Z zespołem Graveyard pierwszy raz zetknąłem się jakoś
wkrótce po wydaniu przez Szwedów płyty Lights Out, w sposób zresztą dość
nietypowy, bo ktoś puścił ich muzykę przed koncertem innej, dużo mniej znanej
szwedzkiej formacji i spytałem, co tak świetnie brzmi. To właśnie były numery z
nowej wówczas płyty. Może to dlatego to mój zdecydowanie ulubiony z ich
albumów. Chociaż może też chodzić o to, że to po prostu absolutnie fantastyczna
płyta z genialnym klimatem. Dwie wcześniejsze też są bardzo udane, na dwóch
kolejnych – jedna z nich ukazała się niedługo przed zawieszeniem przez zespół
działalności, a druga tuż po jej wznowieniu – także znalazłem sporo dla siebie,
a jednak żaden z tych krążków nie zachwycił mnie aż tak jak Lights Out.
Po pięciu latach przerwy Graveyard wypuścił wreszcie nowy album, całkiem
sensownie zatytułowany 6. I poczułem to, co czuć uwielbiam przy
pierwszych odsłuchach nowych płyt najbardziej lubianych przeze mnie zespołów. Z
miejsca się zachwyciłem i pomyślałem, że to musi być moja tegoroczna czołówka.
