„W cośmy tu wdepnęli?” – takie pytanie zadają sobie, nam i całemu światu panowie Claypool i Lennon w pierwszej pełnoprawnej kompozycji na albumie i jednocześnie pierwszym singlu ten album zapowiadającym jakiś czas temu. A wdepnęliśmy – w dużym skrócie – w sztuczną inteligencję. Czy to aby rozsądne i bezpieczne? A co jeśli taka sztuczna inteligencja dostanie polecenie produkowania spinaczy biurowych? Czy będzie je tworzyć, aż zasypie nimi całą planetę, doprowadzając ją do zagłady, przy okazji niszcząc wszystko, co może posłużyć za surowiec? Przecież nie ma własnego sumienia, instynktu samozachowawczego, hamulców. To w pewnym uproszczeniu tematyka nowej płyty. Bo oczywiście jest to pewna – dość szalona momentami – opowieść. Przecież Les i Sean nie nagraliby sobie tak po prostu kilkunastu zupełnie niezwiązanych ze sobą numerów, byle tylko coś wydać. O nie. Ci goście po raz kolejny zapraszają nas do swojego mocno psychodelicznego, dziwacznego muzycznego świata.
Tak jak na poprzednich albumach, tak i na The Great Parrot-Ox and the Golden Egg of Empathy (ten tytuł w zasadzie mówi bardzo wiele o… wszystkim, co związane z tym zespołem) mamy mieszankę zwariowanych, często prześmiewczych numerów, opartych na wirtuozerskich partiach gitary basowej Claypoola i świetnie dopasowującego się do niego ze swoimi instrumentalnymi dziwactwami Lennona, a także na mocno przerysowanych partiach wokalnych zwłaszcza po stronie lidera formacji Primus, oraz rzeczy nieco „normalniejszych”, bardziej tradycyjnie piosenkowych, gdzie wszystko pięknie ze sobą współbrzmi, jest bardzo ładnie zagrane i zaśpiewane, i wręcz można by podczas odsłuchu na moment uwierzyć, że ci goście nie są muzycznymi kosmitami. I nie ukrywam, że o ile te muzyczne dziwactwa, niemal cyrkowo-teatralne melodie i kwaśne odloty niewątpliwie są ważnym elementem całości i wyróżniają grupę, to jednak to te „ładne melodie” lubię u nich najbardziej. Tak było na poprzednim albumie z kompozycjami takimi jak Amethyst Realm czy Boriska, tak jest i tu. A faworytami tym razem są przede wszystkim dwa numery. Pierwszym jest jeden z przedpremierowych singli, Meat Machines, w którym słyszymy wyraźnie, że nie wszystko w muzyce The Claypool Lennon Delirium musi być dziwne i prześmiewcze – czasami może po prostu być cholernie przejmująco, wręcz niemal melancholijnie. Drugą kompozycją, która poruszyła mnie od pierwszego odsłuchu, jest Heart of Chrome. Tu mamy w zasadzie podobny przypadek. Na moment znikają dziwactwa, cyrk i teatr oraz kreskówkowy klimat, robi się poważnie, przejmująco, wzruszająco wręcz.
I oczywiście gdyby tak było na całej płycie, z czysto muzycznego punktu widzenia byłbym pewnie przeszczęśliwy, ale jednocześnie wiem, że stracilibyśmy ten element szaleństwa, który jest nieodłączną częścią delirycznego świata Claypoola i Lennona, nie mam im zatem zupełnie za złe, że jednak tych szaleństw i dziwactw trochę tu mamy. Znakomicie brzmią choćby w Troll Bait, które muzycznie jest czymś w rodzaju połączenia klimatów Black Sabbath i Looney Tunes. Swego rodzaju łącznikiem między melodiami i szaleństwami jest z kolei klimatyczne Through the Horizon. Przyznaję, że trochę się obawiałem o to, że ta płyta pod koniec może trochę stracić muzyczny impet. To w końcu album lekko ponad godzinny. Nic z tych rzeczy. The Golden Egg of Empathy z gościnnym udziałem Willow (tak, tej Willow, córki Willa Smitha) oraz Cliptopia są wręcz hipnotyczne dzięki kapitalnej partii basu (w sumie to pisanie przy okazji jakiejkolwiek płyty Claypoola o świetnym basie to jak stwierdzenie, że w NBA mają znakomitych koszykarzy). Z całą pewnością muszę też wspomnieć o kompozycji ostatniej, całkiem odpowiednio zatytułowanej It’s a Wrap (chodzi o finał historii, nie o kanapkę z knajpy z żarciem tex-mex czy z fast foodu). Tu mamy w pewnym sensie podsumowanie całego konceptu – najpierw w formie dość standardowej, piosenkowej, a potem pod postacią słowno-muzycznego odlotu i podawanych nam komunikatów, a z każdą minutą robi się coraz dziwniej.
Czy wolałbym, aby ta płyta była z 10 minut krótsza? Wolałbym. Czy mimo wszystko słucha się jej znakomicie, nawet wtedy, kiedy mam wrażenie, że danego fragmentu mogłoby nie być, a moje życie nic by na tym nie straciło? Oczywiście! Może brak tu tego elementu zaskoczenia, który pojawił się, gdy po raz pierwszy odsłuchiwałem South of Reality, bo w końcu tym razem już dobrze wiedziałem, jakich wariactw mogę się po Lesie i Seanie spodziewać, ale mimo wszystko ani trochę się na tym nowym albumie nie zawiodłem. Świat potrzebuje takich płyt. Ja potrzebuję takich płyt!
Premiera: 1 maja 2026 r.
Płyty można posłuchać na profilu grupy na Bandcampie.
---
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz