czwartek, 26 marca 2026

Gjenferd - Black Smoke Rising [2026]

Choć formacja Gjenferd zadebiutowała niespełna dwa lata temu, nie mamy tu do czynienia z początkującymi muzykami. Panowie – jak to często w Skandynawii bywa – pojawiali się już w przeszłości (a nawet i obecnie) w składach różnych formacji, a najbardziej znaną fanom klimatów retro jest pewnie Kryptograf. Debiut Norwegów pod szyldem Gjenferd trochę mi umknął, gdy płyta się ukazała. Poznałem ją dopiero z rok po premierze, więc i nie było szans, by trafiła na bloga, ale wiedziałem już, że należy mieć na nich oko i ucho, więc premiera albumu drugiego nie jest już dla mnie zaskoczeniem. Black Smoke Rising to niemal 42 minuty kapitalnego grania w klimatach retro podzielonego na dziesięć numerów (a właściwie to osiem + dwa przerywniki).

Muzykę Gjenferd można najłatwiej określić jako retro/hard/psych rock. To ewidentnie twórczość inspirowana takimi formacjami jak Deep Purple, Uriah Heep czy Atomic Rooster, mocno opierająca się na współbrzmieniu gitary i organów Hammonda. Ze współczesnych zespołów – jeśli miałbym zostać przy scenie skandynawskiej – wymieniłbym takie nazwy jak Graveyard (choć oczywiście u Szwedów instrumenty klawiszowe są jedynie uzupełnieniem brzmienia, gdzieś na dalszym planie) oraz Grusom. Te dwie nazwy dodają nam do tej mieszanki sporą dawkę mroku i niepokoju, który też jest obecny w muzyce Gjenferd. Nie twierdzę, że istnieje jakieś wielkie podobieństwo muzyczne, ale klimatem tworzonych przez siebie dźwięków te zespoły są do siebie zbliżone. Kwartet z Norwegii zaczyna dynamicznie. Crimson Rain czy Black Smoke szybko ustawiają natężenie dźwięku i tempo na stosownym poziomie. Od razu słychać, że panowie mają zmysł do pisania numerów, które z jednej strony są ciężkie i gęste, a z drugiej bardzo melodyjne. Do tego mamy znakomite brzmienie. W wielu momentach bas jest nie takim znowu cichym bohaterem, operującym niby gdzieś pod gitarą i organami, ale często kluczowym dla utworu. Warto też zwrócić uwagę na wokal. Nie mówimy tu o klasycznym hardrockowym zaśpiewie jak w przypadku Purpli, Uriah Heep czy Rainbow, ale też daleko panom do wielu współczesnych zespołów rockowych, które wokal traktują trochę jak przykry obowiązek, którego spełnianie często sprowadza się do wykrzykiwania i niskiego porykiwania z mocną chrypą (nazywam to czasem „piwnym wokalem”). Tu może nie mamy wokalnej ekwilibrystyki, ale ten element absolutnie nie odstaje poziomem od partii instrumentalnych.

Pierwsza część płyty jest ogólnie dość dynamiczna, co nie znaczy, że nie pojawiają się w niej także nieco wolniejsze numery. Takim jest choćby znakomite, klimatyczne Calling You Name, które w zwrotkach wiedzie głównie linia basu, natomiast w refrenach mamy prawdziwy wybuch mocy. Im dalej, tym – mam wrażenie – mamy tu coraz więcej urozmaicenia. Potężnie, wręcz sabbathowo, robi się momentami w The Thrill. W krótkim, ledwie minutowym Stillferd mamy przyjemne nawiązania do klimatów folkrockowych. Numer ten jest swego rodzaju łącznikiem między wspomnianym The Thrill a klimatycznym, mrocznym wręcz The Silence. Fantastycznie startuje Ride On. Prosty motyw basowy, trochę kosmosu w tle, jakby floydowo, ale to odczucie znika po chwili, gdy pojawia się mocniejsza gitara i wokal. Kapitalnie się to rozwija, a solówka na gitarze należy do tych, przy słuchaniu których człowiek robi bardzo dziwne miny. To przedostatni kawałek na płycie i miałby sporą szansę być moim ulubionym w tym zestawie, gdyby nie ten jedyny, który jest tu jeszcze po nim.  Spread Like Wildfire – zdecydowanie najdłuższy na płycie. A zwłaszcza jego instrumentalna część, gdzie faktycznie pojawia się tytułowy ogień w solówkach. To jeden z tych numerów, które są za krótkie, nawet jak trwają niemal osiem minut.

Zaczynają na wysokim poziomie, a potem tylko coraz bardziej się rozkręcają i im bliżej końca, tym lepiej. Sekcja rytmiczna chodzi bezbłędnie, a gitarowo-organowe uzupełnienie jest absolutnie obłędne. I oczywiście, jak w przypadku większości tego typu zespołów, moglibyśmy powiedzieć, że nie ma tu niczego nowego. No, nie ma. To muzyka mocno inspirowana przełomem lat 60. i 70., czy pierwszą połową tej drugiej dekady. Tyle że, o ile niespecjalnie przepadam za zespołami, które robią absolutnie wszystko, by pokazać nam, że potrafią idealnie naśladować tę czy inną legendarną formację (od razu przyszedł mi na myśl inny zespół, który wypuścił wydawnictwo o tytule Black Smoke Rising…), o tyle doceniam grupy, które nawiązują do przeszłości w sposób niezwykle naturalny i brzmią w tym prawdziwie, bez wymuszania na słuchaczu natychmiastowych i jednoznacznych skojarzeń. Tak właśnie jest w przypadku Gjenferd. Tu kompletnie nie ma się do czego przyczepić – mamy do czynienia z retro-hard-psychodelią na najwyższym poziomie.

Premiera: 6 marca 2026 r.

Płyty możecie posłuchać na profilu grupy na Bandcampie.

1. Crimson Rain (4:42)
2. Bound to Fall (4:41)
3. Black Smoke (4:59)
4. Calling Your Name (4:29)
5. Attergangar (0:48)
6. The Thrill (4:36)
7. Stillferd (1:11)
8. The Silence (3:27)
9. Ride On (5:17)
10. Spread Like Wildfire (7:38)

---

Zapraszam na prowadzone przeze mnie w radiu Rockserwis FM audycje: Lepszy Punkt Słyszenia w każdy piątek o 21 oraz Scand-all w środy o 18. W poniedziałki o 23 nalewam też muzyczne drinki w klubie jazzowym Pod Osłoną Nocy.
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji
W pierwszą sobotę miesiąca (oraz okazjonalnie w inne soboty) o 20 współprowadzę audycję Nie Dla Singli w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz