poniedziałek, 28 maja 2018

Graveyard - Peace [2018]


Tej płyty miało w zasadzie nie być. Widziałem kapitalny koncert grupy Graveyard w Dreźnie, w listopadzie 2015 roku. Promowali wtedy album Innocence & Decadence, który – z perspektywy czasu – jednak cenię mniej niż choćby płytę Lights Out, wciąż pozostającą moim ulubionym krążkiem tej szwedzkiej formacji. Kilka miesięcy później panowie ogłosili, że kończą działalność. Szok dość spory, tym bardziej, że to absolutna czołówka sceny retro i jedna z tych formacji, które tę modę w muzyce zaczęły kilka lat temu przywracać. Na szczęście muzycy długo w swoim postanowieniu nie wytrwali. Lekko się przegrupowali (w ekipie jest nowy perkusista) i zapowiedzieli, że będą łoili dalej. I łoją, oj łoją.

I to łoją od pierwszej sekundy nowej płyty zatytułowanej Peace. It Ain’t Over Yet tytułem idealnie pasuje do sytuacji i na pewno nie jest to przypadek. Haloooo, to jeszcze nie wszystko, jeszcze mamy coś do pokazania światu. I całe szczęście. Niektórzy narzekali na brak pazura na ostatnim krążku grupy. Na Peace zespół jakby chciał od razu te osoby uspokoić i na sam start serwuje właśnie It Ain’t Over Yet oraz Cold Love – numery z pazurem jak u Gail Devers. Ale do mnie akurat dużo bardziej przemawia najspokojniejszy na albumie See the Day, który następuje po nich – kapitalny, bardzo subtelny, niesamowicie bujający numer nieco bardziej w klimatach spokojniejszych rzeczy Lights Out. Niejako mieszanką tej „bujalności” ostatniego numeru i drapieżności dwóch poprzednich kawałków jest z kolei Please Don’t – trudno pomylić Graveyard z kimkolwiek innym, gdy grają w tych klimatach. To był zresztą pierwszy singiel z tej płyty. Drugi – The Fox – jest prostszy, krótszy (najkrótszy z całej dziesiątki) i nie robi na mnie aż takiego wrażenia, bo i na niewiele jest tu czas poza mocnym zdzieleniem słuchacza lewym wiolinowym, choć sama melodia nawet skutecznie wpada w ucho.

Jesteśmy mniej więcej w połowie płyty i to jest ten moment, kiedy Peace stopniowo wchodzi na wyższy poziom. Nie żeby wcześniej było źle. Słuchało się tych kilku numerów przednio, ale brakowało mi „efektu łał”. Walk On porywa dynamiką i intensywnością, a jednocześnie zaskakuje lekko psychodelicznym złamaniem schematu w części drugiej. Del Manic to chyba po pierwszych odsłuchach moja ulubiona kompozycja na nowej płycie – nic w sumie dziwnego, skoro klimatem przypomina Hard Times Lovin’ ze wspominanej tu już płyty Lights Out, który to utwór jest moim ulubionym w dyskografii Szwedów. Del Manic prezentuje idealny balans blues-rockowej „bujalności” i klimatów lekkiej grozy i niepokoju. Buja także kapitalnie, choć na większej intensywności, w Bird of Paradise. Za takie klimaty jak w tych ostatnich dwóch numerach najbardziej cenię ten zespół. Intensywniejsze granie wcale nie musi oznaczać braku wpadającej w ucho melodii, a panowie z Graveyard są prawdziwymi mistrzami w łączeniu ciężaru i gęstości z chwytliwością. Taka mieszanka obowiązuje zresztą już do końca tej płyty – najpierw w wydaniu cięższym (A Sign of Peace), a potem bardziej luzackim i nawet może lekko rockandrollowym (w Low). I aż szkoda, że na tym album się kończy, choć przecież długość tej płyty jest w zasadzie idealna – 42 minuty.

Mam wrażenie, że Peace to taka próba przypomnienia się fanom po tej krótkiej na szczęście przerwie i pokazania wszystkiego tego, z czego Graveyard jest najlepiej znany. Mamy tu zatem zarówno dzikość i dynamikę wczesnych płyt, jak i blues-rockowe zapędy i pięknie bujające numery charakterystyczne w największym stopniu dla Lights Out. Ci, którzy kręcili trochę nosem na poprzedni album, powinni być zadowoleni z tego, że grupa jednak nie wygładza przesadnie brzmienia i nie idzie w muzykę łatwą i przyjemną. Peace z pewnością będzie sporym wydarzeniem na europejskiej scenie hardrockowej w tym roku, bo musi być. To po prostu zespół takiego kalibru, że każda nowa płyta musi narobić sporo hałasu – tak dosłownie, jak i w przenośni. Wspaniale, że wrócili – i to jeszcze w takim stylu. Scena rockowa po prostu potrzebuje tego zespołu.

1. It Ain't Over Yet (3:39)
2. Cold Love (4:53)
3. See the Day (3:09)
4. Please Don't (4:12)
5. The Fox (2:38)
6. Walk On (5:22)
7. Del Manic (4:26)
8. Bird of Paradise (3:42)
9. A Sign of Peace (3:41)
10. Low (I Would't Mind) (6: 36)



--
Zapraszam na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji
Zapraszam też na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

3 komentarze:

  1. Cholernie solidna to płyta. łojenie na najwyższym poziomie, ale brak wow... -to u mnie.


    OdpowiedzUsuń
  2. Niech mi autor wybaczy,ale jeśli dla niego najlepszą płyta jest Lights Out,to chyba ma kłopoty ze sluchem. A co z pierwszą plyta,nie mówiąc już o Hisingen Blues?! Ta druga zdecydowanie bije pozostałe na glowe,bo właśnie przy wspomnianej wcześniej Lights Out, Graveyard zaczal obnizac loty,choc plyta jest niezła. Nowy krazek natomiast jest cudny i laczy wszystko co w Graveyard jest najlepsze. Doskonały powrót zespołu, który wrecz uwielbiam! Od premiery nie wychodzi z mojego odtwarzacza...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, a to ja nie wiedziałem, że jest jakaś jedna oficjalna wersje tego, która płyta może być dla kogoś najlepsza. nie poinformowano mnie. sorry.

      Usuń