Pokazywanie postów oznaczonych etykietą americana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą americana. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 marca 2026

Jay Buchanan - Weapons of Beauty [2026]

Gdy w okolicach 2009 roku Jay Buchanan łączył siły z muzykami grupy The Black Summer Crush, tworząc zespół Rival Sons, miał plan jednoczesnego kontynuowania kariery solowej, w której – w przeciwieństwie do zespołu – skłaniał się raczej ku muzyce spokojniejszej, w klimatach, na które za oceanem wymyślono określenie Americana. Kolejne lata zweryfikowały te plany, bo zespół odniósł tak wielki sukces, że na nagrania „na boku” zwyczajnie nie było najczęściej czasu. Ten znalazł się teraz, mniej więcej 20 lat po ostatnich własnych dokonaniach Jaya. Płyta Weapons of Beauty przypomina o jego muzycznych korzeniach.

wtorek, 18 lutego 2025

Gin Lady - Before the Dawn of Time [2025]

Czy mogło być inaczej? Rok 2025 na blogu inauguruje nam płyta jednego z moich ulubionych współczesnych zespołów – Gin Lady. Prawie napisałem „nowych”, ale uświadomiłem sobie, że przecież Gin Lady istnieją od 14 lat, pierwszy album wydali 13 lat temu, a wcześniej były jeszcze trzy płyty w nieco innym składzie pod szyldem Black Bonzo. To już absolutnie nie jest zespół nowy. No chyba, że ktoś zatrzymał się z poznawaniem muzyki gdzieś w połowie lat 70. i nie włącza płyt nagranych przez artystów będących obecnie poniżej wieku emerytalnego. To już jednak nie mój problem. Siódmy album szwedzkiej ekipy w zasadzie większych niespodzianek muzycznych nie przynosi, choć niewątpliwie jakieś delikatne zmiany słychać, głównie oznaczające powrót pewnych elementów, których od jakiegoś czasu w muzyce zespołu było trochę mniej.

środa, 22 grudnia 2021

Gin Lady - Camping with Bodhi [2021]

Gin Lady to jeden z moich ulubionych współczesnych zespołów. Śledzę ich muzyczny żywot od samego początku, a właściwie to jeszcze dłużej, bo od czasów znakomitego Black Bonzo, którego ostatni skład tworzył trzon pierwszego wcielenia Gin Lady. Potem zachodziły jeszcze pewne zmiany, ale generalnie ta szwedzka grupa nigdy nie zawodzi, wydając niemal zawsze co dwa lata płyty, których świetnie mi się słucha. A jednak ich ostatni album, z 2019 roku, jakoś długo nie mógł mnie do siebie przekonać. Początkowo uznałem, że jest nudny, bez ikry, niby ładny, ale jakiś taki za bardzo ogniskowy. Z czasem przekonałem się do niego, ale to wciąż najmniej lubiany przeze mnie krążek te formacji. Możecie się zatem domyślać – w kontekście owej ogniskowości – że nie byłem zbyt szczęśliwy, gdy zobaczyłem okładkę oraz tytuł nowej płyty Gin Lady. Na szczęście już zwiastujący album singiel znacznie mnie uspokoił, a całość weszła gładko jak cytrynówka na letnim festiwalu.

wtorek, 18 maja 2021

Leon III - Antlers in Velvet [2021]

Leon III to działający w Houston duet, w skład którego wchodzą wokaliści i multiinstrumentaliści Andy Stepanian i Mason Brent. W 2018 roku wydali swój pierwszy album pod tym szyldem, teraz zaś wypuścili płytę numer dwa – Antlers in Velvet. To jednak nie tak, że panowie nagle kilka lat temu zaczęli razem grać. Wcześniej obaj byli członkami formacji Wrinkle Neck Mules, która w latach 2003-2015 wydała sześć albumów studyjnych. Są zatem doskonale zgrani i wiedzą, czego chcą. To słychać. To mój pierwszy kontakt z ich muzyką, ale z pewnością będę musiał nadrobić te zaległości i posłuchać także debiutu oraz nagrań poprzedniego zespołu, bo nowa płyta właściwie już od pierwszego odsłuchu zachwyciła klimatem i wdarła się do mojej tegorocznej czołówki.

sobota, 4 stycznia 2020

Winter Moon - Make Real, Make Believe [2019]

Winter Moon to sekstet z Melbourne, który gra i tworzy od ponad sześciu lat, ale dopiero w 2019 roku wypuścił swój pierwszy duży album. Wokalistka Milly Moon i gitarzysta Jake Winter zaczynali jako akustyczny duet, który stopniowo rozrastał się do postaci pełnowymiarowego bandu. Od czasu wydania w 2013 roku pierwszego singla w grupie dochodziło do licznych zmian i stałym jej elementem była tylko wspomniana dwójka. Mam nadzieję, że przyszedł już czas stabilizacji składu, bo to, co tworzy zespół, jest ciekawe. Make Real, Make Believe to rzecz przemyślana i dopracowana, więc wygląda na to, że decyzja o tym, by się nie spieszyć z tym pierwszym dużym wydawnictwem, była słuszna. Grupa bardzo sprawnie łączy w swojej twórczości elementy klasycznych amerykańskich rockowych brzmień, delikatnych bluesowych kołysanek, przyjemnego soulu, lekkiej psychodelii czy klimatu amerykańskich klubów sprzed wieku.

środa, 3 lipca 2019

Duff McKagan - Tenderness [2019]


Duff McKagan to muzyk znacznie bardziej wszechstronny niż mogłoby się wydawać. Kojarzymy go przede wszystkim jako basistę Guns n’ Roses – tego członka zespołu, który zawsze wnosił do muzyki formacji nieco punkowego chaosu i zadziorności. Nic dziwnego – gdy dołączał do powstających Gunsów, miał już na koncie grę w kilkudziesięciu głównie punkowych formacjach, w których bywał wedle potrzeb basistą, gitarzystą lub perkusistą. Ale przecież Duff pochodzi z Seattle, gdzie – zanim przeniósł się do Kalifornii – należał do tamtejszej rockowej sceny i jego ścieżki prywatne i muzyczne często krzyżowały się z wykonawcami, których obecnie znamy jako legendy grunge’u. To wszystko oraz brzmienie poprzednich płyt Duffa wydawanych solo lub pod szyldem Loaded wskazywałoby, że nowy album muzyka będzie utrzymany w stylistyce dynamicznego, prostego rocka. A tu niespodzianka!

czwartek, 23 maja 2019

Gin Lady - Tall Sun Crooked Moon [2019]


Gin Lady to jeden z kilku moich ulubionych współczesnych zespołów przywołujących ducha muzyki z lat 60. i 70. Kilka lat temu śledziłem przeobrażenie Black Bonzo w Gin Lady i choć początkowo trochę brakowało mi elementów progresywnych, z których znana była ta pierwsza formacja, bardzo szybko polubiłem też dużo prostszą, bardziej rockandrollową i amerykańską muzykę prezentowaną przez nowy skład pod zmienioną nazwą. Każda z czterech pierwszych płyt Gin Lady zawierała przynajmniej jeden lub dwa numery, które powalały mnie już od pierwszego odsłuchu, każda też po tym pierwszym odsłuchu stawała się niemal pewniakiem do czołówki listy moich ulubionych płyt roku, w którym się ukazywała. Możecie więc zrozumieć, że gdy dwa tygodnie temu odpalałem Tall Sun Crooked Moon po raz pierwszy, miałem dokładnie takie oczekiwania.

sobota, 20 kwietnia 2019

Crypt Trip - Haze County [2019]

Pochodzącą z Dallas formację Crypt Trip poznałem przy okazji wydanej na początku zeszłego roku płyty Rootstock. Spodobało mi się ich luzackie granie czerpiące śmiało z bogatego dorobku amerykańskiego rocka. To był ich drugi album. Na trzeci nie musieliśmy czekać zbyt długo. Płyta Haze County wyszła w marcu i niespodzianek w brzmieniu i muzycznym kierunku obranym przez zespół nie przynosi, przynosi za to po raz kolejny trzydzieści kilka minut bardzo przyjemnego klimatu muzycznego.

niedziela, 9 września 2018

Aaron Lee Tasjan - Karma for Cheap [2018]


Aaron Lee Tasjan nie jest może artystą, którego nazwisko mówiłoby zbyt wiele słuchaczom w Polsce, ale gość mimo młodego wieku już od dość długiego czasu próbuje swoich sił na scenie i stopniowo buduje pozycję w branży muzycznej. Wydawał muzykę z kilkoma grupami, które choć chwalone przez krytyków, nigdy nie zdobyły większej popularności, nagrał kilka EP-ek z własnym materiałem, wreszcie przewinął się przez moment przez skład kolejnego wcielenia legendarnych New York Dolls. Od kilku lat ruszył jednak na dobre i stara się regularnie wypuszczać nowe solowe płyty. Karma for Cheap to już trzecia z nich, jednak pierwsza, z którą miałem styczność. Styczność przypadkową, ale – jak to często bywa – właśnie takie przypadki okazują się bardzo przyjemne.

piątek, 20 października 2017

Thomas Wynn and the Believers - Wade Waist Deep [2017]



Thomas Wynn and The Believers to formacja z Florydy, której przewodzi – niespodzianka – Thomas Wynn. Wokalistę i gitarzystę wspiera (wokalnie) jego siostra Olivia oraz grupa muzyków, którzy niewątpliwie wiedzą, do czego ich instrumenty służą i znakomicie dogadują się muzycznie. To słychać od pierwszych chwil z płytą Wade Waist Deep. Choć grupa istnieje od niemal dekady, do tej pory – jeśli wierzyć wszechinternetom – wydała tylko jeden album (nagranie typu live in studio), dwie EP-ki i płytę koncertową. Z tego, co udało mi się dojrzeć w spisie utworów tych wcześniejszych wydawnictw, niektóre kompozycje z Wade Waist Deep powstały już ładnych kilka lat temu. Nic zatem dziwnego, że spora część tego albumu faktycznie brzmi tak, jakby zespół miał te utwory opanowane przez lata do perfekcji. Niestety, nie wszystko mi tu odpowiada

piątek, 25 sierpnia 2017

Gin Lady - Electric Earth [2017]


Premiery kolejnych płyt Gin Lady nie są ogólnoświatowym wydarzeniem. Nie pisze o nich mainstreamowa prasa (nawet ta rockowa), ich kompozycji próżno szukać w playlistach największych rockowych stacji radiowych (co innego w rockserwis.fm – my gramy ich często! Tacy fajni jesteśmy...), a i nakład kolejnych wydawnictw nie rzuca pewnie na kolana. Tyle że nie na płyty tych wielkich rocka czekam najbardziej co rok. Dla mnie największym wydarzeniem każdego roku są premiery nowych albumów właśnie takich zespołów jak Gin Lady – grup, które sam na swoje potrzeby odkryłem. Nie podsuwały mi ich media, nie zachwalali znani dziennikarze, nie dostawałem po oczach billboardami i reklamami. Przeczytałem o nich, znalazłem jeden czy drugi utwór, spodobało mi się, więc sprawdziłem resztę. No, może akurat niekoniecznie tak było z Gin Lady, ale na pewno z grupą Black Bonzo, z której Gin Lady wyewoluowali kilka lat temu. Gdy zaczynałem poznawać szwedzką scenę rockową XXI wieku, Black Bonzo byli obok Siena Root zespołem, którego muzyka zrobiła na mnie największe wrażenie. Szkoda mi było, gdy kilka lat temu ogłaszali, że kończą działalność, ale większość ostatniego składu (poza perkusistą) szybko poinformowała, że zakłada nową formację. I to była miłość od pierwszego odsłuchu. Kilka lat i płyt później zbliżamy się do premiery czwartego krążka w dorobku szwedzkiej formacji – Electric Earth.

niedziela, 23 lipca 2017

Riverdogs - California [2017]



Formacja Riverdogs przez lata była mi znana głównie z nazwy. Na przełomie lat 80. i 90. były gitarzysta Whitesnake i Dio – Vivian Campbell – miał wyprodukować wczesne dema nowej grupy, ale okazało się szybko, że dogaduje się z muzykami tak znakomicie, że wkrótce dołączył do powstającego zespołu, co niewątpliwie pozwoliło formacji dotrzeć tu i tam – w końcu Campbell był uznawany w latach 80. za jednego z największych gitarowych wymiataczy. Jednak wkrótce po wydaniu debiutanckiego krążka, który nie dostał należytego wsparcia wytwórni, otrzymał ofertę dołączenia do Def Leppard, co być może przekreśliło szanse Riverdogs na większą karierę. Grupa jednak co jakiś czas wydawała nowy materiał, czasami nawet w składzie z Campbellem (jak zawierająca niewydane wcześniej nagrania z początku XXI wieku EP-ka World Gone Mad). Wydaje się, że przymusowa przerwa w koncertowych planach Def Leppard na początku zeszłego roku stała się okazją do nagrania nowego materiału, bo w 2017 roku Riverdogs powracają swoim pierwszym od wielu lat całkiem premierowym wydawnictwem – albumem California. Album wydaje Frontier Records, co samo w sobie mocno sugeruje nawet tym, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z Riverdogs, że znajdziemy na nim sporo melodyjnego, wpadającego w ucho gitarowego rocka…

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

My Dynamite - Otherside [2017]


Kilka lat temu australijska formacja My Dynamite rokowała spore nadzieje na dołączenie do Rival Sons czy Saint Jude wśród liderów fali młodych rockowych zespołów, które wdzierały się coraz śmielej „na salony”. Ale jeśli ma się ambicje zdobycia szerszej popularności, to raczej czekanie pięć lat z wydaniem płyty numer dwa nie jest najlepszym pomysłem. Powiedzmy sobie szczerze – większość osób zainteresowanych w 2012 roku tą formacją dawno już o niej zapomniała. W międzyczasie pojawili się inni, którzy zajęli miejsce niegdyś przyznawane, być może nieco zbyt wcześnie, grupie z Melbourne. Ale wracają – pół dekady później i w składzie poszerzonym o stałego klawiszowca. Czy przerwa wyszła im na dobre? Czy wciąż można ich uznać za jeden z ciekawszych rockowych zespołów młodego pokolenia? Kto zabił Kennedy’ego? Na dwa z tych trzech pytań postaram się odpowiedzieć poniżej.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Soul Asylum - Change of Fortune [2016]



Pamiętacie jeszcze Soul Asylum? Jeśli macie około 30 lat (może trochę więcej) i mieliście szczęście oglądać MTV na początku lat 90., nie możecie ich nie kojarzyć, choćby dzięki wielkiemu przebojowi Runaway Train. Ten numer znał każdy. Kapitalną płytę Grave Dancers Union, z której pochodził, znało już znacznie mniej osób. No cóż, typowy przykład grupy jednego przeboju, choć w przypadku tego albumu zdecydowanie zasługiwali na nieco więcej niż wałkowanie w kółko jednego numeru. Pewnie niewiele osób wiedziało, że była to już szósta płyta amerykańskiej grupy. Jeszcze mniej wie, że zespół – mimo okresów mniejszej aktywności – nigdy się nie rozpadł i wciąż co jakiś czas wydaje nowe albumy. Choć trudno tu mówić o tej samej grupie, co w czasach Runaway Train, bo z tamtego składu w formacji tej od dawna gra już tylko lider, kompozytor, wokalista, gitarzysta, a czasem także basista i klawiszowiec w jednej osobie – Dave Pirner. Reszta składu, zwłaszcza w ostatnich latach, zmienia się częściej niż rozkład jazdy PKP, już nawet od czasu wydania omawianego tu albumu doszło do kolejnych zmian. Nie ma to większego znaczenia. Jest lider – jest zespół. Jest też rzeczona płyta, która ukazała się kilka miesięcy temu – Change of Fortune. To jedenasty krążek w karierze grupy. Co przynosi muzycznie? W zasadzie to, czego można by oczekiwać. Niespełna 40 minut całkiem niezłego, choć niezbyt wyszukanego rockowego grania, które momentami całkiem skutecznie zostaje w głowie.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Miles Nielsen & The Rusted Hearts - Heavy Metal [2016]



Nazywa się Nielsen. Miles Nielsen. Z tych Nielsenów. Jego ojciec jest nieco zwariowaną gwiazdą rocka i członkiem Rock and Roll Hall of Fame. Po muzyce Milesa Nielsena i jego zespołu The Rusted Hearts nie słychać jednak szczególnie bliskich związków z brzmieniem grupy Nielsena seniora – Cheap Trick. To muzyka zdecydowanie lżejsza, w zasadzie bliższa brzmieniom pop niż rockowi. Przy czym mówiąc o muzyce pop mam na myśli pop słuchalny – tworzony i grany przez prawdziwych muzyków na prawdziwych instrumentach – a nie jęki jakiegoś beztalencia do podkładu z klawisza. Na płycie Heavy Metal – wbrew tytułowi – dużo właśnie takiego lekkiego amerykańskiego grania, które prędzej skojarzylibyśmy z Tomem Pettym (także ze względu na głos) niż Rickiem Nielsenem. Przejdźmy do konkretów.

czwartek, 28 lipca 2016

Steven Tyler - We're All Somebody from Somewhere [2016]

We’re Somebody from Somewhere to pierwszy solowy album w dorobku tego młodego artysty. A nie, wróć – gość, który właśnie wydał swoją pierwszą solową płytę ma 68 lat i jest jednym z największych wokalistów i frontmanów w historii muzyki rockowej. Czemu nagle w wieku emerytalnym wpadł na pomysł, żeby spróbować swoich sił bez wsparcia reszty członków Aerosmith? No cóż, zespół zwolnił mocno tempo jeśli chodzi o twórczość studyjną, zresztą solo Steven Tyler może sobie pozwolić na więcej, bo nie stoi nad nim komisja kontroli zawartości rocka w rocku, mierząca go podejrzliwie i groźnie wzrokiem i przypominająca, że jednak nazwa Aerosmith do czegoś zobowiązuje. Tu Tyler mógł nagrać od początku do końca to, co chciał. A straszono, że chciał nagrać album country. Ba, w opisach tej płyty w mediach internetowych album jest właśnie tak określany, trafił nawet na szczyt listy najlepiej sprzedających się płyt country w Stanach. To pięknie, tylko… to nie jest płyta country. W porządku – elementy nowoczesnego country są, podobnie jak trochę muzyki folk, bluesa, americany czy popu a nawet lekkiego rocka. Przede wszystkim jest jednak sporo niezłego materiału, których faktycznie na płycie Aerosmith nie brzmiałby zbyt przekonująco, ale w takim wydaniu sprawdza się całkiem nieźle.

poniedziałek, 14 marca 2016

The Wild Feathers - Lonely Is a Lifetime [2016]

Pochodząca z Nashville grupa The Wild Feathers w zasadzie obraca się w klimatach, które nie do końca pokrywają się z moim muzycznym światem. To styl, który często określany jest jako americana, czyli zbitka folku, country czy rock ‘n’ rolla. Na debiutanckiej płycie formacji, wydanej w 2013 roku, sporo było naleciałości rockowych oraz dynamicznych, wpadających w ucho melodii. Owszem, country czasem też dało się usłyszeć, ale nawet te nieco naiwne choć urocze naleciałości rodem z tego gatunku nie psuły odbioru krążka zatytułowanego po prostu The Wild Feathers. Całość, mimo pewnej brzmieniowej polerki i jednak łatwo wyczuwalnego nastawienia na radio, sprawiała naprawdę dobre wrażenie – do tego stopnia, że po przypadkowym odkryciu tej grupy i usłyszeniu kilku utworów, postanowiłem kupić płytę, choć – jak już wspominałem – raczej nieczęsto zapuszczam się w takie muzyczne rejony. Obserwowałem, co dzieje się w zespole. Mijały kolejne miesiące i lata, a albumu drugiego nie było widać, za to w międzyczasie skład uszczuplił się o jednego z muzyków. Wreszcie po niemal trzech latach od premiery debiutu ukazuje się album Lonely Is a Lifetime. Nie żebym wyczekiwał tej płyty, obgryzając paznokcie i wiercąc się w fotelu, ale byłem ciekaw, czy panom z The Wild Feathers uda się na przekór mojemu gustowi muzycznemu po raz drugi zaskoczyć i przyciągnąć mnie do siebie. No niestety, chyba się nie uda.

piątek, 17 października 2014

Jack White - Lazaretto [2014]


Jack White to taki Steven Wilson okolic amerykańskiego garage rocka. Utożsamiany pierwotnie z jednym zespołem, z czasem zapragnął większej dozy różnorodności i pracy z różnymi muzykami w coraz liczniejszych projektach. Po trzech latach od rozpadu The White Stripes coraz wyraźniej widzimy, że nie ma właściwie żadnego powodu, by Jack i Meg White ponownie razem nagrywali pod szyldem tej grupy, bo Jack jest już w tej chwili muzycznie w innym miejscu. Z muzycznej ciekawostki stał się jednym z najważniejszych rockowych muzyków XXI wieku. Płyta Lazaretto jest tego kolejnym potwierdzeniem.

Jack White jest do bólu niedzisiejszy. Nagrywa na starym analogowym sprzęcie, używa wiekowych instrumentów, często posiadanych w przeszłości przez zapomnianych już dziś amerykańskich bluesmanów, bije rekordy sprzedaży płyt na nośniku winylowym, jego płyty trwają tyle, by ta muzyka na wspomnianym nośniku zmieściła się bez żadnych drastycznych cięć, a jego twórczość z pozoru zupełnie nie przystaje do tego, co obecnie święci największe triumfy na listach przebojów. To dlaczego odnosi tak spektakularne sukcesy? No cóż, może po prostu od czasu do czasu nawet w przemyśle muzycznym mamy do czynienia z pewną sprawiedliwością. Może ta branża obok miernot, które stanowią jakieś 90% gwiazd na szczycie, potrzebuje też tych 10% kompletnie niedzisiejszych dziwaków-geniuszy?

Lazaretto to niespełna 40 minut do bólu amerykańskiego rocka. Znajdziemy tu zarówno posmak starego bluesa, folku i country, jak i mnóstwo brudnych garażowych brzmień oraz knajpianych zagrywek. White jest oczywiście mózgiem całej operacji, w końcu to on napisał wszystkie numery na Lazaretto (z wyjątkiem otwierającego płytę, znakomicie uwspółcześnionego kawałka Three Women opartego na starym bluesie Blind Willie’ego McTella). Jednak otoczył się grupą zdolnych muzyków, którzy absolutnie nie chowają się w jego cieniu. Zarówno oboje klawiszowcy – zmarły kilka dni temu Ikey Owens i Brooke Waggoner – jak i gitarzysta Dean Fertita mają tu swoje „pięć minut” i to przede wszystkim oni wraz z White’em tworzą klimat tego krążka, choć oczywiście na nich lista artystów zaangażowanych w ten projekt wcale się nie kończy. Siłą tego krążka jest różnorodny klimat przy jednoczesnym zachowaniu brzmieniowej spójności. Cały czas słychać tego ducha starej amerykańskiej muzyki, ale jednocześnie trudno oskarżyć White’a o monotematyczność. Utwór tytułowy to dźwiękowy wulkan energii – bogaty aranż, świetny rytm, mocne brzmienie. Ale dla kontrastu już chwilę później słuchamy Temporary Ground – numeru, któremu bliżej do muzyki folkowej czy country. I tak jest w zasadzie cały czas. Singlowe Would You Fight for My Love? to kompozycja, która z powodzeniem mogłaby się znaleźć na znakomitej tegorocznej płycie Rival Sons – świetne „brudne” brzmienie, nieco nawiedzone chórki, mocny, wyraźnie zaznaczony rytm. To kwintesencja amerykańskiego rhythm and bluesa, choć w nieco nowocześniejszej odsłonie. Te rejony White ze spółką eksplorują też w jedynym utworze instrumentalnym na Lazaretto – High Ball Stepper. Mocny gitarowy przester stoi w kontraście ze spokojniejszymi fragmentami, a wszystko razem tworzy interesującą mieszankę. Bardzo tradycyjnie jest w Just One Drink – kolejnym singlu z płyty. Gdyby ktoś powiedział mi, że to numer Stonesów, uwierzyłbym bez najmniejszych nawet wątpliwości. To zresztą nie koniec hołdu dla starszego pokolenia muzycznych mistrzów, bo następny kawałek – Alone in My Home – to z kolei niezwykle przyjemny fortepianowo-akustyczny numer w stylu Cata Stevensa. Jeszcze bardziej nastrojowo i sielsko robi się przy Entitlement i zamykającym płytę Want and Able. To numery, które sprawiają, że wyobrażam sobie White’a i jego muzycznych przyjaciół na skrzypiącej scenie w zadymionej knajpie, w starych przepoconych koszulach, szelkach i kapeluszach, grających dla pół-pijanej publiki na rozpadających się instrumentach. Jakby tego rozstrzału stylistycznego było mało, w That Black Bat Licorice White zapędza się nawet w hiphopowe rejony, choć tylko w warstwie wokalnej, bo zamiast ukradzionego beatu z klawisza mamy tu świetny żywy aranż ze sporą dawką skrzypiec. Gdyby tak brzmiał hip hop, może nawet dałoby się go czasem posłuchać…

Lazaretto to album, na którym nie ma słabych kawałków. White prezentuje różne odcienie szeroko pojętego rocka, stylistycznie niektóre kompozycje są od siebie dość odległe, ale w każdej z nich Jack i towarzyszący mu muzycy są równie przekonujący. Całość spaja fantastyczny, nieco przykurzony klimat amerykańskiego południa. To może nie być przesadnie odkrywcza płyta, ale po kilku odsłuchach trudno się z nią rozstać. White po raz kolejny utwierdza słuchaczy w przekonaniu, że jest jednym z najciekawszych artystów obecnych czasów. Muzycy tacy jak White czy Dave Grohl są gwarantem tego, że rockowe pokolenie obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków ma i jeszcze długo będzie miało swoich własnych muzycznych bohaterów. Ci goście to Dylanowie, Stevensi czy Jaggerowie naszych czasów. Warto ich doceniać, bo to gatunek zagrożony.

poniedziałek, 29 września 2014

Matt Sorum's Fierce Joy - Stratosphere [2014]


A znacie to? Jak nazywa się gość, który zadaje się z muzykami? No dobra, bez głupawych żartów o perkusistach. Taki Matt Sorum na przykład wydał w tym roku płytę, której nie wrzucał nikomu na siłę do biblioteki iTunes, wytwórnia nie wciskała jego facjaty na tło przy teledyskach innych wykonawców na You Tube, krążka nie reklamowała irytująca pani z reklam Spotify, a sam zainteresowany nie pokazał gołej dupy na rozdaniu nagród Video Music Awards czy w przerwie Superbowl. Przy braku tych wszystkich wydawałoby się niezbędnych w dzisiejszych czasach zabiegów promocyjnych, album broni się sam jakością kompozycji. Tak zwyczajnie świetnie się go słucha. Co więcej, wbrew temu, czego można by oczekiwać po płycie byłego bębniarza The Cult i Guns N’ Roses, nie jest to krążek hardrockowy.

To wydawnictwo jest skazane na komercyjną porażkę. Większość ludzi prawdopodobnie nawet o nim nie słyszało, w końcu Matt nie jest raczej postacią z pierwszych stron gazet ani ulubieńcem rockowych i metalowych pudelków. Nawet większość fanów Gunsów pewnie nie ma pojęcia, że płyta Stratosphere powstała, a z tych, którzy jednak coś słyszeli, spore grono tego krążka nigdy nie polubi, bo z muzyką Gunsów twórczość solowa Matta nie ma wiele wspólnego. Stratosphere to 14 numerów utrzymanych w dość luzackim klimacie muzyki americana. Mamy tu zatem trochę melancholii opartej na akustycznych brzmieniach i nieco naleciałości z country, a do tego pojawiające się gdzieniegdzie dęciaki i smyczki (prawdziwe – nie „z klawisza”) oraz tu i tam odrobinę muzycznej psychodelii. Matt – co nie jest zaskoczeniem – zarejestrował część partii perkusyjnych, ale jest tu przede wszystkim jednym z gitarzystów, pianistą i wokalistą. I radzi sobie świetnie! Sorum nie jest wielkim rockowym śpiewakiem, ale ma bardzo przyjemny w brzmieniu, ciepły i głęboki głos, i – co najważniejsze – potrafi się nim świetnie posługiwać. Tworzy bardzo przytulny klimat, nie siląc się na kosmiczne popisy instrumentalno-wokalne. Do tego nie kryje się szczególnie ze swoimi muzycznymi inspiracjami – What Ziggy Says faktycznie brzmi jak hołd dla Davida Bowie’ego (podobnie zresztą jak Killers N Lovers, w którym słyszymy świetne solo na dęciakach oraz cudownie klimatyczne klawisze), zaś Ode to Nick Drake jest… dokładnie tym, co sugeruje tytuł.

Jednak tematem dominującym na Stratosphere jest bliskość człowieka z naturą. Czasy chlania i ćpania na umór to już odległa przeszłość. Niektórzy nigdy nie dorastają i albo kończą szybko na cmentarzu, albo do końca życia robią za chodzącą przestrogę przed używkami. Sorum dorósł, zrozumiał, że na trzeźwo też jest fajnie, a do tego – ponieważ nic już nie musi, bo dzięki grze na Use Your Illusion, trasie promującej ten krążek oraz wydawnictwom Velvet Revolver, jest ustawiony do końca życia – robi tylko to, co sprawia mu radochę. Czyli firmuje swoim nazwiskiem kolekcję mody, gra dla przyjemności z kumplami (to nic, że kumplami tymi są na przykład Steven Tyler, Billy Gibbons, Gene Simmons czy Slash) i angażuje się mocno w działalność charytatywną i w pomoc organizacjom ratującym zwierzęta. Ta bliskość człowieka i natury jest tematem kilku kompozycji na Stratosphere – choćby The Sea, For the Wild Ones (chyba najdynamiczniejszy numer na płycie, w pewnym sensie rockowy hymn walki o prawa zwierząt), świetnie bujającego Lady of the Stone czy Land of the Pure, który zdradza inspiracje muzyką folkową oraz brzmieniami etnicznymi. Potwierdzają to zresztą teledyski zrealizowane do czterech utworów z płyty. Przejmująco robi się w Gone – refleksyjnym numerze poświęconym pamięci brata Matta. Rodzina to zresztą równie ważny bohater tego krążka, bo Sorum nagrał też piękny fortepianowo-smyczkowy numer Josephine, dedykowany jego 101-letniej babci, zaś w tekście wspomnianego już What Ziggy Says wymienia imię swojej żony, która zresztą pojawia się na tej płycie kilkukrotnie w chórkach. Nic dziwnego, że czuć na Stratosphere tę rodzinną atmosferę. Ta płyta brzmi jak album napisany i nagrany prosto z serca, bez kalkulowania, co się sprzeda i co się spodoba. Czasami jest delikatnie czy kołysankowo, bywa lekko tajemniczo a nawet ponuro, a jeszcze innym razem jest słonecznie i optymistycznie. A co ważne – wszystkie te nastroje świetnie współbrzmią na jednym krążku.

Matt Sorum to muzyk i artysta z krwi i kości. Człowiek, który potrafi świetnie bawić się na scenie, grając soczystego hard rocka, ale jednocześnie chce wychodzić poza granice gatunku i zapuszczać się w muzyczne rejony, o które nikt by go nie podejrzewał. Co więcej, robi to niezwykle udanie. Stratosphere to – mimo udziału gości (jednym z nich jest Damon Fox – lider grupy Bigelf, o której pisałem kilka tygodni temu) – od początku do końca wizja Soruma, który udowadnia, że ambicje perkusistów rockowych nie muszą kończyć się na wybłaganiu pięciominutowej solówki podczas koncertów. To jest naprawdę zdolny facet, który w dodatku wykorzystuje swoją popularność i przyjaźń z największymi rockowymi sławami w dobrych celach, wciągając innych artystów w akcje charytatywne. Płytą Stratosphere Matt udowadnia, że życie po Gunsach i Velvetach (ten drugi zespół niby jeszcze istnieje, ale skoro od sześciu lat panowie nie mogą znaleźć wokalisty, to nie ma co wstrzymywać oddechu w nadziei na powrót…) nie musi polegać na odcinaniu kuponów i graniu utworów swoich dawnych kapel w podrzędnych spelunach z przeciętnymi muzykami. Stratosphere to z pewnością jedno z większych pozytywnych zaskoczeń płytowych w tym roku.