poniedziałek, 27 czerwca 2016

David Gilmour - Wrocław [Plac Wolności], 25 VI 2016 [galeria zdjęć]



Można było tego upalnego dnia zostać w domu i oglądać koncert, siedząc na kanapie i popijając napoje wyskokowe, a potem dziwić się, że się przysnęło albo że nie czuło się klimatu. Można było nie pójść, a potem samego siebie przekonywać, że na pewno nie było warto, a wszystkich innych, że z pewnością wcale nie widzieli tego, co widzieli. Można było narzekać, że 70-letni facet (który nigdy nie był wybitnym wokalistą) nie śpiewa jak 40 lat temu. Można też było biadolić, że na swoim solowym występie ten sam 70-letni facet śmiał grać utwory ze swojej najnowszej solowej płyty, zamiast wykonywać same kilkudziesięcioletnie numery zespołu, w którym kiedyś występował – a w dodatku miał czelność nie zabrać ze sobą w składzie swojej obecnej grupy starego kumpla, który nie żyje od 8 lat. A można też było po prostu pójść na ten koncert, znakomicie się na nim bawić, przeżywać cudowne muzyczne chwile i nie pieprzyć w necie głodnych kawałków o tym jak kiepskie było to widowisko.

To nie był koncert idealny – to oczywiste. Każdy pewnie będzie w stanie wymienić coś, co może nie w stu procentach się udało. A to czasem wokal już nie ten (choć według mnie na bardzo solidnym poziomie i z wyczuciem, kiedy nie silić się na dawne linie wokalne), a to może brakowało tego czy tamtego utworu… A pewnie, brakowało. Choćby Astronomy Domine, które otwierało drugi set podczas niedawnych koncertów w Royal Albert Hall. Taki mały ukłon w kierunku okresu barrettowskiego byłby na pewno miły, ale za to we Wrocławiu część drugą występu otworzyło One of These Days, którego David Gilmour na solowych trasach nigdy nie grał. Brakowało też czegokolwiek z Animals czy choćby tych mniej znanych numerów z Wish You Were Here (bo zespół zagrał tylko dwa najbardziej sławne fragmenty tej płyty, czyli utwór tytułowy i pierwszą część Shine on You Crazy Diamond). Że co – że za dużo z ostatniej solowej płyty Gilmoura? Przecież właśnie rozpoczął kolejny odcinek trasy promującej Rattle That Lock, więc obecność aż 8 utworów z tego albumu w secie nie powinna nikogo dziwić, a że płyta to zaskakująco przyjemna, to i na żywo słuchało się ich fantastycznie. Gdyby zagrał z niej jeden czy dwa numery, a resztę zastąpił kawałkami Floydów, pojawiłyby się zapewne jęki, że żyje przeszłością. Pewnie nawet od tych samych narzekaczy, którym przeszkadzała nadreprezentacja nowego materiału. Jasne, że chciałbym Echoes, ale wiedziałem, że nie ma na to szans, bo tego numeru już w wykonaniu Gilmoura raczej nie usłyszymy. Gdyby zakończył koncert ostatnimi kompozycjami z mojej płyty numer jeden wszech czasów – Dark Side of the Moon (Brain Damage/Eclipse) – to trzeba by było zeskrobywać mnie z asfaltu, spakować do woreczka i zalać wrzątkiem, żebym miał szansę wrócić do siebie. Ale przecież na bis był inny genialny fragment tej samej płyty, czyli Time, oraz powalające Comfortably Numb z jedną z najpiękniejszych gitarowych solówek w dziejach muzyki rockowej, a wcześniej słyszeliśmy (I to jak! Brawa za nagłośnienie) także między innymi High Hopes, Money, Run Like Hell czy Us and Them, więc czy naprawdę można jeszcze narzekać na zestaw nagrań? Szkoda tylko, że ludzie z dalszych sektorów podobno nic nie widzieli wobec braku telebimów i obecność rozmaitych przeszkód na linii wzrok – scena. To kolejna wpadka po fatalnym rozwiązaniu z dystrybucją biletów i sprzecznych informacjach dotyczących możliwości wnoszenia napojów na teren imprezy (a przy tym upale była to kwestia niezwykle istotna, o czym świadczyły gigantyczne kolejki do nielicznych punktów sprzedaży napojów).


W porządku – przyznaję, że były momenty, kiedy odczuwałem pewne zmęczenie. Być może był to efekt długości koncertu (dochodzę do wniosku, że jednak dwie godziny to jest wystarczający czas, by powalić słuchacza – jeśli koncert ma być dłuższy, to musi trzymać w napięciu i zachwycać każdą kolejną nutą), choć raczej bardziej ogromnego upału, z którym mierzyliśmy się wszyscy przez cały tamten oraz poprzedni dzień, a także odpuszczania stresu, który zafundowali nam panowie piłkarze kilka godzin wcześniej. Ale to szczegóły. Długimi momentami byłem zachwycony. Ja – osoba, która nigdy nie przekonała się do solowej twórczości któregokolwiek z Floydów i która nie darzy wielką miłością płyt nagranych po odejściu Watersa. Pewnie, że emocje byłyby dużo większe, gdyby obok Gilmoura na scenie stali (lub siedzieli) panowie Waters, Mason i Wright. Ale to już (nawet w przypadku żyjącej wciąż pierwszej dwójki z wymienionych) mrzonki i sytuacja z pogranicza cudu. Gilmour przemeblował skład swojej grupy, dodając do jej stałych „elementów” (Steve’a DiStanislao na perkusji i Guya Pratta na basie) nowe twarze, w dodatku niezwykle uznane w branży (klawiszowców: Chucka Leavella – niegdyś członka The Allman Brothers Band, od lat grającego ze Stonesami – czy Grega Phillinganesa mającego na koncie współpracę z Michaelem Jacksonem, Erikiem Claptonem, Steviem Wonderem, Arethą Franklin czy grupą Toto). Mniej więcej połowa muzyków towarzyszących gitarzyście gra z nim pierwszą trasę, dla niektórych był to zdaje się nawet pierwszy oficjalny występ z Gilmourem, więc może i czasem coś nie zagrało w stu procentach tak, jak zagrać miało, ale w żaden sposób nie wpływa to na emocje i odbiór koncertu. Na szczęście wygląda na to, że specjaliści od narzekania (jak zwykle) zostali w domach, a pod sceną bawili się ci, którzy naprawdę chcieli tam być i wiedzieli, jak korzystać z każdej chwili w towarzystwie tak wybitnej postaci, bo wśród tłumu zgromadzonego na wrocławskim Placu Wolności zdecydowane przeważały opinie entuzjastyczne.










Wszystkie zdjęcia są autorstwa Marzeny Sówki. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis lub spytaj o zgodę.



--
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
oraz na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 (powtórki w soboty o 13)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji

5 komentarzy:

  1. No fajna recenzja. Zgodzę się z Tobą że najgorsze to narzekanie ludzi w necie. Jeśli chodzi o głos Dave a to według mnie na ten wiek to ma wspaniały i mocny. Byłam w szoku że 70- letni facet może tak wspaniale śpiewać. Dla mnie on jest bardzo wyjątkowym muzykiem chociaż kocham Pink Floyd po całości. Na jego widok płakałam jak dziecko. Marzeniem było go zobaczyć i usłyszeć. Czuje się zaszczycona że mogłam być tam z nim.
    Jeszcze raz gratuluje. Kasia

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja za pośrednictwem tiwi...
    Prezentował się nadzwyczaj dobrze, miejmy nadzieję, że jeszcze długo pogra.
    Zauważyłem, że po latach jazdy po Floydach coś się zmieniło: teraz obowiązuje ponownie atencja.
    To dobrze, bo jazda po nich była niezasłużona.
    Ciemną stronę miałem okazję słuchać w wersji kwadrofonicznej, ten relikt przeszłości znów podnosi głowę, tu i ówdzie znajdują się zainteresowani…
    Oczywiście, ze nie stać mnie było ani na ten sprzęt, ani na oryginał płyty, mój egzemplarz był pochodzenia słynnej Dum Dum India 
    Miałem zaszczyt kumplować się z człowiekiem zawodowo z dźwiękiem związanym i to u niego było.
    Ostatnim winylem Floydów, który kupiłem było Delicate Sound Of Thunder i po zachwytach dźwiękowych nad realizacją koncertowych nagrań powędrowałem w inne rejony muzyczne, rzadko wracając i prawie ignorując późniejsze płyty.
    Ale często wracam do Atom Heart Mother, nie znudziło mi się.
    Przy okazji Floydów zawsze polecam koleżkę Bruce’a Hornsby , który jest fantastycznym gościem i wspaniale połączył swój Fortunate Son z Comfortably Numb co nieodmiennie na jego koncertach wzbudza aplauz. Tak fantastycznie to gra i śpiewa…
    Tu pozwalam sobie wkleić link:
    https://www.youtube.com/watch?v=3RyqUdonHEI&list=PLcQnSvrw0qTL5N54Ud-xwAiBYaG1tyD9p

    OdpowiedzUsuń
  3. Byłam, widziałam, słuchałam i zgadzam się - narzekacze narzekać zawsze będą.
    A jeśli chodzi o głos Davida - no cóż, zważywszy na wiek Artysty, to ta chrypka mnie osobiście wzrusza równie mocno, co niedostatki głosowe Johny'ego Casha. Głos Johny'ego w jego późnych wykonaniach jest taki... prawdziwy. To samo wrażenie miałam właśnie w przypadku Davida. Było pięknie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ja tylko mogę Wam pozazdraszczać obecności tam i nawet gdyby coś było nie tak, to nie śmiałabym czegokolwiek wytykać, czy marudzić, bo to człowiek legenda... pozdrowienia dla Sówki :)

    OdpowiedzUsuń