowej płyty. Dla mnie jest świetna. Nieco inna, ale świetna. :)

      Usuń
  19. Hmmm... cięzki orzech do zgryzienia. Jak wszyscy powyżej, jestem fanem, mam wszystkie płyty (nawet zamówiłem ltd edition The Astonishing), byłem na koncertach. Moja pierwsza reakcja była dokładnie taka, jak autora tego bloga. Kompletna pomyłka. Muszę powiedzieć, że obie płyty bez Portnoya przyjemnie mnie zaskoczyły - są bardziej jednorodne. Owszem, Mangini jest technicznie mega-drummerem, ale - jak większość z was - uważam, że brakuje czegoś, co Portnoy jakoś naturalnie ma. Jednak mimo to, zespół pod koniec swoich lat z Portnoy'em zaczął się gubić. Ostatnie płyty z nim są strasznie nierówne - obok kawałków genialnych, było dużo gniotów, którym nawet czas nie pomógł. Wracając do rzeczy, zaczęło robić się ciekawie mimo Manginiego. No i teraz pojawia się coś takiego jak The Astonishing... Tak, jak wspomniałem, pierwsza reakcja: co to do cholery jest?? Jednak muszę przyznać, że po 5, 6 przesłuchaniu zaczęło mi to nawet wchodzić. Owszem, na samym końcu zrobiłem sobie swoją custom-playlistę, zostało na niej około 90 minut muzyki, (czyli i tak nieźle), powyrzucałem wszystkie nudne rzeczy.
    Wydaje mi się, że fajnie że zespół rzucił sie na coś innego. Petrucci w wywiadach grał w otwarte karty mówiąc otwarcie że piszą musical, a musical rządzi się swoimi prawami i tyle. Niektóre kawałki nie bronią się same (ale czy broni się sam "waiting for the worms" z The Wall, którego nikt z was raczej nie będzie słuchał w oderwaniu od całości? Albo czy ktoś z was puści sobie "silent sorrow in empty boats" z "The Lamb Lies Down On Broadway" Genesis?). Ta płyta to opowieść. Opowieść w pewnej konwencji. Że historia miałka? Nawet jeżeli, to co z tego? Ogólnie teksty DT są dość pretensjonalne i czasem wydaje się, że trochę na siłę napisane, ale mimo tego wszyscy tego słuchamy, bo chyba w tej akurat muzyce nie o teksty głównie chodzi.
    Nie wiem... czas pokaże, jak ten album się wybroni. Jeśli chodzi o mnie, fajnie, że spróbowali czegoś innego (aczkolwiek też uważam, że ciekawiej by to wyszło, gdyby zaryzykowali zaproszenie 6-7 innych wokalistów. i rozdzielili role). Są w dość trudnym momencie, bo co mają niby nagrać? Kolejny SFTM, kolejny 6DoIT, IaW, kolejny ToT? Nie przeskoczą tych płyt i zawsze narażą się albo na to, że są powtarzalni albo że już nie są tak dobrzy jak kiedyś. Przewrotu w stylu Radiohead raczej nie zaryzykują, bo to nie ten styl myślenia i kreatywności. Zatem zostaje im albo próbowanie jakiejś nowej konwencji w swoim stylu albo pisanie 50. wersji Learning To Live.
    Tak więc na jakiś czas jest ok. Wydali musical (na pewno fajnie by się to sprawdziło na deskach teatru muzycznego z rzeszą róznych wokalistów), będzie tournee. Myślę nawet, że dorobia się nowych fanów, bo do wielu ludzi którzy nie mieli wcześniej do czynienia z DT, to może trafić.
    Wazniejsza moim zdaniem kwestia to: "co dalej?"
    Powrócą do swego kanonu? Czy może będzie bardziej miękko?
    Być może dobrze by im zrobiła zamiana Rudessa na kogoś innego. Być może powinni pozwolić Serkowi pokomponować trochę dla zespołu (jego solowe płyty brzmią niby podobnie, ale jednak momentami wydają się świeższe).
    Zespół po tej płycie będzie w bardzo trudnym momencie, bo Petrucci (no i Rudess) będzie uważał TA za swoje opus magnum i będą musieli się poważnie zastanowić, w jakim kierunku dalej pójść.
    A tymczasem... cóż... fajnie, że jest nowa muzyka. Jak wam się całość nie podoba, zróbcie to samo co ja, czyli "custom-edit-playlist" i... cieszcie się nią! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie...
      Ja robię trochę inaczej: zaczynam od CD2 (które jest nieporównywalnie lepsze od CD1) a potem CD1 jakoś wchodzi.
      Trochę z innej beczki (sorry za off-topic). Na YouTube opublikowano wczoraj teasera nowej płyty Hakena... miażdży: https://www.youtube.com/watch?v=s3t4MKqsf3Q

      Usuń
    2. Faktycznie brzmi zachęcająco. Ostatni Haken był całkiem całkiem, muszę przyznać. A jak już sobie polecamy różne rzeczy, to sprawdź zespół Unitopia z Nowej Zelandii (prog-rock), a z troche innej bańki (bardziej avantgarde/metal/jazz), ostatnio takie dwa zespoły bardzo mi podpasowały: Zu (są z Włoch) oraz Last Exit (w tym maczał palce Bill Laswell). Baaardzo ciekawe, aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że nie dla wszystkich :-)

      Usuń
    3. Unitopia ?? Ha , mam ich wszystkie płyty i szkoda , że już nie istnieją. Ten ich wokalista z Gabrielowo-Fishowo-Collinsowym głosem jest kapitalny. Ich The Garden jest powalające, a już cover Zeppelinów The Rain Song , przebija oryginał ( sorry za bluźnierstwo) Dla poszukiwaczy proponuję zespół Moon Safari np. płyta Blomljud. To tylko dla wielbicieli Flower Kings i to w lżejszym wydaniu, tak więc szukający gitarowego łojenia nie mają co się w to zagłębiać.

      Usuń
    4. Moon Safari łagodne jak baranek i „śliczniutkie” i praktycznie płyta, którą wymieniasz, kolejne mnie już nie ruszyły. O rany! Jak ja chorowałem na Flower Kings w latach ’90, jeszcze tak do Unfold The Future bo późniejsze wchodziły jednym i wychodziły drugim uchem zostawiając śladowy osad.
      Dzięki śledzeniu kto, co z kim i gdzie z kręgu Flower Kings trafiłem na rewelacyjną dla mnie Kaipę, w której zachwyca mnie kunszt kompozytorski i aranżacyjny a w której głównym czynownikiem jest Hans Lundin – od niego kupiłym auto ;-)
      No a grzebiąc dalej dotarłem do Hagen, gdzie Hans zgromadził wyborne towarzystwo i nagrali wspaniałą płytę. Tak w Kaipie jak i w Hagen Lundin przetwarza melodie ludowe w cudowne dzieła, u mnie to jest nr 1 w dziedzinie brzmień klawiszy i aranżacji. No i człek tak drąży, drąży i trafia a to na Tangent a to na Parallel Or 90 Degrees a cicho stąpając za Jonasem Reingoldem nadziewa się na Karmakanic i wpada jak śliwka w kompot, bez szans na wydostanie się 
      Ja nie wiem czy czasem Szwecja to nie jest teraz potężniejsza od Anglii i w ogóle Skandynawia to zagłębie znakomitych kapel. Jak sądzę, Bizona powinni kupić Arabs In Aspic na ten przykład.
      Mnie zachwycił Opeth swoim rozwojem od wysoce energetycznego łojenia i growl’u do wysoce wyrafinowanego grania, którego opisać nie potrafię a które moim uszom miodem się zdaje…
      Jasne, że to Åkerfeldt wszystkiemu winien ;-)
      Ale lata swoje mam, ciężarówki płyt przejechały mi po uszach, zatem nie zamykam się w żadnej niszy bo wiem, że w każdej można znaleźć rzeczy zachwycające. Choć oczywiście są tacy, do których wracam chętniej i cieszę się z odkryć. I tu nieocenione zasługi mają Bizon i jemu podobni.
      No i widzisz MultiKmicicu coś narobił? Stary człowiek zaczyna przynudzać…

      Usuń
    5. Szwecja jak najbardziej - obecnie muzycznie moje ulubione miejsce na ziemi ;) właściwie nie ma tygodnia, żebym nie trafił na jakiś zespół stamtąd, który sprawia, że mi szczena na podłodze ląduje

      Usuń
    6. Jeszcze jedno przytrucie…
      Polubiłem przed laty The Third Ending, których pierwszą płytę nawet zrecenzowałem dla pewnego portalu. Dawała mi kopa i radość, no i była świetnie ułożona pod każdym względem: kompozycyjnym, aranżu, wykonania. Czekałem z niecierpliwością na kolejną śledząc stronę zespołu. Czekałem, czekałem i czekałem aż przestałem, rozczarowany niespełnioną obietnicą. W międzyczasie poganiałem chłopaków do roboty, oni mi coś obiecywali, no ale jakoś z tego nic nie wychodziło.
      W międzyczasie grzebałem gdzie się dało a także penetrowałem Antypody i trafiłem na Karnivool…
      Nic dziwnego, że jak już chłopaki z TTE wypuścili tę drugą płytę, to ja byłem gdzie indziej i nawet jej całej nie wysłuchałem. Muszę nadrobić to ale nie łudzę się, że wrócę do nich z równym entuzjazmem.
      Tak to zbyt długie czekanie to rozczarowanie a nie rosnące podniecenie ;-)

      Usuń
    7. A propos Hakena... wczoraj ukazał się singlowy kawałek z płyty Affinity (ukaże się 29 kwietnia). Zanosi się na kolejną (po the mountain) płytę roku: https://youtu.be/-7pEXGCtnnk

      Usuń
  20. I na koniec, tytułem żartu ,cytując Franka Zappę :,, Większość ludzi nie poznałaby dobrej muzyki nawet gdyby podeszła ona do nich i ugryzła ich w dupę ,, Ja tam patrzę w lustro i żadnych śladów ugryzienia nie widzę . Do wszystkich tu piszących, do zobaczenia na koncercie Dreamów, bo mam nadzieję , że do Polski też przyjadą. No chyba , że La Brie poczyta polskie recenzje. Wtedy mamy przerąbane. Cześć !!!

    OdpowiedzUsuń
  21. Fajny komentarz :-) Swoją drogą niesamowite jest, że właśnie przy TA taka dyskusja rozgorzała. Patrzę na inne wpisy i w wiekszości jest tylko: no właśnie sama recenzja. To samo w sobie pokazuje fenomen tego zespołu. A to, że ktoś bardziej lubi Octavarium, a ktoś inny niezbyt sobie ceni Falling Into Infinity (a ktos jeszcze inny cały czas uparcie twierdzi że Metallica skończyła się na Kill'em All :-), to bardzo dobrze. Dowodzi to jedynie, jak różnorodny to zespół. W przeciwnym razie nie byłoby żadnej dyskusji. Swoja drogą, gdybym był Bizonem, chyba specjalnie co jakiś czas publikowałbym takie recenzje - tylko po to, żeby sprowokować gawiedź do wypowiadania się. Fajnie się to wszystko czyta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widocznie fani scorpionsów mniej bojowi jacyś u nas, bo ich zeszłoroczne 'dzieło' oceniłem chyba najsłabiej w historii tego bloga, a nikt sie tu nie oburzał :D

      Usuń
    2. Łeee tam , przecież to niemiecki zespół:-) i Ci to są dopiero wtórni do bólu. Kiedyś Bach i Beethoven, dla niektórych Amon Düül , Ash Ra Tempel, Kraftwerk potem Mandarynkowe Marzenie i.... może RPWL. No i koniec niemieckiej muzyki. Swoją drogą nigdy nie rozumiałem jak to jest. Angole takie sztywniaki bez polotu, z tym swoim dowcipem, a piszą najlepszą muzykę na świecie. Zawsze to była dla mnie zagadką.

      Usuń
    3. ostatnio jak gdzieś napisałem, że dla mnie niemiecki heavy metal jest niestrawny i kwadratowy do bólu, to ludzie nie wiedzieli, o co mi chodzi :D ale nie no, jest kilka współczesnych niemieckich grup, które lubie. zodiac, kadavar. ostatnio jeszcze coś z Drezna, ale ywpadło mi teraz z głowy. kilka by się uzbierało, ale jak tylko Niemcy biorą się za klasycznego hard rocka albo heavy metal, to mnie się zęby prostują. dlatego scorpionsów toleruje głównie z czasu, gdy grali trochę bardziej skomplikowane i trudniejsze rzeczy - czyli pierwsze płyty. niestety tego, co stracili u mnie wraz z wydaniem rollin' home na ostatniej płycie, przez 2 życia nie odzyskają.

      Usuń
    4. Posłuchałem sobie Unitopia "The Garden" i piękna końcówka tytułowego "The Garden" (22:35, jakieś 2,5 minuty to wypisz-wymaluj także samo końcówka "Supper's Ready" Genesis :-) Oba kawałki trwają prawie tyle samo - ok 23 min. Zdolniachy te chłopaki, naprawdę :-)
      Po za tym dzięki za przypomnienie Unitopii, bo naprawdę się miło słucha.

      Usuń
  22. Jam nie Babinicz, jam MultiKmicic stąd to całe zamieszanie.
    Jako , że powinniśmy się obracać w kręgu recenzowanej płyty , śpieszę poinformować , że po 10 dniowym katowaniu w końcu ,z ulgą :-), odłożyłem płytę na półkę. Siedzę w pracy ( u siebie ,więc mi wolno i żaden szef mnie nie opieprzy) w tle leci Steve Rothery z płyty Ghosts of Pripyat. Ludzie jaka to sztuka napisać płytę instrumentalną tak , żeby nie zanudzić słuchacza. Muzyka stonowana,każdy utwór zaczyna się cichutko, powoli, a kończy dynamicznie. Jak to świetnie wchodzi w ucho i nie męczy, nie absorbuje , a jednocześnie wypełnia głupią ciszę. Posłuchajcie ,a znajdziecie tam fantastyczną gitarę Marillion i Gilmoura. Polecam w celu zaczerpnięcia oddechu przed następnym odsłuchem połamańców muzycznych w stylu The Tangent czy nowy dla mnie Ayreon - The Human Equation. Nie jest to płyta wybitna, ale na spokojny wieczór , jak mawiała moja babcia , przejedyna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a pisałem o niej, pisałem - pozytywnie, żeby nie było :P no i za 4 dni pana Rothery'ego pofocę w Warszawie podczas koncertu :) zapowiada się genialny wieczór.

      Usuń
    2. Poczytam. Niestety ja tam nie będę , ale bilety Adriana Belewa, Wilsona,King Crimson i oczywiście Dreamów już czekają w szufladzie

      Usuń
  23. Pytanie do Bizona: Czy jakaś płyta i jej recenzja miała więcej wpisów? Prawdę mówiąc to mój pierwszy kontakt z Twoim blogiem. Tak tylko mnie to ciekawi ? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a w życiu. tu jest około 80 komentarzy, cały blog ma coś koło 300. do tej pory z 16 czy 17 było najwięcej. ale do rekordu wejść na dany wpis jeszcze kilku stówek brakuje ;)

      Usuń
  24. Cytat z wpisu z góry : ,,O rozwijanie anegdot muzycznych , ale nie dotyczących recenzowanej płyty muszę jednak zapytać Bizona o to czy to aby wypada , bo myślę mam ciekawy wątek do rozwinięcia . Będzie to jednak nie na temat. W końcu nie ja jestem tu moderatorem.,, koniec cytatu.
    Bizonie, zauważyłem , że pojawiło się na blogu paru Gości , którzy mają podobne uszkodzenie genetyczne, takie gdzie pod wpływem DOBREJ MUZYKI wydzielają się u nich hormony szczęścia. W biznesie zawsze interesowała mnie bardziej droga dochodzenia do sukcesu , niż efekt końcowy. To ile kto ma kasy to już tylko efekt skali. Ale JAK się robi biznes , skąd pomysł, inspiracja , to mnie zawsze ciekawiło. W kulturze wschodu też liczy się droga ,,do,, Stąd Karate-do, Ju-do itd. Ad rem, każdy z nas na początku miał czystą kartę i pewnego razu musiał się zdarzyć jakiś fakt, zbieg okoliczności, wydarzenie , które spowodowało , że poszliście tą a nie inną drogą. Jak mawia mój kolega ,, Pasterz jest ważny,, Ja takiego miałem i nie jestem pewnie w tym względzie wyjątkiem. Moim pasterzem był Piotr Kaczkowski, prawie wszystko mu zawdzięczam na początku mojej muzycznej fascynacji. Dlatego jeżeli mogę zasugerować to chciałbym poznać Wasz ,, TEN PIERWSZY....MUZYCZNY RAZ,, Chodzi o ten pierwszy raz kiedy usłyszeliście nieznane Wam dźwięki i one sprawiły , że otworzył się w mózgu zablokowany kanał i się zaczęło. Każdy pewnie miał kumpla , brata , który dał do ręki płytę i powiedział: masz i słuchaj gówniarzu. A może byliście wielbicielami muzy z RMF i nagle gdzieś w knajpce usłyszeliście coś zjawiskowego. No nie wiem ,są setki możliwości, co człowiek to inna historia. Co o tym sądzicie? Mogę zacząć i będzie tam o utworze Tarkus, Pippi Langstrumpf, Mahavishnu i płycie SMPT:e ( to był ten drugi pierwszy raz )Chętnie bym wysłuchał takich historii, bo swoją znam, ale inne mogą być bardziej fascynujące. Może ktoś ma inne opowieści w stylu mojej : czwarta rano, jestem w drodze do Bolkowa ,a na stopa stoi duch kobiety i czarne męskie zombie. Tak , tak to nie bajka. Potem się dowiedziałem , że to było w weekend Castle Party, no były potem jaja. Albo jak wziąłem na stopa trzech ludków ( potem okazało się , że Ruskich ) w tydzień po zamordowaniu kierowcy przez autostopowiczów. Też się działo. Tak więc Bizonie, dajesz zgodę ?? A może sam zaczniesz od swojej? Warunek, opowieść musi być muzyczna, wskazane o Dream Theater :-)
    Też mam taką. Pozdrawiam !!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. takich najwcześniejszych początków to wskazać chyba nie mogę, bo aż tak dobrej pamięci nie mam. coś mi się kojarzy, że jak miałem z 7 lat, to lubiłem słuchać modern talking z winyli przywiezionych zdaje się z kolonii przez mojego brata hahaha wiem tylko, że jakoś tak to się stało, że pod koniec 91 roku, pewnie przez częstą obecność w mediach z wiadomego powodu, wpadł mi w ucho zespół Queen. wtedy też kablówke nam włączyli w domu, a wraz z nią stare dobre mtv. tam z kolei w ucho wpadli mi Gunsi i Def Leppard i te trzy zespoły na długie lata były moimi ulubionymi. Więc dla mnie takim wydarzeniem muzycznym, które było prawdziwym przełomem, był koncert pamięci Freddiego Mercury'ego 20 kwietnia 1992 roku. Początek oglądałem w tv, ale miałem też uszykowaną kasetę vhs, na którą nagrywałem resztę. Niestety kaseta skończyła się po ponad 3h i nie zarejestrowała ostatnich mniej więcej 20-30 minut, do których dotarłem dopiero po kilku latach, ale zdarłem ją i tam przez pierwszych kilka lat po koncercie tak, że momentami kolory gubiła. Znam ten koncert na pamięć. To tam się dowiedziałem, kim są David Bowie, Robert Plant, Roger Daltrey, Tony Iommi... Od tego wszystko się zaczęło, bo chciałem poznać coś więcej z repertuaru wykonawców, którzy tam wystąpili. Oczywiście szybko się okazało, że niektórzy to nie moja muzyczna bajka, ale inni zostali ze mną do tej pory. To ten koncert i mtv początku lat 90. były moimi 'nauczycielami muzycznymi'. Trójki owszem zdarza mi się słuchać (kiedyś częściej), ale nigdy nie miałem tak, że jakoś bardzo czciłem któregokolwiek z redaktorów. Owszem, chętnie słuchałem audycji Piotra Kaczkowskiego, Wojciecha Manna, Piotra Barona, Piotra Metza czy mojego obecnego 'szefa' Piotra Kosińskiego, ale nigdy nie traktowałem ich osób i prowadzonych przez nich audycji z taką nabożnością jak niektórzy w grupie minimaxowej na facebooku :D Zazwyczaj sam szukałem nowych rzeczy, które mnie interesowały - w ten sposób odkryłem dla siebie masę muzyki ze Skandynawii. Po prostu lubię szukać ciągle nowości, czasami przez jakieś powiązania osobowe z zespołami, które już znam, czasami przez teksty na blogach o tematyce hardrockowej lub stonerowej, czasami spodoba mi się okładka płyty i stwierdzam, że posłucham, bo to może mieć fajny klimat - raz się sprawdzi, raz nie. W domu owszem - brat słuchał metalliki czy maidenów (oraz masy dużo mocniejszych rzeczy), a tata purpli i tego typu rzeczy, ale zwłaszcza w przypadku taty to raczej słuchanie ograniczające się do najbardziej znanych kawałków. to raczej on dzięki mnie poznał mniej znane płyty i utwory purpli, zeppelinów, sabbathów czy uriah heep. tak samo z maidenami czy dream theater (jest nawiązanie!) - zna jakieś pojedyncze rzeczy i to raczej nie po tytułach, ale dzięki mnie kojarzy trochę jednych i drugich. podobnie wygląda sprawa z różnymi mniej znanymi zespołami - od czasu do czasu przychodzi spytać co to gra. oczywiście następnego dnia znowu przyjdzie i nie będzie pamiętał, że to to samo, o co pytał wczoraj, ale po jakimś czasie coś tam mu zostaje, jak choćby blues pills. więc w domu to raczej było tak, że była jakaś baza w postaci kaset typu greatest hits, od których mogłem startować, ale potem to już ja rozwijałem to dalej, kupując kolejne kasety a potem płyty studyjne różnych wykonawców.

      Usuń
  25. No proszę! I co Wy na to? http://www.billboard.com/articles/columns/chart-beat/6874761/dream-theater-first-no-1-top-rock-albums

    OdpowiedzUsuń
  26. Ciekawym, czy Bizon zrecenzuje Tedeschi Trucks Band...
    Ja potrafię tylko o nich napisać, że to jest tak bardzo amerykański zespół, iż bardziej amerykański to jest tylko Mariusz Max Kolonko...
    I propozycję mam: fajnie się tu siedzi, ale może przenieśmy się do najnowszego wpisu, będzie łatwiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co znaczy ,, do najnowszego wpisu ,, ??

      Usuń
    2. Do Danny'ego Bryant'a :-)

      Usuń
  27. Byłem pewien na 100 % , że tak będzie, bo jak wcześniej gdzieś pisałem, Astonishing to bardzo amerykańska płyta, w odróżnieniu od Wilsona , który wg. mnie jest bardzo europejski.Co oczywiście nie zmienia faktu , że takie Hand Cannot Erase uważam za płytę 2015 roku. A już Regret 9 to dla mnie jazz-rockowa perełka. Zawsze miałem odchylenie w kierunku fusion. Wilson powiedział , że też ma ciągoty w tą stronę i chęć grania takich klimatów była przyczyną rozpadu Porców. Reszta chłopaków nie chciała iść ta drogą. Tak więc Wilson to mój muzyczny kumpel.

    OdpowiedzUsuń
  28. Ciekawe jaką nagrodę przewiduje Bizon za 100 wpis?

    OdpowiedzUsuń
  29. Edward Hulewicz w repertuarze Chuck'a Berry'ego :roll:

    OdpowiedzUsuń
  30. Obiecałeś MultiKmicicu anegdotę, obiecałeś swoją opowieść i...
    czekamy.

    OdpowiedzUsuń
  31. Najpierw historia , ale nie mój pierwszy raz. Kiedyś lubiłem wozić ludzi na stopa , tak miałem . Jadę kiedyś autem ze Świebodzic. Była 2 , może 3 w nocy i co widzę ? Na poboczu stoją dwie postacie. Facet ubrany cały na czarno jak w filmie z horroru, Ona ubrana w szarą suknię do ziemi, jak zjawa , macha ręką i mnie zatrzymuje. Ale jak macha ?? To były powolne ruchy góra, dół, JAK DUCH. W ułamku sekundy przemknęła mi przez głowę myśl, czy to się dzieje na prawdę , czy może mam zwidy ? Sytuacja nie do opisania. Spróbujcie to sobie wyobrazić!!! A ja , wariat, zatrzymałem się i Ich zabrałem.. Nie wiem czy to była odwaga czy głupota , trudno. Wsiedli do auta, a u mnie leci właśnie Fire Garden Suite Steve Vaia. Począwszy od 5 : 35 czułem jak muzyka rozwala ich dotychczasowy świat rozumienia muzyki. Czułem to. To była magia. To co unosiło się w powietrzu nie dało się opisać, normalnie przestali oddychać. Dojechaliśmy do Bolkowa, zatrzymuję się i zapada cisza, nie wiedziałem co ona zwiastuje. Nagle chłopak pyta: Kto to grał ??!!! Ja mówię z uśmiechem, że nie powiem. Na to dziewczyna: To my NIGDY nie wysiądziemy z tego auta. No i Steve Vai tej nocy zyskał nowych fanów. To było kilkanaście lat temu , ale tego wydarzenia nie zapomnę do końca życia. Noc, Vai, dwoje Zombie z tyłu, żałujcie że tego nie przeżyliście :-) Czysty surrealizm. Potem okazało się , że to był weekend Castle Party w Bolkowie. :-) Wiem , że drugi raz już się to nie wydarzy.

    OdpowiedzUsuń
  32. Coś chyba z licznikiem nie teges, bo stoi 101 i wszedłem tak zerknąć a tu niespodziewajka...
    Było nie było to jest blog a najczęściej pisze się w najnowszych wpisach, zatem proponuję resztę opowieści już na bieżąco umieszczać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z licznikiem wszystko ok, za moment bedzie wskazywał jeszcze mniej ;) po prostu jedna z osób umieszcza po 5 komentarzy, z czego 4 od razu usuwa, a ja nie przepadam za ciągiem komunikatów 'komentarz usunięty przez użytkownika' (czy jakoś tak) i je stopniowo wywalam całkowicie, jak zauważę ;)

      Usuń
    2. Do mnie pijesz ;). Nie pięć a dwa, i nie po to, żeby nabić średnią. Nie wiem dlaczego, komentarze wskazują mi podwójnie, więc usuwam...

      Usuń
    3. spoko, nie jest to żaden problem ;) stary brzydki zwyczaj z czasów, kiedy byłem adminem na kilku forach internetowych i nie lubiłem chaosu :D dlatego usuwam takie komentarze, które są niby usunięte, ale ślad po nich zostaje :D

      Usuń
  33. Piotrze, to może być z niecierpliwości, klikasz po dwa razy...
    Kliknij raz, zmów zdrowaśkę i popatrz na efekty, mogą Cię zaskoczyć! ;)

    OdpowiedzUsuń
  34. Widzę , że duch w narodzie słabnie. Dobra, opowiastka druga. Miałem kiedyś okropnego wkręta na Dream Theater i Transatlantic po 1 płycie. Na mojej terenówce, na obudowie koła zapasowego umieszczonego na drzwiach, miałem ogromne napisy ,,Transatlantic,, i drugi ,, Dream Theater,, Płyniemy promem przez Wisłę w Mikoszewie. I nagle podchodzi jakiś Gostek do mojej żony i może w celu podrywu pyta: ,, A co to za grupa teatralna ? Moja żona na to : To jest Objazdowa Grupa Teatralna - Teatr Marzeń. A facet : A co macie w repertuarze? Żona : sztuka Transatlantic. Facet: A gdzie można o was przeczytać ? Na to żona : Niech Pan sobie wygoogluje, tam ma Pan miejsca gdzie występujemy. Gostek : No zobaczę i jak mi się spodoba to przyjadę na przedstawienie. A miał minę takiego zadowolonego z siebie macho , który jak wielkie panisko i bilet kupi i da na utrzymanie na miesiąc biednym aktorom. . Ciekawe jaką miał minę w domu He, he

    OdpowiedzUsuń
  35. Ludziska z londyńskiego koncertu posrane wyszły z zachwytu (komentarze)
    Nikomu nie brakowało zaproszonych gości(podział ról), ani się nie dlużyło.https://m.youtube.com/watch?v=-fxUj1LvSNY

    OdpowiedzUsuń
  36. Pozwolę sobie opisać pewną ciekawostkę a mianowicie płytę „Quantum Space” właśnie wypuszczoną przez zespół Port Mahadia. Wiąże się to w pewnym stopniu z tematem DT.
    Pierwsza płyta „Echoes in Time” z 2007 roku do dziś należy do moich ulubionych. Świetne melodie, ciepłe i miłe aranże, dobry wokal, świetni muzycy. Damian Wilson (Threshold), David Ragsdale (Kansas), Hugh McDowell (E.L.O.) gwarantowali swoim udziałem wysoki poziom wykonawczy ale i muzyczny – i tak jest na tej płycie. Całość jest opowieścią skomponowaną przez gitarzystę Cameron’a Castle’a, którego na „Quantum Space” zabrakło.
    Z pierwszego składu zostali Erinn Waggoner - bas i Rusty Clutts na bębnach, choć już nie we wszystkich utworach. Choć ich pierwsze „Echoes in Time” trąci lekko myszką w realizacji, dziś dominuje kompresja i selekcja to za to słucha się jej niemal jak dawnych analogów, co akurat dla mnie jest zaletą.
    Ale wracajmy do naszych baranów: „Quantum Space” jest ciekawostką, gdyż zespół gra na niej tylko dwa na swoje utwory na dziesięć umieszczonych na krążku. A oto program płyty wraz z informacją skąd utwór został zaczerpnięty:
    1. Silhouettes In Disguise
/ Kansas/Power/1986r.
    2. Rendezvous
/ UK/ Danger Money /1979
    3. Principle of Disorder

    4. While My Guitar Gently Weeps
/The Beatles /1968
    5. Working Man
/ Rush/Working Men/2009
    6. South Side Of The Sky
/Yes / Fragile /1971
    7. I Walk Beside You
/Dream Theater/ Octavarium/2005
    8. Cannae

    9. Wats Um The Deal
Pink Floyd/ Obscured by Clouds/ 1972 /
    10. A Time And A Place/ ELP/Tarkus /1971
    Ciekawy zestaw, nie? No, to zobaczmy jak sobie z tym poradzili.


    1. Perkusja brzmi jak pudełka po butach z CCC, utwór zamyka wymiot gitarzysty (że niby wymiata), wokal z nieznośnym wibratem na końcu frazy.
    2. Miła niespodzianka. W duchu oryginału i z wbudowanymi smyczkami to brzmi bardzo dobrze.
    Nawet perkusja nie jest w stanie zepsuć całości bo pracują głównie talerze i stopa. Wokalista pod koniec zaczyna trochę tworzyć, ale na szczęście niewiele tego i nie jest w stanie zepsuć dobrego wrażenia. To bez wątpienia najlepiej zrobiona rzecz na tym albumie.
    3. Własny kawałek z niezłym wstępem ale niedużo tego bo zaraz ponownie lecą wymioty gitarzysty i robi się mało ciekawie.
    4. W duchu oryginału lecz z gorszym wokalem a a gitarzysta Claptonowi powinien wyczyścić wszystkie futerały nieodpłatnie za to co zagrał za Erica.
    5. Nic nie napiszę, gdyż nie czuję się zbyt mocny w Rush, ogólnie jest łojenie z pudełkami CCC
    6. Może jeszcze kiedyś tego wysłucham, ale nie obiecuję, że na pewno. Na plus wypada wokal pani, nieźle dobrana gitara, wstęp, no ale te pudełka…
    7. Daje się wysłuchać jak oryginał z tym, że niczym nie powala.
    8. I drugi własny kawałek, Boże, ile ja już takich wysłuchałem, ale na pewno większość miała perkusję nie od CCC i mniej nerwowych gitarzystów.
    9. Czym się kierowali panowie przy wyborze tego kawałka – nie wiem, nie ważne, ważne, że nie poszli śladem Pinka Floyda ze swoim zespołem (pamiętacie? Tak kiedyś w Trójce pani zapowiedziała ) i tytuł napisali bez błędu. Do wysłuchania.
    10. Znów próba wywołania ducha z lat minionych z wielkim wysiłkiem klawiszy, by zbliżyć się do oryginału, ze skutkiem nie najgorszym. Ale wymioty jak zwykle psują całość.
    Jaki jest sens wydawania takiej płyty? Chyba wyłącznie dla kasy. Tak czekałem na nią w nadziei, że powtórzy się przyjemność „Echoes in Time” a tu taki klops: dwaj panowie zachowali prawo do nazwy ale nie byli w stanie pod nieobecność Cameron’a Castle’a stworzyć oryginalnej, udanej płyty. Szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  37. Po pierwszych przesluchanich The Astonishing tez nie bylem zachwycony....
    Ale teraz po zrozumieniu wszystkich tekstow, calej historii ktora opowiada plyta i kompletnym przesluchaniu co najmniej 15 razy obydwu czesci, zmienilem zdanie. The Astonishing jest po prostu SUPER!!!
    Dla niezadowolonych zalecam wielokrotne przesluchanie tej plyty albo udanie sie na koncert. Na koncercie beda zagrane kompletne 130min, poparte materialem video w celu lepszego zrozumienia calej opowiadanej historii.
    Jest to arcydzieło, które po prostu wymaga czasu ... dużo czasu.
    Ale dlaczego publikuje Dream Theater taka kontrowersyjnej plyte?
    Po prostu dlatego, zeby pokazac że i takie cos umieja.
    A prawdopodobnie ich to nic nie obchodzi, co myśla ci ktorym sie ta plyta nie podoba.
    I to jest dobra rzecz!!!
    Samorealizacja jest najlepszym sposobem na dobry Prog!!!

    OdpowiedzUsuń
  38. Chciałem Wam napisać o wczorajszym koncercie Adriana Belewa i super chłopakach i dziewczynie z supportu z Lizzard, ale w obliczu tego co się stało zamilknę..........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. może będzie okazja za dzień czy dwa jak wrzucę foty z Adriana z Warszawy. nie wiem kiedy dokładnie, muszę się zebrać do kupy, bo nie ogarniam dzisiejszego dnia w ogóle.

      Usuń
  39. MultiKmicicu,
    czy Ty naprawdę nie wiesz, co robisz, czy z pełną świadomością obiecujesz i nie dotrzymujesz? Przynosisz nowe anegdotki lub chęć napisania nowej, której jednak nie spełniasz w obliczu enigmatycznego wydarzenia (mogę się domyślać o co chodzi, ale nie o to chodzi, by się domyślać...) a przypomniane Ci, że winien jesteś dwie zapowiedziane dawno - masz w tzw. dużym poważaniu.
    Nie dziw się zatem reakcjom lub ich brakowi.

    OdpowiedzUsuń
  40. Mój matematyk też nazywał się Grudziński i też już Go nie ma . To był człowiek, który z głąba przedmiotów ścisłych, czyli mnie zrobił człowieka , który na egzaminie z fizyki na polibudę zdał na 4,5 , a z matmy 4,0.
    Braki nadrobię jutro/pojutrze

    OdpowiedzUsuń
  41. OK, w obliczu śmierci Piotra Grudzińskiego i tak mam pół nocy z głowy, więc napiszę coś dzisiaj. Przepraszam za prywatne wynurzenia i jeżeli komuś te historie wydadzą się nudne lub mało interesujące, sorry, ale siłą rzeczy są subiektywne.
    Akt1. Miałem w podstawówce kumpla. Mądry był jak cholera i właściwie podziwiałem Go za wszystko co robił. Z polskiego poeta, z matematyki Einstein. W nogę byłem tylko lepszy. Byłem gdzieś tak na poziomie Skaldów ( dzisiaj uważam Ich za wybitnych muzyków) No To Co lub innych takich zespołów. ,,Kwiaty we włosach,, to był już szczyt. No i ten mój guru miał starszego brata w technikum. Raz przychodzę do niego i widzę płytę. Była to 7 klasa podstawówki. Na okładce dwóch facetów podaje sobie ręce , a jeden płonie. Wyciągam płytę,a tam na krążku dwie ręce robotów zaciśnięte w uścisku. Zdębiałem ,co to jest ? To był dla mnie szok, nigdy czegoś takiego nie widziałem. I ten starszy brat KAZAŁ mi słuchać w ten dzień audycji w Programie 3 pt. Muzykobranie. Nie pamiętam chyba o 18:30. No i puścili jeden utwór czegoś co się nazywało Gentle Giant. No ściana ,bariera nie do przejścia. Po tym utworze puścili coś co zmieniło mnie na całe życie. Z głośników leciała muzyka, która wydawała mi się tak piękna tak niesamowita, że nie byłem w stanie jej pojąć. Jestem pewien, że połowy z tych dźwięków nie rozumiałem, ale to był ten wieczór kiedy muzyka zawładnęła mną bezgranicznie. Nie literatura, nie kino, czy malarstwo. Otworzyłem się na dźwięki, sprzedałem duszę diabłu. Pamiętam , że po audycji siedziałem nieruchomo pół godziny i nie mogłem wstać. Coś pękło , coś się otworzyło. Czasami, tak jak i dzisiaj przy okazji śmierci Grudzińskiego, myśląc o przemijaniu zastanawiam się czego mi naprawdę będzie żal w dniu śmierci? Wiem , że muzyki i krajobrazów. I wiecie co to był za utwór ? Suppers Ready. Dlatego na całe życie zostałem Genesisowcem co widać nawet po moim zdjęciu profilowym. To jest rejestracja w moim aucie , wybłagałem Panią w Wydziale Komunikacji, żeby rejestracja kończyła się na GE. Są Floydowcy, Yesowcy, Zeppelinowcy ja jestem ten od Genesisu. To był mój pierwszy raz. Potem jeszcze tylko może tydzień , może dwa póżniej
    usłyszałem Tarkus ELP. To przez Emersona na długie lata wystarczyło , żeby ktoś tylko dotknął klawiszy ,a kupowałem to w ciemno. Wciąż jednak słuchałem różnej muzyki poszukiwałem i próbowałem zarazić kumpli - bezskutecznie. Po roku nastąpił akt 2 ( coś mi tu Astonishing zalatuje )

    OdpowiedzUsuń
  42. Akt 2. Fusion. Właściwie dopełnienie początków. Słuchałem już różnych rzeczy. Wszystkiego uczył mnie Kaczkowski, wierzyłem we wszystko co leciało w Trójce. Nie miałem jednak żadnego przewodnika. Pamiętam jak byłem na zimowisku w 8 klasie. Jeden z wychowawców, wiadomo starszy od nas, czegoś tam słuchał. Zgadaliśmy się na temat muzyki i się Gostek zdziwił, że taki gówniarz, a dyskografię ELP, Genesis Yes , Floydów, Jethro to zna na pamięć włącznie z utworami który na której stronie. I ten facet powiedział mi , że jest taki gatunek muzyki jak jazz-rock. Jak usłyszałem jazz to powiedziałem , że to nie dla mnie, trąbki jakieś bluee. No to facet w sobotę wieczorem puszcza mi z kaseciaka Mahavishnu Orchestra z utworem Lila's Dance . Potem puścił mi coś z Weather Report no i powtórka. Znowu jakieś światełko w tunelu, otworzyły się następne drzwi. Potem to już poszło, Corea ,Hammer,Ponty. Pełno mam tego w domu. Całe dyskografie. Nie mogłem zasnąć , intro fortepianowe z Lila's Dance, pojedynek gitara - perkusja nie dały mi zasnąć. No i lecę ja głupi na świetlicę o 9 rano w niedzielę ( w ten dzień był Teleranek !!! ) pełno dzieciaków, staram się któremuś wytłumaczyć co wczoraj zaszło, czego to ja słuchałem , a Oni wszyscy na krzesła i mówią : cicho, zamknij się , zaraz leci kolejny odcinek Pippi Langstrumpf!!!! Wtedy zrozumiałem moją alienacje i pustkę. Dotarło do mnie jaka bariera dzieli mnie od rówieśników i na długie lata zostałem z tym swoim uwielbieniem sam. Chciałem krzyczeć : Głąby przebudźcie się !!!!!!Nie , nie było do kogo kierować tych słów. A Pippi ? Wierzcie lub nie ,nie obejrzałem ani jednego odcinka, nie lubię tej Pipy :-) odebrała mi kolegów i ich ogłupiła. I tak zupełnie przypadkowo, leciał dzisiaj na TVP Kultura koncert Weather Report z 1976. Słuchając tego powiedziałem do żony. Zobacz jaki ja byłem mądry w wieku 15 lat. A Ona na to szpanowałeś !! Ech myślę , a przed kim ? Przed podgatunkiem ?
    Potem to już normalne dzieje, ogólniak , studia, praca za granicą , rodzina, dziecko początki własnej firmy. Kompletnie wypadłem z nurtu, słuchałem tylko staroci myśląc , że nowej muzyki już nie ma. Przestałem słuchać Trójki. Trwało to chyba z 10 lat. Kaczkowski zaczął puszczać jakieś odległe mi rzeczy, progresja umarła. MUZYKA UMARŁA!!!! Znowu okazało się , że brak mi było jednak przewodnika. Muzyka była ,tylko ja o niej nie wiedziałem. Pewnego dnia mój 15 letni syn przyniósł do domu gazetę. Pomyślałem, o chłopak chce iść do technium mechanicznego. Przyniósł gazetę fachową z metaloznawstwa - Metal Hammer. Otworzyłem, było coś rzeczywiście o metalach i dotarłem do RÓŻOWEJ strony.Czytam recenzję płyty jakiegoś zespołu, dziwoląga. Przeczytałem i nastąpił akt 3 , który ustawił mnie na nowo i trwa do dzisiaj . Moi rówieśnicy? Cóż znowu zostali w tyle. To była recenzja płyty zespołu Transatlantic. cdn.

    OdpowiedzUsuń
  43. Moje początki są banalne: piosenki biesiadne i muzyka ludowa w rodzaju głębokiej studzienki, głęboko kopanej…
    Podobały mi się melodie i potrafiłem je zapamiętać i powtórzyć. Brzdącowi zatem zafundowano organki, na których bez żadnych prób, instynktownie wygrywałem znane mi melodie. Tata kiedyś z Węgier z wyjazdu służbowego przywiózł wypas okrutny: organki dwumanuałowe z przyciskami zmieniającymi tonacje – no…. W podstawówce to już wszyscy chcieliśmy być albo Paulem albo Johnem, albo George’m, mało chętnych było na Ringo. To były czasy, kiedy dominowali oni i Rollingstonsi a wiara wcale się nie dzieliła na zwolenników jednych i przeciwników drugich tylko równo słuchała obydwu kapel. Równolegle interesowała mnie także piosenka francuska, włoska, amerykańska prezentowana przez niezapomnianego Lucjana Kydryńskiego w Rewii Piosenek.
    Po kilkanaście razy biegaliśmy na filmy Z Beatlesami i rozglądaliśmy się na boki a tam i Kings i Hollies a za chwilę Skaldowie – wielka miłość i podziw dla profesjonalizmu i kunsztu oraz oczywiście talentu.
    Od ’69 już grałem w kapeli i robiłem za lokalną gwiazdę, przy okazji zarabiając – jak na szczeniaka – całkiem niezłą kasę. Żadne tam koncerty, to były dansingi i zabawy, a jakże – także w remizach…
    Poznałem towarzystwo a wśród nich chłopaka z matką w Ameryce. Słała mu dolary i płyty. O rany, ileż pięknych wieczorów z flaszką w ręku i z muzyką w uszach przy odsłuchu na amerykańskim sprzęcie owych płyt. Vanilla Fudge, Iron Butterfly, War, Derek and the Dominos i mnóstwo innych.
    Tak od ’72 zakumplowałem się z Maciejem K. wykładowcą w łódzkiej szkole filmowej, który zajmował się muzyką do filmów a wśród wielu dodatkowych zajęć prowadził wieczorki dla licealnej młodzieży, na których puszczał ze swoich płyt muzykę do słuchania o której bardzo zajmująco opowiadał. Wiedzę miał przeogromną, płyt mnóstwo, po świecie jeździł, no gościu nie z tej ziemi. Dla gówniarza osiemnastoletniego niedościgły wzór. Towarzyszyłem mu na tych wieczorkach, sprzęt rozstawiałem i byłem za podaj, przynieś a dumny jaki z tego, że Boże pomiłuj…
    Maciej miał mnóstwo spraw, więc zdarzało się, że przywoził sprzęt i płyty, dawał instrukcję krótką i wióra do innych spraw a ja – dumny i blady swoim rówieśnikom puszczałem płyty i nawet coś tam o nich próbowałem mówić 
    To od Macieja się zaczęło zgłębianie Miles Davis, Coltraine, McLaughlin, James Brown, Santana których wcześniej nie słuchałem. Nagle pola penetracji się poszerzyły, bo przecież wciąż Kaczkowski oddziaływał Procol Harumami, Yesami, King Crimsonami, Genesisami i innymi ami a wcześniej polubieni artyści nie przestali być słuchani.
    Z jednej strony tradycyjny rock z drugiej progresywny, trzeciej jazz, czwartej ulubiony blues i Free, Clapton, Alvin Lee a jeszcze piąta – piosenki i szósta – muzyka klasyczna – fascynacja Bolerem Ravela trwała długo.
    Kupowanie płyt od szczęśliwców z dojściami, pamiętam, że za Abraxas dałem równowartość pensji…
    Lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte to nagrywanie płyt z Dwójki i Trójki: lewy kanał szszszszsz, prawy kanał szszszsz, żadnych tam praw autorskich i tym podobnych… No i dzięki pracy za granicą przywiozło się trochę . Od połowy dziewięćdziesiątych lat poznawanie nowej muzyki to już dzięki
    Internetowi. Ja przewodnika już nie miałem od początku lat osiemdziesiątych, owszem, słuchałem Manna, Chojnackiego, Kaczkowskiego, Beksińskiego i Wróblewskiego oraz innych od jazzu ale nie ulegałem już wpływom, wiedziałem już o co chodzi i wdzięczny byłem za informacje, do których sam nie dotarłem. Na koniec powiem, że największa przyjemność to wspólne granie i wspólne słuchanie.
    Tak mi się poukładało, że rzadko mam okazję dzielić się wrażeniami, trochę mi tego brakuje, pewnie dlatego szwendam się po zakamarkach sieci…
    No i z przyjemną ością czytuję takich Bizonów 

    OdpowiedzUsuń
  44. Bardzo ciekawa recenzja. Autor dostrzegł w końcu w DT to, co ja w tym zespole widziałem od dawna. Wspomniał tam "genialny album Six Degrees of Inner Turbulence", z którym też się kiedyś (połowicznie) zapoznałem i mógłbym odnośnie niego napisać to samo co Autor o nowym wydawnictwie DT. W pierwszym utworze po ciekawym wstępie wchodzi bezpłciowa sieczka przy której Yngwie Malmsteen ziewa przeciągle bo takie pitu pitu grał już w 1984 tyle, że nikt tego wtedy progresem nie nazywał. Ja naprawdę jestem pełen podziwu dla fanów Dream Theater. Bo potrafić usiąść i wysłuchać 100 minut schematycznego napier..lania arpeggiami i szesnastkami i jeszcze znaleźć w tym geniusz i odróżnić poszczególne kawałki to nie lada wyczyn. Mnie się to nie udało. Dla mnie DT to nie jest zespół progresywny. To najbardziej regresywny zespół świata;)

    OdpowiedzUsuń
  45. Zauważyłem, że niektórzy fani Dream Theater popadli w pewien rodzaj histerii, bo ktoś źle pisze o "The Astonishing" - już nawet nie tyle źle, co po prostu nie rozpływa się w zachwytach nad tym albumem. Okazuje się, że "prawdziwy fan" musi bezrefleksyjnie wszystko przyjmować, co nagrywa Dream Theater jako zbawienie dla muzyki. To jakiś obłęd.

    OdpowiedzUsuń
  46. Nie w tym rzecz czy to obłęd. Chodzi o coś więcej. Nikt nie każe popadać w zachwyt nad byle czym. Ja tam Golców chwalić nie będę, chyba , że na plaży. Rzecz w tym ,że media , krytycy są w stanie KREOWAĆ gusta muzyczne. Ludzie mojego pokolenia wychowani na Kaczkowskim słuchają ,w moim przekonaniu , dobrej , wartościowej muzyki. Dzisiaj na szczęście robią to dzieci tych 40- 50 latków i jakoś to leci. Kaczka baaaardzo rzadko coś krytykował, raczej popadał w uwielbienie. Nawet jak przesadzał to jaki był finał takiego postępowania ?? Tylko pozytywny , bo zarażał , wmawiał, KREOWAŁ gusta artystyczne. A co dzisiaj? No mamy RMFy, Zetki i inne takie g... i co ? Czy ta młodzież jest głupsza niż moje równolatki ? No jest to genetycznie niemożliwe. Właśnie Ci młodzi ludzie zostali ogłupieni przez media i tragicznych animatorów muzycznych. No i mamy ponad miliard wyświetleń Koreańczyka na koniu i 17 000 !!! wyświetleń Flower Kings - Selfconsuming Fire. ( do zespołu jeszcze wrócę ) Tak więc uważam , że OBOWIĄZKIEM krytyków jest znaleźć jak najwięcej pozytywów, a nie popisywać się erudycją, wiedzą muzyczną , w Ich mniemaniu odwagą i przywalać na lewo i prawo. W taki sposób niszczy się muzykę , muzyków, a na dodatek wahający się , niewyrobiony czytelnik, pod wpływem druzgoczącej recenzji, NIE SIĘGNIE PO PŁYTĘ , nie kupi jej . To za co muzycy nagrają następną ??? Pytam się Was Panowie Krytycy. Wy ją zasponsorujecie ???? !!!!
    Moja żarliwa obrona na tym blogu ostatniej płyty Dreamów wcale nie jest podyktowana fanatycznym uwielbieniem DT. Po ostatnim Ich występie w Katowicach powiedziałem sobie: No , to masz Dreamów z głowy.Są płyty , utwory w ich dyskografii ,za którymi nie przepadam , ale ta płyta akurat mi się podoba. Po jej wysłuchaniu kupiłem bilet i 10 Marca będę na koncercie w Niemczech. Nie zważając na głosy krytyków, a raczej IM na przekór !! Sprawdzę najpierw , a potem wydam ostateczną decyzję. A tu proszę co niektórzy już wiedzą wszystko najlepiej, co najmniej jak członkowie jednego ugrupowania. Krytyka Dreamów przypomniała mi inny zespół, wcześniej wymieniony ,Flower Kings. Ten zespół kocham, uwielbiam i kupuję w ciemno wszystko co robią Oni i wszelkie zespoły wywodzące się z pnia, który stworzył Roine Stolt ( Karmakanik, Tangent, Agents... i co tam jeszcze jest ) Jak tak patrzę w Youtuba i widzę , że What If God Is Alone ma jakieś żałosne 6000 wyświetleń to chcę , żeby ten świat zginął i odrodził się na nowo, jak to w historii Ziemi miało już 3 krotnie miejsce . W takim Transatlantic dla mnie najlepszą robotę robi Stolt i z najgorszego utworu potrafi zrobić perełkę. Wystarczy posłuchać banalny Shine i jego solo od 4:20. Kim jest Stolt i jakie pisze solówki to proszę sobie posłuchać Life Will Kill You. I nie chodzi o biegłość gitarową . Chodzi o feeling i uczucie jakie się z tego utworu wyłania. Specjalnie podaje utwory z tej jednej płyty Paradox Hotel . Właśnie ta płyta została zjechana w Polsce z góry do dołu. I co chcecie powiedzieć dzisiaj ponownie , że to jest słaba płyta ? A utwór Touch My Heaven jest słaby? Jeżeli dalej ktoś tak myśli , to albo ja jestem kiep, albo ten drugi niech się zajmie hodowlą sikieratek bo tylko do tego się nadaje. Posłuchajcie sobie co się dzieje od 3:30. W każdej recenzji na temat płyt FK już od 10 lat czytam jakieś bzdury, że za długa, że wypełniacze , że wtórna,bez polotu,, No przecież tego nie da się czytać. W takich chwilach wszystkich krytyków szczerze NIENAWIDZĘ i wiem co piszę. Płyta The Sum of No Evil , słaba ? Bo nawet żeście jej do końca nie przesłuchali!!!! Wystarczy posłuchać The River i tamtego sola na gitarze , żeby zrozumieć o czym piszę . No i na Youtubie 141 wyświetleń. Tak Panowie Krytycy to Wasza wina, 141 !!!!wyświetleń. Ja wiem , że prawdziwa cnota.... pitu ,pitu. Robicie krzywdę , nie wiedząc o tym, a jeżeli wiecie to....mam nadzieję , że Jezus słucha rocka , bo w piekle gdzie traficie, grają disco polo. Pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  47. Suplement:
    Sugeruję wszystkim, żeby przeczytali sobie historię Genesis. W tej biografii zespołu Tony Banks pisze , że tyle zła ile zrobili zespołowi krytycy muzyczni po wydaniu 2 i 3 płyty nie zrobił zespołowi nikt. Po krytyce obie płyty rozeszły się w Anglii w ilości ok 6000 szt. To co Nursery Crime to jest zła płyta??? Nie, to jest genialna płyta , tylko krytycy byli tak zaślepieni swoim ego , że nie dostrzegli geniuszu jaki czaił się w tych chłopakach. Jeżeli nie macie Panowie patentu na nieomylność to trochę więcej rozwagi i życzliwości proszę. Na szczęście w Belgii i Włoszech , SŁUCHACZE, bo jeszcze nie fani, zaczęli kupować płyty i uratowali zespół. Wytwórnia nie chciała już inwestować w następną płytę. Genesis istnieje dzięki ludziom słuchającym muzyki, warto o tym pamiętać. Wytwórnie zniszczyły by zespół.
    Tak Panowie Krytycy, to nie obłęd przeze mnie przemawia. Obłędem jest krytykować płyty, których po prostu się nie zrozumiało !!!!. Howk.
    P.S.Dzisiaj w Rockserwice.fm słuchałem Bizona, pierwszy raz w życiu. Kiedyś tam napiłbym się z Tobą Żubra, może przed jakimś koncertem ?? No niestety na Riverside się nie da.....prawdę mówiąc , zachodzę w głowę co będzie dalej ?? Tam była chemia między chłopakami..
    Na Dreamach w Polsce to chyba nie :-) , więc może Gilmour we Wrocławiu, albo Wilson w Krakowie ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. aleeee mnie dzisiaj nie było w ro... hmm a nie zaraz, byłem przez jakąś minutę przy prezentacji 'albumu tygodnia' :D zapraszam w piątek o 22 ;)
      pewnie trafi sie jakaś okazja, biorąc pod uwagę, że jezdze na kilkadziesiat koncertow w roku ;) gilmour na pewno, bo bilet jest. z wilsonem sie zobaczy. ale okazji pewnie nie braknie.

      Usuń
    2. Haken 11 czerwca w progresji a 12 czerwca w Gdyni

      Usuń
  48. Łał...
    Ja tylko nieśmiało zapodam, że nie chciałby wiedzieć Multikmicic, co myślą o jakości muzyki wymienionych przez Niego zespołów, koneserzy muzyki operowej... a także miłośnicy klasyki, discopolo czy rapu.
    Nieustanna potrzeba i chęć wartościowania w sztuce jest zupełnie zrozumiała tyle, że niezbyt przydatna, bo nie to dobre, co dobre, tylko co się komu podoba. Na poziomie szkoły podstawowej pisze się wypracowania o wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia i już w liceum wypada wiedzieć, że profesor Bladaczka złe metody stosował i racji nie posiadał a stawianie pytania co autor miał na myśli jest jednakowoż pytaniem bezsensownym, gdyż każda odpowiedź będzie uzurpacją, bo iluż odbiorców, tyleż zdań będzie uprawnionych. Ja wiem, że największa przyjemność jest kiedy wyłowimy z tłumu podobnie myślących i będziemy się swoimi wrażeniami podkręcać i dlatego to nie jest zabronione ;)
    Ale zabronione nie jest także – póki co – posiadanie spojrzenia nawet mocno krytycznego wobec sztuki. I może na tym poprzestanę…

    OdpowiedzUsuń
  49. Cały czas chyba jestem niezrozumiany. Otóż opinia wielbicieli rapu na temat Dreamów jest pewnie taka sama jak moja na jego temat. Nie krytykuję jednak rapu, tylko w milczeniu i z obrzydzeniem go omijam. Co innego wielbiciele klasyki. No , Ci Dreamów symfonicznie to może by przełknęli, chociaż ja nie lubię takich mixów. Klasykę ma grać orkiestra, a rocka zespół. Przecież zamysł , kompozycja , instrumentacja była przewidziana na konkretne wykonanie. Jak już coś jest ,, symfonicznie ,, to zaczyna lecieć mi koniecznością wyrobienia normy z wytwórnią nt. ilości wydanych płyt. Chodzi mi o to, że jeżeli czegoś nie lubię , lub nie rozumiem nie staram się obrzydzać innym. Raczej pokazywać nową drogę. Może tak wytłumaczę. Kiedyś nie mogłem patrzeć na flaczki, dzisiaj uważam je za moją ulubioną zupę. Nikomu nie wmawiałem jednak , że jest obrzydliwa. Dzisiaj natomiast namawiam wszystkich do spróbowania zachwalając smak. Ot i wszystko.
    P.S. Lubiliście Smerfa Marudę? Ja nie.

    OdpowiedzUsuń
  50. Wielce to szlachetna postawa milczeć, nie krytykować. Jest jednak prawem fana rozczarowanie dziełem lubianego twórcy a krytyka wręcz obowiązkiem uczciwie dzieło ocenić. Jasne, że wedle własnych kryteriów, ale czy nie przejmowaliśmy na początku tych kryteriów od Kaczkowskiego i innych? Bizon jest przewodnikiem dla jakiegoś grona i dzięki jego pisaniu uczą się tych kryteriów, wyrabiają sobie zdanie własne i czasem się zgodzą a czasem nie zgodzą ze swoim przewodnikiem.
    Zachowując swoje prawo do pozytywnej oceny, nie możemy odbierać tego prawa do oceny przeciwnej. Krytyczne spojrzenie nie robi krzywdy twórcy ani odbiorcy, zwraca raczej uwagę na słabości dzieła z punktu widzenia konkretnego krytyka, który przecież ma świadomość, że tak twórca jak i odbiorca mają swoje rozumy i wiedzą, co czynią. Mnie osobiście interesuje rzeczowa krytyka, uważam ją za pomocną, poszerzającą często spektrum niuansów do zauważenia. Zdarza się i tak, że przesłuchuję uważniej krytykowane płyty szukając potwierdzenia i bywa, że odkrywam dzięki temu rzeczy wcześniej nie dostrzegane. Najczęściej zdarza się to przy ulubionych twórcach, którzy mają duży kredyt zaufania i przymykamy oko na ich niedoskonałości. No i czasem z żalem trzeba przyznać: kochani, tę płytę sobie odpuściliście, więcej tego nie róbcie…
    W znakomitej większości podzielam oceny Bizona i cieszy mnie, że podobnie postrzegamy dzieła i wręcz oczekuję uczciwej jego krytyki. Robi wg mnie to uczciwie i solidnie i tego właśnie oczekuję.
    Bo Bizon nas ostrzega, uwaga, rozejść się, bo tu puścili bąka….

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krytyk ma także swój gust, ale wyrocznią nie jest i gdyby opierać się na opiniach tychże, to ogrom perełek nie został by zauważony. Tak jak w tym przypadku...

      Usuń
  51. Ja muszę przyznać,że płytą jestem zachwycony.Porusza we mnie ogromne pokłady uczuć,łzy płyną po moichpoliczkach.Może dlatego że jestem prymitywny i nie znam się na niuansach muzyki,ale tak niestety jest.Zapewniam,że moja wypowiedź nie jest sponsorowana.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przybij piątkę. Też czasami myślę , że lepiej odbierać muzykę duchem , atmosferą, a nie rozkładać na czynniki pierwsze. Jak to mówił klasyk: kiełbasę się je, a nie patrzy jak powstaje. To jest nas już dwóch prymitywów. Już niedługo koncert w Bochum , więc zdam relację jak było. Wbrew pozorom , byłem parę razy w Niemczech na koncercie ( m.in. Rush, Transatlantic ) i publika dawała radę.

      Usuń
    2. Rush widziałem w Pradze dawno,dawno temu,niezapomniany koncert!

      Usuń
    3. To byliśmy chyba razem. Zza sceny wyszedł smok i jak nie buchnął ogniem, gorący podmuch czuć było na twarzy .

      Usuń
    4. Kochany,masz rację,dokładnie było tak jak mówisz;wspaniałe przeżycie!!!Co do ostatniego wydawnictwa Dream Theater -słuchałem ostatnio z tekstem-po prostu bomba!!!!A co do opinii;no coż nie każda książka jest dla każdego.Przychlasty niech sobie czytają Arlequina,a dyskutowanie o tym jest bez sensu;gdyż debil sprowadzi ciebie do swojego poziomu,a potem pokona doświadczeniem!Pozdrawiam Sławek.

      Usuń
    5. co Wy, jest nas trzech...;)

      Usuń
  52. Może i nie odkryłem Ameryki , ale wpiszcie sobie na Youtube : Wintergatan - Marble Machine. Szalony człowiek :-)

    OdpowiedzUsuń
  53. No tak Panowie, koncert obejrzałem. Oczywiście ocena jest subiektywna, ale to ja zapłaciłem za bilet i w moim interesie było żeby mi się podobało. A teraz poważnie. Widziałem już cztery koncerty Dreamów, ten piąty był NAJLEPSZY. Z racji rodzaju napisanej muzyki i sposobu jej prezentowania ( koncert na siedząco) chłopcy musieli się postarać. Otóż po raz pierwszy z głośników słychać było czysty , selektywny dźwięk. Nie było tak jak ostatnio w Katowicach, gdzie poszedłem do tylu zamordować akustyka. Dotychczas z głośników leciała kakofonia dźwięków, przesteru , nie wiedziałem czego słucham. Tym razem nie było miejsca na dzwiękowa improwizację. Koncert musiał być czysty bo i publiczność nie przyszła po to żeby skakać, ale po to żeby słuchać. Z drugiej strony trochę mi tego szaleństwa pod sceną brakowało. Trochę to nie pasuje do tego Zespołu. A La Brie. Słuchajcie , jak przednio chciałem , żeby Dreamy zamieniły sie w Liquid Tension, tak wierzcie mi kamień spadł mi z serca. Jasne , że było parę nieczystości, ale jak Serek miał u mnie na żywo 2/10 , tak tym razem miał mocne 7. Czy czegoś mi zabrakło ? Tak , magii. Po ostatnim koncercie Wilsona, doświadczyłem czegoś metafizycznego, cudownego. Tutaj tego nie było. Może to jest tak ,że materiał dla wokalisty jest tak trudny i technicznie i objętościowo, a na dodatek La Brie świadom swoich ograniczeń spina się. Temu zespołowi brakuje na koncercie lidera, jakim był kiedyś Portnoy. Petrucciego nie widać zza brody, La Brie sztywny, Rudes schowmanem nie będzie. Niestety dla mnie za mało emocji pozamuzycznych. Odbieram to niestety tak , że Panowie mają zadanie do wykonania i przyjechali do pracy. Wiek niczego tu nie tłumaczy, bo wystarczy zobaczyć co na scenie robi Anderson z Jethro Tull i wszystko jasne. Koncert muzycznie kapitalny i daje mu 8/10. Jak wspominałem zabrakło szaleństwa, ale i tak byłem oczarowany.
    Jeżeli przyjadą do Polski pewnym jest , że jeden bilet sprzedadzą na pewno. Polecam!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda,że trasa nie uwzględniła Polski!

      Usuń
  54. Samo nazwanie się muzycznym zbawiccielem świata,sugeruje że jesteś,przemądrzał co ni znaczy mądry.I widać ze Twoje znawstw muzyczne, jest płytkie. Ariel

    OdpowiedzUsuń
  55. Ojej, dziękuję za tę wspaniałą analizę psychologiczną od osoby, która w życiu nie zamieniła ze mną pół słowa i nie potrafi poprawnie napisać jednego zdania po polsku. Przejąłem się. Bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  56. Bizon, pisałeś coś o SOUTHERN EMPIRE ?? Dzisiaj dotarłem w końcu kto jest następcą nieodżałowanej UNITOPII , jednego z najlepszych zespołów XXI wieku, dla mnie. A jeżeli pisałeś to mam nadzieję , że tylko pozytywnie. W przeciwnym wypadku........za piwo płacisz TY

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie pisałem. nazwę kojarzę, ale szczerze powiem, że albo nic nie słyszalem, albo nie potrafię z niczym teraz skojarzyć. się sprawdzi :)

      Usuń
    2. Miltikmicic, Southern Empire to bardzo fajny wynalazek, chłopaki grają naprawdę ambitną muzykę. No i to o czym wcześniej pisałeś : nie wiem jak na YT, ale na Last.fm mają 300 słuchaczy...? Ale pomijając, włącz proszę przy okazji Forest Fire, 3:07 : 3:50,i powiedz, czy masz jakieś skojarzenia. Ja ilekroć słucham, mam tylko jedno ;)

      Usuń
    3. Wow... zapoznałem się z Unitopia (wcześniej ich nie znałem), konkretnie z płytą Garden... i zakochałem się (zwłaszcza w kawałku Jorney's Friend). Świetna muza. Dzięki

      Usuń
    4. Posluchalem na YT to co jest i dla mnie jest to rozczarowujace. Popowe i bez głębi i elegancji Unitopii. Ten wokalista, wyglądający jakby był przebrany za Klausa Meine, do piet nie dorasta Markowi jak-mu-tam 😉

      Usuń
  57. Internet to potęga. A to ?? Karibow - Holophinium

    https://www.youtube.com/watch?v=5jaluQjdBZc

    OdpowiedzUsuń
  58. Haken - czy mieści się w sferze zainteresowań Bizona?
    Chętnie przeczytam recenzję, tym bardziej, kiedy to nie jest ulubiony gatunek, bo zachować obiektywizm i właściwie ocenić muzykę nie ze swojej bajki to sztuka trudniejsza, niż pisać o ulubionych. Oczywiście, że nie ma obowiązku wszystkiego dotykać.
    Ja np. czekam na nowego Lee Abrahama, Steve Thorne'a, Big Big Train (From Stone & Steel już smakuję, ale za chwilę będzie Folklore). Mam już Haken obsłuchany, ale nie będę sugerował...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mieści się częsciowo ;) tzn. kiedyś usłyszałem coś, co mi sie bardzo spodobało, potem ostatnia płyta jednak troche mnie rozczarowała. nowej nie słyszałem jeszcze. to nie jest do końca 'moja' muzyka, ale to zależy od nastroju. big big train też mi sie kiedys z jakimis kilkoma kawałkami spodobalo, ale nie śledziłem dokladnie. na pewno jednym i drugim się w miare mozliwosci zainteresuje :)

      Usuń
    2. Moim zdaniem ich najlepsza płyta 😎

      Usuń
  59. Dziękuję za odpowiedź.
    Oczywiście, ja także w zależności od nastroju słucham różnych rzeczy. Zauważyłem, że dziwnie się składa, iż w zasadzie wszystko w czym udział bierze Nick d'Virgilio mi się podoba. Od kiedy opuścił Spock's Beard, które obniżyło loty, to udziela się u różnych wykonawców i pokazuje niesamowitą grę wszędzie. Bardzo mi się podoba jego sposób gry i wyrafinowanie. Po za tym potrafi wpisać się stylistycznie w każdy rodzaj grania, no niesamowity gość...
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  60. Wczoraj z pewnym opóźnieniem zabrałem się za nowy Haken.Słuchawki na uszy i dalej wycinać gałęzie przy sosenkach w ogrodzie. Rzeczywiście bardzo fajna płyta , może nie wybitna, ale mnie absolut zawsze męczy, w sensie rozwala emocjonalnie. Takie Awaken na przykład. W utworze Lapse wyłapałem takie mini 20 sekundowe solo na klawiszach. Coś w stylu Georga Duka, albo Gino Vanelliego. Jak ja ku....tęsknę za jazz-rockiem.Kto tak dzisiaj gra ??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja się jakoś tak do końca do Haken całościowo przekonać nie mogę. Niby grają fajnie, ale nie powala mnie to - nie czuję po słuchaniu ich płyt, że właśnie przejechało po mnie coś, co zostanie ze mną na dłużej. trochę podobnie mam z tą nową płytą, ale o tym pewnie za kilka lub kilkanaście dni.

      Usuń
    2. I zgoda, że płyta nie jest z tych 10/10, ale jak pisałem czasami wystarczy mi dobre danie , nie zawsze musi być wykwintne. Potęga też może przygnieść. Mnie wystarczy na razie 1985 i Bound by Gravity , który przesłuchałem dzisiaj z 20 razy. Dobra piosenka na listopadowy wieczór. To mi wystarczy. Płytę zamówiłem. Zawsze mam nadzieję, że dzięki kupnie oryginału jedna z nut na następnej płycie będzie moja.

      Usuń
    3. Dla mnie ta płyta to 11/10
      Chociaż nie jestem do końca obiektywny bo jestem ich wielkim fanem

      Usuń
    4. Zawsze wolę ludzi pokroju 11/10 niż takich co dają 2/10, w szczególności jeżeli opinia dotyczy rzeczy na poziomie. Pozdrawiam serdecznie.
      P.S. Polecam IQ - The Road Of Bones koniecznie z płytą bonusową. Wg Twojej klasyfikacji to powinno być 12/10 :-)

      Usuń
    5. Zgadza się, płyta mega, robi wrażenie :)

      Usuń
  61. Bizon, jak tam Gilmour we Wrocławiu ??

    OdpowiedzUsuń
  62. Dawno, dawno temu, tak dawno że to pewnie nieprawda wpadł w moje ręce album Megadeth zatytułowany "Risk". Miałem co do niego DOKŁADNIE takie same odczucia, jak Ty do Astonishing. Wtedy. Bo teraz "Risk" to obok "United Abominations" mój ulubiony album Rudego :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mam słabość do Risk od zawsze ;) pamiętam, że krótko po premierze kupiłem kasetę. to była moja pierwsza kaseta/płyta Megadeth (pomijając dwie stare taktowskie po bracie). do tej pory bardzo lubie. o the astonishing zdania nie zmienilem przez 9 miesiecy ani troche :P

      Usuń
    2. Może potrzeba więcej czasu. Jak dla mnie Petrucci i spółka odwalili kawał dobrej roboty chociaż faktem jest - Six degrees... nic nie przebija.

      Usuń