piątek, 21 września 2018

Riverside - Wasteland [2018]


Grupa Uriah Heep twierdziła ponad 40 lat temu w jednej ze swoich kompozycji, że „nie da się stłamsić dobrego zespołu”. Wiedzieli, co mówią, choć największe wyzwania i tragedie (a trochę ich się im trafiło) były jeszcze przed nimi. Dziś podobny podpis można umieszczać pod zdjęciem zespołu Riverside. Tria. Może trochę to trio oszukane, bo przecież i na żywo, i w studiu w wielu momentach wspomagane przez przyjaciół, ale trio. Nic dziwnego, że grupa zdecydowała się na swoim nowym albumie zagłębić w tematykę post-apokaliptyczną – tak w zakresie tekstów, jak i oprawy graficznej (to zresztą jedna z moich ulubionych okładek, jakie Travis Smith wykonał dla polskiej formacji – dotyczy to zarwno okładki płyty jak i towarzyszących jej singli). W końcu przeżyli „koniec świata”, po którym niepewnie wychodzili z bunkra na powierzchnię, by sprawdzić, czy po tym „końcu świata” da się stworzyć nowy świat, niekoniecznie taki sam, ale może równie dobry. Wasteland jest pierwszą prawdziwą próbą i fascynującym dokumentem powracania do normalności. Z szacunkiem do przeszłości, ale bez ciągłego jej rozpamiętywania.

Wasteland to w pewnym sensie płyta pierwszych razów i powrotów. Skrzypce to jedna z nowości, choć nie powinniśmy być zbyt mocno zaskoczeni – był już saksofon, to niby czemu nie skrzypce? Te – obsługiwane przez Michała Jelonka – można usłyszeć w Lament. Powiew świeżości pojawił się także w kwestii wokali. Jak zdradził Mariusz Duda, w ostatnim czasie zdecydował się na pobieranie lekcji śpiewu – głównie z myślą o większym „bezpieczeństwie” koncertowym, jednak nie da się ukryć, że przeniosło się to także do pewnego stopnia na nagrania studyjne. Śpiewa wszechstronnie, prezentując chyba najszerszą gamę swoich wokalnych „wcieleń” z dotychczasowych albumów grupy. Świetnym tego przykładem jest najspokojniejszy numer na płycie, Guardian Angel, w którym – gdyby dodać jeszcze paczkę (albo kilka) fajek i setkę (albo kilka) wódy – wyszedłby głosowo Leonard Cohen. Dawno nie słyszałem Mariusza śpiewającego tak odważnie niskim głosem, choć na pewno do głowy przychodzi In Two Minds (zwrotki) z debiutu, gdzie jednak mieliśmy taką trochę pół-szeptankę. Uwagę zwracają także pojawiające się okazjonalnie naleciałości folkowe, tak w warstwie wokalnej, jak i instrumentalnej. Już sam wstęp do płyty – The Day After – brzmi niczym jakaś mroczna folkowa przyśpiewka (efekt „znikania” wokalu gdzieś w dźwiękowej otchłani sprawdził się idealnie – a przy okazji sama linia wokalu skojarzyła mi się z Otherwhere z drugiej płyty Lunatic Soul, choć być może słyszę rzeczy, których nie ma), a przecież choćby we wspomnianym już Lament słychać momentami te folkowe wpływy także w muzyce.

Powrotem jest na pewno oparcie kilku numerów na dźwiękach gitary akustycznej. Z kolei w pewnym sensie nawiązaniem do częstych dla zespołu długich, rozbudowanych numerów z naciskiem na warstwę instrumentalną jest The Struggle for Survival, choć to zupełnie inny klimat niż w podobnych instrumentalnych (lub niemal w całości instrumentalnych) kompozycjach z czasów trylogii Reality Dream. Mam wrażenie, że tym razem zespół mniejszą wagę przyłożył do ciężaru i prób powalenia słuchacza dynamiką, a większą do klimatu i spokojnego rozwijania motywów, ale jednocześnie trzeba zauważyć, że kompozycja w drugiej połowie rozkręca się (to zdecydowanie moment dla tych, którzy chcieliby mocniejszych nawiązań do początków zespołu na nowej płycie) i tej dynamiki oraz ciężaru mamy więcej, choć są one sprawnie mieszane z fragmentami mniej gęstymi aranżacyjnie.

To zresztą kolejna cecha tej płyty, o której warto wspomnieć. To w pewnym sensie album muzycznych kontrastów, na którym motywy spokojne, dość lekkie, oparte na brzmieniach akustycznych lub pół-akustycznych, są często przeplatane mocniejszymi uderzeniami dźwięku, co było słychać już w pierwszym singlu – Vale of Tears. Są też kontrasty tekstowo-muzyczne. Linia wokali na początku River Down Below brzmi niemal niczym z dziecięcej rymowanki, co sprawia, że słowa „I’m sorry, I’m dying on the tree” robią jeszcze większe wrażenie. Zamykający płytę fortepianowy numer The Night Before to w pewnym sensie kolejny kontrast – wywołuje obraz pewnego spokoju i bezpieczeństwa pośród szaleństwa i grozy świata zewnętrznego. Ten koniec płyty kojarzy mi się z ostatnimi fragmentami Shrine of New Generation Slaves i Love, Fear and the Time Machine, czyli dwóch poprzednich albumów studyjnych grupy. To niejako cisza po burzy (a może między burzami?), spojrzenie na to, co było do tej pory, z niepewnością, ale i nadzieją na to, co będzie dalej. „Dawny świat już nie wróci, ale my przetrwamy. Znowu”.

Na osobne wspomnienie zasługuje utwór tytułowy. To muzyczne terytorium, w które zespół do tej pory raczej się nie zapuszczał. Początek to ponownie niski wokal, ale od razu zaskakuje także aranżacja. Jest dynamicznie, ale jednocześnie bardzo oszczędnie – przede wszystkim gitara akustyczna i piano, a także dużo trudnej do zdefiniowania lekkości. Mroczny western, który grupa serwuje nam w drugiej połowie kompozycji, po instrumentalnym, hardrockowym przerywniku, to strzał w dziesiątkę. W końcu zarówno apokalipsę, jak i klimaty westernowe łączy tematyka pustki, grupki ludzi żyjących w małych skupiskach na wielkim, nieokiełznanym, w pewnym sensie wrogim człowiekowi terenie… No dobrze, tu już chyba pozwalam sobie na zbyt wiele w kwestii interpretacji. W każdym razie muzycznie jest to niewątpliwie fragmentami „ziemia nieznana” dla Riverside, ale z pewnością nie jałowa, bo wyszło bardzo obiecująco.

Wasteland to mimo pewnych podobieństw płyta inna od wszystkich poprzednich albumów Riverside, ale to można było w zasadzie napisać w ciemno jeszcze przed pierwszym odsłuchem. Grupa nie stara się za wszelką cenę „minimalizować strat”. Pewnie gdyby chcieli, mogliby wraz z zaproszonymi gośćmi całkiem zręcznie udawać, że nic się nie zmieniło i że to wciąż jest dokładnie takie samo Riverside jak jeszcze trzy lata temu. Ale nie jest, nie ma sensu ściemniać. Tę płytę od na przykład trylogii Reality Dream dzieli nie tylko kilkanaście lat, ale i kilka zarówno muzycznych jak i życiowych doświadczeń i jedna wielka tragedia. Zamiast czarować, że to wciąż to samo Riverside, panowie zrobili najlepsze, co w tej sytuacji mogli – stworzyli ten zespół w pewnym sensie od nowa. W jednym z poprzednich tekstów o tym zespole pisałem, że Riverside to teraz jedna z tych formacji, które wożą ze sobą bagaż tragedii z przeszłości. Ale Wasteland udowadnia ponad wszelką wątpliwość, że to przede wszystkim grupa z przyszłością. Bo nawet po apokalipsie da się wszystko odbudować na zgliszczach dawnych dokonań, korzystając z dotychczasowego doświadczenia i wspomnień, ale jednocześnie czerpiąc z nowych, innych niż wcześniej możliwości. Byle tylko przetrwać tę apokalipsę. Przetrwali.


1.  The Day After (1:48)
2. Acid Rain (6:02)
3. Vale of Tears (4:48)
4. Guardian Angel (4:23)
5. Lament (6:08)
6. The Struggle for Survival (9:31)
7. River Down Below (5:40)
8. Wasteland (8:25)
9. The Night Before (3:58)



--
Zapraszam na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji

19 komentarzy:

  1. Zazdroszczę, że już mogłeś przesłuchać całość, ja niestety as swój egzemplarz muszę jeszcze poczekać...

    OdpowiedzUsuń
  2. Napiszę może nietypowo. Moja historia z Riverside zaczęła się od ADHD. Wcześniejsze płyty jakoś przeszły niezauważone, dzisiaj wiem , że się po prostu nie wsłuchałem. Później z każdą płytą następowało coraz większe uwielbienie.Eye of the Soundscape była mostem z Jednego Brzegu Rzeki na drugi. I właśnie Wasteland jest tym nowym otwarciem , nowym brzegiem.( jaka grafomania , he,he ) Wszyscy wiemy , że to już inny Zespół i szukanie powrotu do brzmień z Out of Myself nie ma sensu. Ale odpowiedz , czy to jest dobra płyta, odmienności się nie boję. Recenzja opisuje utwory , jest bardzo spokojna i wyważona, rzekłbym ,, bezpieczna,, 28 Października będzie dla mnie bardzo ważnym dniem. Są zespoły na których płyty czekam , ale się nie przejmuję co usłyszę , będzie co będzie. Kiedy jednak przychodzi premiera Riverside , S.Wilsona, The Pineapple Thief , czy Flower Kings to się martwię czy aby sprostają. Po przesłuchaniu padnę na fotel i pomyślę , Uff jest pięknie , czy może pozostanie niedosyt ? Po przesłuchaniu pierwszych trzech utworów , w przypadku dwóch mam uczucie , że mogły by trwać dłużej, marzy mi się takie Left Out. To jak jest ? Dobra jest ta płyta?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mnie sie podoba. bardzo ostrożnie do niej podchodziłem, bo przyznam, że dwa pierwsze single nie powaliły mnie. tzn. nie uważam, żeby to były złe numery, ale nie było czegoś takiego, żebym posłuchał i się zachwycił. potem, po wielu przesłuchaniach, zacząłem w nich doceniać pewne rzeczy, czasem drobiazgi zupełne w aranżacji itd. ale też mialem świadomość, że często na ostatnich płytach te pierwsze single były najmniej lubianymi przeze mnie numerami na płycie, więc to mnie trochę uspokajało. i tak w sumie też jest teraz, chociaż uważam, że te single dużo lepiej brzmią własnie w kontekście całej płyty. po prostu do niej pasują. natomiast to jest dość różnorodna płyta. taka hmm bez szaleństw muzycznych, stonowana trochę, ale różnorodna. według mnie to jest płyta, która ma prawo spodobać się ludziom, którzy riverside do tej pory raczej z pojedynczych rzeczy tylko lubili. co do fanów hmm jesli ktoś uwielbia ten zespół tylko za reality dream a reszta to już średnio, albo tylko za adhd a reszta mniej, to raczej nie polubi tej płyty, ale jeśli ktoś na każdej plycie riverside znajdował coś dla siebie, to sie nie zawiedzie. nie ma plyty riverside, ktorej bym nie lubił, ale są takie, do których wracam bardzo często, jak debiut czy adhd, a są takie, do których wracam z jakiegoś powodu rzadko, jak rem. myślę, że do tej jest szansa, że będę wracał dość często.

      Usuń
  3. Ja też nie słucham REM zbyt często, chociaż nie wiem dlaczego, bo przecież takie Ultimate Trip to rewelacja, a już od 8:30 to dla mnie Kosmos.( nawiasem mówiąc teraz leci w tle ) Problem w tym , że na Love,Fear....czy Shrine of... nie znalazłem słabego utworu i te płyty są w moim kanonie. Mam świadomość , że nie da się całe życie pisać wciąż lepiej i lepiej. Kiedyś musi przyjść słabsza forma. Pytanie czy odejście Grudnia było tym momentem kiedy zespół zwolnił, skręcił w nową drogę i pogna dalej , czy raczej zabrnie w ślepą uliczkę. Jakim impulsem będzie brak Tego Czwartego ? Mam świadomość, że odpowiedź na to pytanie otrzymam w piątek po 2,5 roku niepewności i oczekiwań. Uwielbiam Riversów i trzymam za Nich kciuki, bo to dla mnie w tej chwili jeden z najlepszych zespołów. Cóż, pozostaje mi czekać do piątku.
    P.S. Jakie to musi być dojmujące siedzieć w studiu i szukać wzrokiem krzesła. Kur.....

    OdpowiedzUsuń
  4. A propos Uriah Heep : najnowszy krążek aż do obrzydliwości wycyzelowany. Kto słabo zna przeszłość, może skorzystać tyle, że stara muzyka nagrana w nowy sposób...
    Aby nie było zbyt świątobliwie powiem, że przed Riverside nie klękam ani ołtarzyków nie stawiam tak, jak przed żadnym artystą. Artystów szanuję, lubię, niektórych nawet bardziej i dlatego byłbym bardzo zadowolony, gdyby Bizon zrecenzował najnowszego Zenka Martyniuka.
    Kłaniam się

    OdpowiedzUsuń
  5. To chyba żart :-) ale potraktuję to chwilowo na serio.Zenek Martyniuk to nie jest artysta , tak samo jak malarz pokojowy nigdy nie będzie Hokusai.Jak sobie przypomnę choćby Wodeckiego i porównam z takim Sławomirem to uważam , że tego drugiego należałoby oskarżyć o ogłupianie narodu. Ludzie nie mogą się tacy rodzić sami z siebie. To media - hieny nastawione tylko na kasę,kreując takie miernoty, robią z ludzi głuchych na muzykę. SBB, Perfekt, Republika, Maanam to było mistrzostwo świata. Jestem przerażony tym co leci aktualnie w stacjach radiowych. Steven Wilson powiedział kiedyś o Polakach, że to najbardziej wyrobiony muzycznie naród w Europie. Powiedział to niestety kilka lat temu. Patrząc ostatnio na nieprzebrane tłumy wsłuchujące się w piosenkę o Zakopanem zaczynam mocno w to wątpić. Dlatego ja stawiam Riverside ołtarzyk, nie tyle za muzykę, co za walkę o rząd dusz.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przeprowadziłem eksperyment: Wasteland a następnie Riversea "The Tide" a następnie odwrotnie: wpierw Riversea, później Riverside.
    I choć Wasteland nie jest złą płytą, to The Tide u mnie wygrywa.
    Wszystkim: kompozycyjnie, aranżacyjnie, kulturą wokalną.

    OdpowiedzUsuń
  7. Straszna nuda, spodziewałem się czegoś lepszego.

    OdpowiedzUsuń
  8. Przesłuchałem płytę i mam takie wnioski.
    Żałuję,że wcześniej na YouTube katowałem te trzy utwory puszczone przedpremierowo. Teraz mam tak,że Acid Rain mam odsłuchany 10 razy,a taki Lament z 50 razy i trochę się już osłuchałem. Płyta stała się poszatkowana na części nowe/stare/ nowe /stare. Trochę mi to teraz przeszkadza. Utwory straciły w ten sposób swoją świeżość, a płyta nie działa jako całość.
    W przeciwieństwie do innych słuchaczy nie potrafię powiedzieć czy płyta jest lepsza czy gorsza od poprzednich. Jest inna. Tak jak płyta Floydów More jest inna niż Animals. Czy można o jednej z nich powiedzieć , że jest lepsza ? Czego innego słucha się rano, czego innego wieczorem, inna muzyka jest do auta , a inna na listopadowy wieczór do fotela.Brakuje mi tylko rozwinięcia niektórych pomysłów i dla mnie Łapaj mógłby bardziej się wykazywać :-) No ale dzieło jest kapitalne i nawet przez sekundę nie pomyślałbym , że Riversea jest lepsze od Riverside, bo takie porównanie nie ma sensu. To tak samo jak teza , że BMW cabrio Z4 jest lepsze od Mitsubishi Pajero. Koła mają i silnik , ale tych rzeczy porównać się nie da. Co jest lepsze Relayer czy The Lamb Lies Down on Brodway ?

    OdpowiedzUsuń
  9. Młodyś MultiKmicicu i wyrywny, nie gorączkuj się.
    Sztuka generalnie jest trudno porównywalna, ale w pewnym zakresie jednak jest. Gdybym porównywał rzeźbę Rodina z dziełami Mozarta to sprawił bym tym zapewne niezłe zaskoczenie. Chociaż i takie porównanie jest jak najbardziej możliwe i uzasadnione. Ale ja poszedłem łatwiejszą ścieżką: porównuję muzykę dwóch zespołów z kręgu tzw. rocka progresywnego, używających podobnych środków wyrazu.
    Wspomnę, że użyłem zwrotu: u mnie wygrywa...
    A i tak wzburzyłem krew w MultiKmicicu - co z kolei dla mnie jest zaskoczeniem. Następnym razem posłucham zestawienia zapewne bardziej pasującego: wczesny Riverside z późnym Zenkiem Martyniukiem.
    Ciekawym wyniku....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadnej krwi nie wzburzyłeś, nie tym razem :-) Jedno jest pewne SZTUKA JEST NIEPORÓWNYWALNA !!!!. Chodziło mi raczej o to, że choć wymienione zespoły są z jednego nurtu to jednak są daleko odległe od siebie stylistycznie. Tak to słyszę. Riversea raczej porównywałbym do takiego Karmakanic, a i tak ,, u mnie wygrywają,, Szwedzi.
      Kmicic zawsze wyrywny był, to co dopiero Multikmicic. Już planuję jakiś podjazd na LUŹNĄ KUPĘ grasantów pod wodzą tfu, Sławomira.

      Usuń
  10. No cóż, uwielbiam większość produkcji Karmakanic, ale jestem zdania, że -side bliżej do -sea milion razy niż -sea do - -nic.
    Dłuższą chwilę straciłem na rozszyfrowanie Twojego końcowego żartu, kto zacz Sławomir to wiem, choć nigdy nie słyszałem jego żadnej produkcji, za to LUŹNA KUPA grasantów wymagała odkrycia pewnej zbieżności...

    Jak się chwilę zastanowić, to całe życie porównujemy: cała nauka jest oparta na porównywaniu, proces nauczania to też ciągłe porównywanie, od porównywania ucieczki nie ma, tak też jest w sztuce. Wszystkie konkursy muzyczne tak wykonawcze jak i kompozycyjne to nic innego jak porównywanie.
    Zatem nie masz ucieczki przed porównaniem... A propos Kmicica:

    multi to od multiplikacji, czyli was jest więcej niż jeden, co niekoniecznie oznacza, że bardziej wyrywni :-) Jak byś chciał zaakcentować większą wyrywność to musiałbyś użyć przedrostka potęgującego np. mega, super itp.

    Ale cieszę się, że mogę pogadać z bandą Kmiciców :-)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mega , super, petarda to już tak wyświechtane słowa , że musiałem podać inne. Multi mi pasowało , bo patrząc na współczesne trendy muzyczne to widzę , że trzeba mieć rozdwojenie jaźni ( wielu Kmiciców), żeby zrozumieć co się stało z rynkiem muzycznym. Być może od porownywania nie ma ucieczki, ja jednak od sformułowania ,, ta jest lepsza , wolę okreslenie , źe ,, ta mi się bardziej podoba. A gdyby kontynuować pomysły z naszej Trylogii to nie Azja powienien się znaleźć na palu , a taki jeden aktorzyna po PWST co lubi napoje z babelkami

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja też wolę: u mnie wygrywa, ja wolę, mnie bardziej odpowiada itp. niż kategoryczne: to jest lepsze a to gorsze szczególnie, jak za takim stwierdzeniem nie padają argumenty weryfikowalne.
    Wracając do Trylogii - powiedz to Sienkiewiczowi, może zmieni...
    I jeżeli już walimy w Olbrychskiego, to nie "aktorzyna" bo zawód uprawia na bardzo przyzwoitym poziomie (a w PWST zdawał eksternistycznie) a co najwyżej człowiek popełniający błędy mimo zaawansowanego wieku. Nie jestem radykalistą, gdyż sam grzechów na sumieniu mam sporo i ludzi pełno wokół mnie, którzy pobłądzili i błądzą wciąż. Krytyka owszem, ale rzeczowa i z umiarem, chyba, że za grzechy ciężkie, to wtedy ostro i po kostkach...
    Rynek muzyczny jako zjawisko gospodarczo-kulturowe zmienia się wraz z rozwojem technologii z jednej strony i ewolucją społeczną z drugiej. W czasach galopującego kapitalizmu imponterabilia przegrywają z efektywnością gospodarczą i to - w mojej ocenie - jest przyczyną frustracji wielu ludzi. Kiedy frustracja ogarnie większość kwalifikowaną, wtedy nastąpi zwrot. To diagnoza na dziś, która straci znaczenie za kilka lat, kiedy zajdą zjawiska, o jakich się nawet filozofom nie śniło :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Mówi się fizjologom , a nie filozofom 😝

    I tu klasyka , co poeta miał na myśli. Olbrychskiego akurat w tej roli uwielbiam . Chodziło o Sławomira. Tu nie mam litości.Pal z kaktusa to mało.

    OdpowiedzUsuń
  14. Piękny przykład schematycznego myślenia zaprezentowałem, czym sobie zasłużyłem na antypody intelektu.
    Aliści o Sławomirze wiedza moja się kończy na tym, że jest dyplomowanym aktorem. Czym Koledze tak strasznie podpadł mogę się jedynie domyślać, bo odwagi mi braknie na własnouszne przekonanie się, ale od razu powiem, że jestem zwolennikiem nieuchronności kary nad jej drastycznością. Bo co jeśli Pan Sławomir lubi cactus per rectum i kara w nagrodę się zmieni? Dopasowanie też ważne się wydaje...
    Ja na szczęście już w młodości odkryłem możliwości przycisku on/off by w wieku dojrzałym z trudem, bo z trudem, ale opanować możliwości strojenia odbiorników, co otworzyło mi oczy na inny świat. Teraz jest jeszcze większy wybór: dzięki cienkim ścianom nowoczesnego budownictwa mieszkaniowego mam kontakt z różnorodnymi gustami, naprawdę jest w czym wybrać...

    OdpowiedzUsuń
  15. Piep...frajera. Nie ważne. Nie ma co zatruwać sobie życia facecikiem o wyglądzie osiedlowego fryzjera z lat 70 tych.
    Już niedługo zdjęcie mojego auta z rejestracją ,,GEnesis,, zostanie zastąpione innym i uwierzcie wszyscy, szczęki Wam opadną:-) Ma to oczywiście związek z zespołem, o którym tu piszemy. Tymczasem słucham We Got Used To Us i nie mogę się doczekać niedzielnego koncertu we Wrocławiu. Zobaczymy jak na żywo zabrzmią te kawałki z Wasteland.

    OdpowiedzUsuń
  16. Proszę o relację Mr. Bizona na temat koncertu Riverside. Ciekaw jestem recenzji. Ja już swoją z Wrocławia mam. Zachwycony jestem tym , że Panowie wszystkie swoje emocje przekuli w MOC. Po koncercie nareszcie zobaczyłem uśmiechnięte twarze muzyków. Łapaj na scenie w ten wieczór omiatał te klawisze jak pająk ofiarę. Nie będę pisał bzdur , ale widziałem Ich 5 razy i nie ośmielę się powiedzieć, że był to najlepszy koncert ( bo był ), ale na pewno najbardziej energetyczny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będę w niedziele w warszawie, to po weekendzie będzie kilka słów + foty :)

      Usuń