niedziela, 21 maja 2017

Soup - Remedies [2017]



Przyznam, że zespół Soup był mi kompletnie nieznany do niedawna. Pierwszy raz obili mi się o oczy, kiedy okazało się, że okładka ich nowej płyty dość mocno przypomina zdjęcia z niedawnej sesji Stevena Wilsona. No cóż, nie jest to przypadek, bo zdjęcia robił ten sam człowiek, czyli Lasse Hoile, w dodatku w podobnym czasie. Gdy czytałem o tej grupie, przemknęła mi także informacja, że przy wcześniejszym materiale jako producent z zespołem pracował gitarzysta bardzo lubianej przeze mnie grupy Motorpsycho. To wystarczyło, żeby wzbudzić pewne zainteresowanie, choć skłamałbym, gdybym powiedział, że czekałem na najnowszą płytę Soup zatytułowaną Remedies. Odsłuchałem ją też w zasadzie nieco przypadkowo, bo akurat link do odsłuchu trafił się, gdy zastanawiałem się, co właśnie włączyć. Spróbuję – czemu nie? Do płyty Remedies podszedłem bez żadnych oczekiwań, ale i bez uprzedzeń – kartka najbielsza z możliwych, bo było to moje pierwsze zetknięcie z ich twórczością. Jak ja lubię takie przypadki! Trafianie na takie albumy to najlepsze, co może spotkać człowieka poszukującego nieustannie ciekawych płyt. To nagroda za to, że nie bierze się tylko tego, co proponuje mainstream, ale grzebie się głębiej.
 
Remedies podzielone jest na dwie części, a za przerywnik między nimi uznać można instrumentalną miniaturkę Audion, w całości opartą na brzmieniu organów kościelnych. Zanim jednak dojdziemy do tej krótkiej kompozycji, mamy 20 minut muzyki podzielonej na dwie kompozycje. Muzyki opartej w dużej mierze na rockowej konwencji, ale zrobionej w bardzo subtelny, wysmakowany sposób. Going Somewhere brzmi początkowo jak coś, co mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie Foo Fighters, choć spokojniejsze fragmenty, które zgrabnie przeplatają się z motywami bardziej dynamicznymi, nadają tej muzyce jednak nieco inny wymiar. Dzięki temu daleko jej do typowego rockowego łojenia (które oczywiście też bardzo lubię). A to i tak najbardziej dynamiczny numer na płycie. The Boy and the Snow to kilkanaście minut muzyki w kapitalnym, nieco filmowym klimacie. Wyobraźcie sobie Sigur Rós przyprawione rozmachem muzyki filmowej. Choć zanim do tego rozmachu dochodzimy, mamy kilka minut fantastycznego, nieco sennego, bardzo wysmakowanego grania, w którym świetną robotę wykonują instrumenty klawiszowe. Klimat budowany jest powoli, zespół stopniuje nam wrażenia, a wejście mocniejszego motywu w czwartej minucie naprawdę wywołuje ciarki. Spokojniejszy fragment, który rozpoczyna się w połowie kompozycji, brzmi obłędnie. Jeśli lubicie klimaty wczesnych Floydów z pierwszych lat Gilmoura w zespole, będziecie zachwyceni. Świetnie w tym wszystkim odnajduje się wokal – niski, spokojny, nieforsowany, bardzo przyjemny w brzmieniu.

Już jest znakomicie, a po wspomnianym Audion czeka nas drugie tyle, znowu podzielone na dwa numery. I to chyba w jeszcze lepszym wydaniu. Sleepers od początku czaruje pięknym, nieco sennym klimatem, a po kilku minutach zaczyna hipnotyzować w stylu Echoes czy Again. Z każdą minutą robi się coraz intensywniej w klasycznie psychodelicznym wydaniu. Przy tym wszystkim cały czas najważniejsza jest melodia, która ani przez moment nie ginie wśród tajemniczych odgłosów tła. I choć wszystkie utwory na tym albumie tworzą znakomitą całość, to wspomnieć muszę, że najlepsze panowie jednak zostawili na koniec. Nothing Like Home szybko wyrasta na jedną z najlepszych według mnie kompozycji, jakie wydano w 2017 roku. Od pierwszych sekund wprowadza w błogi klimat i zachwyca kunsztem wokalno-instrumentalnym oraz pomysłem na wykorzystanie prostych środków do stworzenia czegoś, co brzmi – nie przesadzam – magicznie! Druga, instrumentalna część to absolutne mistrzostwo świata w tworzeniu pięknych melodii. Buja tak cudownie, że naprawdę sztuką jest nie włączyć tego utworu ponownie chwilę po tym, jak wybrzmiewa ostatnia nuta.

Znakomitych płyt wychodzi wiele. Bardzo często określam jakiś album mianem „jednego z ulubionych”. Najczęściej oznacza to, że taka płyta należy do 40 może 50 krążków w roku, które zwróciły moją uwagę w stopniu większym niż reszta. O płycie grupy Soup mogę napisać tyle, że w tym momencie (czyli dobrze za połową maja) jest to prawdopodobnie mój ulubiony album 2017 roku. Nie jeden z 50. Absolutna czołówka. Już kilka płyt w tym roku naprawdę mnie zachwyciło, a Remedies z każdym kolejnym odsłuchem utwierdza mnie w przekonaniu, że to krążek wyjątkowy, magiczny i z absolutnie najwyższej tegorocznej półki. Oczywiście trudno mi wyrokować w tym momencie, czy płyta ta za siedem miesięcy zajmie w moim rankingu pierwsze miejsce, ale jestem przekonany, że będzie w nim bardzo wysoko. Jeśli bliskie są wam klimaty wczesnych Floydów już z Gilmourem albo na przykład co odważniejszych muzycznych eskapad Procol Harum czy późniejszego Opeth i Storm Corrosion, a do tego z nutką sigurowskiego post-rocka, to płyta Remedies jest dla was pozycją obowiązkową. W zasadzie to jest nią bez względu na to jakie klimaty w obrębie rocka są wam bliskie.

1. Going Somewhere (8:13)
2. The Boy and the Snow (11:32)
3. Audion (2:07)
4. Sleepers (13:35)
5. Nothing Like Home (6:43)



Blog dorobił się profilu na Facebooku ;)

--
Zapraszam na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 (powtórki w niedziele o 14)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji
Zapraszam też na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

3 komentarze:

  1. Staram się unikać skojarzeń, szukam oryginalności. Czasem owszem, narzuca się porównanie, ale najczęściej znajduję drobne, ale istotne różnice, które każą owe skojarzenia trzymać na wodzy. Tak, to naprawdę dobra płyta i może podsuwać obrazki z pamięci, ale jest wystarczająco wciągająca, by się niczym nie przejmować, tylko słuchać, słuchać, słuchać...

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie mogę się oderwać od tej płyty. Żadne z Twoich skojarzeń mi do głowy nie przyszło, ale mam jedno swoje, chwilami nieodparte: Alan Parsons Project i momentami trochę Cosmograf, trochę Sound of Contact... Jednak to jest wszystko świadome i wysmakowane granie. Dzięki za tę płytę.

    OdpowiedzUsuń