To miłe, że czasem (a nawet dość
często) ktoś odwala za mnie najtrudniejszą robotę i wynajduje gdzieś zespoły, o
których w żadnych dużych mediach muzycznych nigdy byśmy nie usłyszeli, a
przynajmniej dopóki nie zdobędą wielkiej sławy – wtedy pisanie i mówienie o
nich będzie modne i wręcz obowiązkowe. O portugalskiej grupie The Black Wizards
usłyszałem po raz pierwszy w stacji rockserwis.fm (i, co logiczne, nie było to
w mojej audycji…) i bardzo szybko okazało się, że choćby człowiek cały rok
przekopywał Internet w poszukiwaniu świetnych, mało znanych zespołów, to i tak
umknie mu sporo świetnego grania. Koedukacyjny kwartet (pani
wokalistka/gitarzystka i druga pani – perkusistka, a oprócz nich panowie na
gitarze i basie) wydał pod koniec listopada swoją pierwszą płytę zatytułowaną Lake of Fire i już po okładce można się
było domyślać, że będzie klimatycznie i bardzo ciekawie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą best of 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą best of 2015. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 11 stycznia 2016
czwartek, 31 grudnia 2015
Bizon's Best of 2015 - płytowe podsumowanie roku
PŁYTOWE PODSUMOWANIE ROKU 2015
Rock nie umarł. Rock nie ma nawet kataru ani rozwolnienia. Rock u schyłku 2015 roku ma się świetnie bez względu na to, co próbują wszystkim wmówić mainstreamowe media. Jeśli głoszą coś innego, to jest to tylko ich problem. Twierdzenie, że w 2015 roku wyszło mało ciekawych płyt rockowych, byłoby jak powierzenie Ministerstwa Obrony Narodowej psychopacie... a, sorry. Ale wróćmy do muzyki. Wielcy i weterani radzili sobie różnie. Jedni stanęli na wysokości zadania (Europe, Gilmour, Thunder, Cornell, Maideni), inni popadli w przeciętność (E.L.O., Knopfler, Whitesnake, UFO, Schenker, Black Star Riders) lub już chyba na dobre pogrążyli się w żenadzie (Scorpionsi, Bon Jovi). Zdecydowanie więcej radości przyniosły mi albumy mało znanych lub zupełnie anonimowych grup, głównie skandynawskich (co nie jest chyba żadnym zaskoczeniem). I to one stanowią większość poniżej listy - oczka, które wypadło mi po przejrzeniu grubo ponad stu poznanych w tym roku albumów. To był świetny rok dla rocka! Kto twierdzi inaczej, mało słyszał lub jest muzycznym ignorantem. Bez względu na to, czy kręci cię muzyka progresywna, rock symfoniczny, stoner, psychodelia czy wreszcie klasyczny hard rock, nie ma takiej możliwości, żebyś nie znalazł(a) wśród tegorocznych wydawnictw mnóstwa muzyki dla siebie. Chyba że od 20 (40, 50...) lat słuchasz w kółko tych samych zespołów, ale po co byś tu wtedy wchodził(a)? Jestem przekonany, że rok 2016 będzie pod względem wydawnictw płytowych równie udany.
Etykiety:
agusa,
best of 2015,
chris cornell,
europe,
ghost,
gin lady,
grusom,
hair of the dog,
lion shepherd,
mondo drag,
old man's will,
podsumowanie roku,
riverside,
sacri monti,
thunder,
vintage trouble,
welshly arms
sobota, 12 grudnia 2015
Urszula - Biała droga live: Woodstock Festival Poland 2015 [2015]
Nocne koncerty w namiocie ASP
otwierające nieoficjalnie Przystanek Woodstock na kilkanaście godzin przed jego
faktycznym rozpoczęciem to już mała tradycja ostatnich „Woodstocków”. W 2014
roku znakomity występ dała Kasia Kowalska, która świętowała 20-lecie wydania
swojego płytowego debiutu Gemini. W
2015 roku w podobnej roli wystąpiła Urszula, także skupiając się na swoim
najbardziej znanym solowym albumie – Białej
drodze. Tu już kwestia rocznic jest nieco bardziej zagmatwana, bo płyta
wyszła pod koniec 1996 roku, więc rocznica w żadnym razie nie była okrągła.
Tłumaczono jednak, że to w pewnym sensie początek długich obchodów 20. urodzin Białej drogi. Niech i tak będzie, w
końcu nie ma to tak naprawdę większego znaczenia – ważna jest sama muzyka.
środa, 9 grudnia 2015
Gin Lady - Call the Nation [2015]
Gin Lady z każdą kolejną płytą
coraz wyraźniej pokazują, czemu kilka lat temu większość tego składu porzuciła
nazwę Black Bonzo i postanowiła zacząć od nowa pod nowym szyldem. Black Bonzo
znakomicie czuli się w stylistyce łączącej hard rocka z organowo-gitarowym
rockiem progresywnym początku lat 70. Inspiracje Purplami czy Uriah Heep było
tam słychać niemal na każdym kroku. Te zapędy pojawiały się jeszcze (choć dużo
oszczędniej) na wydanym w 2012 roku pierwszym albumie Gin Lady, na płycie Mother’s
Ruin było ich już jakby nieco mniej, a najnowszy krążek Szwedów – Call the Nation – to kolejny krok w
stronę muzyki, która wydaje się być w tej chwili dużo bliższa członkom zespołu,
czyli luzackiego rock ‘n’ rolla posypanego glamrockowym brokatem w stylu wczesnych
Stonesów, Bowie’ego czy T. Rex. Uwielbiacie takie granie? Pokochacie Gin Lady i
ich nowy album.
czwartek, 29 października 2015
Katedra - Zapraszamy na łąki [2015]
Retrorockowa fala, która pojawiła
się równocześnie w kilku miejscach na świecie – w Stanach, Wielkiej Brytanii,
Niemczech czy Skandynawii – dotarła także do Polski, choćby za sprawą nagłego
wzrostu popularności Ani Rusowicz. Na ciąg dalszy długo czekać nie trzeba było
– kolejnym jasnym punktem na retrorockowej mapie Polski staje się wrocławska
Katedra, która właśnie wydała swój długogrający debiut – Zapraszamy na łąki. W przypadku tej grupy inspiracje muzyczne
zostają jednak raczej w Polsce. To nie jest brytyjski hard rock spod znaku
Cream czy Led Zeppelin, a polski big beat, choć oczywiście – podobnie jak
oryginał sprzed 45 lat – niepozbawiony zagranicznych naleciałości. Katedra to
po prostu nowa polska kapela bigbitowa, ze wszystkimi zaletami i wadami tego
gatunku.środa, 21 października 2015
Black Trip - Shadowline [2015]
Na szwedzką kapelę Black Trip
zwróciłem uwagę już przy okazji ich wydanego dwa lata temu debiutu Goin’ Under, na którym prezentowali
soczyste, dynamiczne granie z pogranicza hard rocka i heavy metalu. Ale
przyznaję, że jakoś tak uciekli mi z radaru po wydaniu tamtej płyty. W zalewie
fantastycznych kapel z północy Europy jakoś zapomniałem o nich i zupełnie nie
śledziłem tego, co działo się w ich obozie. Na informację o tym, że kilka
tygodni temu wyszła druga płyta kwintetu, trafiłem zupełnie przypadkowo. Lubię
takie przypadki. Lubię też takie płyty jak Shadowline.
Black Trip tym razem serwuje 41 minut cholernie dynamicznego hard n’ heavy,
które idealnie nada się do podnoszenia ciśnienia w ponure jesienne dni.
czwartek, 8 października 2015
Old Man's Will - Hard Times - Troubled Man [2015]
Cieszę się, że takie historie jak
ta, którą opiszę poniżej, wciąż mi się przytrafiają. Przeczesując Internet w
poszukiwaniu informacji o nowej płycie uwielbianego przeze mnie szwedzkiego (a
jakże) zespołu Gin Lady, trafiłem na wzmiankę o kapeli Old Man’s Will, w której
na gitarze gra organista Gin Lady Klas Holmgren. To wystarczyło, bym
zainteresował się nową dla mnie kapelą. Chwilę później byłem już na
facebookowym profilu grupy, gdzie akurat udostępniono świeże nagranie, które –
jak się okazało – umieszczono na stronie B singla promującego mającą się ukazać
płytę. Nagranie to, zatytułowane I Hear
the Piper, reklamowane było jako kompozycja, która poza wspomnianym singlem
nie będzie nigdzie dostępna. Kliknąłem na link. 6 minut później, tuż po
wybrzmieniu ostatniego dźwięku, przeglądałem już Ebaya w poszukiwaniu
siedmiocalowego krążka z tym utworem. Niedługo później singiel był mój. Nie
znałem wtedy żadnej innej kompozycji Old Man’s Will, ale czułem, że jak już ta
płyta się ukaże, będę nią zachwycony. Ukazała się. Jestem zachwycony.
wtorek, 6 października 2015
Lion Shepherd - Hiraeth [2015]
W przypadku debiutanckiego krążka
grupy Lion Shepherd wiedziałem, że jest na co czekać, gdy w lutym opublikowano
teledysk do pierwszego nagrania z nadchodzącej płyty, zatytułowanego Lights Out. Klimat zarówno obrazu jak i
muzyki był powalający. Odpowiadający za te dźwięki muzycy z Kamilem Haidarem i
Mateuszem Owczarkiem z grupy Maqama na czele zaczarowali mnie wtedy i sprawili,
że płyta Hiraeth – bo taki tytuł nosi
wydany właśnie album – stała się z miejsca jednym z najbardziej wyczekiwanych
przeze mnie wydawnictw 2015 roku. No i w końcu jest! Co więcej – nie ma mowy o
zawodzie.
poniedziałek, 28 września 2015
Graveyard - Innocence & Decadence [2015]
Szwedzi z grupy Graveyard to nie
tylko od lat czołowy reprezentant frakcji grającej „po staremu”, ale także w
ogóle jeden z ciekawszych zespołów rockowych XXI wieku. Do mainstreamu jakoś
przebić się nie mogą (może to i dobrze), ale każdy, kto zdobył się na minimum
wysiłku i spenetrował nieco dokładniej europejski rynek wydawniczy, wie, że to
kapela ze wszech miar godna uwagi. Ja odkryłem ich dość późno, bo dopiero tuż
po wydaniu kapitalnej trzeciej płyty – Lights
Out – czyli trzy lata temu. Wtedy jeszcze to, że w samej Szwecji jest tyle
kapitalnych rockowych zespołów, wciąż trochę mnie zaskakiwało, a Lights Out do dziś należy do moich
ulubionych albumów obecnej dekady. Od tamtej pory minęły aż trzy lata, w
zespole nastąpiła też zmiana na stanowisku basisty. Oczekiwania względem nowego
albumu były olbrzymie, choć przyznam, że mocno knopflerowski pierwszy singiel The Apple & the Tree wywołał nie
tylko w mojej głowie lekką konsternację. Teraz jednak przypuszczenia można
odłożyć na bok, płyta się ukazała, karty wyłożono na stół.
piątek, 25 września 2015
Brain Connect - Think Different [2015]
Brain Connect to jeden z tych
przypadków na polskiej scenie rockowej, gdy człowiek zastanawia się, jakim
cudem ten zespół nie ma statusu gwiazdy przynajmniej w obrębie swojego gatunku.
Istnieją już ładnych kilka lat, mają na koncie pierwsze wydawnictwa, w ich
szeregach są muzycy, którzy na pewno nie są całkiem anonimowi w światku fanów
muzyki progresywnej, a jednak tak naprawdę głośno zaczęło się o nich robić
dopiero teraz, gdy na rynku pojawia się płyta Think Different – pierwsze wydawnictwo Brain Connect, które ma
realną szansę namieszać na rockowej scenie naszego kraju. Nie wiem czemu to
wszystko zajęło tyle czasu, zwłaszcza że część utworów, które znalazły się na
tym albumie, była już grana od dawna na koncertach grupy, ale
lepiej późno niż później…
poniedziałek, 21 września 2015
David Gilmour - Rattle That Lock [2015]
Moja miłość do Pink Floyd dojrzewała dość długo, przez co
nawet niespecjalnie żałowałem tego, że gdy David Gilmour i Rick Wright grali w
Gdańsku, ja bawiłem się na Stonesach w Londynie, bo akurat grali "pod
domem". Żal przyszedł dopiero jakiś czas później, wzmocniony jeszcze
dodatkowo, gdy miałem okazję tłumaczyć dwie biografie tej grupy. Jednak nigdy
nie byłem w stanie przekonać się w pełni do solowych płyt muzyków Pink Floyd.
Ba, nawet płyty nagrywane przez zespół w składach innych, niż ten klasyczny nie
wzbudzają u mnie wielkiego entuzjazmu. Gdy brakowało Gilmoura, Wrighta lub
Watersa, nie było też według mnie dotknięcia geniuszu. Trafiały się wspaniałe
momenty, ale to nie była muzyka przywracająca wzrok niewidomym, wracająca
sprawność kończyn kalekim, uzdrawiająca przewlekle chorych. Najwyżej wywar na
dolegliwości żołądkowe. Może dlatego nie miałem w zasadzie żadnych konkretnych
oczekiwań w związku z wydaniem nowej płyty Davida Gilmoura Rattle That Lock, zwłaszcza po zawodzie przy okazji zeszłorocznej
premiery Endless River. I być może
ten brak oczekiwań sprawił, że odsłuch Rattle
That Lock sprawia mi autentyczną przyjemność.
poniedziałek, 14 września 2015
Sacri Monti - Sacri Monti [2015]
Rezydują w Encinitas w stanie
Kalifornia, grają w różnych mniej lub bardziej znanych miejscowych kapelach,
także takich, które trafiały już na tę stronę. Na swoim profilu facebookowym
muzycy Sacri Monti piszą, że inspirują się hard rockiem wczesnych lat 70.,
krautrockiem, rockiem psychodelicznym i progresywnym. Czyli jak miliard
współczesnych zespołów. Co zatem sprawia, że ta grupa, która powstała w 2012
roku i właśnie wypuściła swój duży debiut, wyróżnia się z tej olbrzymiej masy
nowych rockowych zespołów? Odpowiedź jest najprostsza pod (kalifornijskim)
słońcem – to, co robią, robią wyśmienicie! Płytowy debiut Sacri Monti – wydany
nakładem małej nowojorskiej wytwórni Tee Pee Records współpracującej w
przeszłości między innymi z Kadavar i Graveyard, a ostatnio z Ruby the Hatchet
– to jedno z najlepszych wydawnictw ostatnich miesięcy. Nic dziwnego – niech
nie zwiedzie was status debiutantów – ci goście nie są świeżakami w branży i
doskonale wiedzą, jak obchodzić się z instrumentami muzycznymi.czwartek, 3 września 2015
The Heavy Minds - Treasure Coast [2015]
W moich muzycznych poszukiwaniach
zdarzyło mi się zawędrować już w wiele różnych miejsc, ale przyznam, że do
Austrii w poszukiwaniu dźwięków docierałem wyjątkowo rzadko. Niby żadna
egzotyka, kraj w środku Europy, nawet niedaleko Polski, ale jakby tak się zastanowić,
to ile znamy rockowych zespołów z Austrii? Kojarzę całkiem dobre Mother’s Cake,
nieobce jest mi nazwisko Thomasa Langa, pamiętam oczywiście Falco, ale jego trudno
nazwać muzykiem rockowym. No właśnie, ja znam od tego tygodnia jeszcze jeden
zespół i jest to udane zacieśnienie moich kontaktów z austriacką sceną
muzyczną. Takie, które sprawia, że prawie zapomniałem o innym dziecku
tamtejszej branży muzycznej – grupie Opus, której przebój Live Is Life i tragiczny image muzyków do dzisiaj wywołują u mnie
koszmary. Trio The Heavy Minds powstało ledwie dwa lata temu i właśnie
zaprezentowało światu swój pierwszy album, trzydziestosześciominutowe Treasure Coast. Na swoim facebookowym
profilu panowie określają swoją muzykę jako heavy-psychedelic-blues-rock i
chwalą się dzieleniem sceny z takimi kapelami jak Red Fang, Stoned Jesus czy
The Vintage Caravan. To powinno mniej więcej dać wam pojęcie na temat tego, co
The Heavy Minds grają. A ja dodam, że robią to bardzo dobrze.
Etykiety:
2015,
austria,
best of 2015,
blues rock,
hard rock,
power trio,
psychedelic rock,
recenzja,
stoner rock,
the heavy minds,
treasure coast,
vintage rock
sobota, 22 sierpnia 2015
Riverside - Love, Fear and the Time Machine [2015]
Szósty album, sześć słów w
tytule, sześćdziesiąt minut – raj dla miłośników symboliki rzeczywistej i
urojonej. Tak wygląda nowa płyta Riverside liczbowo. Pewnie znajdą się tacy, którym to trzymanie się pewnej symboliki będzie przeszkadzało, ale to raczej niewinna zabawa muzyków – swoją drogą ciekawe, ile jeszcze uda się ten schemat ciągnąć. Prawdziwy alarm
podniesiono po deklaracji Mariusza Dudy, że Riverside nie gra już hardrockowo. „Łoranyboskie,
co to będzie?!” – wołali jedni. „Aaaaalle jak to?” – pytali drudzy. „Come to
Chile” – prosili tradycyjnie inni. A tak poważnie – spokojnie, Riverside nie
zaczęli nagle uprawiać muzyki łatwej i przyjemnej, nie zastąpili gitary
syntezatorami i nie przekreślili drastycznie wszystkiego, co tworzyli do tej pory. Są
pewne zmiany, bo i być miały. Od kilku miesięcy słyszeliśmy o nieco głębszym
ukłonie w stronę lat 80., ale tak jak w przypadku S.O.N.G.S. nie każdy numer nawiązywał do klasyki hard rocka, tak na
LFatTM (strasznie głupi akronim) nie
wszystko od razu musi kojarzyć się z new wave.niedziela, 16 sierpnia 2015
Vintage Trouble - 1 Hopeful Rd. [2015]
Do tego, że w ostatnich latach
masowo pojawiają się kapele nawiązujące swoim brzmieniem do muzyki hardrockowej
i progresywnej przełomu lat 60. i 70., już się przyzwyczailiśmy. Nikogo nie
dziwią organowo-gitarowe pojedynki w kompozycjach dwudziestolatków ani to, że
ich płyty są często nagrywane analogowo, tak jakby czas w studiach nagraniowych
zatrzymał się 40 lat temu. Dużo trudniej obecnie natknąć się na zespół, który z
równym zapałem oddawałby klimat muzyki nieco wcześniejszej – wchodzącej w
rockowe okolice, ale osadzonej mocniej w klimatach R n’ B. I mowa tu o R n’ B z
czasów, kiedy skrót ten oznaczał znakomitych wokalistów nagrywających
porywające kompozycje łączące rockandrollową werwę z feelingiem czarnej muzyki, a nie wypindrzone, plastikowe lale jęczące
przed mikrofonami do podkładu z komputera. Jeszcze trudniej trafić na
wykonawcę, który robiłby to dobrze i przy tym miał realną szansę na prawdziwe
zaistnienie w branży muzycznej. Na szczęście od czasu do czasu na świecie
pojawia się taki zespół jak Vintage Trouble. Grupa stworzona przez muzyków już
niemłodych, doświadczonych, ale pełnych świeżych pomysłów. Na jej czele
nietuzinkowy frontman – Ty Taylor – którego jeden z moich znajomych opisał jako
mieszankę Jamesa Browna i Jima Morrisona. Potraficie to sobie wyobrazić?
piątek, 14 sierpnia 2015
Ghost - Meliora [2015]
Teatralne przedstawienie ze
Szwecji pod tytułem Ghost wchodzi w swój trzeci sezon na światowych deskach. W
rolach głównych – podobnie jak przy okazji poprzednich spektakli – pięć
Bezimiennych Zjaw. Gwiazdą przedstawienia jest tym razem Papa Emeritus III – młodszy
o trzy miesiące brat Papy II (genialne!). Oczywiście tożsamość Papy jest od
dawna znana każdemu, kto poznać ją zapragnął, nazwiska instrumentalistów też
nie są najpilniej strzeżoną tajemnicą XXI wieku, ale dla zachowania radochy z
całej otoczki towarzyszącej grupie, nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić.
Lepiej skupić się na dźwiękach zawartych na trzeciej płycie zespołu – Meliora – bo i jest się na czym skupiać.
Grupa, która na początku była osobliwym zjawiskiem i ciekawostką traktowaną z
mocnym przymrużeniem oka, udowodniła, że poza całą tą nieco kreskówkową otoczką,
gra po prosto świetnego, pełnego klimatu hard rocka z pewnymi metalowymi
naleciałościami.
wtorek, 11 sierpnia 2015
Agusa - Två [2015]
Szwedzka grupa Agusa szturmem
zdobyła serca fanów muzyki progresywnej kapitalnym zeszłorocznym debiutem – Högtid. Choć ten album nie był
pozbawiony muzycznych hołdów dla mistrzów wymagającego grania sprzed
kilkudziesięciu lat, Szwedom udało się stworzyć płytę, która zdecydowanie
wyróżniała się w tamtym i tak przecież bardzo mocnym wydawniczo roku. Ledwie
rok później otrzymujemy płytę numer dwa, zatytułowaną po prostu Två i choć już na debiucie trudno było
mówić o dźwiękach przystępnych i łatwych w odbiorze dla każdego, tym razem
grupa poszła krok dalej, gdyż na Två
składają się zaledwie… dwie kompozycje. Strona A wydania winylowego składa się
w całości z dwudziestominutowego utworu Gånglåt
från Vintergatan, zaś strona B to osiemnastominutowa kompozycja Kung Bores Dans. Przerażonym długością
utworów już dziękuję (mięczaki…), pozostałych zapraszam do dalszej lektury.poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Kasia Kowalska - Przystanek Woodstock 2014 [2015]
Rok po występie Kasi Kowalskiej w
namiocie Akademii Sztuk Przepięknych na Przystanku Woodstock w dokładnie tym
samym miejscu miała miejsce premiera płyty koncertowej zarejestrowanej podczas
wspomnianego koncertu. Do kolekcji albumów wypuszczanych przez Jurka Owsiaka
dochodzi wydawnictwo CD/DVD, dzięki któremu wszyscy obecni tamtego dnia pod
sceną (w tym i sam piszący te słowa) mogą wrócić do wydarzeń sprzed roku. Kasia
Kowalska sięgnęła po nagrania z różnych okresów swojej muzycznej działalności,
ale grała przede wszystkim materiał ze swojej pierwszej płyty, Gemini, która powstała 20 lat wcześniej.
A że jest to jedna z najwybitniejszych płyt polskiego rocka, również i ten
wyjątkowy koncert miał wszelkie prawo być kapitalny. I wiecie co? Taki właśnie
był – od samego początku po ostatnie sekundy.
środa, 15 lipca 2015
Grusom - Grusom [2015]
Spoglądam na nazwę – Grusom.
Patrzę na opis ich debiutanckiej płyty: dark & groomy heavy rock. Głos,
sekcja rytmiczna, dwie gitary i organy. Pochodzenie – północ, a konkretnie
Dania. I na deser – album wydaje Kozmik Artifactz, więc wraz z kompaktem na
rynku ukazuje się winyl w wersji czarnej oraz w dwóch limitowanych wersjach
kolorowych. Do tego ponura, ale intrygująca okładka. W teorii brzmi to
fantastycznie i gdyby się okazało, że panowie wszystko spieprzyli kiepską lub
nawet zaledwie przyzwoitą muzyką, czułbym się bezczelnie oszukany. Spokojnie –
nie spieprzyli. Płyta Grusom to absolutnie jeden z moich ulubionych krążków
wydanych jak do tej pory w 2015. A raczej stanie się nim oficjalnie 30 lipca,
gdy wejdzie do sprzedaży.
poniedziałek, 6 lipca 2015
Hair of the Dog - The Siren's Song [2015]
Na maila przychodzi informacja o
płycie przedpremierowo dostępnej dla prasy i prośba o skrobnięcie o niej kilku
słów. Zespołu nie znam, z krótkiej notki wyczytuję, że to drugie wydawnictwo w
dorobku grupy. Tak jak w przypadku wielu innych albumów najpierw zwracam uwagę
na okładkę. Psychodelia połączona z fantastyką, jaskrawe kolory, interesujący
klimat, „oldschoolowy” krój czcionki. Hair of the Dog – rockowe power trio, a
jakże, ze Szkocji. „Będzie albo znakomicie, albo całkowicie karykaturalnie” –
myślę sobie i odpalam pierwszy utwór. 46 minut później włączam całość od nowa…
a później jeszcze raz. Ten sam manewr powtarzam następnego dnia i kilka dni później. Za każdym
razem nie mogę się nadziwić, że zespół, który gra tak znakomitą muzykę i robi
to naprawdę zdumiewająco dobrze, polubiło do tej pory na Facebooku nieco ponad
1300 osób. Ja wiem, może średni to wyznacznik czegokolwiek, ale jednak nie da
się ukryć, że facebookowe „lajki” mówią sporo o popularności danej kapeli. Dlaczego
Hair of the Dog nie są jeszcze zbyt popularni? Nie mam bladego pojęcia, ale
jeśli po tym krążku nie uda im się przynajmniej złapać kilku okazji do
supportowania znanych rockowych kapel lub pojawić się na paru znaczących
festiwalach w Europie, to będzie oznaczało, że albo ja nie znam się na muzyce, albo
z tym światem jest coś nie tak. A na muzyce – jak wiadomo – znam się.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















