Michael Balzary, bo tak naprawdę nazywa się Flea, mówił w wywiadach, że jak już dorósł mentalnie do nagrania tej płyty, przez mniej więcej dwa lata ćwiczył dzień w dzień grę na trąbce, żeby nie zaliczyć wtopy przed znakomitymi muzykami, których sprowadził do studia nagraniowego. A wśród nich mamy liczne grono artystów może niezbyt znanych przeciętnemu słuchaczowi muzyki, za to piekielnie doświadczonych w charakterze muzyków sesyjnych czy koncertowych. Niektórzy z nich zresztą mieli już okazję pracować czy to z Red Hot Chili Peppers, czy z innymi projektami, w które angażował się Flea. Pojawiają się choćby instrumenty smyczkowe i dęte. Nie dotarłem do tej informacji, ale nie zdziwiłoby mnie, gdyby okazało się, że niektórzy mają związki z Silverlake Conservatory of Music – organizacją założoną przez Balzary’ego ćwierć wieku temu w celu zapewnienia młodzieży dostępu do edukacji muzycznej. Mamy też kilku gości z wyższej półki rozpoznawalności. Na chwilę wpadają dwaj koledzy z RHCP, Chad Smith i John Frusciante, mamy też Nicka Cave’a oraz Thoma Yorke’a. Honora to także w pewnym sensie produkcja rodzinna. Córka muzyka, Clara, wyreżyserowała teledysk do pierwszego singla, A Plea, na okładce znalazło się zdjęcie teściowej artysty wykonane w Iranie w latach 60., zaś sam tytuł to hołd dla jego pra-prababki, która wobec biedy w ojczyźnie wyemigrowała niegdyś z Irlandii do Australii. A i sama miłość Flea do jazzu to w pewnym sensie zapewne kwestia więzów rodzinnych, bo choć z ojczymem – muzykiem jazzowym – młody jeszcze wtedy przyszły gwiazdor muzyki darł koty, co nieco z jego kolekcji płytowej podsłuchał i był świadkiem licznych jam sessions odbywających się w rodzinnym domu. To właśnie trąbka i jazz były jego pierwszymi muzycznymi miłościami, a nie bas i funk-rock. Tu w pewnym sensie te dwa światy się spotykają.
No dobrze, to może w końcu przejdźmy do muzyki. Honora to dziesięć (no dobra, dziewięć i intro) utworów, w tym cztery covery. Całość generalnie utrzymana jest w rejonach klimatycznego jazzu połączonego z funkiem, psychodelią i nielicznymi elementami okołorockowymi. Po minutowym intrze płyta startuje na dobre z pierwszym singlem – A Plea. Ależ to była sensacja, gdy to nagranie ukazało się pod koniec zeszłego roku, jeszcze do tego opatrzone intrygującym teledyskiem, w którym Flea wykonuje taniec inspirowany tym utworem. To wtedy chyba ludzie na dobre zaczęli zwracać uwagę na Flea jako artystę solowego, który potencjalnie może mieć do powiedzenia coś ciekawego i zaskakującego. Prosty przekaz o miłości, o wolności wypowiedzi, o obrzydzeniu polityką, ubrany w jazzowo-punkowo-hiphopowy muzyczny klimat. Głos Thoma Yorke’a z grupy Radiohead niespecjalnie kojarzy mi się z klimatami funk-jazzowymi, ale takie właśnie zestawienie mamy w Traffic Lights. Po intensywnym numerze poprzednim ten totalnie luźny, relaksacyjny niemal klimat kolejnej kompozycji działa jeszcze lepiej. A potem mamy, jak dla mnie, najlepszy punkt tej płyty – i do tego zdecydowanie najdłuższy! Znakomitą, jedenastominutową kompozycję Frailed. Rozpoczyna się pięknym basowym pulsem, ale szybko dochodzi oszczędna perkusja i wspaniałe, delikatne tło klawiszowe. Do tego kapitalne, klimatyczne wstawki trąbki, piękna partia fletu i w pakiecie jeszcze altówka. Z naprawdę fantastycznie brzmiącego intra po mniej więcej trzech minutach już na dobre wyłania się konkretna melodia i motyw przewodni oraz partie solowe kolejnych instrumentów. Słuchałem tego numeru kilka razy, spacerując nocą po opustoszałym mieście. Efekt piorunujący. Do żywszych klimatów z początku płyty wracamy w najkrótszym na niej utworze (poza intrem), Morning Cry. I nie wiem, czy nie lepiej by było, gdyby znajdował się na krążku zaraz po A Plea, bo w zderzeniu z pięknymi dźwiękami Frailed po prostu nie robi chyba aż takiego wrażenia. Zwyczajnie człowiek nie zdąży jeszcze dojść do siebie po kompozycji poprzedniej, a tu w zasadzie już koniec kolejnej.
I w tym momencie zaczyna się część coverowa. Wspomniałem o czterech przeróbkach i tak to sobie pan Pchła wymyślił, że są one umieszczone na albumie jedna po drugiej. A zaczynamy od klasyka psychodelii – Maggot Brain. Numer Funkadelic doczekał się wielu różnych interpretacji, zresztą dość swobodna, przestrzenna konstrukcja tej kompozycji sprzyja różnym podejściom do tematu. Również w obozie RHCP nie jest to rzecz nowa, bo John Frusciante swego czasu nagrał utwór mocno inspirowany tym właśnie utworem (do tego stopnia, że gdy znajomi puścili mi kiedyś jego wykonanie, nie mówiąc, co to i kto to, spytałem, kto zrobił taki fajny cover Maggot Brain, choć na płycie Johna utwór nosi inny tytuł i jest podpisany jako jego kompozycja). Klimat totalnego relaksu wymieszanego z niepokojem obecny jest i w wersji Flea, choć naturalnie zamiast wspaniałej solówki gitarowej Eddiego Hazela mamy solo na trąbce, a za znakomite tło robią nam wibrafon, klarnet i flet. To drugi z moich ulubionych fragmentów płyty, co pewnie nie zaskakuje, biorąc pod uwagę, że uwielbiam także oryginał. I aż chciałoby się, żeby pociągnęli to jeszcze trochę dłużej niż te niespełna pięć minut. Przecież oryginał jest dwa razy dłuższy! A potem kolejne zaskoczenie – Wichita Lineman z repertuaru Glena Campbella, napisany przez Jimmy’ego Webba – klimatyczny snuj z końcówki lat 60., jakby stworzony dla głosu Nicka Cave’a. Interesująco w nowej odsłonie brzmi Thinkin Bout You Franka Oceana, w oryginale utrzymany bardziej w klimacie chillwave i R&B. Trąbka świetnie zastępuje tu wokal, a całość ma lekko melancholijny klimat. Ostatnim coverem jest utwór Willow Weep for Me – jazzowy standard z lat 30. XX wieku, wykonywany w przeszłości choćby przez Billie Holiday, Franka Sinatrę czy Ellę Fitzgerald. Tu ponownie w odsłonie instrumentalnej, zachowuje melodię oryginału, ale zmierza w rejony minimalistycznej, mrocznej psychodelii z nutką jazzu zapewnianą przez trąbkę. Warto zwrócić uwagę na znakomite tło grane na Moogu, w zasadzie równie ważne w tej interpretacji, co ponownie „śpiewająca” trąbka. I na koniec jeszcze jeden autorski numer Flea – Free As I Want to Be. Taka trochę klamra z A Plea, ze śpiewanym chóralnie tekstem o potrzebie wolności, choć całość utrzymana w dużo spokojniejszym klimacie niż początek płyty.
Fascynacja Flea jazzem nie była dla mnie niczym nowym. Tłumaczyłem kilka lat temu jego autobiografię, więc już od dawna nie był dla mnie muzycznie jedynie szalonym gościem skaczącym po scenie w rytm funk-rocka. A jednak nie spodziewałem się, że jego solowy album znajdzie się w czołówce moich ulubionych płyt 2026 roku. Ta płyta długo w nim dojrzewała i może to dobrze. Jest przemyślana, dopracowana, a jednocześnie mamy też gdzieniegdzie te elementy muzycznego szaleństwa, z których znamy Flea na co dzień. Mam wielką nadzieję, że co kilka lat będzie nas zaskakiwał takimi właśnie solowymi wydawnictwami, bo Honora udowadnia, że ma muzycznie sporo do powiedzenia także w klimatach zupełnie innych niż te znane nam z płyt jego macierzystego zespołu. Tym bardziej, że ostatnią płytą RHCP, która wywołała u mnie większą ekscytację, była Californication z 1999 roku.
Premiera: 27 marca 2026 r.
Płyty można posłuchać na profilu artysty na Bandcampie.
Poprzednie wpisy wykonawcy:
- Red Hot Chili Peppers - The Getaway [2016]
---
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji

Po pierwszym przesłuchaniu ciężko weszło , drugim też więc dałem jej troche czasu , wrzuciłem ją ponownie ale z innym nastawieniem i wpłynęła pięknie! bardzo dobry album trzeba przy nim posiedzieć!
OdpowiedzUsuń