poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Soul Asylum - Change of Fortune [2016]



Pamiętacie jeszcze Soul Asylum? Jeśli macie około 30 lat (może trochę więcej) i mieliście szczęście oglądać MTV na początku lat 90., nie możecie ich nie kojarzyć, choćby dzięki wielkiemu przebojowi Runaway Train. Ten numer znał każdy. Kapitalną płytę Grave Dancers Union, z której pochodził, znało już znacznie mniej osób. No cóż, typowy przykład grupy jednego przeboju, choć w przypadku tego albumu zdecydowanie zasługiwali na nieco więcej niż wałkowanie w kółko jednego numeru. Pewnie niewiele osób wiedziało, że była to już szósta płyta amerykańskiej grupy. Jeszcze mniej wie, że zespół – mimo okresów mniejszej aktywności – nigdy się nie rozpadł i wciąż co jakiś czas wydaje nowe albumy. Choć trudno tu mówić o tej samej grupie, co w czasach Runaway Train, bo z tamtego składu w formacji tej od dawna gra już tylko lider, kompozytor, wokalista, gitarzysta, a czasem także basista i klawiszowiec w jednej osobie – Dave Pirner. Reszta składu, zwłaszcza w ostatnich latach, zmienia się częściej niż rozkład jazdy PKP, już nawet od czasu wydania omawianego tu albumu doszło do kolejnych zmian. Nie ma to większego znaczenia. Jest lider – jest zespół. Jest też rzeczona płyta, która ukazała się kilka miesięcy temu – Change of Fortune. To jedenasty krążek w karierze grupy. Co przynosi muzycznie? W zasadzie to, czego można by oczekiwać. Niespełna 40 minut całkiem niezłego, choć niezbyt wyszukanego rockowego grania, które momentami całkiem skutecznie zostaje w głowie.

Dominują tu numery dynamiczne, skoczne nawet, niezbyt złożone. Ledwie w dwóch przypadkach czas ich trwania przekracza (i to ledwie o kilka sekund) cztery minuty, więc nie spodziewajcie się żadnych skomplikowanych konstrukcji. Jest tak jak było te ćwierć wieku temu, choć może momentami trochę nowocześniej w kwestii brzmienia (co zresztą nie zawsze akurat wychodzi na dobre). Na pewno zaletą tego krążka jest to, że parę rzeczy zostaje w głowie. Jedną z nich jest otwierające płytę Supersonic, które startuje z werwą i chwytliwym refrenem, dając dość dobre pojęcie o klimacie całości. Can’t Help It to ciąg dalszy mocniejszych, ale przebojowych brzmień. Doomsday w niecałe trzy minuty zapewnia sporą dawkę dynamicznego grania. To trzy pierwsze kawałki na płycie. Potem albo poziom nieco spada, albo po prostu człowiek trochę przyzwyczaja się do takiego grania i znika świeżość, toteż niektóre rzeczy trafiają skuteczniej, a inne wypadają z głowy wraz z wybrzmieniem ostatniej nuty. Zwróciłem jeszcze uwagę na zamykające płytę Cool, które może nie do końca pasuje brzmieniem do reszty, ale całkiem nieźle płynie i przyjemnie funkuje. Jest też kilka rzeczy, które ewidentnie mi zgrzytają. Chaotyczne i unowocześnione na siłę Make It Real brzmi jakby był to numer z zupełnie innej bajki i nijak tu nie pasuje (na szczęście jest najkrótsze na płycie), a  When I See You to chyba zbyt daleka wycieczka w klimaty wygładzonego pop-rocka w stylu muzyki z Przyjaciół. Całość jednak sprawia całkiem niezłe wrażenie i nawet jeśli fani Runaway Train nie znajdą tu wiele dla siebie, to charakterystyczny, zachrypnięty głos Pirnera jest gwarantem, że nie pomylimy tej płyty z krążkiem żadnej innej formacji. Bo nawet jeśli nie ma tu utworów, bez których nie wyobrażałbym sobie tego świata, to uszy podczas odsłuchu nie cierpią.

Chyba dla wszystkich jasne jest, że Soul Asylum już nigdy nie będą tak popularni, jak po wydaniu Grave Dancers Union. Większość świata dawno już o nich zapomniała, a najczęstszą odpowiedzią na wzmiankę o nowej płycie tej grupy jest pytanie – „to oni jeszcze grają?”. Płyta Change of Fortune nic w tym temacie nie zmieni i to z różnych powodów. Po pierwsze czas ich popularności po prostu już przeminął. Są wykonawcy, którzy wykorzystali dobrą passę sprzed ponad 20 lat i potrafili utrzymać miejsce w świadomości słuchaczy. Soul Asylum nigdy nawet nie zbliżyli się do sukcesu Grave Dancers Union i ten pociąg już zdecydowanie odjechał (musiałem…). Inna sprawa, że Change of Fortune po prostu nie jest płytą tak dobrą jak Grave Dancers Union, to jednak nie oznacza, że to album słaby. Mamy tu do czynienia z solidnym rockowym graniem, które wstydu grupie na pewno nie przynosi. Ale z drugiej strony raczej nie zainteresuje też twórczością zespołu nikogo nowego. Taki już niestety los tego typu grup, ale mimo wszystko warto tej płyty posłuchać, może ktoś poczuje przypływ nostalgii za czasami młodości.



--
Zapraszam na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 21 (powtórki w soboty o 13)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji
Zapraszam też na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji


2 komentarze:

  1. Ja z "Grave Dancers Union" zawsze wolałem "Somebody To Shove", a z numerów łagodniejszych - "Black Gold". Reszty twórczości jakoś nie mam ochoty poznawać, szczególnie, że nawet ze wspomnianego przeze mnie krążka nie zapamiętałem więcej utworów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. moim faworytem z tej plyty bylo zawsze without a trace, pamiętam jeszcze teledysk ze snajperem z dawnych czasó mtv. ale nic poza tą płytą nigdy jakos nie zwrocilo mojej uwagi, choc moze nie poswiecilem im wystarczająco czasu

      Usuń