piątek, 22 maja 2015

The Vintage Caravan - Arrival [2015]


Teoretycznie od światowego debiutu rockowej młodzieży z Islandii minęło zaledwie kilkanaście miesięcy, ale prawda jest taka, że płyta Voyage – tak naprawdę druga w dorobku zespołu – została nagrana na długo, zanim wytwórnia Nuclear Blast zauważyła grupę i pozwoliła jej zaistnieć poza ojczyzną. Latem albumowi stukną trzy lata od daty islandzkiej premiery, a dla tak młodej kapeli trzy lata to cała wieczność. Dlatego nie da się ukryć, że po nowym krążku The Vintage Caravan zatytułowanym Arrival oczekiwałem nie tylko przynajmniej utrzymania wysokiego poziomu debiutu, ale też dowodu na to, że trio rozwija się i przez te trzy lata nie ograniczało się tylko do czerpania przyjemności wiążących się z koncertami dla coraz liczniejszego grona fanów w całej Europie. Na Voyage zaskoczyli ciekawym hard rockiem z domieszką stonera, blues rocka i psychodelii. Potrafili uczynić atut ze swojej młodości i idącej z nią w parze dynamiki, a jednocześnie momentami prezentowali się nad wyraz dojrzale jak na nastolatków. Ale poprzeczka musi iść w górę – nie można być wiecznie „młodym obiecującym” (chyba że jest się polskim piłkarzem przed trzydziestką).

Początek nie rozczarowuje. Po wprowadzeniu do Last Day of Light, które brzmieniem przypomina, czemu The Vintage Caravan byli niedawno w trasie z Blues Pills, Islandczycy z miejsca przechodzą do mocnego uderzenia sekcji rytmicznej świetnie uzupełnianego ciężką gitarą. Wokal Óskara Logi podobnie jak na poprzedniej płycie jest nasączony dość obficie pogłosem, co nie wszystkim musi się podobać, ale myślę, że sprawdza się całkiem nieźle. Zamiast wychodzić na pierwszy plan, wtapia się nieco w instrumenty i tworzy z nimi jedną „masę dźwiękową”. Szybko okazuje się, ze element ciężkości i dynamiki z poprzedniej płyty został zachowany. Monolith nie należy do specjalnie wyszukanych numerów, ale świetnie sprawdza się w roli szybkiego strzału z mocnym riffem. Promujące płytę nagranie Babylon zaskakuje chwytliwym refrenem mimo ciężaru i dość złożonej struktury całości. Początek nie zawodzi, ale jest nieco jednowymiarowy. Pierwszy bardzo mocny punkt płyty przychodzi wraz z niemal siedmiominutowym numerem Eclipsed, w którym w końcu słychać, że muzycy nie zapomnieli też o tej drugiej stronie swojej twórczości, skupiającej się na klimacie i przestrzeni. Główny, mocno sabbathowy riff znakomicie wchodzi po świetnym, trochę tajemniczym intrze, ale zespół nie zalewa słuchaczy przez cały czas deszczem riffów. W zwrotkach jest ciszej, spokojniej, bardziej klimatycznie. A do tego niesamowicie melodyjnie w starym dobrym stylu przełomu lat 60. i 70. Fantastyczny balans ciężaru i klimatu – nie mam pojęcia, kiedy zleciało te prawie siedem minut.

Numery takie jak Shaken Beliefs czy Crazy Horse pokazują, że muzycy grupy posiedli cenną umiejętność pisania numerów, które łączą mocne przyłożenie z przystępnością. Z jednej strony tworzą fantastyczny, często dość posępny czy katastroficzny klimat, z drugiej – potrafią ubrać to w takie formy wyrazu, że nie sposób nie pomachać głową w rytm tych dynamicznych „łupanek”. Znakomicie brzmi Sandwalker. Niby zwyczajny, dynamiczny rockowy wykop, ale brzmi absolutnie porywająco, zwłaszcza w drugiej części, kiedy wszystko na moment zwalnia, daje chwilę wytchnienia, by za moment wybuchnąć ze zdwojoną mocą fantastycznym, gęstym aranżem i hardrockowym szaleństwem, które prowadzi nas już do samego końca. To drugi z najmocniejszych punktów albumu. Po tym solidnym przyłożeniu bardzo spokojne Innerverse mogłoby zaskakiwać, ale według mnie to bardzo dobrze przemyślany zabieg. Nie tylko daje okazję do oddechu, ale przypomina, że właśnie ta umiejętność budowania klimatu w oparciu o oszczędniejsze zagrywki i mniejsze natężenie dźwięku sprawiła, że młodzi Islandczycy wyróżniali się z całej masy solidnych hardrockowych zespołów potrafiących narobić niezłego hałasu w starym dobrym stylu. Te trzy minuty spokoju i nieco tajemniczej atmosfery ze świetnym motywem basowym to idealny przerywnik przed hardrockowym wybuchem drugiej części, gdy perkusja i gitara grzeją aż miło. I choć pod koniec utwór znowu zwalnia, soczysta gitara już nie milknie i prowadzi go do samego końca na tle kaskady perkusyjnych wypełnień. Do tego bardzo przyjemne tło klawiszowe, które znakomicie dopełnia aranżację. Tak – właśnie o takie numery mi chodziło, kiedy chciałem, żeby ten nowy album brzmiał już nieco dojrzalej od Voyage.



Ciekawostką jest numer Carousel, który brzmi jak wczesne Rush grane z metalowym zacięciem. Znakomita partia basu, świetna dynamika całości i fenomenalna, gęsta gitara, choć mam wrażenie, że numer nie do końca pasuje klimatem do reszty. Zakończenie płyty to kolejny mocny punkt. To już tradycja, że ostatni kawałek na płycie The Vintage Caravan to długi numer, w którym trio pozwala sobie na dłuższe i dalsze „odjazdy”. Winter Queen świetnie się w tę tradycję wpisuje. Zaczyna się znowu mocno, choć zespół szybko nadaje temu kawałkowi nieco podniosły klimat w refrenie, jak przystało na numer o takim tytule. Czekałem na jakiś zaskakujący zwrot akcji, może trochę psychodelicznego kosmosu i choć się nie doczekałem, to ta druga, instrumentalna część utworu znakomicie podtrzymała atmosferę kompozycji i poprowadziła album do klimatycznego końca. No, prawie… Są jeszcze na limitowanej wersji płyty dwa dodatkowe numery – najkrótsze w całym zestawie. Jedna z nich – Say Hello – to w zasadzie miniaturka oparta na połączeniu brzmień plemiennych i elementów folkowych, która może stanowić znakomitą bazę dla długich koncertowych improwizacji utrzymanych w psychodelicznym duchu. Ciekawy dodatek, choć rozumiem, czemu nie znalazł się w zasadniczej części krążka.

Arrival słucha się bardzo przyjemnie, ale to jeszcze chyba nie jest płyta, którą The Vintage Caravan byliby w stanie absolutnie powalić świat muzyczny na kolana, choć zdecydowanie są na dobrej drodze. Ślady pewnej muzycznej naiwności, które były do pewnego stopnia obecne na bardzo udanym „światowym” debiucie, tu są już dużo mniej słyszalne, całość brzmi ciężej, mroczniej, sprawia wrażenie bardziej przemyślanej, ale czuję, że tych gości stać na więcej. Wierzę w nich i na pewno będę wracał do Arrival, bo jest tu sporo fenomenalnej muzyki, ale to jeszcze nie jest ten album, który po latach będzie wspominany jako płyta, która pozwoliła grupie wejść do ekstraklasy młodych rockowych zespołów na starym kontynencie. Ta płyta nadejdzie, jestem o tym przekonany. Arrival to spory krok w dobrym kierunku.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

3 komentarze:

  1. Nie znałem wcześniej i jestem mile zaskoczony :) Dzięki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a proszę. Islandia jak widać i słychać jest nie tylko czarująca, ale i intrygujące zespoły na świat wydaje ;)

      Usuń
  2. Ostatnio odkryłem ich i czekałem z niecierpliwością na Arrival 😊

    OdpowiedzUsuń