poniedziałek, 23 maja 2016

Skaldowie - Warszawa [Progresja Music Zone], 22 V 2016 [galeria zdjęć]

- Zaraz, moment. Skaldowie? Bizon, serio?
- No jak najbardziej. Ale o co chodzi?
- No stary - Kuligi, wiolonczelistki, króliczki, festiwal w Opolu...
- Raczej Krywań, Od wschodu do zachodu słońca, Stworzenia świata część druga.

Taka rozmowa nie miała miejsca, ale mogłaby mieć. Nie ukrywajmy – większości ludzi w naszym kraju ta wchodząca w drugie półwiecze działalności grupa kojarzy się z wielkimi przebojami sprzed lat przypominanymi niemal co roku przez organizatorów Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu. Nie żeby było z nimi cokolwiek nie tak – po prostu nie jest to twórczość, która miałaby większą szansę przemówić do fanów muzyki rockowej, zwłaszcza nieco młodszych. Wielu z tych fanów nie ma jednak pojęcia, że Skaldowie zwłaszcza w latach 70. nie tyle flirtowali z muzyką progresywną, co byli po prostu kapitalnym progresywnym zespołem pełną gębą. Publiczność, która szczelnie wypełniła warszawską Progresję, wiedziała oczywiście o tym doskonale. To nie byli przypadkowi fani radiowych hitów, a zapaleńcy, którzy przyszli na koncert z całymi stosami oryginalnych winylowych wydań płyt Skaldów z nadzieją na zebranie podpisów. A podpisywać te stare krążki miał kto, bo Skaldowie wystąpili w swoim klasycznym składzie z lat 70. wzmocnionym drugim klawiszowcem Grzegorzem Górkiewiczem (w grupie od niemal 30 lat) oraz córką (wokal) i zięciem (instrumenty perkusyjne) wokalisty Jacka Zielińskiego. Do tego w zapowiedziach w prasie podawano, że dla Andrzeja Zielińskiego specjalnie ściągnięto klasyczne organy Hammonda. Brzmi, jakby przewędrowały na ten koncert przez pół świata, a trzeba je było tylko przenieść z sali prób Riverside, niemniej ich brzmienie stanowiło niezwykle ważny element tego koncertu.

No to były te hity opolskie czy ich nie było? Były... choć w dość skromnej liczbie. Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał i Medytacje wiejskiego listonosza otworzyły drugą część koncertu, później usłyszeliśmy jeszcze piękne W żółtych płomieniach liści i już na sam koniec występu zagraną na bis Wiosnę. Jednak zdecydowaną większość wieczora wypełniły dłuższe formy, utwory progresywne i bardziej wymagające (zarówno dla grających jak i dla słuchających). Najważniejszym punktem programu było oczywiście wykonanie całości płyty Krywań, Krywań – jednego z największych dzieł w historii polskiego progresywnego rocka. To właśnie na zakończenie 17-minutowego utworu tytułowego, który wieńczył pierwszą część koncertu, publiczność po raz pierwszy wstała z miejsc i nagrodziła grupę owacją na stojąco. Taka reakcja miała miejsce jeszcze dwa razy: po wykonaniu Nie widzę ciebie w swych marzeniach z gościnnym udziałem Stanisława Wenglorza, którzy przyjechał specjalnie z zagranicy i pokazał wszystkim, że wciąż ma niesamowitą moc w głosie, oraz na zakończenie części drugiej, gdy zespół wykonał porywająco kolejną długą suitę – Stworzenia świata część druga. W trakcie bisów (Wiosna) nikt już nie siadał.

Jak już wspominałem, publiczność doskonale wiedziała, na jaki koncert przyszła. Wiedział to też zespół. W efekcie grupa zagrała znakomity, dwuipółgodzinny koncert, który nie zawiódł chyba nikogo na sali. Panowie mimo ponad 50 lat na scenie są w bardzo dobrej formie. Jacek Zieliński prezentuje nieobecny już w zasadzie w dzisiejszych czasach styl scenicznej konferansjerki, zapowiadając każdy kolejny utwór i wymieniając nazwiska twórców kolejnych kompozycji. To miła odmiana po „you're fuckin' great” czy „we fuckin' love you all” – elementach koncertowego kontaktu artysty z publicznością, do których jesteśmy przyzwyczajeni na koncertach rockowych w ostatnich latach. Klasa! Tak w słowie, jak i w muzyce. Po zejściu ze sceny muzycy przez niemal godzinę podpisywali płyty i pozowali do zdjęć z fanami.

Podziękowania dla Klubu Progresja za możliwość fotografowania.

















































Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis lub spytaj o zgodę.

--
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
oraz na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 (powtórki w soboty o 13)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji

2 komentarze:

  1. naskrobałam się dużo, dużo, a tu bach serwer error... no to napiszę tylko, że Skaldowie to klasa sama w sobie, muzycznie jak i na scenie... zazdraszczam Ci tych koncertów, bo są wyjątkowe, a sam widok kilku pokoleń na scenie i pod nią jest bezcenny... na taki koncert to pewnie moi rodzice też by się wybrali ( gdyby żyli), bo Skaldowie są jedynym zespołem, obok Beatlesów, który lubili ( cyt. "z tych Waszych szarpidrutów, to tylko tego można posłuchać z przyjemnością)... a zdjęcia znowu coraz lepsze :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O rany!
    Kto by się spodziewał, że młodzież doceni Skaldów! A to, że ich klasę sceniczną doceni, to już zaskoczenie pełne...
    Ja ich uwielbiam za to samo, co zostało opisane. W połowie lat sześćdziesiątych byli muzycznym objawieniem na naszym rynku a wkrótce i na świecie, ich talenty, erudycja muzyczna podbudowana solidnym wykształceniem złożyły się na tak oryginalną i wspaniałą muzykę. Dziękuję za ten wpis szczególnie, jak szczególnym zespołem byli dla mnie Skaldowie. Gdyby Andrzej Zieliński urodził się w Ameryce, zrobiłby karierę co najmniej jak Bacharach.
    Nie zapomnę dreszczy, które mną zawładnęły w momencie słuchania płyty Od wschodu do zachodu słońca tuż po jej zakupie, podobnie było z Krywań, Krywań...

    OdpowiedzUsuń