wtorek, 25 listopada 2014

Royal Blood - Royal Blood [2014]


Na nowe płyty wielkich świata muzycznego czekają wszyscy, na krążki mało znanych wynalazków, nagrywających w ciemnym lesie gdzieś w Szwecji czy Norwegii, czekam głównie ja. Większość wykonawców, którzy pojawiają się ze swoimi świeżymi albumami w tym miejscu, można zaklasyfikować w jednej z tych dwóch grup. Jest też jednak trzecia – anonimowi debiutanci, którzy wyskakują znikąd i w ciągu kilku miesięcy stają się ogólnoświatową sensacją. Tak właśnie było z angielskim duetem Royal Blood. Tak, duetem, gdyż grupę tworzą basista i wokalista Mike Kerr oraz perkusista Ben Thatcher. Zaraz, zaraz – a gdzie gitarzysta? Jakby to powiedzieć… Nie tutaj!

Wbrew pozorom, ostatnie lata przyniosły trochę świeżych pomysłów na muzykę rockową. Na pewno spory udział w modzie na personalny minimalizm miał sukces The White Stripes, choć tam przecież główną rolę grała gitara elektryczna – instrument zdawałoby się niezbędny w muzyce rockowej. Royal Blood idą krok dalej i ograniczają się jedynie do sekcji rytmicznej, bez żadnych kontrybucji z zewnątrz. A cały ten cyrk zaczął się od koszulki zespołu noszonej przez perkusistę Arctic Monkeys podczas koncertu Małp na festiwalu Glastonbury, zanim duet z Brighton zdołał opublikować oficjalnie choćby jedno nagranie. Bez względu na to, co sądzę o samych Arctic Monkeys, takiej reklamy mogą Royal Blood pozazdrościć wszystkie początkujące zespoły na świecie. Nie było zatem żadnym zaskoczeniem to, że już kilka miesięcy później Royal Blood grali koncerty jako support dla wspomnianych Małpiszonów. To był jednak dopiero początek – po ukazaniu się EPki Out of the Black grupa załapała się na tak znane festiwale, jak SXSW, Download, Glastonbury, T in the Park czy Reading. Mało? Już ogłoszono, że w przyszłym roku będą wraz z Iggym Popem gośćmi Foo Fighters na trasie ekipy Grohla po Wielkiej Brytanii, zaś ich własne brytyjskie tournée wyprzedało się w… 2 minuty. Inną kwestią jest to, na ile to efekt zabiegów managementu grupy – organizowania występów w małych salach – oraz aktywności „koników”.

No to broni się też muzyką ta angielska młodzież czy może – jak pisał pewien niezbyt szybki Bill – wiele hałasu o nic? Płyta Royal Blood to dziesięć kompozycji (trzy z nich trafiły wcześniej na wspomnianą EPkę) trwających w sumie niecałe 33 minuty. Zdecydowana większość z nich mieści się w przedziale czasowym 2:30 – 3:30, co dość mocno sugeruje, z jakiego typu utworami przyjdzie nam się zmierzyć. Nie ma tu miejsca na mnogość muzycznych wątków, rozbudowane motywy, zmiany klimatu czy wydłużone partie solowe. Jest szybko, zwięźle, dynamicznie i bardzo intensywnie. I to od samego początku. Out of the Black – czyli utwór tytułowy wydanej kilka miesięcy temu EPki – napędzają mocne bębny i gęsty bas przetworzony tak, że w zasadzie łatwo można by dać się oszukać, że w grupie jest przynajmniej jeden gitarzysta. Przy całej tej aranżacyjnej oszczędności jest dość ciężko i z przytupem. Brudne i nieco „mechaniczne” brzmienie dominuje także w Come on Over. Wyobraźcie sobie muzykę Muse z nieco mniej histerycznym wokalem i z wygłuszoną większością ścieżek gitarowych (większością, bo bas w zasadzie całkiem skutecznie udaje tu jedną z gitar elektrycznych). To ten rodzaj dynamiki. To zresztą cecha wspólna wielu kompozycji na tej płycie – rockowa ekspresja rodem z nagrań Queen czy właśnie Muse, połączona z surowością brzmienia The White Stripes i dynamiką Queens of the Stone Age, z pewnymi odniesieniami do grupy Marilyn Manson czy twórczości Trenta Reznora na dokładkę. Podobny rockowy czad dominuje w Loose Change (domyślam się, że to jeden z koncertowych faworytów). Na szczęście od czasu do czasu duet stara się odchodzić od dynamicznego, miarowego łupania. Utwór Blood Hands rozpoczyna się dużo spokojniej, rozwija się w kierunku niemal blues-rockowej stylistyki i – przede wszystkim – niesamowicie wręcz buja, choć mam wrażenie, że kończy się przedwcześnie. Z całej płyty najbardziej przemawia do mnie kompozycja Ten Tonne Skeleton, która już za kilka dni zostanie wydana jako drugi singiel z płyty. Znakomity wybór, bo to numer, który natychmiast wpada w ucho, wwierca się w głowę i za nic nie chce z niej wyjść. Świetna melodia, przystępne brzmienie, łatwo przyswajalny refren i mocno zaznaczony rytm (co zresztą nie jest przy takim instrumentarium żadnym zaskoczeniem). To potencjalny hit – kto wie, może nawet większy niż pierwszy singiel – Figure it Out.

Te niecałe 33 minuty mijają bardzo szybko i bezboleśnie. I w tym chyba największa siła tej płyty – kończy się zanim mogłaby się znudzić. A mogłaby, niestety. Bądźmy szczerzy – formuła grupy rockowej, która składa się tylko z basisty i perkusisty, jest bardzo ciekawa i intrygująca, ale także mocno ograniczająca dla samych twórców. Kerr dwoi się i troi, używa różnych efektów, by jego bas pełnił także funkcję gitary prowadzącej i rytmicznej, ale cudów nie wymyśli – całość musi być siłą rzeczy utrzymana w określonym klimacie, a nie jestem przekonany, czy chciałbym słuchać tego krążka przez godzinę. I to także wiąże się z moimi największymi obawami odnośnie do przyszłości Royal Blood. To, co sprawdziło się na debiucie i zwróciło na duet oczy i uszy szerokiej publiczności, może okazać się pułapką dla muzyków, bo jak długo panowie będą w stanie to zainteresowanie fanów rocka podtrzymać? Przez jeszcze jedną płytę, może dwie? Później, jeśli nic w formule i charakterze tej muzyki się nie zmieni, zaczną się narzekania na granie w kółko na tych samych schematach i powielanie tego samego brzmienia, a i zapewne dość szybko pojawi się liczna konkurencja, która będzie próbowała pójść jeszcze dalej w łamaniu rockowych schematów. Kolejne 3 – 4 lata pokażą, czy Royal Blood będą czymś więcej niż jednorazową sensacją. Na razie mają za sobą obiecujący start.

Grupa Royal Blood wystąpi w warszawskim klubie Palladium 14 stycznia 2015 roku.

---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

2 komentarze:

  1. Faktycznie - słucha się miło i bezboleśnie. Jest brudno, surowo i bezpośrednio. Rzeczywiście pytanie brzmi na ile albumów wystarczy im pomysłów zwłaszcza, że już na debiucie słychać powtarzalność patentów. Ten Tonne Skeleton rzeczywiście najbardziej się wyróżnia, do gustu przypadły mi jeszcze Come On Over, Loose Change i Better Strangers.

    Nie wiem czy Pan Recenzent widział, iż zespół zarejestrował także krótki set w ramach Spotify Sessions :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ostatnio rzadko na spocifaja zaglądam i troche lostnąłem track jesli chodzi o sesje spocifajowe, ale sie nadrobi.

      Usuń