Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porcupine tree. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą porcupine tree. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 31 października 2022

Porcupine Tree - Katowice [Spodek], 30 X 2022 [galeria zdjęć]

Siedemnastego lipca 2010 roku widziałem Porcupine Tree w łódzkiej Wytwórni. To był ostatni koncert zespołu w naszym kraju, bo i niedługo później - choć nikt tego oficjalnie nie obwieszczał - grupa w zasadzie przestała istnieć. Wiele się zmieniło przez tych 12 lat. Zmieniła się na pewno łódzka Wytwórnia, zmienił się skład Porcupine Tree, zmienił się też trochę Spodek, w którym formacja zagrała tym razem, po tej dwunastoletniej przerwie. Na pewno znacznie zmieniła się setlista prezentowana przez grupę. Ta tym razem ułożona była z naciskiem na nowy, pierwszy po latach album - Closure / Continuation (muzycy wykonali całą podstawową wersję płyty, większość w pierwszej części koncertu) - oraz na być może najpopularniejsze dzieło Porcupine Tree - In Absentia (aż pięć utworów). Z pozostałych albumów tylko Fear of a Blank Planet doczekało się nieco liczniejszej reprezentacji (trzy utwory), zaś reszta płyt miała po jednym przedstawicielu. Mam wrażenie, że lepszego przyjęcia doczekał się drugi set, w którym znalazły się takie Porcupine'owe klasyki jak Anesthetize, Sleep Together czy zagrane na bis Halo i moje ulubione Trains. Steven Wilson stwierdził, że z jakiegoś powodu właśnie ten ostatni utwór jest szczególnie uwielbiany przez fanów grupy i tu nie jestem wyjątkiem. Ten numer zawsze wywołuje u mnie ciarki i mnóstwo emocji, bez względu na to, czy słyszę go w wykonaniu Porcupine Tree, czy Wilsona i jego solowego zespołu.

wtorek, 28 czerwca 2022

Porcupine Tree - Closure/Continuation [2022]

Porcupine Tree wracają po 11 latach. Jedno krótkie zdanie, a tyle kontrowersji i niejasności. Po pierwsze, zespół nigdy oficjalnie nie zakończył działalności. Po prostu… przestał wspólnie grać. Nie doczekaliśmy się nigdy jednoznacznego oświadczenia, a wypowiedzi Stevena Wilsona o tym, że Porcupine Tree już nie ma, przeplatały się z takimi, które sugerowały, że kiedyś być może znowu panowie wydadzą coś pod tym szyldem. Po drugie, te 11 lat to przerwa w jawnej działalności, bo – jak już wiemy – w zasadzie przez cały ten okres powstawały nowe kompozycje, tylko nikt poza trójką zainteresowanych muzyków o tym nie wiedział. I po trzecie – jak powiedzą (a w zasadzie już mówią) niektórzy – co to za Porcupine Tree bez basisty Colina Edwina? Powodów do dyskusji, sporów czy wątpliwości jest sporo. Czy nowa płyta te wszystkie znaki zapytania odeśle w niepamięć? Nie mam bladego pojęcia!

niedziela, 24 stycznia 2021

Steven Wilson - The Future Bites [2021]


Nowa płyta Stevena Wilsona to zawsze spore wydarzenie w świecie fanów muzyki progresywnej. I nic to, że to, co obecnie tworzy angielski wokalista, multiinstrumentalista i producent nijak ma się do prog rocka. Ci sami ludzie, którzy niegdyś czekali na jego nowe płyty z zapartym tchem, teraz traktują je przeważnie w kategoriach ciekawostki i zastanawiają się, czy będzie się dało wytrzymać do końca, czy może odpuścić sobie po dwóch, góra trzech numerach. No cóż, niewątpliwie nowy album, The Future Bites, którego premierę przecovidzono o ponad pół roku, zniechęci jeszcze większą grupę niegdysiejszych fanów Wilsona, niż poprzednia jego solowa płyta, To the Bone. Czy zapewni mu nowych? Tu mam pewne wątpliwości, bo jednak trudno muzykowi rockowemu zdobyć zainteresowanie fanów innych gatunków. Z drugiej strony, nie sądzę, by Wilson był muzykiem na tyle rozpoznawalnym poza światem rocka, żeby tłumy potencjalnych słuchaczy jego nowej płyty uciekały na widok jego nazwiska. Wiele pytań i wątpliwości związanych z tą płytą już na początku tego tekstu, no ale to jest właśnie album, który wiele wątpliwości, a nawet kontrowersji wzbudza.

piątek, 8 lutego 2019

Steven Wilson - Łódź (Wytwórnia), 7 II 2019 [galeria zdjęć]

To już kolejna, choć wszystko wskazuje na to, że ostatnia wizyta Stevena Wilsona w Polsce w ramach trasy promującej album To the Bone. Wielu obawiało się, że po raz kolejny dostaniemy to samo show, ale okazało się, że Wilson jest doskonale świadom tego, że nie można zanudzać nawet najbardziej wiernych słuchaczy. Choć na początku tego odcinka trasy wydawało się, że faktycznie zmieni się niewiele, każdy kolejny koncert przynosił kolejne ciekawostki w secie. Ten łódzki był w ostatnim czasie jednym z dłuższych i w opinii wielu fanów także zdecydowanie jednym z najlepszych. Steven i jego znakomity zespół wykonali aż 21 kompozycji, wśród których oczywiście znalazło się miejsce na materiał z ostatniej solowej płyty muzyka, ale także choćby na przyjmowane entuzjastycznie The Sound of Muzak, Lazarus czy Sleep Together z repertuaru Porcupine Tree oraz Blackfield z dorobku grupy Blackfield. Największym zaskoczeniem było jednak chyba Porcupine'owe Sentimental, niesłyszane już na żywo od bardzo dawna - tu wykonane jedynie przez Wilsona i pianistę Adama Holzmana.

niedziela, 18 lutego 2018

Steven Wilson - Zabrze [Dom Muzyki i Tańca], 17 II 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Nie jestem maniakiem twórczości Stevena Wilsona. Cenię go, ma gość głowę do muzyki, ma też swoje dziwactwa, ale to akurat domena wielu wybitnych artystów, a za takiego go uważam. Nagrał kilka płyt, które absolutnie uwielbiam i dość sporo takich, które są mi absolutnie obojętne. Nie rzucam się na każdy jego dźwięk jak piłkarze na boisko w polu karnym przy mocniejszym podmuchu wiatru, ale jak coś jest po prostu cholernie dobre, to trzeba to napisać, bez względu na to, czy akurat panuje moda na bałwochwalstwo w stosunku do Wilsona, czy na mieszanie go z błotem. Koncert w Zabrzu był CHOLERNIE dobry.

środa, 16 sierpnia 2017

Steven Wilson - To the Bone [2017]



Premiera nowej płyty Stevena Wilsona musi być głośnym wydarzeniem w świecie szeroko pojętej muzyki progresywnej. Musi, bo Wilson to postać nietuzinkowa, jedna z najbardziej uwielbianych w tej muzycznej bajce, lecz – podobnie jak w przypadku innych masowo uwielbianych – także jedna z najczęściej krytykowanych czy wyszydzanych. I ta budząca tak skrajne kontrowersje postać zapowiada płytę nagraną w klimatach kompletnie innych od tego, z czego jest najbardziej znana. Ba, nie tylko zapowiada, ale faktycznie udowadnia już przy okazji pierwszych singli, że na tym nowym krążku znajdzie się miejsce i na bardziej popowe, radiowe numery, i wręcz niemal na muzykę taneczną. Niełatwy to przypadek dla słuchacza, niełatwy też dla recenzenta. Niektórzy będą oczekiwali jednoznacznie czołobitnych opinii, „bo to przecież Wilson”, inni z kolei będą zawiedzeni, jeśli przeczytana opinia nie będzie mieszała albumu z błotem, bo taka obecnie moda. Choć tak naprawdę w tym przypadku bardzo wiele zależy od oczekiwań i przede wszystkim od nastawienia.

piątek, 9 września 2016

iamthemorning - Lighthouse [2016]



Przyznaję się – czasami nie sięgam długo po jakieś płyty z powodów zupełnie niezrozumiałych nie tylko dla innych, ale i dla mnie samego. Najnowszy krążek rosyjskiego duetu iamthemorning czekał na swoją kolej kilka miesięcy. Poznałem dwa nagrania promujące album i choć oba mi się spodobały, wmówiłem sobie, że to będzie płyta bardzo smutna, depresyjna wręcz. Wmówiłem to sobie tak skutecznie, że aż do tego tygodnia nie zdecydowałem się na odsłuch całości. Oczywiście urodzaj znakomitych krążków wydawanych w tym roku znacznie ułatwił ignorowanie płyty Lighthouse, w końcu i tak jest w czym wybierać, jeśli chce się posłuchać świetnej nowej muzyki. Ale wakacje to okres nieco spokojniejszy na rynku wydawnictw płytowych, to i znalazł się czas na nadrobienie zaległości. Z lekką obawą odpaliłem więc trzecią płytę projektu iamthemorning, która swoją premierę miała w kwietniu.

niedziela, 24 stycznia 2016

Steven Wilson - 4.5 [2016]



Reakcje na kolejne wydawnictwo Stevena Wilsona można w zasadzie przewidzieć zanim jeszcze płyta trafia na półki sklepowe. Niektórzy narzekają, że Wilson ani na chwilę nie daje o sobie zapomnieć i ciągle podtyka fanom coś, na co ci mogą wydać pieniądze, nawet jeśli nie do końca jest to nowy materiał. Inni zaś biorą wszystko w ciemno i są gotowi rozpływać się w zachwycie zanim wybrzmi choćby jedna nuta nowego krążka – w końcu to Steven. Steven nie nagrywa rzeczy nieboskich, prawdaaaaa? Jedni i drudzy nie powinni chyba czytać dalej tego tekstu, ale jeśli należycie do grupy nieuprzedzonych i niefanatyzujących, otwartych, lecz niezaślepionych, to zapraszam do poznania kilku twarzy Stevena Wilsona składających się na 41/2.

wtorek, 10 marca 2015

Steven Wilson - Hand. Cannot. Erase. [2015]


Tajemniczy Steven Wilson ma wiele twarzy. Nie, że dwulicowy chłop – chodzi o to, że jest wszechstronnym artystą, sięgającym po różne środki przekazu i obracającym się w rozmaitych muzycznych klimatach. Wilson potrafi zabierać słuchaczy w kosmiczne podróże, przyłożyć treściwym, pełnym dynamiki rockiem, zaserwować przyjemną popową balladkę czy stworzyć znakomity, psychodeliczny klimat. Na przestrzeni lat przyzwyczaił swoich słuchaczy, że nie lubi tkwić zbyt długo w jednym muzycznym świecie, dlatego nie powinno być żadną niespodzianką, że po dość mrocznym i dusznym The Raven That Refused to Sing, przyszła pora na zwrot ku przeszłości – tym razem własnej. Przy Kruku Wilsonowi zarzucano nadmierne zapatrzenie się w King Crimson, ale najnowsza płyta bosonogiego Stefana – Hand. Cannot. Erase. – to najprawdziwszy Wilson w czystej postaci. Napiszę wprost, bez bawienia się w niestrawne, górnolotne wywody – ten album to Wilson w pigułce, bo znajdziemy tu wszystkie elementy jego twórczości, które wymieniałem na samym początku.

Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze tęskni za Porcupine Tree. Wilson chyba zupełnie odpuścił już sobie ten projekt i w zasadzie trudno mu się dziwić. Na płycie Hand. Cannot. Erase. śmiało nawiązuje momentami do twórczości tej grupy, a przy tym nie musi konsultować niczego z pozostałymi muzykami. No dobrze – wiadomo, że Porcupine Tree to przede wszystkim on, ale jednak formuła zespołu nakłada pewne ograniczenia, nawet w przypadku projektu skupionego tak silnie wokół jednego lidera. W przypadku Blackfield równie ważną częścią całości był Aviv Geffen, więc i tam trzeba było iść na kompromisy. Na płytach solowych Wilson na kompromisy iść nie musi, co przynosi zaskakujący efekt w postaci krążka brzmiącego niczym krzyżówka Porcupine Tree i Blackfield… tylko tantiemami nie trzeba się dzielić. Na szczęście tym razem Steven połączył to wszystko w taki sposób, że zarówno zwolennicy mocniejszych, dynamiczniejszych kompozycji, jak i ci, którzy lubią sobie poodpływać przy spokojnych muzycznych pejzażach, znajdą tu sporo dla siebie. 65 minut to sporo czasu, by zaprezentować wiele odcieni swojej twórczości.

Typowo „jeżozwierzowo” jest na pewno na otwarcie albumu. Połączony z albumowym intrem – First Regret – numer 3 Years Older – to 10 minut grania dość dynamicznego, pełnego polotu, ale jednak zapadającego w pamięć głównie dzięki mocniejszym fragmentom, które pojawiają się przede wszystkim na początku i na końcu utworu. Reszta płynie sobie bardzo przyjemnie, tylko mam nieodparte wrażenie, że już to kiedyś u Wilsona słyszałem. A może to po prostu przez jego charakterystyczny głos? Zaskoczył mnie nieco utwór tytułowy. Brzmi jakoś tak… przebojowo? Taki trochę Coldplay zmieszany z U2 (tym trochę starszym, bo inaczej mieszalibyśmy Coldplay z Coldplayem). Nie jestem do końca przekonany, czy odpowiada mi Wilson w takim wydaniu (a właściwie to jestem pewien, że mi nie odpowiada), ale fakt faktem, że tego typu utwory wprowadzają pewnego rodzaju świeżość i odmianę na albumie. To zresztą nie jedyna „piosenkowa” próba na tej płycie, bo i pojawiające się pod koniec wydawnictwa Happy Returns też brzmi bardzo radiowo, a i Perfect Life ma spory potencjał komercyjny. Ten ostatni utwór charakteryzuje dość oszczędny aranż i elektroniczne tło, choć mam wrażenie, że całość jest trochę monotonna i mało treściwa. Ot, takie filmowe wypełnienie czasu pomiędzy akcją. Ale już Happy Returns, które niemal zamyka płytę (po nim już tylko dwuminutowe, klawiszowo-fortepianowe Ascendent Here On…, które pełni funkcję płytowego outra), to numer dużo ciekawszy. Również prosty w konstrukcji i w gruncie rzeczy dość popowy, ale znakomicie bujający, przebojowy w pozytywnym znaczeniu tego słowa, z bardzo przyjemnie brzmiącą partią gitary pod koniec. Trochę czuć tu klimat Trains wiadomego zespołu, może dlatego mam słabość do Happy Returns, bo Trains darzę uwielbieniem wykraczającym poza granice zdrowego rozsądku.

Mimo wszystko dużo ciekawiej prezentują się według mnie dłuższe utwory. Routine rozpoczyna się niezwykle delikatnie i płynie sobie subtelnie przez kilka minut, ale tak naprawdę rozkręca się dzięki cudownej partii gitary Guthriego Govana w połowie kompozycji. Na dobre wychodzi też temu utworowi nieco intensywniejszy aranż w jego drugiej części oraz urocze dwugłosy Wilsona i izraelskiej wokalistki Ninet Tayeb. Tu chyba Wilson najbardziej zbliża się do klimatu swojej poprzedniej płyty i pewnie dlatego właśnie na tę kompozycję na początku zwróciłem uwagę, bo nie ukrywam, że jestem wielkim fanem tamtego krążka. Wysoki poziom utrzymuje kolejny nieco mocniejszy i bardziej złożony kawałek. Home Invasion rozpoczyna się niemal jak jakiś starszy numer Dream Theater, choć pewnie w czasach, gdy „hejt” na wszystko, co wydaje ten zespół, jest tak popularny, nie będzie to najlepsza rekomendacja. To jednak tylko chwilowe wrażenie, co nie zmienia tego, że Home Invasion zapewnia dynamikę, nieco tajemniczości i przede wszystkim spory ciężar, który kontrastuje z „piosenkową” częścią płyty. Klawiszowy motyw pełniący funkcję tła, gdy Wilson zaczyna śpiewać, oraz wzmacniająca go później gitara, mają w sobie coś z muzyki funkowej. Fantastycznie brzmią kosmiczne dźwięki Mooga oraz soczysta gitarowa solówka w Regret #9, które łączy się płynnie z Home Invasion. Ten instrumentalny kawałek to najbardziej tradycyjnie progrockowy numer na płycie, zaryzykuję stwierdzenie, że mocno floydowy. A jeśli coś jest floydowe, to nie może być złe, prawda? No chyba, że jest zbiorem niedokończonych dwudziestoletnich pomysłów zebranych do kupy tylko po to, żeby wydać coś na zakończenie kariery. Ale o czym to ja… ach tak, Wilson. Po tych dwudziestu minutach (Routine / Home Invasion / Regret #9) wybaczam Wilsonowi te nieco monotonne pioseneczki z początku płyty. Tymi trzema numerami sprawił, że do Hand. Cannot. Erase. będę musiał wracać. Ale to przecież nie koniec. Delikatne, niespełna trzyminutowe Transience to jedynie akustyczne wypełnienie, poprzedzające chyba najciekawszą, a na pewno najdłuższą kompozycję na krążku – Ancestral. Przyznam, że pierwsze utwory z tej płyty, prezentowane w stacjach radiowych, niespecjalnie mnie powaliły, ale gdy zagrano tę kompozycję, natychmiast przykuła moją uwagę. Tu znowu jest nieco tajemniczo, raz spokojnie i niemal melancholijnie, innym razem posępnie, złowieszczo wręcz, intensywnie i ciężko. Gitara, która wchodzi na początku piątej minuty, rozkłada na łopatki, zaś powtarzane pasaże mniej więcej w połowie utworu hipnotyzują coraz bardziej z każdą sekundą. Na szczęście Wilson szybko wyrywa słuchaczy z tej hipnozy zmianą klimatu. Rozpędza się coraz bardziej z każdą minutą, przechodząc na moment już nawet nie do soczystego rocka, a niemal do metalu. A potem znowu wyciszenie, przy którym Wilson wraz z kolegami pozwala nam wsłuchiwać się w tajemnicze dźwięki fletu i klawiszy dobiegające z trzeciego czy nawet czwartego planu, tylko po to, by za moment z zaskoczenia znowu zaatakować bezbronnego słuchacza ostrym łomotem perkusyjnym i intensywnymi partiami gitary. Ile tu się dzieje!

photo: Jakub "Bizon" Michalski
Moje odczucia w związku z tym albumem są nieco sprzeczne. Z jednej strony dużo tu… Wilsona, co mogło nie być takie oczywiste po poprzedniej płycie. I to teoretycznie powinno cieszyć. Ale z drugiej strony, ja chyba jednak wolałem te nieco mroczne, melancholijne, wybuchające od czasu do czasu wściekłością brzmienia z The Raven That Refused to Sing, nawet jeśli był to jeden wielki hołd dla Roberta Frippa i kilku innych mistrzów rocka progresywnego. Dlatego właśnie najbliżej mi tu do Routine czy Ancestral, które ewidentnie nawiązują do Kruka klimatem. Co nie znaczy, że Hand. Cannot. Erase. nie jest płytą wartą uwagi. To bardzo klimatyczny krążek, mieniący się wieloma barwami, łączący w sobie muzyczną estetykę wielu projektów Wilsona. A że nie wszystkie z tych projektów do końca do mnie trafiają, to i nie każdy utwór na albumie przemawia do mnie jednakowo skutecznie. Ale ta płyta to chyba najbardziej przystępny solowy krążek Wilsona, przy czym muszę zaznaczyć, że przystępność nie równa się banalności. Jestem przekonany, że będzie w ścisłej czołówce wszystkich rankingów najlepszych płyt tego roku według portali i magazynów zajmujących się szeroko pojętą muzyką rockową, choć ja do całości chyba wielką miłością nie zapałam. To będzie raczej okazjonalny flirt bez zobowiązań.


Już wkrótce Wilson ponownie odwiedzi Polskę. Na zaproszenie Rock Serwisu zagra 7 kwietnia w Krakowie (ICE Kraków) i 8 kwietnia w Łodzi (Wytwórnia). Biletów podobno coraz mniej.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

niedziela, 30 listopada 2014

Steven Wilson - Cover Version [2014]


Dziwna to płyta – niby składanka, ale tak nie do końca, połowa materiału to kompozycje oryginalne, połowa to covery, a do tego całość – mimo że po raz pierwszy wydana w takiej formie w tym roku – została nagrana kilka, a w niektórych przypadkach nawet kilkanaście lat temu. Wyjaśnię zatem – w latach 2003 – 2010 Steven Wilson wydał sześć singli zawierających po dwie kompozycje. Jedną z nich na każdej z płytek był oryginalny utwór Wilsona (z jednym wyjątkiem w postaci tradycyjnej pieśni angielskiej), drugą – cover. Przeróbek doczekały się numery w zdecydowanej większości znanych wykonawców, zatem otrzymaliśmy szansę zapoznania się z potraktowanymi po wilsonowemu kompozycjami Prince’a, The Cure, Abby czy Alanis Morissette. Latem tego roku Steven zebrał w końcu wszystkie 12 nagrań i umieścił na jednej płycie.

Biorąc pod uwagę czas powstania sześciu „oryginałów”, można by uznać Cover Version za pierwszą solową płytę Wilsona, gdyż nagrania te pochodzą jeszcze sprzed wydania oficjalnego solowego debiutu muzyka – albumu Insurgentes. Trzeba przyznać, że to trochę słychać. Raczej próżno tu szukać złożonych, wielowątkowych kompozycji znanych choćby z The Raven That Refused to Sing. To niezbyt długie numery utrzymane w spokojnym, wręcz melancholijnym klimacie. Mało w nich dynamiki czy porywających partii instrumentalnych. To taka typowo wilsonowa, jesienna muzyka, która ładnie brzmi, ale na dłuższą metę może być nieco męcząca. Dominuje brzmienie fortepianu (Please Come Home) czasami wspomaganego wyraźniej gitarą akustyczną (Moment I Lost), z krótkimi wejściami „elektryka”. Niby nie ma się specjalnie do czego przyczepić, ale przeciwnicy Wilsonowych smętów, którzy utożsamiają jego twórczość tylko z melancholijnym przynudzaniem, dostają tu do ręki broń całkiem sporego kalibru. Z tych sześciu utworów najciekawiej prezentuje się Four Trees Down, które ma intrygujący klimat i bardzo subtelny aranż. Większość pozostałych kompozycji cierpi niestety na dość duszny klimat, który w dużych dawkach jest ciężkostrawny.

Trochę inaczej ma się sprawa z coverami. Tu oczywiście też nie odnajdziemy efektownych solówek czy dynamicznych aranżów, ale Wilsonowi zdarza się odchodzić od czasu do czasu od brzmienia typowego dla jego własnych numerów z tej płyty, a poza tym te kompozycje łączy pewna cecha, która sprawia, że warto zwrócić na nie uwagę – ich oryginalni wykonawcy to artyści, którzy ze stylistyką prezentowaną zazwyczaj przez Stevena Wilsona nie mają wiele wspólnego. Wielki hit Alanis Morissette – Thank U – został „zwilsonowany” tak skutecznie, że dałbym sobie uciąć jakąś mało ważną (tak na wszelki wypadek…) część ciała, że to jego własny numer, gdybym nie kojarzył oryginału. Na szczęście nie powstał do tej wersji teledysk z nagim Wilsonem przemierzającym miasto… Idealny klimat na ciche, zimowe wieczory, kiedy nie ma się ochoty na nic zbyt „wybuchowego” (mowa cały czas o utworze, nie o nagim Wilsonie). Równie zaskakującym wyborem jest cover ostatniego nagrania grupy ABBA – The Day Before You Came. Linia wokalu została zachowana, dzięki czemu dość łatwo można poznać, że to faktycznie nagranie Szwedów (w końcu przez całą karierę powielali pewne wokalne motywy w swojej twórczości), ale już podkład instrumentalny w niczym nie przypomina synthpopowego oryginału z perkusją „z klawisza”. Tu perkusji nie ma wcale, zaś cały utwór zdominowany jest przez brzmienie gitary akustycznej. Najprzyjemniej jest jednak, gdy w tle na chwilę dołączają chórki. Bardzo ciekawie prezentuje się także A Forest – kompozycja The Cure, pierwszy singiel tej grupy, który dostał się na brytyjską listę przebojów. Dość toporna produkcja oryginału została zastąpiona fantastycznym, industrialno-ambientowym brzmieniem. Samplowana perkusja, ponure tło i dobiegający gdzieś z oddali głos Wilsona tworzą znakomity, bardzo tajemniczy klimat, a całość została pozbawiona surowości wersji pierwotnej, co wyszło temu numerowi zdecydowanie na dobre. Powiem więcej – gdyby The Cure byli w stanie tworzyć taki klimat w swoich kompozycjach, może byłbym w stanie słuchać czegoś więcej z ich dorobku niż tylko Burn. A Forest to zdecydowanie najbardziej intrygujący utwór na Cover Version i jedyny numer, który znacznie odbiega od akustyczno-fortepianowego klimatu reszty płyty. Wilsonowi udało się też znakomicie uchwycić kontrowersyjną i ponurą tematykę The Guitar Lesson autorstwa artysty ukrywającego się pod pseudonimem Momus. Ależ klimat! Końcówka Sign o’ the Times – wielkiego przeboju Artysty Poprzednio Znanego Jako Artysta Poprzednio Znany Jako Prince – przynosi w końcu nieco zwiększone natężenie dźwięku, ale całość niespecjalnie przekonuje. Może to po części wina dość monotonnego książęcego oryginału.

Album Cover Version ma kilka naprawdę dobrych momentów, do których warto wracać. Mam jednak wrażenie, że do całości wracał raczej nie będę. Niby o żadnej z kompozycji nie można powiedzieć, że jest słaba, ale ten album jest chyba zbyt przytłaczający i monotonny brzmieniowo, żeby słuchanie go od pierwszej do ostatniej sekundy sprawiało mi przyjemność. Na pewno znajdzie się sporo osób, którym ten nastrój będzie w takiej dawce odpowiadał, ja jednak chyba zostanę przy The Raven That Refused to Sing i będę oczekiwał na kolejny pełnoprawny krążek solowy bosego Stefana – Hand. Cannot. Erase. – który ma ukazać się w lutym przyszłego roku.


Steven przyjedzie do Polski w przyszłym roku na dwa koncerty. Zagra 7 i 8 kwietnia odpowiednio w Krakowie i w Łodzi. Koncerty organizuje Rock Serwis.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji