sobota, 31 października 2015

Def Leppard - Def Leppard [2015]

To dziwne uczucie. Jeden z moich ulubionych zespołów wszech czasów wydaje nowy album, a ja kompletnie na ten album nie czekam. Nie czekam, bo i dziwny ze mnie fan – nie przepadam za Hysterią, nie znoszę większości Adrenalize, skręca mnie, gdy słucham świetnych numerów z Pyromanii wypolerowanych do bólu przez producenta „Mutta” Lange. Uwielbiam za to płytę Slang znienawidzoną przez większość fanów grupy, którzy na całe życie utknęli w latach 80. i nie dopuszczają do siebie myśli, że tamta dekada już dawno się skończyła (podobnie jak dwie kolejne…). Niestety w latach 80. utknął w dużym stopniu także sam zespół, bo skoro jakakolwiek zmiana stylu spotykała się z tak dużym sprzeciwem fanów, to i ambicji i zaparcia nie wystarczyło, by postawić na swoim. Stąd także mój brak ekscytacji w związku z nowym materiałem. Jeśli z zerowego oczekiwania da się zejść jeszcze niżej, to tak właśnie stało się, gdy usłyszałem dwa pierwsze numery, zaprezentowane słuchaczom kilka tygodni przed premierą płyty. Pierwszy singiel, Let’s Go, to bezczelny autoplagiat nielubianego przeze mnie Pour Some Sugar on Me, drugi – Dangerous – to mieszanka innego przeboju z Hysterii, Armageddon It, z utworem Hallucinate z poprzedniej studyjnej płyty zespołu. Ale w porządku – zaakceptowałem tłumaczenie, że po siedmiu latach bez nowej płyty zespół chciał przywitać się ponownie czymś brzmiącym znajomo. Ale jeśli tak miała brzmieć całość, to nie wróżyło to dobrze mojej znajomości z tym albumem.

Pierwsze światełko w tunelu (które nie było jednocześnie jadącym z naprzeciwka pociągiem) pojawiło się kilka dni przed premierą, gdy złapałem się na śpiewaniu Let’s Go przy kolejnym odsłuchu. Dobra, refren jest potworny, a całość wciąż brzmi jak biedniejszy kuzyn PSSOM, ale nie będę udawał, że numer ten nie ma olbrzymiego potencjału radiowego i nie buja przyjemnie. A potem okazało się, że na szczęście nie nagrali kopii Hysterii i jednak zapowiedzi, jakoby na albumie miały się znaleźć nawiązania do różnych okresów działalności Def Leppard, nie były zwykłą ściemą. No dobrze, fani, którzy stracili zainteresowanie grupą po dwóch pierwszych płytach, raczej wiele tu dla siebie nie znajdą, bo już sama produkcja sprawia, że punktów wspólnych z On Through the Night czy High ‘n’ Dry raczej nie ma, ale poza tym faktycznie panowie zahaczają o różne rejony swojej dotychczasowej kariery. Bardzo pozytywnie zaskoczył mnie już pierwszy z niepublikowanych przed premierą numerów – Man Enough. Oszczędne gitary, bas z przodu, funkowy klimat – zrobili to, co na początku lat 80. z różnym powodzeniem robił zespół Queen na płytach The Game i Hot Space, a co dużo bardziej udało się w zeszłym roku Lenny’emu Kravitzowi na Strut. Nagrali kapitalny rockowy kawałek z funkową podbitką, który stanowi rzadki przypadek jakiejś nowości w ich katalogu. Owszem, był już numer tytułowy ze Slang, ale tamten był bardziej jazgotliwy – tu panowie poczynają sobie z dużo większym wyczuciem klimatu. Świetnie wypadają wycieczki w pół-akustyczne brzmienia. Battle of My Own to klimat Led Zeppelin III skrzyżowanego z Physical Graffiti. To jeden z najlepszych numerów, jakie stworzyli od czasu płyty Slang. Świetny klimat mają także dwa ostatnie kawałki. Wings of an Angel może razi trochę banalnością tekstu (to niestety cecha wspólna większości kawałków na tej płycie i żeby cieszyć się tym albumem, muszę po prostu wyłączyć rozumienie angielskiego), ale muzycznie jest absolutnie kapitalny, w klimacie odrzutów z Hysterii, takich jak I Wanna Be Your Hero, które były zbyt rockowe i po prostu zbyt dobre na tamtą płytę. Bardzo przypadło mi do gustu zamykające krążek Blind Faith – najdłuższy kawałek na Def Leppard, który chwilami kojarzy mi się ze spokojniejszymi utworami Jeffa Lynne’a, przynajmniej do czasu, gdy na ostatnie kilkadziesiąt sekund wchodzi bardzo przyjemny motyw gitarowy . Całkiem dobrze wypadają także typowe Leppardowe dynamiczne numery rockowe jak Invincible, Sea of Love (znowu mam skojarzenia z Kravitzem, ale tym razem z tym bardziej rockowym jego obliczem), All Time High (wracam przy nim pamięcią do numerów typu Ring of Fire czy Run Riot) oraz Broke N’ Brokenhearted. Tekstowo banał goni banał, ale muzycznie – choć nie ma tam nic odkrywczego – prezentują się pozytywnie.



Niestety nie zawsze jest tak ładnie i przyjemnie. Albo inaczej – czasami jest aż za ładnie. Pomysł, by na płycie zaśpiewali wszyscy muzycy zespołu, był całkiem w porządku, sam pisałem kiedyś, że Phil Collen czy Vivian Campbell powinni śpiewać główne partie w niektórych numerach na płycie, bo są dobrymi wokalistami. Ale śpiewanie na przemian kolejnych fragmentów We Belong nie było najszczęśliwszym pomysłem, bo w połączeniu z ogólną ckliwością tego kawałka, wyszło po prostu nieco boysbandowo. Numery takie jak Last Dance (tekst wygląda niemal na pożegnanie z fanami) czy Forever Young zupełnie nie zapadają w pamięć i płyta spokojnie obyłaby się bez nich, choć da się je przeżyć. Gorzej z Energized. Nie wiem, co oni sobie myśleli, ale to jest jakiś koszmar. Nie dość, że sam kawałek jest po prostu słaby i brzmi jak próba zrobienia czegoś „modnego”, co spodobałoby się fanom popowego gówniarstwa pokroju Biebera czy Miley Cyrus, to jeszcze tytuł wybitnie tu nie pasuje, bo kawałek jest pozbawiony jakichkolwiek oznak życia, jest potwornie nijaki i po prostu nudny. Kolejny, obok Rollin’ Home Scorpionsów, kandydat do nagrody imienia Chada Kroegera dla najbardziej żenującego utworu na płycie rockowej w 2015 roku. Bo o tym, że jest to najgorszy numer Def Leppard, jestem absolutnie przekonany. Pozostawia daleko w tyle nawet popowe koszmarki z płyty X czy dzieła pokroju I Wanna Touch You, a to wielki wyczyn. Na szczęście to jednorazowy wyskok na tej płycie i nawet mniej ciekawe kompozycje ani na moment nie zbliżają się do tego poziomu muzycznej siary.

I wychodzi na to, że mam trochę problem z tą płytą. Nie jest ani tak dobra, jak chciałem, ani tak słaba, jak się obawiałem zaraz przed jej włączeniem. Jest w istocie całkiem niezła, momentami fantastyczna, czasami nudnawa, a przez kilka minut autentycznie fatalna. Ale przede wszystkim nie jest to płyta, która ma szansę sprawić, że ludzie, którzy wcześniej kręcili nosem na Def Leppard, nagle odkryją, że ten zespół ma coś ciekawego do zaprezentowania, jak to ma miejsce choćby z ostatnimi krążkami Europe – innych gigantów lat 80. Niewiele tu nowego, nawet jak na Def Leppard, ale nie ukrywam, że sporymi fragmentami słucha mi się tego bardzo przyjemnie. Gdyby tak okroić ten album z czterech słabszych numerów, wyszłaby naprawdę bardzo dobra czterdziestominutowa płyta i tych około 40 minut będę się trzymał przy kolejnych odsłuchach. Jeśli to miała być ostatnia studyjna płyta Def Leppard, to pożegnali się godnie, ale coś mi się wydaje, że do końca to jeszcze daleko, nawet jeśli sami muzycy znowu będą narzekali, że wydawanie dużych płyt nie ma w obecnych czasach sensu. Prędzej czy później kolejne kilkanaście numerów „napisze się samo”.


--
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
oraz na prowadzoną przeze mnie audycję Lepszy Punkt Słyszenia w radiu Rock Serwis FM w każdy piątek o 22 (powtórki w soboty o 14)
http://rockserwis.fm - tu można mnie słuchać
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - a tu porozmawiać ze mną w trakcie audycji

1 komentarz:

  1. hmmm ja nawet nie wiedzialem ze wydali plyte. Dowiedzialem sie dopiero na koncercie (18 grudnia) gdy nie rozpoznalem pierwszego kawalka (Let's Go) zreszta jedynego z tej plyty stad i moja obawa o jakosc produkcji skoro na trasie "promujacej"? ten album zagrali slownie JEDEN numer. Z wiekszoscia trudno sie z toba nie zgodzic a Battle of My Own uwazam za najlepszy numer na plycie. Jedynie Last Dance idealnie pasuje do auta gdy gnijac w korkach masz chwile refleksji i wlasnie w tym odnajduje ten numer sile.

    OdpowiedzUsuń