piątek, 17 maja 2019

Whitesnake - Flesh & Blood [2019]


Latka lecą i aktywność studyjna Davida Coverdale’a, jednego z moich absolutnie najbardziej ulubionych wokalistów w historii rocka, drastycznie spada. Zupełnie jak jego forma wokalna… Cholera, miałem się powstrzymywać jak najdłużej od złośliwości, a tu pierwsza już w drugim zdaniu… No nic. David jaki jest każdy słyszy. Po dawnej głębi głosu, którą czarował w czasach Deep Purple, na pierwszych płytach Whitesnake czy nawet jeszcze na magicznej koncertówce Starkers in Tokyo, nie ma śladu. Jest jakaś taka dziwna szorstkość i mocno siłowe śpiewanie. Ale wciąż nie ma zamiaru się poddawać i jednak od czasu do czasu wypuszcza coś nowego ze swoimi pracownikami występującymi jako Whitesnake. O płycie auto-coverowej z utworami Deep Purple lepiej sobie nie przypominać, bo niewiele tam się udało. Własny materiał to jednak zawsze nieco inna bajka. Lubię ostatnią autorską płytę Whitesnake – Forevermore. Absolutnie nie zamierzam twierdzić, że zbliża się do poziomu albumów tego prawdziwego Whitesnake z pierwszej połowy lat 80., ale wracam do niej o wiele częściej niż do takiego Slip of the Tongue. Ale mimo wszystko miałem nie najlepsze przeczucia co do Flesh & Blood. Sytuacji nie poprawiały pierwsze single. W końcu płyta wyszła i… no cóż… przeczucia mnie nie zawiodły.

Pomijając wszelkiego rodzaju singlowe wersje i specjalne miksy, na rozszerzonej wersji Flesh & Blood – bo takiej słucham – jest 15 numerów. „A dlaczego? A komu to potrzebne?” – powiedziałyby panie z pewnego sławnego w internetach filmiku. Prawie 70 minut muzyki podanej w takiej formie jest trudne do strawienia, bo tu wszystkiego jest za dużo – także w kwestii brzmienia. To album tego typu, gdzie każdy dźwięk lśni jak skóra tego gościa ze Zmierzchu. Zrozumiałbym to może w przypadku młodego zespołu, który chce grać jak najgłośniej i jak najbardziej efektownie – tak, żeby zabić słuchacza potęgą swojego brzmienia (lub efektami studyjnymi…). Ale gość, który śpiewał na tak świetnie brzmiących płytach jak Burn czy Trouble? Z pomocnikami, którzy też przecież trochę już albumów na koncie mają? Ech… No dobrze, to może teraz dla przeciwwagi coś miłego. Jest tu kilka naprawdę fajnych numerów. Rzeczy takie jak dynamiczne Hey You (You Make Me Rock), przyjemnie bujające w starym klimacie Heart of Stone, podniosłe w kashmirowym stylu Sands of Time czy bonusowe, chyba najbardziej na całej płycie nawiązujące do przeszłości Whitesnake Can’t Do Right for Doing Wrong może i nie aspirują do miana najbardziej ambitnych dzieł w historii rocka (ani nawet Whitesnake), ale dobrze się ich słucha, trafiają się w nich naprawdę ciekawe, wpadające w ucho motywy i ogólnie mam wrażenie, że to jest coś, co mogę sobie włączyć dla przyjemności i bez żenady zaprezentować w swoich audycjach. W sumie cztery numery i nieco ponad 23 minuty naprawdę przyjemnej muzyki. Tyle. Gdybym nigdy w życiu nie usłyszał żadnego z pozostałych 11 kawałków, nie straciłbym absolutnie niczego. O tekstach lepiej, żebym w ogóle nie pi… no dobra. Coverdale nigdy nie był poetą. W końcu to absolutna legenda cock rocka. Tyle że – po pierwsze – to, co jeszcze uchodziło trzydziestolatkowi, w ustach gościa zbliżającego się do siedemdziesiątki brzmi jeszcze gorzej, a po drugie – niektóre z tych tekstów brzmią jak coś, co autorzy hitów podsuwają nastolatkom, które właśnie wydają swoje pierwsze single po wygraniu jakiegoś programu w TV albo castingu na nową gwiazdę i nie do końca wiadomo, o czym mają śpiewać, żeby nie było, że to muzyka dla dzieci, ale też, żeby nikt się nie oburzył, że zbyt „dojrzale”. „Always and forever, we’ll always be together / Always and forever, ooh baby, let’s stay together”… Serio? A no i jeszcze obowiązkowy rym fire / desire gdzieś po drodze. A to tylko dwa z licznych przykładów. Cudownie…

Flesh & Blood nie jest płytą beznadziejną czy taką, której nie dałoby się słuchać. Przecież goście, którzy ją nagrali, są przynajmniej w niektórych przypadkach bardzo muzykami, wiedzą, jak używać swoich instrumentów, więc jakoś to wszystko kupy musi się trzymać choćby w minimalnym stopniu. Problem w tym, że jest to płyta do bólu przewidywalna i pozbawiona jakichkolwiek emocji, a co za tym idzie nie wywołuje we mnie absolutnie żadnej ekscytacji. Ona po prostu jest. Czasem spodoba mi się jakiś fajny motyw, jakaś melodia, ale chwilę później usłyszę Coverdale’a śpiewającego tak straszne bzdury, że nawet biorąc pod uwagę, że to on, człowiek kręci głową z niedowierzania. Tu był materiał na EP-kę. Może właśnie ją trzeba było wydać.


1. Good to See You Again (3:42)
2. Gonna Be Alright (3:51)
3. Shut Up & Kiss Me (3:37)
4. Hey You (You Make Me Rock) (5:29)
5. Always & Forever (3:53)
6. When I Think of You (Color Me Blue) (3:52)
7. Trouble Is Your Middle Name (4:17)
8. Flesh & Blood (5:18)
9. Well I Never (4:01)
10. Heart of Stone (6:42)
11. Get Up (4:45)
12. After All (3:47)
13. Sands of Time (6:08)
---
14. Can't Do Right for Doing Wrong (4:58)
15. If I Can't Have You (4:23)
16. Gonna Be Alright (X-tendo Mix) (4:12)
17. Sands of Time (Radio Mix) (6:20)
18. Shut Up and Kiss Me (Video Mix) (3:43)



--
Zapraszam na prowadzone przeze mnie audycje Lepszy Punkt Słyszenia oraz Purple FM w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 i sobotę o 19
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji

6 komentarzy:

  1. Polecam Duel- kwartet z Texasu z płytą tegoroczną "Valley of Shadows".
    Pry drugim numerze poczułem zbieżność ze Spidergawd. Dynamika ale i liryka i ogólnie muzyka. Zachęcam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zespół znam, nowej płyty jeszcze nie słyszałem, ale się doczeka w końcu :D

      Usuń
  2. Przesłuchałem kilka razy najnowszy album Whitesnake.
    Ogólnie jest to rock w starszym styl i dobrze się tego słucha, ale brakuje tego "czegoś"...jakiejś "kropki nad i". To "coś" by sprawiło, że muzyka na tym albumie stałaby się bardzo dobra.

    OdpowiedzUsuń
  3. A czego Ci tu człowieku brakuje. Ta płyta jest lepsza od 1987 i Slip... razem wziętych, bo łączy jak "Good to be bad" obydwie twarze Białego węża i wychodzi z tego naprawdę solidne granie... a że oczekujesz od człowieka w wiadomym wieku czegoś co wpasuje się w Twoje wyobrażenie o Nim... No cóż to świadczy o Tobie i o i Twoim braku wyobraźni, bo trzeba brać poprawkę na lata. Dla mnie jest feeling jest wszystko czego oczekujemy od tej formy , a nawet więcej, bo nie oczekujemy tu odkrywania nowych horyzontów, nota bene pewnie też by były źle przyjęte bo nie w klimacie ,bo nie ma nic wspólnego z Whitesanke itp, itd. Jak czytam te tzw. recenzje to tak sobie myślę. Fajnie że David i ekipa grają, zarażają o dziwo nowe pokolenia (moje córki mają dwadzieścia parę lat a stary Dawid potrafił je uwieść.)Cóż to dowodzi że Ty i Twoje smętne wypociny odejdziecie za chwilę w niebyt a On zostanie. I na tym polega piękno Rock'n'Rolla, bazgraj sobie bazgraj a Oni i tak pozostaną. I dobrze.;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojojooooj uraziłem wrażliwą duszyczkę, bo ośmieliłem się mieć inne zdanie na jakiś temat... biedactwo.

      Usuń
  4. Zgadzam się Bizon z Tobą, ta płyta, nie wdając się w szczegóły, jest boleśnie poprawna, boleśnie nijaka, jest karykaturą Coverdale'a i Whitesnake, ale niczego więcej się nie spodziewałem.
    Natomiast potrafię zrozumieć córkę Fucker'a, bo jeśli ktoś bardzo młody, niewyrobiony jeszcze muzycznie a mający genetyczne inklinacje w kierunku hard rocka, zetknie się z tą płytą, ba, z taką muzyką w ogóle po raz pierwszy, to bez wnikania w teksty, może mu się to spodobać. Natomiast nie mogę zrozumieć tej agresji w wypowiedzi pana F. Porażka.

    OdpowiedzUsuń