sobota, 14 marca 2026

Jay Buchanan - Weapons of Beauty [2026]

Gdy w okolicach 2009 roku Jay Buchanan łączył siły z muzykami grupy The Black Summer Crush, tworząc zespół Rival Sons, miał plan jednoczesnego kontynuowania kariery solowej, w której – w przeciwieństwie do zespołu – skłaniał się raczej ku muzyce spokojniejszej, w klimatach, na które za oceanem wymyślono określenie Americana. Kolejne lata zweryfikowały te plany, bo zespół odniósł tak wielki sukces, że na nagrania „na boku” zwyczajnie nie było najczęściej czasu. Ten znalazł się teraz, mniej więcej 20 lat po ostatnich własnych dokonaniach Jaya. Płyta Weapons of Beauty przypomina o jego muzycznych korzeniach.

Buchanan zdecydował się na dość niecodzienną drogę twórczą przy okazji tego albumu. Zaszył się na kilka miesięcy w należącym do swojego przyjaciela bunkrze na Pustyni Mojave. Co prawda od czasu do czasu zaglądał do domu, ale większość czasu potrzebnego na skomponowanie utworów spędził w odosobnieniu, pisząc o amerykańskim krajobrazie, wewnętrznej przemianie i samotności. W efekcie powstała niezwykle osobista, subtelna i piękna płyta, która częściowo wywołuje w słuchaczu podobne odczucia, co albumy Rival Sons, ale przeważnie osiąga to zupełnie innymi środkami. Weapons of Beauty to dziesięć utworów nagranych jak zwykle pod okiem Dave’a Cobba w Nashville, z udziałem tamtejszych muzyków. Na basie gra Brian Allen (współpraca m.in. z Jasonem Isbellem czy Beth Hart), na gitarze hawajskiej Leroy Powell (współpracownik m.in. Shootera Jenningsa), na perkusji Chris Powell, na klawiszach Philip Towns, gitary akustyczne obsługują Buchanan, Cobb oraz znany być może czytelnikom tego bloga i słuchaczom moich audycji J.D. Simo, który gra też w kilku numerach na gitarze elektrycznej.

„W czasach, gdy muzyka jest coraz bardziej tłumiona przez technologię, chciałem stworzyć coś na wzór obrazków narysowanych na ziemi”, mówił w jednym z wywiadów Buchanan. I faktycznie jest to płyta bardzo „naturalna”, prawdziwa, odwołująca się do podstaw muzyki. Opowiada historie, zachwyca klimatem, przyjemnie kołysze, nie przytłacza ciężarem ani popisami muzyków. Jeśli ktoś da się wkręcić w ten klimat przy dźwiękach chyba jednego z najbardziej „bujalnych” numerów na albumie, otwierającego go utworu Caroline, to pokocha całość. Przyznaję, że trochę obawiałem się jednej rzeczy – że cała płyta w takim klimacie będzie nieco zbyt monotonna. Że po jakimś czasie będzie mi brakowało mocniejszego uderzenia. Nic z tych rzeczy. Być może to także zasługa tego, że jednak nie wszystkie numery kołyszą tak przyjemnie i delikatnie jak Caroline czy High and Lonesome. Nawet jeśli nie mamy tu ciężkich gitar i zawrotnego tempa, to przecież takie True Black wprowadza spore ożywienie i bardzo kojarzy mi się muzyką innego uwielbianego przeze mnie zespołu ze świetnym wokalistą w składzie – The Temperance Movement. Głodnych dynamiki odsyłam też choćby do Deep Swimming.


Wracając jednak do tych niezwykle przyjemnie snujących się numerów, trzeba wspomnieć o Shower of Roses z pięknym tłem klawiszowym, a także o moim ulubionym na płycie – Sway. To też zresztą być może jedyna kompozycja w tym zestawie, którą spokojnie słyszałbym na albumie Rival Sons, bo przecież ten zespół w przeszłości nagrywał już takie właśnie przejmujące, klimatyczne „kołysanki”. Absolutnie genialną robotę pod fenomenalnym jak zawsze głosem Jaya robi tu w tle leniwa gitara. Piękna, wysmakowana aranżacja i jeden z moich jak na razie ulubionych utworów 2026 roku. Niespodziewanie The Great Divide brzmi jak… piosenka Fleetwood Mac. I oczywiście nie ma w tym nic złego – uwielbiam Fleetwood Mac. Po prostu kompletnie się tego nie spodziewałem, zwłaszcza tuż po Sway. A jeszcze większą niespodziankę mamy za moment – cover Dance Me to the End of Love Leonarda Cohena. Przearanżowany tak bardzo, że gdyby nie tekst, trudno byłoby rozpoznać, że to właśnie ta kompozycja. W wersji Buchanana to już nie jest numer z zadymionego, ciemnego klubu. Jest tu znacznie więcej światła. Ba, mamy nawet krótkie solowe popisy instrumentalistów. Kapitalna, zaskakująca wersja, która nagle sprawia, że ten numer brzmi jak coś napisanego przez duet Jagger/Richards, a nie przez Cohena. Po tych dwóch żywszych fragmentach całość bardzo klimatycznie i spokojnie wieńczy utwór tytułowy.

Słychać, że w Jayu od dawna już narastała potrzeba nagrania takiej płyty. Nie zapominajmy, że on początkowo miał obawy, czy będzie pasował do zespołu rockandrollowego, bo to właśnie taki klimat, jak na Weapons of Beauty, był mu muzycznie najbliższy. Nie jest to więc żaden eksperyment rockmana, a absolutnie naturalny krok w jego muzycznym życiu. A co najważniejsze, w żaden sposób nie kłóci się ze światem Rival Sons, bo w jednym z wywiadów wokalista zdradził, że już tworzy utwory na kolejny album tego zespołu. Fani tej formacji nie muszą się zatem obawiać, że premiera płyty solowej będzie jakimkolwiek zagrożeniem dla przyszłości Rival Sons. A każda okazja, żeby posłuchać najlepszego obecnie wokalisty okołorockowego, jest dobra. Ta płyta też jest dobra. Bardzo, bardzo dobra.

Premiera: 6 lutego 2026 r.

 

1. Caroline (5:37)
2. High and Lonesome (4:16)
3. True Black (4:26)
4. Tumbleweeds (5:49)
5. Shower of Roses (4:58)
6. Deep Swimming (4:22)
7. Sway (5:25)
8. Great Divide (4:39)
9. Dance Me to the End of Love (4:34)
10. Weapons of Beauty (5:03)

 

Poprzednie wpisy o Rival Sons:

---

Zapraszam na prowadzone przeze mnie w radiu Rockserwis FM audycje: Lepszy Punkt Słyszenia w każdy piątek o 21 oraz Scand-all w środy o 18. W poniedziałki o 23 nalewam też muzyczne drinki w klubie jazzowym Pod Osłoną Nocy.
http://rockserwis.fm
http://facebook.com/lepszypunktslyszenia - profil audycji
http://facebook.com/groups/rockserwisfm - tu można porozmawiać ze mną oraz z innymi słuchaczami w trakcie audycji
W pierwszą sobotę miesiąca (oraz okazjonalnie w inne soboty) o 20 współprowadzę audycję Nie Dla Singli w Studenckim Radiu Żak Politechniki Łódzkiej.

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz