Muzyka hardrockowa od zawsze była
kojarzona z energią, dynamiką, wściekłością i bezczelnością, a także z brudem,
luzem i brakiem kontroli. Tym bardziej dziwi, że jeden z symboli tego gatunku –
grupa Aerosmith – na wydawanie płyt koncertowych decyduje się zadziwiająco
rzadko, przynajmniej w porównaniu z równie sławnymi kolegami z branży, jak Deep
Purple czy The Rolling Stones. Jest to bym dziwniejsze, że panowie rzadko
nagrywają nowe studyjne płyty, a w trasie są niemal bez przerwy. Ale może po
prostu granie na żywo jest bardziej opłacalne niż dzielenie się tymi występami
w formie płytowej, a nie od dziś wiadomo, że Aerosmith to obecnie bardziej
przedsiębiorstwo muzyczne niż grupa rockowa. Wizerunek przede wszystkim! To że
panowie średnio się lubią, a niektórzy z nich są zwykłymi palantami, tak w
stosunku do siebie nawzajem, jak i do swoich fanów, jest powszechnie znanym
faktem. Robienie kasy na kretyńsko drogich spotkaniach z fanami, mało
eleganckie uciszanie w mediach społecznościowych tych, którzy ośmielają się
zadawać pytania o dość oczywiste wspomaganie się na koncertach nagranymi
wcześniej partiami, czy w końcu doniesienia o słabej silnej woli Stevena
Tylera, który miał rzekomo być czysty od kilku lat – w dodatku pochodzące z
obozu zespołu, bo od pomagającego Aerosmith klawiszowca, który nagle przestał
być ich kolegą… Ekipa z Bostonu (to zabawne, bo żaden z nich nie jest tak
naprawdę z tego miasta) od lat nie jest już zespołem kumpli kopiących dupy
wszystkim fanom bezczelnego hard rocka, a grupą biznesmenów, którzy są ze sobą,
bo kasa jest zbyt wielka, żeby z tego zrezygnować. Tylko wiecie co? Wszystko to
nie ma większego znaczenia, kiedy wchodzą na scenę, bo wydanej właśnie
koncertówki z zeszłorocznego festiwalu Download odbywającego się w sławnym
Donington Park słucha się po prostu wybornie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2014. Pokaż wszystkie posty
sobota, 17 października 2015
piątek, 11 września 2015
Deep Purple - From the Setting Sun... To the Rising Sun [2015]
Zespołu Deep Purple przedstawiać
nie trzeba. Jeśli ktoś uważa się za fana rocka, a nazwa nic mu nie mówi, to
szacuneczku na dzielni nie będzie. O ile płyty studyjne grupy na tym etapie
kariery pojawiają się coraz rzadziej, to koncertówek Purple zawsze wydawali
mnóstwo. Nawet nie próbuję policzyć wszystkich mniej lub bardziej oficjalnych
albumów koncertowych, część z nich zresztą dublowała się ze względu na okres
rejestracji i koncertową setlistę. To też w dużej mierze problem z najnowszym
wydawnictwem zespołu, a raczej dwoma wydawnictwami – w sklepach jednocześnie
ukazują się: From the Setting Sun in
Wacken… oraz … To the Rising Sun in
Tokyo. Koncerty zarejestrowano odpowiednio w 2013 i 2014 roku podczas trasy
promującej ostatni jak na razie studyjny album grupy – Now What?! Lokalizacje niby bardzo różne – pierwsze wydawnictwo
dokumentuje występ na jednym z największych festiwali muzycznych w Europie, ma
który bilety kończą się niemal natychmiast po poprzedniej edycji (tak, mniej
więcej rok przed rozpoczęciem), drugie to zapis koncertu w tokijskiej sali Budokan.
Ci z was, którzy są nieco bardziej zaznajomieni z historią muzyki rockowej oraz
samego Deep Purple, wiedzą doskonale co to za miejsce i jaka płyta została tam
częściowo nagrana. Różne są też reakcje ludzi. Europejczycy owacyjnie przyjmują
wszystkie numery, śpiewają głośno, łatwo dają się wciągać we wspólną zabawę.
Japończycy tradycyjnie słuchają w skupieniu, a dopiero na sam koniec kompozycji
wybuchają prawdziwe owacje. Na tym niestety różnice w dużej mierze się kończą,
bo program obu koncertów był niemal identyczny, stąd i omawiać ich osobno nie
ma sensu.poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Kasia Kowalska - Przystanek Woodstock 2014 [2015]
Rok po występie Kasi Kowalskiej w
namiocie Akademii Sztuk Przepięknych na Przystanku Woodstock w dokładnie tym
samym miejscu miała miejsce premiera płyty koncertowej zarejestrowanej podczas
wspomnianego koncertu. Do kolekcji albumów wypuszczanych przez Jurka Owsiaka
dochodzi wydawnictwo CD/DVD, dzięki któremu wszyscy obecni tamtego dnia pod
sceną (w tym i sam piszący te słowa) mogą wrócić do wydarzeń sprzed roku. Kasia
Kowalska sięgnęła po nagrania z różnych okresów swojej muzycznej działalności,
ale grała przede wszystkim materiał ze swojej pierwszej płyty, Gemini, która powstała 20 lat wcześniej.
A że jest to jedna z najwybitniejszych płyt polskiego rocka, również i ten
wyjątkowy koncert miał wszelkie prawo być kapitalny. I wiecie co? Taki właśnie
był – od samego początku po ostatnie sekundy.
czwartek, 26 lutego 2015
Dave Kerzner - New World [2014 / 2015]
I bądź tu mądry. Ci, którym
zdarza się czytać teksty zamieszczane tu przeze mnie, lub zwyczajnie znają moje
poglądy dotyczące różnych aspektów muzyki, wiedzą, że jestem zdecydowanym
zwolennikiem muzycznego uzewnętrzniania się w formie ograniczonej do 40-45
minut. Bądźmy szczerzy – zdecydowana większość z najlepszych płyt w historii
rocka powstała w czasach, gdy właśnie do takiej długości należało dążyć, bo
więcej muzyki zwyczajnie nie mieściło się na płycie winylowej. Płyty trwające
około godziny rzadko potrafią utrzymać przez cały czas moje całkowite
zainteresowanie, a już wypełnienie krążka „pod korek” niemal zawsze gwarantuje,
że w pewnym momencie po prostu znudzę się takim albumem. Tak jest w teorii. A
praktyka? Pod koniec 2014 roku Dave Kerzner, były klawiszowiec Sound of Contact
(grupy dowodzonej przez Simona Collinsa – z tych Collinsów), wydał płytę New World, która trwa 78 minut.
Wyzwanie! A co wy na to, jeśli powiem wam, że to był dopiero początek? Niedługo
później dzięki popularnemu ostatnio crowdfundingowi
(dla opornych językowo – lud robi ściepę na przykład na nagranie i wypuszczenie
płyty, a potem ma z tego jakieś określone wcześniej benefity, typu dodatkowe
gadżety, przedpremierowy dostęp do materiału czy podziękowania we wkładce do
albumu) ukazała się rozszerzona wersja New
World. Teraz to już nie 78 minut rozłożonych na 11 kompozycji, ale aż 142
minuty i 23 numery. Dave nie tylko dołożył sporo kawałków, dla których zabrakło
miejsca na pierwotnym wydaniu, ale także znacznie wydłużył część znanych już
utworów, dzięki czemu mamy teraz do czynienia z kompletnym obrazem tego, co od
samego początku chciał nam przekazać twórca płyty, a na co nie mógł sobie
pozwolić przy pierwszej próbie. Brzmi dość przytłaczająco i pewnie część osób
skutecznie zniechęci do przesłuchania, w końcu to ogromna dawka muzyki. To może
zachęcę was nieco inaczej. Na całej płycie bębni Nick D’Virgilio, znany między
innymi z grupy Spock’s Beard oraz z krążka Calling
All Stations zespołu Genesis, zaś gościnnie tu i tam pojawiają się między
innymi: Colin Edwin (Porcupine Tree), Billy Sherwood (Yes), Simon Phillips
(Toto, Judas Priest, The Who, Mike Oldfield i cała masa innych projektów),
Heather Findlay (Mostly Autumn), siostry Durga i Lorelei McBroom (wokalistki
współpracujące z Pink Floyd) i Keith Emerson (Emerson, Lake & Palmer, The
Nice). Aha, jest jeszcze jeden gość. Steve Hackett, znacie?
Nie ma co ukrywać – to jest płyta
wręcz wymarzona dla fanów Davida Gilmoura. Klimat późnych Floydów wisi w
powietrzu i przyjemnie łaskocze. Co jednak ciekawe, to nie obecność
wspomnianych sióstr McBroom sprawia, że można go łatwo wyczuć. Owszem, chórki w
kilku numerach zdecydowanie muszą się kojarzyć dość jednoznacznie, ale tu
przede wszystkim chodzi o głos samego Kerznera. On po prostu śpiewa bardzo
podobnie do Gilmoura. Ale nazwanie New
World podróbką Pink Floyd byłoby wielkim błędem i niesprawiedliwością wobec
głównego autora tej płyty. Ten krążek jest oczywiście hołdem dla gigantów
szeroko pojętej muzyki progresywnej, bo i sporo tu ze starego Genesis, i trochę
nawet z Electric Light Orchestra, ale New
World to przede wszystkim olbrzymi i bardzo sprawnie przemyślany i wykonany
projekt, który przynajmniej kilka razy absolutnie zachwyca rozwiązaniami
muzycznymi. Przyznam, że nie zawsze słucham tego albumu w całości. Te niemal
dwie i pół godziny to gigantyczna dawka materiału i czasami po prostu nie mam
na nią ochoty. Ale są rozwiązania zastępcze, w końcu kompozycja Stranded, która otwiera (części 1 – 5) i
zamyka (części 6 – 10 ukryte pod głównym tytułem Redemption), trwa w sumie 33 minuty. Niektóre z opisywanych przeze
mnie płyt długogrających nie trwały wcale dłużej. Do tego – mimo tak
nieprzystępnej długości – całość względnie szybko zostaje w głowie i nie ma się
wrażenia, że to wszystko jest przeciągane na siłę. Są i spokojne, klimatyczne
momenty, jest i spore przyspieszenie i olbrzymia dawka dynamiki w części
zamykającej płytę. No i do tego ten najsławniejszy gość – to właśnie w tej
rozbitej na dwie ścieżki kompozycji pojawia się Steve Hackett. Nie słyszymy go
w całym utworze, a zaledwie w kilku jego częściach, ale jak zawsze, gdy tylko
się pojawia, wydaje się, jakby całość osiągała muzyczne wyżyny. Jednak
znakomity klimat tej kompozycji to także olbrzymia zasługa samego kompozytora i
obsługiwanych przez niego instrumentów klawiszowych. Myślę, że dużo bardziej
znani od Kerznera znakomici muzycy z grupy Transatlantic mogliby posłuchać tego
numeru, wyciągnąć pewne wnioski i sporo się nauczyć w temacie tworzenia
niezwykle długich numerów, które nie męczą i nie wpadają w banał.
Dave nie odchodzi do końca od
swojej przeszłości w Sound of Contact. Niezwykle chwytliwa kompozycja The Lie brzmi, jakby była zaginionym numerem
z sesji do płyty Dimensionaut i
wyraźnie pokazuje, jak ważnym ogniwem w SoC by Kerzner. Z kolei Nothing to dynamiczna, gęsta
aranżacyjnie kompozycja w stylu E.L.O. W takich nieco żywszych klimatach
Kerzner także czuje się znakomicie. To zresztą nie jedyny moment, kiedy do
głowy przychodzi mi porównanie do grupy Jeffa Lynne’a, bo i utwór tytułowy jest
utrzymany do pewnego stopnia w klimacie jego sławnej kapeli. Ukłony w stronę rodziny
genesisowej słychać w takich numerach jak The
Secret czy Crossing of Fates (te
klawisze!). I trzeba powiedzieć, że to raczej nawiązania do Genesis z lat 70.,
w dodatku bardzo udane, mimo że nie gra w nich mistrz Hackett. Under Control to też jakby podobne
rejony, choć tu bardziej doszukiwałbym się ukłonu w stronę solowej twórczości
Petera Gabriela. Jednak według mnie znakomita robota na tym albumie jest także
udziałem numerów, które z pozoru zupełnie nie pasują do reszty. Często są to
jakieś krótkie przerywniki, łączniki pomiędzy dłuższymi formami, prezentujące
zupełnie inne rejony muzyczne. Tak jest choćby w instrumentalnej kompozycji Theta, zaskakującej orientalnym klimatem
tworzonym w dużej mierze dzięki wykorzystaniu tabli – hinduskiego instrumentu
perkusyjnego. Takim odejściem od klimatu dominującego na płycie jest też wspomniane
Under Control, które porzuca
dźwiękowe pejzaże i pięknie snujące się melodie na rzecz dynamiki i nieco
mechanicznego klimatu. Niewątpliwie zaletą tego krążka jest także to, że mimo
przenikania się niektórych utworów i ciągłości pewnego muzycznego klimatu,
utwory różnią się dynamiką i intensywnością brzmienia. Into the Sun, w którym Kerzner i Findlay dzielą się obowiązkami
wokalnymi, niesamowicie buja, ale też pozwala odpłynąć przy odsłuchu, dzięki
fantastycznej lekkości brzmienia. Jeszcze spokojniej, niezwykle oszczędnie i
niemal piosenkowo jest w kompozycji The
Secret. Piękne wstawki gitary Fernanda Perdomo (tak, jego też trzeba
docenić, choć oczywiście siłą rzeczy musi być nieco w cieniu gościnnego udziału
Hacketta na tym albumie) znakomicie uzupełniają klawisze Kerznera. Dynamiczniej
jest z kolei choćby w porywającym dziewięciominutowym Premonition Suite, które absolutnie powala fantastyczną partią
gitary i kosmiczną solówką klawiszową, a także we wspomnianym już Nothing, którego nie powstydziłby się
Jeff Lynne.
New World to niewątpliwie olbrzymie wyzwanie dla słuchacza. To
płyta z potężną dawką dobrych melodii, dzięki czemu nawet długich kompozycji
słucha się z wielką przyjemnością. Ale nie da się ukryć, że 142 minuty to
dawka, która może być dla wielu osób nie do strawienia. Ja sam, tak jak
wspominałem, nie zawsze czuję się na siłach, żeby słuchać całości przy jednym
podejściu. Ale odrzucenie tego albumu tylko ze względu na długość byłoby
fatalną pomyłką. Te utwory po prostu zasługują na to, by usłyszała je jak
największa rzesza słuchaczy. Nawet jeśli nie wszystkie naraz. Wybierzcie sobie
swój własny tryb przesłuchiwania New
World, dopasujcie go do swoich zdolności koncentracji, w ostateczności po
prostu wyselekcjonujcie sobie z tego ogromu materiału to, co odpowiada wam
najbardziej. Wszystko jedno jak postanowicie to zrobić – ale dajcie się
oczarować muzyce zawartej na New World.
Można powiedzieć, że większość z tego już gdzieś słyszeliśmy, porównań do Pink
Floyd, Genesis, E.L.O. czy nawet momentami do twórczości Stevena Wilsona nie da
się raczej uniknąć, ale zamiast analizować, w jakim stopniu ten krążek był
inspirowany dokonaniami konkretnych artystów, lepiej po prostu posłuchać i
cieszyć się tymi cudownymi dźwiękami. Tym bardziej, że – skoro już jesteśmy
przy nazwie Pink Floyd – Dave Kerzner, podobnie jak Bjørn Riis, nagrał w
zeszłym roku płytę dużo ciekawszą niż wspomniana legenda. To jeden z
najlepszych zeszłorocznych albumów i – choć już został zauważony przez wiele
portali zajmujących się muzyką progresywną – mam wrażenie, że z czasem będzie
tę płytę odkrywało, dostrzegało i doceniało coraz więcej osób.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
sobota, 21 lutego 2015
Beyond the Event Horizon - Event Horizon [2014]
Norwegia kojarzona jest w świecie muzyki z black metalem i
rockiem progresywnym, Szwecja to zagłębie stoner i hard rocka, w Finlandii czy
Holandii prawie każdy rodzi się muzykiem zespołu grającego symfoniczny metal,
Australijczycy we krwi mają prostego, pełnego energii hard rocka, zaś
Islandczycy lubują się w muzycznym klimacie równie chłodnym, co ten, który
panuje na ich wyspie. Polacy to oczywiście przede wszystkim metal ekstremalny
oraz rock progresywny, ale w ostatnim czasie zaczynamy specjalizować się także w
dość trudnej w odbiorze, mało przystępnej i dość złożonej muzyce, którą
najczęściej określa się mianem post-rocka bądź post-metalu (choć dalej nie mam
pojęcia, co oznaczają nazwy tych gatunków), czasami z bardziej lub mniej
wyraźnymi elementami progresji. To oczywiście spore uogólnienie, ale dzięki
temu napisałem już kilka zdań tego tekstu, zupełnie nie odnosząc się do sedna
sprawy, więc idzie mi nie najgorzej. W ten post-rock/metalowy schemat wpisuje
się także poznańska grupa Beyond the Event Horizon, która w 2014 roku wydała
swój debiutancki krążek – Event Horizon.
Ze względu na wspomnianą ignorancję w temacie gatunków z przedrostkiem „post”,
na własny użytek w przypadku tej grupy wolę określenie rock instrumentalny,
chociaż pewnie nie zdradza ono wiele… oczywiście poza tym, że na płycie nie
usłyszymy wokali. Brak tego elementu zazwyczaj oznacza, że nie ma co liczyć na
„piosenkową” strukturę utworów i jakąkolwiek przebojowość materiału. Dokładnie
tak jest też w przypadku tego albumu. Włączając Event Horizon musimy przygotować się na to, że przez kolejne 55
minut łatwo i przyjemnie na pewno nie będzie. Co nie znaczy, że nie będzie
ciekawie.
Interesująco jest już na samym początku Utwór 4ce to w zasadzie długie intro do płyty,
wiedzione stałym motywem, który wraca z coraz większą intensywnością i z każdą
minutą coraz bardziej wciąga. To zresztą cecha wspólna większości kompozycji na
albumie – oparcie utworu na powracającym motywie i tworzenie w ten sposób nieco
hipnotycznego klimatu. Główna różnica między poszczególnymi utworami polega na
natężeniu dźwięku. Movement Cycle
prowadzi ciężki walcowaty riff, mocny przester i brudne brzmienie, ale numer
ten znakomicie uzupełnia tło nawiązujące klimatem do muzyki elektronicznej. Ciężko
jest też w Psycho Whisper, w którym
dominują mocne bębny i przesterowana gitara. Sharper to intensywny początek, gęste brzmienie, dynamika i brud,
aż do krótkiej chwili uspokojenia. Ale już w Unknown Void klimat jest dużo spokojniejszy i sporo tam
przestrzeni, w czym duża zasługa nieco „kosmicznego” tła. Te spokojniejsze
momenty stanowią bardzo potrzebną przeciwwagę dla mocniejszego łojenia. Dają
chwile oddechu, sprawiają, że płyta staje się nieco bardziej przystępna. Tak
jest choćby w Post Waltz, które przez
większość czasu czaruje nieco tajemniczym klimatem i spokojnym brzmieniem
stopniowo wciąga słuchacza.
Czasami brakuje mi większego urozmaicenia natężenia dźwięku
i ciężkości. Utwory są zazwyczaj zbudowane na mocnym motywie, który jest
powtarzany przez dobre kilka minut i wkręca słuchacza tą powtarzalnością, ale
miejscami czuję, że niektóre z tych kompozycji mogłyby się skończyć wcześniej,
albo pójść w zupełnie innym kierunku. Brakuje mi częstszych zwolnień,
postawienia w większym stopniu na przestrzeń i odważniejszego podpierania się
klawiszowym „kosmosem” lub klimatami ambientowymi. Muzyka instrumentalna nie
jest łatwa w odbiorze, nie jest też łatwa w tworzeniu. W tym gatunku można
postawić na mozolne wwiercanie się w głowę słuchacza powtarzalnymi motywami
albo na zaskakujące zmiany klimatu i eksperymenty brzmieniowe oraz
psychodeliczne odjazdy. Mam wrażenie, że muzycy Beyond the Event Horizon
częściej idą pierwszą drogą, a ja chyba wolałbym, żeby odważniej zapuszczali
się w tę drugą. Co nie znaczy, że Event
Horizon nie jest dobrą płytą. Wręcz przeciwnie – to krążek, na którym osoby
szukające czegoś mniej oczywistego, niełatwego w odbiorze, ale jednocześnie
poukładanego i logicznego, znajdą z pewnością wiele dla siebie. Ja – mimo
pewnych nie do końca odpowiadających mi rozwiązań – też znalazłem i mam
przeczucie, że ta grupa jeszcze mnie zaskoczy swoim rozwojem i namiesza solidnie
na polskiej scenie rockowej, przy czym mowa oczywiście o scenie
pozamainstreamowej, bo muzycy Beyond the Event Horizon muszą sobie zdawać
sprawę, że nie mają najmniejszych szans, by przedostać się ze swoją twórczością
do największych mediów. Ale chyba nie jest to ich ambicją, bo przecież nie
braliby się za tworzenie tak trudnej muzyki. Event Horizon to obiecujący debiut. Sprawnie wyprodukowany i dobrze
brzmiący, może o kwadrans za długi i chwilami zbyt mocno zamknięty w jednym
klimacie, ale dający solidne podstawy do wiary w ten zespół.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
wtorek, 17 lutego 2015
Lesser Key - Lesser Key EP [2014]
Niewiele jest na świecie lepszych
miejsc do tworzenia muzyki niż Los Angeles. Wejdź do któregokolwiek baru czy
studia nagraniowego, a usłyszysz prawdopodobnie wszystkie możliwe odmiany rocka
czy metalu. To miasto daje olbrzymie możliwości, ale także zapewnia ogromną
konkurencję. Wydanie małej płyty w roku, w którym wychodzi niewyobrażalna wręcz
masa godnych uwagi albumów też nie pomaga. EP-ki dają szansę przedstawienia
światu swojej muzyki w nieco skompresowanej czasowo formie, ale są często
uważane za przedsmak dania głównego i pomijane przez magazyny muzyczne i
portale, które wolą się czasem skupiać na pełnowymiarowym materiale. Grupa
Lesser Key padła ofiarą takiego nastawienia także z mojej strony, bo mogła się
tu pojawić dobrych kilkanaście tygodni temu. Odrabiam zatem zaległości już
niemal na sam koniec podsumowania płyt wydanych w 2014 roku.
Pierwsze dźwięki EP-ki od razu
kierują myśli w stronę grup takich jak Tool. No dobrze, może nie są to aż tak
pokręcone klimaty, atmosfera nie jest tak gęsta i ponura, a całość brzmi dość
przyjemnie, a to słowo, którego w kontekście muzyki Tool raczej się nie używa,
ale zdecydowanie jakieś pokrewieństwo można wyczuć. Co więcej, nie jest to tak
do końca przypadkowe skojarzenie. Basistą Lesser Key jest Paul D’Amour, były
członek grupy Tool, który grał na wczesnej EP-ce zespołu oraz na debiutanckiej
płycie – Undertow. To zresztą ciekawa
sprawa, bo D’Amour opuścił tę kapelę, gdyż chciał iść w innym muzycznym
kierunku, a po niemal 20 latach nagrywa album, który jest wyraźnie kierowany do
fanów jego byłej formacji. No ale nikt nigdy nie powiedział, że trzeba się
przez całe życie trzymać raz podjętej decyzji.
Otrzymujemy zatem sześć
kompozycji trwających w sumie 25 minut. Wystarczająco, żeby dobrze zapoznać się
z kierunkiem obranym przez zespół. Pięć pierwszych utworów wprowadza nas w dość
przytłaczający nastrój, ale niepozbawiony elementów sprawiających, że całość
brzmi przystępnie. Z jednej strony jest dosyć ponuro, momentami ciężko, ale
jednocześnie jest to muzyka, która może trafić w gusta masowego odbiorcy. Może
nie masowego odbiorcy muzyki w ogóle, ale na pewno muzyki rockowej. Idealnie
dobrano kompozycję otwierającą EPkę. Intercession
zaczyna się nieco tajemniczo, rozkręca się stopniowo, a chłód początkowych
fragmentów całkiem nieźle łączy się z chwytliwym refrenem i kontrolowanym
chaosem warstwy instrumentalnej pod koniec utworu. Ten numer daje dość dobre
pojęcie o tym, jak będą brzmiały kolejne kompozycje. Nie znajdziemy tu raczej
efektownych popisów instrumentalnych, całość opiera się na mozolnym tworzeniu
atmosfery. Czasami prym wiedzie w tym perkusista Justin Hanson, który wcale nie
musi okładać zestawu jak wariat, żeby napędzać Parallels. Gitara Bretta Fangera jest często nieco schowana w
miksie, jakby zdławiona, ale to sprawia, że zespół brzmi intrygująco. Nie
jestem pewny, czy do końca odpowiada mi śpiew na tej EPce. Andrew Zamudio
przypomina mi trochę brzmieniem swojego głosu i sposobem śpiewania wokalistę
Deftones, z drugiej strony czasami mam wrażenie jakbym słuchał Chestera
Benningtona, może nie tyle pod względem barwy, co samej melodii partii
wokalnych. I chyba nie do końca mi to leży. Mam wrażenie, że te kompozycje
bardziej trafiałyby do mnie, gdyby partiom wokalnym nadać nieco szorstkości i
brudu. To zresztą mój zarzut – jeśli w ogóle można to nazwać zarzutem – do
całej EP-ki. Brakuje mi tu odrobiny szaleństwa. Jest ciekawy klimat, czasami
małe zaskoczenia, jak nieco mocniejsze przyłożenie pod koniec Folding Stairs, ale mam wrażenie, że
środek ciężkości poszedł trochę zbyt mocno w kierunku wygładzonych melodii i
ładnych wielogłosów. Jest chyba trochę zbyt bezpiecznie. Podoba mi się spokój w
In Passing Through. Panowie pozwalają
sobie na oszczędniejszy aranż, nieco psychodeliczny klimat i małe odpłynięcie,
ale wrażenie psuje trochę znowu ten „piosenkowy” refren. Czasami pasuje, ale
akurat w tym numerze można było sobie darować. Zresztą, co ciekawe, uwagę
najbardziej przykuwa zamykający płytę kawałek Labile, który jest w zasadzie niespełna trzyminutowym outrem, prezentującym
zupełnie inny muzyczny klimat niż reszta płyty. Myślę, że muzyka Lesser Key
zyskałaby sporo, gdyby grupie udało się sprawnie połączyć tego typu brzmienia z
twórczością, która dominuje w pozostałych pięciu utworach. W zasadzie to nawet
nie miałbym nic przeciwko, żeby takie subtelne, hipnotyzujące, podparte
elektroniką dźwięki były cechą dominującą w dorobku Lesser Key, ale na to chyba
nie ma co liczyć.
To obiecujący start. Nie do końca
odpowiada mi nieco zbyt „piosenkowa” forma całości i sądzę, że nieco szaleństwa
i poważniejszy flirt z elektroniką i klimatami psychodelicznymi dobrze by
zrobiły zespołowi. Ale wszystko przed nimi. Być może w tę stronę pójdą na
kolejnych wydawnictwach. Na razie fani Tool, których ich ulubiony zespół
zdecydowanie nie rozpieszcza nadmiarem muzyki, dostali do rąk ciekawostkę w
klimatach, które mogą ich zainteresować, choć mam wrażenie, że dla nich ten
album może być nieco zbyt bezpieczny. Będę czekał na pierwszą dużą płytę Lesser
Key. Mam nadzieję, że będą na niej nieco odważniejsi, ale te 25 minut – a
zwłaszcza ostatnie 8 – daje nadzieję na to, że panowie postanowią nieco
poeksperymentować ze swoim brzmieniem. Wtedy może to być jeden z ciekawszych
zespołów poruszających się w tych muzycznych okolicach.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
sobota, 14 lutego 2015
Radio Moscow - Magical Dirt [2014]
Każdy, kto – tak jak ja – jest
uzależniony od poznawania nowych zespołów i słuchania nowych płyt, wie dobrze,
że znane marki i polecenia znajomych to jedno, ale czasem wszystkim rządzi po
prostu przypadek. I często bywa, że te przypadkowo poznane kapele zostają z
człowiekiem na dłużej. Nie znałem Radio Moscow. Nikt mi ich nie polecił, nie
szukałem w Google spisu zespołów z rosyjskimi miastami w nazwie. Ale znam i
uwielbiam szwedzko-francusko-amerykańską grupę Blues Pills i grzebiąc któregoś
dnia w ich biografii, wyczytałem, że sekcja rytmiczna Blues Pills – basista Zack
Anderson i obecnie były już perkusista Cory Berry (podobno przyrodni bracia) –
grali kiedyś w zespole Radio Moscow. Sprawdziłem szybko, że grupa ta w 2014
roku wydała płytę. Chwilę potem okazało się, że obaj panowie od jakiegoś czasu
z Radio Moscow nie grają, ale było już za późno – trzeba było dotrzeć do albumu.
Na początek oczywiście kilka słów o kapeli. Radio Moscow to obecnie trio
dowodzone przez wokalistę, gitarzystę (a na niektórych płytach także
perkusistę) Parkera Griggsa, który jest jedynym stałym członkiem kapeli od
początku jej istnienia, który przypada na rok 2003. Od 2007 roku grupa wydała
trzy płyty studyjne i kompilację demówek nagranych przez Griggsa jeszcze przed
powstaniem zespołu. Magical Dirt, bo
taki tytuł nosi wydana w 2014 roku płyta z uroczym, niekoniecznie jadalnym,
mocno psychodelicznym grzybkiem na okładce, to zatem czwarty album studyjny
Radio Moscow.
Na początek trzeba zaznaczyć, że
panowie są zakochani w latach 70. (i trudno im się dziwić). Grupa nie tylko
brzmi jak zespół „z epoki”, ale i tak wygląda. Sądząc po brzmieniu wydawnictwa,
postawiłbym całkiem sporą sumę (której, uprzedzam, nie mam) na to, że nagrywają
też na sprzęcie „z epoki” i w dodatku na żywo, z ewentualnymi nielicznymi późniejszymi
nakładkami. Już dynamiczny początek z trzema pełnymi energii, opartymi na
świetnych riffach numerami pokazuje, że będziemy mieli do czynienia z klimatami
creamowo-zeppelinowymi z sosem zztopowym i szczyptą stonera. Od razu słychać,
że muzycy świetnie czują się w takich brzmieniach. Rozpędzają się i łoją
pełnego energii rock n’ rolla aż miło, choć potrafią też złamać utwór i
zwolnić, jak w połowie Rancho Tehama
Airport. Po trzech dynamicznych numerach robi się spokojniej. Sweet Lil Thing to nawiązanie do
brzmienia sprzed niemal stu lat. Tak, tak. To bardzo oszczędny, akustyczny
numer, który klimatem zabiera nas do stanu Missisipi i sadza nas na
rozpadającej się drewnianej werandzie jakiegoś starszawego bluesmana. Skoro
Bonamassie wolno, to czemu nie im? To zresztą nie jedyny numer, w którym ten
gitarzysta przychodzi mi do głowy, bo w instrumentalnej, akustycznej części Bridges mamy motyw, który – dałbym sobie
uciąć na wszelki wypadek jakąś mniej potrzebną część ciała – słyszałem w
wykonaniu Józefa B. Trzecia wycieczka w spokojniejsze, pół-akustyczne brzmienia
i klimaty tradycyjnych pieśni bluesowych i folkowych czeka na nas na sam koniec
płyty, w utworze Stinging, w którym
gitara elektryczna stanowi cudowną, pyszną polewę na akustycznym torcie.
Wspomniane wycieczki w klimaty
oszczędniejsze są jednak głównie pojedynczymi przerywnikami od ostrego,
hardrockowego łojenia ze stonerowym posmakiem. To podobna muzyczna receptura
jak w przypadku nieco młodszej grupy The Vintage Caravan, o której pisałem
jakiś czas temu (i napiszę ponownie niedługo, bo młodzież z Islandii wkrótce
wyda swoją drugą płytę). Czasami jest bardziej tradycyjnie i kompaktowo (Rancho Tehama Airport czy porywające i
nieco zwariowane Got the Time), a
czasami z wyskokami w stronę klimatów rocka psychodelicznego, jak w Gypsy Fast Woman, w którym zresztą przez
dobrych parę minut panowie próbują ściemniać, że nazywają się Black Sabbath,
czy w Before it Burns, które
fantastycznie łączy sekcję rytmiczną rodem z najlepszych numerów dawnej grupy
Carlosa Santany z porywającą partią gitary tworzącą niesamowity, bliskowschodni
klimat. Before it Burns to numer,
który z pewnością zrobiłby furorę na Festiwalu Woodstock w 1969 roku.
Przyznaję, że mimo wszystko mam
dość ambiwalentne odczucia odnośnie do tego krążka. Z jednej strony wszystko to
już gdzieś było, więc oryginalności w tym niewiele, a i sam zespół na swoich
poprzednich płytach już te klimaty eksplorował wszerz i wzdłuż. Ale z drugiej
strony – płyta brzmi wyśmienicie i słucha się jej naprawdę fantastycznie. Chyba
już jakiś czas temu przestało mi przeszkadzać czerpanie całymi garściami z
muzyki poprzednich dekad. Radio Moscow nigdy nie będzie tak znane jak Led
Zeppelin, Cream czy Hendrix, ale ja bardzo chętnie przejdę się na ich koncert –
teraz, za pięć czy nawet za dwadzieścia lat. Takiej muzyki po prostu chce się
słuchać, nawet jeśli słysząc ją po raz pierwszy, tak naprawdę znamy ją już
doskonale.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
czwartek, 12 lutego 2015
Spiders - Shake Electric [2014]
Zadziorne riffy gitarowe obecne,
sprawna rockowa sekcja rytmiczna bezbłędnie napędzająca numery jest, klasyczne
rockowe brzmienie w szybkich, pełnych ognia solówkach jest, solidna porcja
odniesień do klasyków rocka także na miejscu, chwytliwe melodie, które ruszą z
miejsca każdego fana rocka także w wystarczającej ilości, produkcja, która
sprawia, że płyta brzmi, jakby była wydana w latach 70. – „tak, tak, tu jestem”
– odhaczone. Nie będzie wielkim zaskoczeniem, jeśli napiszę, że zespół pochodzi
ze Szwecji? Spiders zainteresowali mnie swoim udanym debiutem sprzed nieco
ponad dwóch lat – Flash Point. Było
szybko, dynamicznie, zadziornie. I tu w zasadzie niewiele się zmieniło, bo choć
mam wrażenie, że kwartet brzmi nieco dojrzalej, to formuła nie zmieniła się w
porównaniu z pierwszą płytą. Na Shake
Electric też znajdziemy przede wszystkim szybkie, dynamiczne, przepełnione
riffami rockandrollowe kompozycje.
Widziałem Spiders na koncercie w
Warszawie. Na sali było może ze 40 osób, a grupa grała jako support przed Blood
Ceremony. Przyznam, że przyjechałem wtedy specjalnie na support, bo gwiazdy
wieczoru nawet za bardzo nie znałem. Nie wiem, ile osób z tej niezbyt licznej
widowni było zaznajomionych z muzyką Spiders przed tamtym dniem, ale mam
wrażenie, że pod małą sceną w Progresji nie było nikogo, kto by nie bawił się
znakomicie podczas krótkiego występu Spiders. Grupa potrafi genialnie rozruszać
widownię swoją dynamiczną muzyką, w czym niemały udział pełnej uroku, drobnej
blondynki dzierżącej mikrofon w dłoni – Ann-Sofie Hoyles. Co jednak równie
ważne, kapela świetnie radzi sobie także w studio. Shake Electric wręcz powala energią, ale jednocześnie brzmi bardzo
klasycznie. To nie jest hard rock w stylu ostatnich kilkunastu lat, w którym
wszystko brzmi jak na sterydach. Shake
Electric to klasyczne brzmienie połowy lat 70. 33 minuty to może niezbyt
dużo, ale wydaje się, że wystarczająco, by rozruszać słuchacza, ale nie
zmęczyć. To 10 w większości szybkich numerów z mocno podkreślonym rytmem.
Porównania? Powiedzmy, że na pewno coś dla siebie znajdą tu fani Kiss, UFO,
wczesnego Bowie’ego i T. Rex, ale też Heart czy Joan Jett w różnych
wcieleniach. Najbardziej wyróżnia się kompozycja Hard Times, bo to jedyny numer na albumie, w którym zespół porzuca
dynamikę i szybsze tempo na rzecz bluesowego klimatu i oszczędniejszej, mniej drapieżnej
aranżacji. Zamykające płytę War of the
World to jedna z dwóch najdłuższych kompozycji na płycie, choć ledwo
przekracza cztery minuty. Ale jest tu mimo wszystko trochę czasu na muzyczne
odjazdy i odrobinę instrumentalnego szaleństwa. Ale pozostałe osiem kompozycji
to czysty rockandrollowy ogień w wersji kompaktowej.
![]() |
| photo: Jakub "Bizon" Michalski |
Choć w otwierających płytę
numerach Mad Dog i Shake Electric słychać, że na płycie
będzie mocno i głośno, to jednocześnie rzuca się też w uszy niesamowita
melodyjność tego materiału. W zasadzie niemal każdy z numerów na Shake Electric mógłby być singlem i z
powodzeniem buszować po falach radiowych, gdybyśmy tylko żyli w lepszej
rzeczywistości, w której duże stacje chcą grać dobrego rocka, w dodatku także w
wykonaniu mniej znanych zespołów, a nie wiecznie tych samych panów w wieku
emerytalnym. Zwłaszcza numer tytułowy powala znakomitym riffem i niesamowitą
chwytliwością, nic dziwnego zatem, że promował album. Nie wierzę, że znajdzie
się jakikolwiek fan dynamicznego, melodyjnego hard rocka, który usiedzi
spokojnie przy tym kawałku i po skończonym odsłuchu nie będzie chciał do tego
numeru wracać. I takie odczucia towarzyszą mi w zasadzie przez całą płytę, choć
w tej dość stałej formule znajdziemy czasem oprócz tradycyjnie przyjemnego
rockowego czadu także pewne ciekawostki. Control
ma niemal punkowe zacięcie i dynamikę dwuminutowych strzałów Motörhead, zaś w Give Up the Fight zaskakują smaczki w
postaci chórków. Znakomity pomysł! Sekcja rytmiczna Spiders spisuje się na medal – zwarta, dokładna, wyraźna w miksie.
Jest i cowbell! Ann-Sofie być może nie popisuje się tu szczególną
wszechstronnością, ale to, co robi, wychodzi jej wyśmienicie. Ma w sobie
bezczelność The Runaways wymieszaną z urokiem Elin Larsson z Blues Pills.
Gitarzysta John Hoyles w każdym numerze serwuje jakiś z pozoru prosty, ale
cholernie chwytliwy riff i ma masę roboty we wszystkich utworach. To stara
dobra szkoła gitary. Bez zbędnych komplikacji czy przesadnych popisów, za to ze
świetnym brzmieniem i energią, która natychmiast stawia na nogi.
W zalewie fantastycznych płyt
wydanych w 2014 roku zupełnie przegapiłem premierę Shake Electric. Byłem przekonany, że krążek ma się ukazać na
początku tego roku i dopiero po wizycie na facebookowym profilu zespołu odkryłem,
że płyta już od dobrych 3 miesięcy jest na rynku. Ale jestem przekonany, że
mimo tej wtopy i tak jestem w lepszej sytuacji od większości fanów rocka. Ja
mimo wszystko wiedziałem, że ten krążek ma się ukazać i teraz mogę się nim już
bez przeszkód cieszyć, a tymczasem całe masy potencjalnych fanów Spiders nigdy
go nie usłyszą, bo zespół nie jest wielką międzynarodową gwiazdą. Ale może
pewnego dnia szczęście się do nich uśmiechnie. Blues Pills od nowa przecierają
szlak dla młodych rockowych grup z żeńskimi wokalami i bardzo życzę szwedzkim
pajączkom, by podążyły za Blues Pills do świadomości szerokiej grupy odbiorców
takiej muzyki.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
wtorek, 10 lutego 2015
Messenger - Illusory Blues [2014]
Messenger – nazwa może niezbyt
oryginalna. Pewnie mogłaby zniechęcić niejedną osobę. W końcu skoro „posłańców”
działa już w branży muzycznej wielu, to może i muzyka będzie równie
nieoryginalna. Bzdury, panie! Gdybym tak myślał, przegapiłbym jedną z najciekawszych
płyt wydanych w 2014 roku. Tak, mało znany kwintet z Londynu, zupełnie
przegapiony przez większość portali zajmujących się muzyką rockową, nagrał
absolutnie magiczną, zachwycającą aranżacjami płytę Illusory Blues. Nie znam historii tej grupy, nie wiem, na ile
doświadczeni są tworzący ją muzycy. Ale już na debiutanckiej płycie Messenger
osiągnęli niesamowity poziom w tworzeniu kompozycji, przekazywaniu emocji i
budowaniu klimatu.
Zaczynają absolutnie cudownie.
Pierwszy numer na płycie – The Return
– to dość nieoczekiwanie bardzo spokojna rzecz. Przyzwyczailiśmy się, że w
szeroko pojętej muzyce rockowej przyjęło się rozpoczynać album mocnym
uderzeniem, numerem dynamicznym, wpadającym w ucho, chwytliwym – często singlem
promującym wydawnictwo. Tymczasem The
Return zaczyna się bardzo delikatnie, wręcz leniwie. Wokale przywodzą na
myśl klasyczne płyty Wishbone Ash, instrumentalnie to bardzo przyjemny, ciepły
klimat, mocno przyprawiony naleciałościami folkowymi. Intensywniej robi się
dopiero pod koniec, gdy już zespół mocno się rozkręca, perkusista zwiększa
intensywność swoich partii, wokalista „przyciska” nieco mocniej, a bardzo
przyjemne tło robią organy. Skojarzenia z grupami łączącymi muzykę progresywną
z delikatnymi folkowymi brzmieniami nie opuszczają mnie także przy drugiej
kompozycji – Piscean Tide. Świetnie
brzmią wielogłosy – słychać, że muzycy sporo pracowali nad idealnym zgraniem
wokali, bo ich śpiewu słucha się tu naprawdę przyjemnie. Partie instrumentów
smyczkowych wprowadzają pewną melancholię, choć dzięki podkładowi
gitarowo-perkusyjnemu, całość pozostaje dynamiczna. Uspokojenie przynosi Dear Departure. Folkowe elementy giną
gdzieś, do głosu dochodzi nieco przytłaczający klimat, wysokie, niemal
histeryczne zaśpiewy, kojarzące się nieco z twórczością grupy Sigór Ros, a
całość niesie dość monotonny motyw perkusyjny. Dodajmy do tego fragment, gdy
instrumenty milkną, a my przez dobrą minutę słyszymy tylko upiorne dźwięki,
niczym odgłosy nawiedzonego lasu. Muzycy Messenger potrafią budować nastrój i znakomicie
czarować swoją muzyką. Po niespełna dwudziestu minutach Illusory Blues mają mnie w stu procentach po swojej stronie. Po tak
znakomitych trzech kompozycjach na otwarcie albumu nie mam już wątpliwości, że
trafiła się perełka.
Nie ma szans na to, by schrzanili
to w drugiej połowie albumu. Nie po tak znakomitym początku. The Perpetual Glow of a Setting Sun
absolutnie genialnie kołysze wspaniałą partią gitary, zachwyca wstawkami
instrumentów klawiszowych, buja leniwym rytmem wybijanym przez perkusję i
powala pięknym nastrojem tworzonym przez partie smyków. No i do tego wokale.
Choć w kontekście tej muzyki może się to wydać dziwne, ale w tym numerze słyszę
pewne podobieństwa do głosu Chrisa Cornella. To zupełnie inny gatunek, inny
sposób użycia głosu, ale w pewnych rejestrach nie mogę oprzeć się wrażeniu,
jakbym słuchał wspomnianego wokalisty ze Stanów, który nagle postanowił
porzucić ostre rockowe łojenie i zajął się graniem z nieco innej bajki.
Najdłuższy numer na płycie, dziewięciominutowe Midnight, zaskakuje. Na początku znowu trochę sielsko, z lekko
wycofanymi, wysokimi i delikatnymi wokalami, ale po chwili wchodzi prosty
motyw, który aż podrywa na nogi i nie pozwala usiedzieć spokojnie. A potem
przyspieszają… i znowu hipnoza, i znowu tajemnicze odgłosy w tle, i robi się
dynamiczniej, ciężej. A potem znowu powrót do brzmień akustycznych i
oszczędniejszej aranżacji. Już do końca kompozycji muzycy będą żonglować
klimatem, dozować nam intensywność brzmienia. Pewnie nie każdemu do gustu
przypadną z pozoru nie pasujące do całości kompozycji wokale we fragmencie
drugiej części utworu – wysokie, mało dynamiczne, nieco zawodzące, trochę w
stylu Radiohead. Ale o dziwo sprawdzają się. Pewnie na dłuższą metę taki śpiew
byłby dla mnie męczący. W tym kilkudziesięciosekundowym fragmencie raczej
wzbudza zainteresowanie, niż irytuje. Midnight
to wspaniała huśtawka nastrojów. Być może nieco chaotyczna i trudna do
ogarnięcia, ale niezwykle intrygująca. Dużo przystępniej jest w numerze Somniloquist. Znowu delikatnie, akustycznie,
spokojnie i bardzo chwytliwie. Numer buja od pierwszej sekundy, zachwyca
wspaniałym połączeniem pozornej prostoty z bogactwem aranżacyjnym. Brzmi niby
jak pieśń ogniskowa, ale ile tam się dzieje w tle! I do tego absolutnie
fantastyczna partia gitary – instrumentu, który teoretycznie prowadzi całą
płytę, ale jednocześnie nie jest nadużywany do popisów solowych. Tutaj przez
chwilę gitarzysta grupy może wyrzucić z siebie wszystkie emocje trzymane na
wodzy przez poprzednie 38 minut krążka. Po pięknym, ale trudnym w odbiorze Midnight, Somniloquist jest genialną odmianą. Niby prostą w strukturze, ale
siła tej kompozycji tkwi właśnie w prostocie tego numeru i absolutnie fantastycznej
aranżacji, która ten prosty pomysł ubiera w dźwięki i tworzy z nich coś niezwykłego.
Zamykające krążek Let the Light In
cudownie wycisza, choć gdy wydaje się już, że album dogaśnie delikatnie
spokojnymi akustycznymi dźwiękami, panowie zaskakują wspaniałym, dynamicznym
folkowym motywem na zakończenie. Noc kupały, ognisko, wianki na głowach, długie
białe szaty i tańce wokół ogniska. Takim klimatem żegna nas niespodziewanie
zespół Messenger.
Czasami na wielką przyjemność
trzeba trochę poczekać. Nie zawsze dlatego, że długo nadchodzi. Bywa tak, że ta
przyjemność jest już gdzieś obok, bliżej lub dalej, a my nie mamy o niej
pojęcia. Płyta Illusory Blues ukazała
się wiosną. Ja poznałem ją niemal dziesięć miesięcy po jej premierze. Żałuję, że
tak późno, bo mimo, że w 2014 wyszło mnóstwo wspaniałych płyt i zdecydowanie
było czego słuchać przez cały rok, czuję, że coś traciłem, nie znając wcześniej
tego albumu i to chyba będzie dla tej płyty najlepsza rekomendacja. Messenger
to jeden z najbardziej obiecujących nowych zespołów szeroko pojętego rocka. Oby
na kolejnych płytach czarowali równie pięknie i skutecznie. Płyty Illusory Blues nie można… powtarzam… NIE
MOŻNA przegapić!
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
sobota, 7 lutego 2015
Eden Circus - Marula [2014]
Kolejne z późnych odkryć w
temacie płyt wydanych w 2014 roku przyszło z całkiem bliska, bo z niemieckiego
Hamburga. I to jedno z tych odkryć, które zapowiadało się dobrze już po
obejrzeniu bardzo klimatycznej okładki. Czasami widzisz projekt zdobiący album
i mniej więcej masz już w głowie dźwięki, których możesz spodziewać się po
włączeniu płyty. Oczywiście bywa tak, że okładka jest zwodnicza, ale jednak w
większości przypadków pomyłek nie ma. Tak było i tym razem. Spodziewałem się
dość stonowanego, ponurego brzmienia i sporej dawki hipnotycznych klimatów
przyprawionych melancholią i mrokiem – przynajmniej częściowo to właśnie
otrzymałem. Przedstawiam debiut niemieckiej grupy Eden Circus – płytę Marula.
Jedną z większych zalet tego
krążka jest to, że mimo wspomnianego posępnego, ciężkiego klimatu, całości
naprawdę słucha się bardzo dobrze i bez wrażenia, że z każdym kolejnym numerem
dźwięki coraz bardziej męczą swoim ciężarem. Owszem, na krążku panuje muzyczny
chłód, raczej nie znajdziemy tu oznak przebojowości czy jakichkolwiek śladów
tradycyjnej struktury zwrotkowo-refrenowej, ale o dziwo ta nieprzystępność nie
wpływa na komfort odsłuchu. Przyznaję, nie jest to pewnie najbardziej odkrywcze
granie na świecie. Początek krążka skojarzył mi się z mieszanką chłodu i
melancholii Sigur Rós i melodyki ostatnich dokonań Anathemy. Czasem zaplącze
się fragment w stylu starego Opeth („wrzeszczane” wokale nawet pasują w paru
miejscach, co zresztą jeszcze bardziej kojarzy się ze szwedzkim zespołem), jak
w Comfort, chwilami – głównie w
momentach spokojniejszych – trochę tu wspomnianej Anathemy (fragmenty Devoid of Purpose), natkniemy się na
ślady Toola czy nawet Alice in Chains (Arc
to w zasadzie połączenie mrocznego klimatu tych pierwszych z wokalami lekko
nawiązującymi do tych drugich), a i trochę dźwięków w stylu Linkin’ Park też
trafimy tu i tam (parę fragmentów A
Desert in Between czy „refren” 101).
To osobliwa mieszanka, ale sprawdza się całkiem dobrze. Dzięki temu po dość
intensywnych utworach z początku płyty, mamy czas na złapanie oddechu przy
wspomnianym już Arc czy ponownie
bardziej stonowanym, „płynącym” Summon a
Ghost. W tym drugim są mocniejsze fragmenty, głośniejsze i bardziej
treściwe gitary oraz bardziej intensywne wokale, a nawet wrzaski, ale dzięki
wyciszeniom następującym co jakiś czas, całość „wchodzi” o wiele łatwiej i nie powoduje
znużenia natężeniem dźwięku. Muzycy oferują coś zarówno zwolennikom
mocniejszego uderzenia, jak i tym, którzy najwyżej cenią sobie klimat. Do mnie
w tym wypadku chyba najbardziej przemawiają numery oparte na klimacie i
wyciszeniach, takie jak Arc czy A Shore of Uncertainty. Znakomicie
słucha się zamykającego płytę Playing You,
który z wyjątkiem krótkiego przyłożenia gdzieś w szóstej minucie, płynie
niepozornie, wkręca coraz mocniej stałym rytmem i powtarzającymi się motywami, i
przypomina coś, co mógłby nagrać zespół Riverside, gdyby zmniejszyć zawartość
chwytliwych partii gitary w muzyce polskiej grupy o jakieś 75%. Naprawdę będę
musiał zrewidować swoją opinię na temat niemieckiej muzyki rockowej i
metalowej, bo w 2014 roku wyszło za naszą zachodnią granicą kilka albumów,
które obalają moją teorię, jakoby Niemcy grali bez finezji i „kwadratowo”.
Kwintet z Hamburga ma „czuja” do tworzenia bardzo ciekawego, nieco tajemniczego
klimatu. Nie łupie od szablonu, to wszystko jest robione z głową, no i naprawdę
świetnie brzmi. Produkcja to też jedna z zalet tej płyty. Z jednej strony udało
się zachować ten nieco duszny, ponury klimat, z drugiej – gdy robi się trochę
mocniej, to w temacie gitary jest bardzo gęsto i soczyście. Bębny chodzą
pięknie, brzmią naturalnie, a mocniejsze uderzenia czuć każdym organem
wewnętrznym. Wokalnie też jest niezwykle wszechstronnie. Czasami mamy zaśpiewy
niemal żywcem wyjęte z jakichś radiowych nu-metalowych hitów sprzed kilkunastu
lat, innym razem rasowy metalowy wrzask, ale przez większość czasu wokale są
całkiem „tradycyjnie” i świetnie wpasowują się w nastrój całości.
Przed powstaniem debiutanckiej
płyty grupa przez kilka lat szlifowała materiał. To słychać. Marula to album z twórczością
przemyślaną – zupełnie nie czuć, że to ich debiut płytowy. Grają muzykę w sumie
niezbyt łatwą, która mimo wszystko dość swobodnie „wchodzi”. To chyba ich
największa siła. Z jednej strony nie idą na łatwiznę i nie brną w oczywistości,
a jednocześnie ta dziwna mieszanka ciężaru, tajemniczości i melancholii
sprawdza się. Przy ich nazwie w Internecie można znaleźć dopiski: „post rock”,
„post metal”, „prog metal”, „alternative rock”. Zupełnie nie wiem, jak po swojemu
określić to, co prezentuje nam Eden Circus. Przedrostki „post” i „alternative”
przed nazwą gatunku zawsze były dla mnie tajemnicą i do dzisiaj nie wiem, o co
tak naprawdę w nich chodzi. Zaufam wszechwiedzącemu Internetowi, że faktycznie
jest to jakaś mieszanka wyżej wymienionych „szufladek”. Jakby tego nie nazwać,
warto zwrócić na nich uwagę. Wielu dużych i tych jeszcze większych w muzyce
rockowej i metalowej wydaje wciąż swoje albumy, które z miejsca trafiają do
milionów słuchaczy za sprawą magii nazwy i często niestety tylko ta magia nazwy
zostaje. Tymczasem zespoły zupełnie nieznane wydają powalające płyty, których
niemal nikt nigdy nie usłyszy. Sprawiedliwe to jak sędziowanie na ostatnich
mistrzostwach świata w piłce ręcznej, ale mimo wszystko daje to nadzieję, że
wbrew temu, o czym bredzą uzależnieni od wszelkich „złotych przebojów” i innych
mediów (także takich z gwiazdami w nazwie), wciąż ukazuje się mnóstwo dobrej
muzyki, której warto szukać i którą warto się dzielić.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
Subskrybuj:
Posty (Atom)







