wtorek, 17 kwietnia 2018

Fungus Hill - Cosmic Construction on Proxima B [2018]


Skoro są ze Szwecji, to muszą grać retro rocka, prawda? Hmm, i tak, i nie. Skoro nazywają się Fungus Hill, to musi to mieć mocno psychodeliczno-stonerowy posmak, prawda? Hmm, i tak, i nie. Skoro nowa płyta nosi tytuł Cosmic Construction on Proxima B, to na pewno jest to coś dla fanów space rocka, prawda? Hmm – zgadliście – i tak, i nie. Z zespołem Fungus Hill sprawa ma się tak, że pozory często mylą. Łatwo ich z góry zaszufladkować po nazwie, tytule płyty czy okładkach, ale kiedy posłuchamy ich twórczości uważniej, okazuje się, że wiele razy będziemy zaskoczeni. Wspomniany album to ich drugie wydawnictwo. Pierwsze – EP-ka Creatures – zainteresowała mnie w zeszłym roku na tyle, że postanowiłem mieć na nich oko. Całkiem słusznie, bo nową płytą pokazują, że mają potencjał.

W jaką szufladkę można by włożyć Cosmic Construction…? Powiedzmy, że jest to psychodeliczny space blues z posmakiem progresji. Czy coś takiego istnieje? No cóż, teraz już tak. Przynajmniej na potrzeby tego tekstu. Szwedzi równie udanie zapuszczają się w rejony blues-rockowe czy w folkową psychodelię, jak w rejony kosmosu czy cięższe, gęste gitarowe granie. I wszystko razem jakimś cudem ma sens. Jak można się domyślić po tytule płyty oraz poszczególnych kompozycji, mamy tu do czynienia z concept albumem, którego akcja dzieje się w przyszłości. Ziemia jest już do dupy, więc trzeba się stąd jak najszybciej zawijać (w sumie trochę jak obecnie nasz kraj, ale to inna historia), zatem podjęta zostaje decyzja o kolonizacji innego miejsca we wszechświecie i okolicy. W zasadzie nic nowego, ale jeśli ma to służyć za fundament jakiejś przyjemnej słowno-muzycznej opowieści, to czemu nie. A służy. Zatem faktycznie trochę kosmosu będziemy tu mieli, tak tekstowo, jak i muzycznie, ale to tylko jeden z wielu elementów, o czym można się przekonać bardzo szybko, bo już w pierwszym pełnoprawnym (i najdłuższym na płycie – w końcu taka podróż musiała trochę trwać…) utworze – Voyage to Proxima B. Tu mamy i kapitalne hardrockowe riffy, i polot wczesnych nagrań Santany, i trochę cięższego szaleństwa pod koniec. Kapitalne wprowadzenie. Do tego całkiem nieźle pasuje tu głos wokalistki Jenny Isaksson. Nie zawsze jestem fanem żeńskich głosów w rockowych zespołach, ale tu naprawdę brzmi to wszystko bardzo przyjemnie i spójnie. Tym bardziej, że od razu po tym pierwszym, kapitalnym numerze, zespół serwuje kolejny świetny strzał: Space Witches, które rozpoczyna się bardzo udanym motywem basowym, a potem pięknie rozwija się w kierunku hardrockowej psychodelii. Momentami unosi się nad tym wszystkim duch Floydowych Pompejów.

Pisałem, że i cięższy klimat się tu pojawia – w końcu sam zespół opisuje swoją muzykę jako psychodeliczny stoner. Faktycznie ciężej – choć na pewno nie za ciężko – robi się w krótkim i o dziwo także dość chwytliwym Psychoactive Atmosphere. Ale dla kontrastu chwilę później – w Dandelion Mind (a przynajmniej w jego pierwszej części) – zespół wchodzi w klimat knajpianego country-bluesa, tylko po to, żeby za moment wszystko ładnie rozwinąć w rejony rocka drugiej połowy lat 60. (choć z saksofonem pojawiającym się na moment w tle). Warto zwrócić uwagę na kapitalną partię gitary w drugiej części tej kompozycji. Mocna gitara zresztą wysuwa się zdecydowanie na pierwszy plan także w kolejnym długim numerze, My Delusion, który wchodzi trochę w klimaty hendrixowskiej psychodelii, oraz w Universe Inside My Mind, w którym mamy całkiem niezły groove i kapitalną, „bujającą” końcówkę. A jeszcze niemal na koniec płyty jest Desert of Life z fantastycznym, momentami lekko jazzującym rytmem. Co prawda samo zakończenie albumu jest nieco dziwne, jakby zabrakło… kulminacji, ale może i przez to nieoczywiste.

Dobrze słucha się tej płyty. Może i trochę tu wszystkiego, ale udało się to połączyć w taki sposób, że tych różnicy w różnych muzycznych bajkach się nie odczuwa. Być może dlatego, że bez względu na natężenie dźwięku czy inspiracje w danej kompozycji, wszystko okraszone jest spójnym brzmieniem, które scala różne muzyczne wycieczki. Podtrzymuję swoją opinię z zeszłego roku – to zespół, na który trzeba mieć oko. Być może nie jest to jeszcze materiał, który pozwoli im wypłynąć na szersze wody – ba, może to w ogóle nie jest zespół, który na takie wypłynięcie z tego typu muzyką ma szanse – ale warto zwrócić na nich uwagę. Unikają oczywistości, starają się wyróżniać swoim własnym doborem znanych muzycznych składników, robią coś ciekawego. Może nie padam z zachwytu, ale doceniam.

1. Year 2199 (1:40)
2. Voyage to Proxima B (8:33)
3. Space Witches (6:43)
4. Year cb3 XIII (2:01)
5. Psychoactive Atmosphere (3:42)
6. Dandelion Mind (4:31)
7. My Delusion (8:03)
8. Universe Inside My Mind (7:32)
9. Desert of Life (3:33)
10. Year One (2:59) 


Płyty możecie posłuchać na profilu zespołu w serwisie Bandcamp.

--
Zapraszam na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji
Zapraszam też na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

1 komentarz:

  1. Fakt, coraz ciaśniej otaczająca nas rzeczywistość wciska się także do uszu, a to już przeszkadza w słuchaniu. Dlatego przeważnie używam słuchawek, co i tym razem uczyniłem słuchając zespołu i tak, i nie. Budzą nadzieje, ale czy z tego co będzie - pokaże czas, ale warto poczekać.

    OdpowiedzUsuń