Pokazywanie postów oznaczonych etykietą three seasons. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą three seasons. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 stycznia 2018

Three Seasons - Things Change [2017]



Na szwedzką formację Three Seasons trafiłem ładnych już kilka lat temu – w dużej mierze przypadkiem, choć nie do końca. W znalezieniu ich pomogły personalne „łączniki”. Tak to często bywa, że odkrywasz jakiś zespół, potem się okazuje, że ten zespół w przeszłości grał w zupełnie innym składzie, więc szukasz informacji o byłych muzykach i czasem trafiasz na nazwę ich obecnego bandu. Przy odrobinie szczęścia jest na czym zawiesić ucho. Sartez Faraj był przez jakiś czas wokalistą uwielbianej przeze mnie formacji Siena Root. Po rozstaniu z tą grupą obdarzony dość charakterystycznym, wysokim głosem wokalista założył trio Three Seasons. Przez jakiś czas panowie regularnie wydawali nowe albumy, jednak od czasu płyty numer trzy – wydanego w 2014 roku krążka zatytułowanego Grow – mijało coraz więcej czasu, a informacji o kolejnym krążku jakoś nie było. Sądziłem już nawet, że być może to koniec tego zespołu, ale kilka miesięcy temu zespół nieoczekiwanie obwieścił, że pracuje nad czwartym albumem. Płyta Things Change ukazała się pod koniec roku. Czy faktycznie – zgodnie z tytułem – zaszły jakieś zmiany? Jedna na pewno – na stanowisku perkusisty. A muzycznie? I tak, i nie.

sobota, 15 listopada 2014

Three Seasons - Grow [2014]


Całkiem niedawno pisałem o tegorocznej płycie szwedzkiej formacji Siena Root. Tymczasem były muzyk tej grupy – Sartez Faraj – od kilku lat nagrywa z nowym zespołem, Three Seasons. Grow to trzeci krążek formacji i – co nie jest niespodzianką dla tych, którzy zetknęli się z dwiema poprzednimi propozycjami tego tria – panowie oferują słuchaczom kilkadziesiąt minut bardzo klimatycznego, gitarowo-organowego prog rocka w klimatach przełomu lat 60. i 70. Podobnie jak większość moich ulubionych szwedzkości, płyta ukazała się nakładem Transubstans Records, co czyni ją trudną, choć nie niemożliwą do zdobycia w naszym pięknym kraju. A jednak jeśli jesteś, czytaczu, fanem nieco archaicznego, lecz bardzo urokliwego progresywnego grania z Hammondami w roli głównej, powinieneś zdobyć się na wysiłek odszukania Grow w polskich sklepach stacjonarnych lub internetowych, albowiem powiadam ci – album ten to 49 minut wielkiej muzycznej przyjemności.

Powiedzmy sobie szczerze – nie jest to jakaś wielce odkrywcza muzyka. Panowie absolutnie nie bawią się w bezczelne kopiowanie wielkich, ale przecież z kombinacji gitary, basu, perkusji i organów Hammonda nic nowego się już w zasadzie nie wymyśli. Tyle że, mimo cudownego brzmienia takiej mieszanki, można całkowicie sknocić płytę, nie mając pomysłu na dobre numery i chwytliwe melodie. Sartez i spółka na szczęście umiejętność tworzenia kompozycji opanowali w stopniu bardzo zadowalającym, dzięki czemu moje odczucia po wielokrotnym wysłuchaniu trzeciego krążka Three Seasons są niezwykle pozytywne. Z pewnością coś dla siebie znajdą tu fani bluesrockowych grup pokroju Cream czy Free. Zamykający krążek utwór Familiar Song (czyżby sarkazm?) oferuje wspaniałe brzmienie gitary i świetną podbudowę rytmiczną, choć oczywiście podparcie aranżu organami sprawia, że całość może rozwijać się w nieco innym kierunku niż typowe kompozycje wspomnianego tria z Londynu. Heavy blues rock dominuje także w kompozycjach takich jak Drowning (utwór promujący płytę) czy Fool for the Day. To bardziej zwarte numery, z odrobinę bardziej tradycyjną strukturą, choć niepozbawione uroku, bo czy można nie lubić połączenia przesterowanej gitary i Hammondów? Ale ta płyta to także psychodeliczne, progrockowe improwizacje, choć nieco bardziej wyważone niż w przypadku odjazdów znanych z dwóch poprzednich albumów. W No Shame panowie odpływają w swoich muzycznych podróżach, choć nigdy nie cierpi na tym struktura utworu. Za to mamy bardzo przyjemne solo organowe, chyba po raz pierwszy na tym albumie.

Moim faworytem na krążku jest jedyny instrumentalny utwór w zestawie – Tablas of Bahar. Na początek jest spokojnie i dostojnie: delikatne tło organowe i spokojne wejście gitary elektrycznej z delikatnymi wstawkami gitary akustycznej. Szybko jednak robi się ciężej dzięki dobremu, „brudnemu” riffowi, a z każdą kolejną sekundą Sartez tnie na swojej gitarze coraz przyjemniej. Całość jednak nawiązuje raczej do brzmienia grup typu Procol Harum, niż Deep Purple czy Uriah Heep, z którymi mieszanka hammondowo-gitarowa jest najczęściej utożsamiana. Chwilowe przerwy w dostawie prądu (czyt. wyciszenia) tylko dodają uroku tej kompozycji. No i to brzmienie – wspaniała, brudna gitara, bardzo sprawna i świetnie współpracująca sekcja rytmiczna, a to wszystko polane hammondowym sosem. W dodatku muzycy nie silą się na nowoczesne brzmienie. Gdyby ktoś próbował wmówić mi, że ten krążek powstał 40 lat temu, uwierzyłbym bez cienia wątpliwości, bo tak faktycznie brzmi. Ma to jednak pewne minusy. Wokale Sarteza czasami giną w miksie przykryte gęstą warstwą instrumentalnej przyjemności (Which Way). Bywa też tak, że lider grupy przesadza trochę z ekspresją i wczuciem się w swoją robotę, a w połączeniu z jego wysokim głosem daje to nie do końca przyjemny efekt (kilka momentów w Familiar Song). To jednak drobiazgi nie wpływające znacząco na odbiór całości.

Urok tej płyty leży w dużej mierze w szczegółach – nie tylko stricte muzycznych. W wewnętrznej części okładki wydawnictwa znajdujemy tradycyjne informacje o twórcach krążka, autorach grafiki i zdjęć, jednak nie otrzymujemy ich w postaci suchych danych w rubrykach, a w formie opisowej. Może to drobnostka, ale sprawia, że jakoś więcej w tym człowieczeństwa i bezpośredniej relacji muzyków z fanami. Dowiadujemy się też przy okazji, że całość powstała w wyniku improwizacji w studio i została zarejestrowana na żywo, na analogowym sprzęcie „z epoki”, by uzyskać pożądane brzmienie. Ktoś może powiedzieć, że to lekka przesada, ale jeśli są jeszcze zapaleńcy, którzy lubią się „bawić” w ten sposób, to czemu im tego zabraniać? Panowie świetnie czują się w takich klimatach i jeśli tylko są w stanie zainteresować nimi słuchaczy (mnie zainteresowali…), to wypada życzyć im stałego przypływu muzycznych inspiracji i dużo wytrwałości, bo niestety w dzisiejszych czasach graniem takiej muzyki fortuny się nie zarobi, ani wielkiej sławy się nie zdobędzie (choć 14. miejsce na liście sprzedaży w Szwecji to wynik bardzo dobry). Ale mój „wielki szacun” mają, jeśli to dla nich jakieś pocieszenie.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji