środa, 5 listopada 2014

Siena Root - Pioneers [2014]


Kiedy z cztery czy pięć lat temu po raz pierwszy zainteresowałem się przebogatym szwedzkim „rynkiem” retrorockowym, grupa Siena Root była jedną z tych, które natychmiast przykuły moją uwagę. Zespół z miejsca stał się jedną z moich ulubionych „szwedzkości”, a przy każdej kolejnej poznawanej płycie zastanawiałem się, jakim cudem nigdy wcześniej o nich nie słyszałem. Ale lata mijały, a z obozu grupy nie było słychać żadnych wieści o nowym albumie. Dochodziły natomiast słuchy o przetasowaniach personalnych, ale to akurat nie nowość – działalność Siena Root jest w dużej mierze oparta na rotacji w składzie i sporej liczbie gości, zarówno na płytach, jak i podczas występów na żywo. Ale w końcu pojawiły się pozytywne informacje: posucha płytowa dobiegła końca w tym tygodniu. W poniedziałek ukazał się piąty studyjny krążek Szwedów – Pioneers.

Do czego odnosi się tytuł płyty? Trudno powiedzieć – Szwedzi pionierami w swoim muzycznym gatunku nie zostaną, bo nagrywają dobre kilkadziesiąt lat za późno. Zatem może tytuł jest hołdem dla tych prawdziwych rockowych pionierów? To miałoby sens, bo ten album aż kipi od muzycznych hołdów dla klasycznego hardrockowego brzmienia. To w zasadzie żadna niespodzianka – Siena Root od początku sprawnie łączyli klasyczne gitarowo-organowe hardrockowe brzmienie z elementami rocka progresywnego, do tego wplatali dość obficie ścieżki instrumentów nieco bardziej egzotycznych, jak sitar, bansuri czy monochord. Jednak tym razem muzycy postawili mocno na brzmienie stricte hardrockowe, co ma swoje odbicie nie tylko w tradycyjnym rockowym instrumentarium, ale i w długości trwania kompozycji. Słuchacze zaznajomieni z twórczością Siena Root wiedzą doskonale, że grupa ta nigdy nie bała się kilkunastominutowych kompozycji, a muzycy w takich wielowarstwowych „długensach” czują się jak ryba w wodzie. Na Pioneers mamy zaledwie jeden dłuższy numer – zamykającą płytę kompozycję In My Kitchen, której ledwie kilku sekund brakuje do dziesięciu minut. Jednak pozostałe utwory mieszczą się w przedziale od trzech minut z groszami do nieco ponad pięciu, a to już jak na Siena Root rzecz niecodzienna.

Wspomniane In My Kitchen to zresztą – jak nietrudno zgadnąć – jedyny numer, w którym panowie „odjeżdżają” trochę i w swoim starym dobrym stylu dają się ponieść nieco psychodelicznemu klimatowi opartemu na bluesowych zagrywkach i znakomitych wstawkach gitary odzywającej się ponad spokojnym basowo-klawiszowym tłem. Jednak siedem wcześniejszych kompozycji to utwory nieco bardziej zwarte w formie, choć oczywiście daleko im do radiowego formatu i schematu zwrotkowo-refrenowego. Ciekawie jest od samego początku. Otwierające płytę Between the Lines momentami nawiązuje klimatem do Black Sabbath z okresu Sabbath Bloody Sabbath, choć to tylko chwilowe wrażenie. Umiejętne przechodzenie z fragmentów spokojnych do bardziej intensywnych gwarantuje utrzymanie zainteresowania słuchaczy i pokazuje, że przy oszczędniejszym aranżu i bardziej stonowanym klimacie muzycy radzą sobie równie sprawnie, co przy gęstym, wielowarstwowym tle dźwiękowym. 7 Years to pierwsza z kilku kompozycji na Pioneers, w której organy wychodzą na pewien czas na pierwszy plan, a my słyszymy solo, które równie dobrze mógłby zagrać Jon Lord. To jedna z cech charakterystycznych tego krążka – purpurowo-tęczowo-wężowe klawisze. Muzycy nie starają się ukrywać swojej miłości do muzycznej rodziny Deep Purple. Teoretycznie można by narzekać, że The Way You Turn trochę zbyt mocno w strukturze i klimacie przypomina utwór Lazy (i przy okazji kilka innych kompozycji wiadomej grupy…), ale skoro brzmi świetnie, to czemu właściwie miałbym wybrzydzać? Tym bardziej, że po dwóch purpurowych numerach w Keep on Climbing mamy zmianę klimatu – jest wolniej, ciężej, z jednej strony trochę bluesowo, z drugiej z elementami doom rocka. Doom blues? Jak zwał, tak zwał – brzmi wyśmienicie! Jeszcze bardziej bluesowo (tym razem tradycyjnie bluesowo) jest w najkrótszej kompozycji na albumie – Going Down. Głowę dałbym, że ten numer został nagrany gdzieś w okolicach 1972 roku, ale jak bez głowy słuchałbym tych świetnych kawałków z Pioneers?



Tego typu płyty to odwieczny problem recenzentów. Z jednej strony to wszystko gdzieś już było i brzmi bardzo znajomo. Niejeden słuchacz oburzy się – „mam już wszystkie płyty Deep Purple, Rainbow, Wishbone Ash, Trapeze i każdego innego zespołu z lat 70. Po cholerę mi jeszcze jakiś band ze Szwecji, który gra tak samo?” Ano może po to, że ten band brzmi absolutnie fantastycznie i bardzo się cieszę, że istnieją dziś takie zespoły. Ja wiem, że najłatwiej jest marudzić, że „nikt już dzisiaj tak nie gra”, a jak się okaże, że jednak gra, to wtedy jęczy się, że „to wszystko już przecież było”. Zamknijcie dzioby i po prostu odpalcie nową płytę Siena Root. Wmówcie sobie, ze to krążek z 1972 roku – nie będzie to trudne. Gwarantuje, że będziecie zachwyceni.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

2 komentarze:

  1. Poprzedni był niezły, najnowszy jest naprawdę zaskakująco dobry, mimo, że faktycznie "gdzieś już to słyszałem". Skoro mowa o skandynawskich pionierach, to zaiste Siena Root ani żadna inna grupa retrorockowa nimi obecnie nie jest, ale może warto wspomnieć, że swoich pionierów takiego grania Skandynawia miała już w latach 70! Grupa nazywała się Bla Vardag i bodajże w 1971 roku wydała jeden znakomity album studyjny "Atlas", po czym słuch o niej zaginął. Muzycy mieli po dwadzieścia lat, a sama płyta nadal robi ogromne wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, musze przyznać, że o bla vardag chyba nie słyszałem. ale doedukuję sie zatem w najblizszym czasie ;)

      Usuń