poniedziałek, 14 września 2015

Sacri Monti - Sacri Monti [2015]


Rezydują w Encinitas w stanie Kalifornia, grają w różnych mniej lub bardziej znanych miejscowych kapelach, także takich, które trafiały już na tę stronę. Na swoim profilu facebookowym muzycy Sacri Monti piszą, że inspirują się hard rockiem wczesnych lat 70., krautrockiem, rockiem psychodelicznym i progresywnym. Czyli jak miliard współczesnych zespołów. Co zatem sprawia, że ta grupa, która powstała w 2012 roku i właśnie wypuściła swój duży debiut, wyróżnia się z tej olbrzymiej masy nowych rockowych zespołów? Odpowiedź jest najprostsza pod (kalifornijskim) słońcem – to, co robią, robią wyśmienicie! Płytowy debiut Sacri Monti – wydany nakładem małej nowojorskiej wytwórni Tee Pee Records współpracującej w przeszłości między innymi z Kadavar i Graveyard, a ostatnio z Ruby the Hatchet – to jedno z najlepszych wydawnictw ostatnich miesięcy. Nic dziwnego – niech nie zwiedzie was status debiutantów – ci goście nie są świeżakami w branży i doskonale wiedzą, jak obchodzić się z instrumentami muzycznymi.

To nie była miłość od pierwszego odsłuchu. Zespół został mi polecony przez znajomego i czytelnika tej strony, który całkiem słusznie uznał, że muzyka Sacri Monti może mi się spodobać (dzięki!). Muszę jednak przyznać, że długo zbierałem się do pierwszego odsłuchu, potem – choć wrażenia były pozytywne – jeszcze dłużej nie mogłem zebrać się do kolejnego. Gdy w końcu zacząłem sięgać po to wydawnictwo coraz częściej, nie potrafiłem się do końca skupić na tych utworach, niby chciałem napisać o tym albumie, ale trafiło akurat na wysyp głośnych nowości i Sacri Monti ciągle spadali na koniec kolejki płyt czekających na wspomnienie w tym miejscu. I w końcu ładnych kilka tygodni po premierze płyty coś „zaskoczyło”. Znalazł się czas, znalazła się chęć i siła, wreszcie muzyka grupy znalazła się na tej samej częstotliwości co moje fale mózgowe. I powalili mnie po prostu – od pierwszej do ostatniej sekundy. Niecałe 44 minuty muzyki – czyli idealnie – rozłożone absolutnie nierównomiernie na zaledwie sześć kompozycji. Dobrze wiecie co to oznacza – nie ma tu mowy o przedwczesnym ucinaniu dobrze zapowiadających się motywów czy o marnowaniu improwizacyjnego potencjału. Ci goście mają gdzieś to, że żadne mainstreamowe radio im tego nie zagra – łoją tak długo, jak mają ochotę, czyli przeważnie koło 6-7 minut, choć w ostatniej kompozycji odkładają instrumenty dopiero po 12 minutach. I wiecie, co jeszcze wam powiem? Ani przez sekundę nie mam wrażenia, że coś jest wyciągane na siłę, że jakieś zagrywki i motywy są zbędne lub że robi się nudno.

Rozpoczyna się niby niepozornie, bo wprowadzeniem do Staggered in Lies jest przyjemnie brzmiąca, ale jednak subtelnie użyta gitara i trochę trudnych do bliższego sprecyzowania dźwięków w tle. Ale gdy po minucie wchodzą bębny z basem, a delikatny do tej pory motyw gitarowy nagle rozpędza się, wiadomo już, że nie ma tu co liczyć na łagodne brzdąkanie przez cała płytę. Dodajmy do tego trochę kosmicznych brzmień z klawisza oraz silnie przetworzony wokal, który pozostaje nieco schowany za instrumentami, i otrzymujemy kawał świetnego hard rocka z psychodelicznym zacięciem. Wszyscy kochamy porównania, więc proszę bardzo: ogień i zło rodem z Black Sabbath, improwizacyjna werwa wczesnego Deep Purple czy Cream, organowe szaleństwa Uriah Heep, psychodeliczne wstawki Barrettowego Pink Floyd czy Hawkwind… Ciekawe jest jednak to, że Sacri Monti nie brzmi jak kopia żadnego z tych zespołów. To mieszanka wybuchowa zawierająca wszystko to, co najlepsze w muzyce rockowej wczesnych lat 70. Riff wprowadzający do Glowing Grey wręcz przecina powietrze. Doskonały przykład kontrolowanego jazgotu gitar. Jest głośno jak cholera i gęsto od granych dźwięków, ale jednocześnie ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że panuje w tym numerze chaos. Gitarzyści Brenden Dellar i Dylan Donovan dwoją się i troją, tworzą prawdziwą ścianę dźwięku, a sekcja rytmiczna w składzie Anthony Meier (bas) i Thomas Dibenedetto (perkusja) z pomocą organisty Evana Wenskaya dopełniają dzieła zniszczenia. Rany, jak to dobrze żre! Slipping from the Day również uderza z miejsca sporym ciężarem, ale jest tak melodyjny i tak zręcznie wplata przeróżne muzyczne patenty wpadające natychmiast w ucho, że już w zasadzie przy pierwszym odsłuchu człowiek czuje się, jakby doskonale znał ten numer. Wokale ponownie schowane i mocno zniekształcone – są one zresztą niejako kolejnym instrumentem tworzącym brzmieniowe tło w Sacri Monti. W zasadzie ani przez chwilę nie wychodzą na pierwszy plan. Dellar nie jest typowym hardrockowym krzykaczem z olbrzymią skalą głosu i potężnym zaśpiewem, ale gdy już dołącza z wokalem, znakomicie wpasowuje się w psychodeliczny, brudny klimat całości. Nie da się jednak ukryć, że to tylko dodatek – ta muzyka znakomicie obroniłaby się w formie czysto instrumentalnej.

Drugą część płyty rozpoczyna Sittin’ Around in a Restless Dream – najkrótszy na krążku, „zaledwie” pięciominutowy kawałek. I choć znów jest głośno, a gitarowy jazgot znakomicie przeplata się z kosmicznymi brzmieniami klawiszy, to znajduje się tu miejsce zarówno na chwilowe zwolnienie, jak i na krótkie chwile wyciszenia, które znakomicie kontrastują z dominującym hardrockowym hałasem. Być może temu utworowi brakuje nieco finezji, ale od czasu do czasu można przecież po prostu zapomnieć o muzycznych subtelnościach i pomachać wściekle łbem w rytm perkusyjnego łomotu! Ancient Seas and Majesties zaskakuje gitarowym wejściem rodem z twórczości Rush, potem jednak wymyślne figury rytmiczne Kanadyjczyków ustępują miejsca mocnemu, intensywnemu uderzeniu i ognistym pojedynkom gitarowo-organowym na tle wściekłych pocisków wystrzeliwanych przez sekcję rytmiczną. Sittin’ Around… i Ancient Seas… to dwa najkrótsze numery na albumie, nic więc dziwnego, że są też najintensywniejsze brzmieniowo. Zgoła inaczej przedstawia się sytuacja w kompozycji zamykającej wydawnictwo – Sacri Monti. Jeśli nazywasz numer tak, jak swój zespół, to nie ma przebacz – musi to być coś naprawdę dobrego! No i jest, uwierzcie – jest. 12 minut muzycznego piękna. Delikatny wstęp, który przywodzi mi na myśl klimaty Little Sun grupy Blues Pills lub brzmieniowe „odpływy” Graveyard, a pod koniec trzeciej minuty intro wygasa i wchodzi ostra jak brzytwa gitara, która przejmuje dowodzenie nad dalszymi losami tego utworu. Tempo pozostaje wciąż dość spokojne, ale brzmienie zagęszcza się i przybiera na ciężarze. Szaleństwo rozpoczyna się jednak na dobre gdzieś w połowie kawałka, gdy panowie wyraźnie wyłączają myślenie strukturalne i oddają się w pełni hardrockowemu szaleństwu ze sporą dawką dźwiękowej psychodelii. Dzięki intensywnej partii bębnów cały czas mam wrażenie, że jestem świadkiem jakiejś muzycznej apokalipsy, a numer jest tak dynamiczny, że utrzymywanie tego natężenia dźwięków przez dłuższy czas byłoby trudne do zniesienia bez uszczerbków dla psychiki słuchaczy i samych muzyków. Gdy w końcu gitarowy jazgot i kosmiczne klawisze doprowadzają ten numer do kulminacji i ostatniej, spokojnej już minuty, czuję się, jakbym był na głodzie, zaczyna mi tego intensywnego hałasu brakować. Co robię? Włączam płytę od nowa… Cwaniaki.

Muzyka Sacri Monti ma w sobie coś, czego często brakuje mi u wielu innych współczesnych kapel czerpiących garściami z muzyki lat 70. – nawet słuchając nagrań studyjnych, czuję się jak na koncercie. Ci goście nie boją się improwizować, rozciągać instrumentalnych partii do kilku minut, odpływać w muzycznym szaleństwie. Nie ograniczają się do „piosenkowego” formatu. Łoją aż miło, ale jak już pozwolą, by muzyka zabrała ich w podróż, to gdzieś mają, że trzeba zdążyć na ostatni pociąg powrotny. To jest właśnie prawdziwy duch rockowego grania! Pieprzyć ograniczenia! Pieprzyć to, że taka muzyka nie jest modna, nie sprzeda się i nie będzie grana w dużych stacjach radiowych! To są dźwięki, których ja chcę słuchać, których słuchać chce każdy fan dzikiego hard rocka, nawet taki, który jęczy ciągle, że nikt teraz nie tworzy dobrej muzyki. On pewnie nawet nie wie, że istnieje sobie taka kapela jak Sacri Monti i gra tak kapitalne rzeczy. Ale dowie się – jeśli tylko zamiast jęczeć, ruszy dupę i poszuka nowych dźwięków. Prędzej czy później będzie musiał trafić na tych gości, bo grają fantastycznie. To nie tylko jeden z najlepszych debiutów tego roku – to także jedna z największych tegorocznych niespodzianek i mocny kandydat do zajęcia za kilka miesięcy wysokiego miejsca w moim rocznym podsumowaniu. Ja chcę więcej!


--
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

2 komentarze:

  1. Świetna recka, Pasterzu ;) Owca dziękuje za kolejny fantastyczny band!

    OdpowiedzUsuń