wtorek, 13 listopada 2018

Bohemian Rhapsody [2018]


To musi być jeden z najgłośniejszych tegorocznych filmów i prawdopodobnie jeden z najbardziej wyczekiwanych obrazów wszech czasów, jeśli chodzi o biografie artystów rockowych. Temat jak marzenie, bo niewielu swoim życiem zapewniło filmowcom tyle materiału. 27 lat po śmierci lidera Queen do kin wchodzi biografia grupy – Bohemian Rhapsody. 20th Century Fox z reżyserem Bryanem Singerem (zanim go wywalono) i pod czujnym okiem muzyków Queen – Briana Maya i Rogera Taylora – stworzyli disneyowską opowiastkę o życiu jednego z najbardziej ekscentrycznych i kolorowych herosów rocka. Z jednej strony rozumiem taką decyzję – to film, na który w zasadzie można pójść całą rodziną bez narażania się na niewygodne pytania nastoletnich dzieci i bez obawy, że o piątej rano dnia następnego wraz z drzwiami wejściowymi wpadną do domu antyterroryści, żeby w asyście pomocy społecznej odebrać zdeprawowane pociechy. Obraz ten niewątpliwie sprawi, że kolejne pokolenie dowie się, kim był Freddie Mercury i jakiś procent młodych ludzi zakocha się w muzyce tej grupy być może szybciej, niż gdyby ten film nigdy nie powstał. Ale przesłodzono. Te sceny z pojednaniem się rodziny przed Live Aid, te zbliżenia na miny muzyków na scenie, wpadających niemal w ekstazę jak panie w reklamach jogurtu tuż po wsadzeniu łyżki do ust… No i ten obowiązkowy morał walący po oczach – wokalista zaczyna coraz bardziej wierzyć w siebie, źli ludzie dookoła podpowiadają mu, żeby kopnął pozostałych w dupę i sam był panem swego losu, on daje się im namówić, za karę dotyka go straszna choroba i traci przyjaciół, ale mądrzeje w porę (no, powiedzmy…), przeprasza, zostaje ponownie przyjęty do rodziny i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. No, poza nim… I pewnie dałoby się to przełknąć, gdyby faktycznie tak było.

Odpuszczę sobie całą historię powstania tego obrazu, bo jest długa, zawiła i była przerabiana w mediach milion razy. Przejdźmy do konkretów. Bohemian Rhapsody jest kinem familijnym. Jeśli ktoś spodziewał się opowieści trzymającej się faktów, to niestety mocno się rozczaruje. Twórcy filmu wybrali sobie pewne zdarzenia z historii Queen i biografii Mercury’ego, wymieszali je, dopisali sobie kilka swoich i stworzyli z tego obraz, który ma zwabić przed wielki ekran tłumy. No cóż, sądząc po frekwencji w kinach (pomijając polską prowincję, która decyzją dystrybutora filmu nie obejrzy…) i szacowanych zarobkach – udało się. Zanim jednak skupię się na dłużej na samej opowieści, chciałbym poświęcić chwilę kilku kwestiom. 

Aktorzy. Wszyscy siłą rzeczy zwracają uwagę na Ramiego Maleka, ale dla mnie absolutnie najlepiej dobranym odtwórcą roli muzyka Queen jest Gwilym Lee wcielający się w Briana Maya. Może nie jestem obiektywny, bo z całej głównej czwórki tylko jego wcześniej znałem jako fan Morderstw w Midsomer, ale według mnie przygotował się do swojej roli fantastycznie. Nie chodzi tylko o podobieństwo fizyczne, które przecież do pewnego stopnia jest dopieszczane przez charakteryzatorów. Chodzi o sposób poruszania się i mówienia. Naprawdę można by się założyć, że podkładano głos prawdziwego Briana. Malek z imitacją ruchów i mowy Freddiego też poradził sobie całkiem dobrze, choć niestety trudno odwrócić uwagę od tej fatalnej protezy, którą go uszczęśliwiono. Ja wiem, że Mercury miał kompleksy związane ze swoimi zębami, ale serio – nigdy oglądając teledyski czy koncerty Queen nie zwracałem na nie uwagi. Tu walą po oczach w każdej scenie. Przegięli. Przez to i mowa lekko ucierpiała. Choć głos i sposób artykulacji niby podobny, miałem wrażenie, że Malek sepleni przez to ustrojstwo, które wepchnięto mu do ust. Przecież to nigdy nie było aż tak widoczne u Mercury’ego! Fizycznie lepiej się sprawdza jako młody Freddie. W latach 80. wokalista trochę zmężniał, natomiast Malek na Live Aid przypomina niezgrabnego, chuderlawego kurczaka. Joseph Mazzello w roli Johna Deacona raczej nie rzuca się w oczy (czyli zupełnie jak pierwowzór), ale w kilku sytuacjach ewidentnie było widać podobieństwo. Kompletnie przestrzelono natomiast według mnie z Benem Hardym grającym Rogera Taylora. O ile pozostałą trójkę można było bez problemu dopasować do oryginału dzięki charakteryzacji lub mowie, o tyle Taylor w wersji filmowej Taylora prawdziwego nie przypomina ani fizycznie, ani mową czy gestykulacją. Mam wrażenie, że twórcy i producenci filmu (czyli w zasadzie także sam Taylor) uznali, że zamiast silić się na oddanie podobieństwa, wystarczy uwiesić mu na ramionach panienki w każdym ujęciu i na tym to całe podobieństwo będzie się opierać. Niewątpliwie sympatię wzbudza Lucy Boynton w roli Mary Austin, co nie wiem, czy jest najlepszym pomysłem, bo Mary to postać mocno dzieląca fanów. Tu przedstawiono ją w bardzo korzystnym świetle, co zresztą jest nawet dość zaskakujące, biorąc pod uwagę jej niezbyt przychylne wypowiedzi na temat muzyków Queen po śmierci Mercury’ego.

To, co słychać i to, co widać. Muzyka  musi być na najwyższym poziomie, w końcu mamy do czynienia z filmem o jednym z najwybitniejszych zespołów w historii. Oczywiście to w dużej mierze zestaw największych przebojów, ale miło, że znalazło się miejsce choćby na Doing All Right – nagrane zresztą na potrzeby filmu od nowa przez oryginalny skład Smile. Dodatkowe brawa za ciekawy pomysł z intrem 20th Century Fox. Również dla oka jest to film całkiem miły. Raczej nie silono się na przedmioty „z epoki”, co zresztą ułatwiał choćby wystrój domu Mercury’ego, zdominowany przez stare meble. Do tego prawdziwego domu twórcy niestety wstępu nie mieli, bo wspomniana Mary Austin, która mieszka w nim od 27 lat, ekipy wpuścić nie chciała, ale z relacji przyjaciół Mercury’ego a także nielicznych prywatnych filmików krążących po sieci można ułożyć w głowie obraz tego, jak wnętrze Garden Lodge wyglądało i myślę, że oddano to całkiem celnie. Na pewno nieco dają po oczach wygenerowani komputerowo widzowie na Live Aid, ale nie jest to coś, co psułoby odbiór całości. Momentami można odnieść wrażenie, że oglądamy dwugodzinny teledysk, ale skoro to biografia grupy rockowej, to także to jestem w stanie wybaczyć. Oczywiście nie można nie wspomnieć o bardzo długiej sekwencji z Live Aid. Podobno na potrzeby wersji reżyserskiej odtworzono całość występu Queen. W wersji kinowej mamy obszerne fragmenty, które i tak robią wrażenie, bo to odważny i rzadko spotykany zabieg, by tak szczegółowo przedstawić czyjś występ.

Elementy komediowe. Te zapewniają głównie Mike Myers i koty. Oczywiście im ktoś więcej wie o zespole, tym więcej wyłapie ciekawostek i smaczków, które w pewnym sensie też do tych elementów komediowych można zaliczyć. Uważni widzowie (lub po prostu ci, którzy zdążyli już o tym przeczytać) wyłapią nawiązania w kwestiach postaci granej przez Myersa do jego innej roli, także związanej z Queen, zauważą Adama Lamberta w roli wąsatego tirowca, nie ujdzie ich uwadze także nagły najazd na dwójkę pokazywanych wcześniej kilka razy w tle ziutków siedzących na rusztowaniu podczas Live Aid. Choć oficjalnie nie potwierdzono nigdzie, że to May i Taylor, byłbym bardzo zdziwiony, gdyby było inaczej. Tym bardziej, że obaj byli na planie w trakcie kręcenia tych scen. Fani rozpoznają też fragmenty wypowiedzi Mercury’ego z różnych wywiadów, wsadzane w jego usta w kilku sytuacjach pokazanych w filmie. To oczywiście mało ma wspólnego ze sztywnym trzymaniem się faktów, ale jest zabiegiem według mnie dopuszczalnym i w sumie nawet wyszło całkiem udanie. Uważam, że ten aspekt filmu wyszedł dobrze. Jest na luzie, czasem można wyłapać mrugnięcie do fanów, uśmiechnąć się, ale bez bycia zasypywanym humorem na każdym kroku.

Jako fan Queen od ponad ćwierćwiecza i ktoś, kto – jak sądzę – wie sporo o tym zespole, mogę przymknąć oko na wiele drobiazgów i uznać, że to czy tamto zostało zmienione, bo tego wymagała płynność akcji lub po prostu wszyscy poza fanami będą mieli gdzieś pewne szczegóły. Poza tym dokładniejsze przedstawienie pewnych kwestii wymagałoby zrobienia serialu na osiem czy dziesięć odcinków w stylu Netflixowskich produkcji. Nie przeszkadza mi zatem jakoś bardzo, że Mercury poznaje Briana i Rogera w momencie rozpadu Smile, mimo że przecież znali się od dawna, a Freddie był kumplem ich wokalisty. Nie przeszkadza także historia poznania zarówno Mary jak i Jima, mimo że niewiele się w obu przypadkach zgadza. Nie będę się jakoś szczególnie czepiał tego, że na pierwszej amerykańskiej trasie zespół gra Fat Bottomed Girls, które przecież powstało dopiero pod koniec lat 70. Już nawet pieprzyć te wąsy przy nagrywaniu We Will Rock You, choć doprawdy nie wiem czemu umiejscowienie tego we właściwym miejscu w historii i przesuniecie w filmie pięć minut wcześniej miałoby być tak wielkim problemem dla twórców. Przełknę także pewne uproszczenia w relacjach i rozstaniu z menedżerem czy stworzenie fikcyjnej postaci bonza z wytwórni płytowej, który nie chce zgodzić się na wydanie Bohemian Rhapsody na singlu, a także potraktowanie po łebkach motywu z Kennym Everettem, który przecież odegrał olbrzymią rolę w sukcesie singla. Już nawet nie zamierzam się szczególnie czepiać tego, że muzycy wpadają sobie na genialne motywy muzyczne tak łatwo, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czemu sam nie zarabia milionów, skoro to takie proste jak w tym filmie. W porządku. Rozumiem. 15 lat w dwie godziny.

Te wszystkie drobiazgi naprawdę mogę przełknąć, bo one nie mają w zasadzie żadnego znaczenia. Ale to, co zrobiono z całą otoczką Live Aid, przypomina mi obecne pisanie na nowo życiorysu dzielnych braci K. stojących na czele walki o demokrację w latach 80. Oczywiście największą bzdurą jest rozpad zespołu przed Live Aid i kilkuletnia przerwa w działalności, podczas gdy w rzeczywistości ledwie dwa miesiące przed tym koncertem panowie skończyli trasę promującą The Works! Powrót zespołu po wielkiej kłótni i obrażaniu się na Freddiego za nagrywanie solo jest zatem kompletną bzdurą. Przecież nie było żadnego tematu rozpadu w związku z karierą solową. Ba, on nawet nie był pierwszym członkiem zespołu, który zaczął nagrywać na boku. Nie był nawet drugi! Taylor nagrał pierwszy solowy album na początku lat 80., a May w 1983 roku wypuścił swoją EP-kę. I jeszcze diagnoza, która według wszelkiego prawdopodobieństwa i relacji najbliższych miała miejsce dobre dwa lata po Live Aid, co oczywiście w kontekście filmu ma KOLOSALNE znaczenie. Do tego implikowanie, że przed wyjściem Queen na scenę cała impreza była totalną klapą finansową i nagle cudownie w trakcie ich koncertu kasa zaczęła tryskać w stronę Geldofa wszystkimi otworami. Ja naprawdę rozumiem, że twórcy filmu chcieli zrobić z Live Aid kluczowe wydarzenie, wokół którego budowali akcję. Nie byli zresztą pierwsi, bo do pewnego stopnia na podobny zabieg zdecydował się kilka lat temu Mark Blake w Królewskiej historii, którą zresztą miałem przyjemność tłumaczyć (autoreklama… a przy okazji – tytuł to nie mój wymysł, więc nie będę przepraszał). Ale do ciężkiej cholery – czy naprawdę trzeba było tak zmyślać, żeby mieć jakiś punkt zwrotny, wielkie wydarzenie w historii tego zespołu lub życiu samego Mercury’ego? Czy jego życiorys – ten prawdziwy, a nie stworzony przez ekipę filmową – nie jest wystarczająco fascynujący sam w sobie?

Bohemian Rhapsody to moralizatorska bajeczka częściowo oparta na faktach. Dobrze się to ogląda, jest zabawnie, jest momentami wzruszająco, jest świetna muzyka, trochę humoru, są mniej lub bardziej znaczące mrugnięcia okiem w stronę fanów, którzy znają biografię Mercury’ego i historię grupy. Tyle że mam wrażenie, że to nie jest film skierowany do fanów, a raczej do tych, którym w temacie Queen w zupełności wystarczy posiadanie zestawu Greatest Hits albo nawet odsłuchanie czterech czy pięciu najbardziej oklepanych numerów w komercyjnych stacjach radiowych. Nieścisłości i zwykłych kłamstw / bajek jest tu tyle, że fani mający jakiekolwiek pojęcie w temacie po prostu będą momentami kręcili głową z niedowierzaniem, jako i ja kręciłem. Ale dobrze w sumie, że ten film powstał. Oczywiście idealnie byłoby, gdyby za kilka lat powstał kolejny, tym razem bez koloryzowania i tak niezwykle bujnego życiorysu i bez dokładania dramatów w biografii, która wolna od tych dramatów wcale nie była. Chciałbym doczekać mroczniejszego obrazu, który przedstawiałby rzetelnie początki grupy (a może i czasy przed jej powstaniem) czy szalony okres monachijskich imprez w latach 80., albo wnikał w psychikę muzyków zespołu od drugiej połowy lat 80., bo przecież był to także dla pozostałej trójki czas niezwykle trudny. Ale takiego filmu prawdopodobnie nigdy się nie doczekamy, bo żeby jego stworzenie miało sens, musiałaby pojawić się w nim muzyka Queen. A na to zgody Maya i Taylora nie będzie, jeśli film nie będzie cukierkowym obrazkiem dla całych rodzin.



--
Zapraszam na prowadzone przeze mnie audycje Lepszy Punkt Słyszenia oraz Purple FM w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 i sobotę o 19
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji

4 komentarze:

  1. Dobrze napisane, ale dzieci do kin nie wezmą, przynajmniej nie w Polsce, bo homopropaganda...

    OdpowiedzUsuń
  2. wiesz, znam przynajmniej kilka osób, które z dziećmi się wybrało lub wybiera, takimi powiedzmy 12-14 lat, a może i by poszli sami, gdyby film był 'mocniejszy', więc różnie to bywa :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem pod wrażeniem, dużo serca tu widać. Ja owszem Queen doceniałem, ale daleko mi do bycia fanem, inne muzyczne rejony były dla mnie ważniejsze. Życiem rockowych artystów pasjonowałem się średnio, ważniejsza była muzyka, silniej poznawałem chyba tylko Franka Zappę, którego uwielbiam za inteligencję i dowcip. No i oczywiście za muzykę!
    Czytałem jakieś echa premiery Bohemian Rhapsody, przeważnie wyrażające rozczarowanie, choć takie bardziej ogólne, a tu widać kompetencje.
    Queen powinni cieszyć się z takiego fana :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nigdy nie byłem fanem Queen, ciągle mi się wydawało że za bardzo zbliżali się do granicy kiczu, i tak naprawdę nie grali rocka tylko wariację na jego temat, ale może to wina ostatnich płyt na których Freddy uskutecznił swoje ciągoty do popu, a reszta towarzystwa się na to zgodziła. Nie rozumiem też nagłego wzrostu popularności Queen po śmierci Mercury'ego w rozgłośniach komercyjnych - do dzisiaj Queen pojawia się tam codziennie, a takie Budgie z fajniejszymi utworami, np. tymi z lat 80-tych, nadającymi się świetnie do radia, nie pojawia się wcale. Moim zdaniem popularność Queen jest mocno rozdmuchana i przerasta znacznie ich faktyczne dokonania, a bazuje na chwytliwej medialnie, barwnej postaci Freddy'ego.

    OdpowiedzUsuń