Pokazywanie postów oznaczonych etykietą best of 2015. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą best of 2015. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 stycznia 2016

The Black Wizards - Lake of Fire [2015]



To miłe, że czasem (a nawet dość często) ktoś odwala za mnie najtrudniejszą robotę i wynajduje gdzieś zespoły, o których w żadnych dużych mediach muzycznych nigdy byśmy nie usłyszeli, a przynajmniej dopóki nie zdobędą wielkiej sławy – wtedy pisanie i mówienie o nich będzie modne i wręcz obowiązkowe. O portugalskiej grupie The Black Wizards usłyszałem po raz pierwszy w stacji rockserwis.fm (i, co logiczne, nie było to w mojej audycji…) i bardzo szybko okazało się, że choćby człowiek cały rok przekopywał Internet w poszukiwaniu świetnych, mało znanych zespołów, to i tak umknie mu sporo świetnego grania. Koedukacyjny kwartet (pani wokalistka/gitarzystka i druga pani – perkusistka, a oprócz nich panowie na gitarze i basie) wydał pod koniec listopada swoją pierwszą płytę zatytułowaną Lake of Fire i już po okładce można się było domyślać, że będzie klimatycznie i bardzo ciekawie.

czwartek, 31 grudnia 2015

Bizon's Best of 2015 - płytowe podsumowanie roku

PŁYTOWE PODSUMOWANIE ROKU 2015

Rock nie umarł. Rock nie ma nawet kataru ani rozwolnienia. Rock u schyłku 2015 roku ma się świetnie bez względu na to, co próbują wszystkim wmówić mainstreamowe media. Jeśli głoszą coś innego, to jest to tylko ich problem. Twierdzenie, że w 2015 roku wyszło mało ciekawych płyt rockowych, byłoby jak powierzenie Ministerstwa Obrony Narodowej psychopacie... a, sorry. Ale wróćmy do muzyki. Wielcy i weterani radzili sobie różnie. Jedni stanęli na wysokości zadania (Europe, Gilmour, Thunder, Cornell, Maideni), inni popadli w przeciętność (E.L.O., Knopfler, Whitesnake, UFO, Schenker, Black Star Riders) lub już chyba na dobre pogrążyli się w żenadzie (Scorpionsi, Bon Jovi). Zdecydowanie więcej radości przyniosły mi albumy mało znanych lub zupełnie anonimowych grup, głównie skandynawskich (co nie jest chyba żadnym zaskoczeniem). I to one stanowią większość poniżej listy - oczka, które wypadło mi po przejrzeniu grubo ponad stu poznanych w tym roku albumów. To był świetny rok dla rocka! Kto twierdzi inaczej, mało słyszał lub jest muzycznym ignorantem. Bez względu na to, czy kręci cię muzyka progresywna, rock symfoniczny, stoner, psychodelia czy wreszcie klasyczny hard rock, nie ma takiej możliwości, żebyś nie znalazł(a) wśród tegorocznych wydawnictw mnóstwa muzyki dla siebie. Chyba że od 20 (40, 50...) lat słuchasz w kółko tych samych zespołów, ale po co byś tu wtedy wchodził(a)? Jestem przekonany, że rok 2016 będzie pod względem wydawnictw płytowych równie udany.

sobota, 12 grudnia 2015

Urszula - Biała droga live: Woodstock Festival Poland 2015 [2015]

Nocne koncerty w namiocie ASP otwierające nieoficjalnie Przystanek Woodstock na kilkanaście godzin przed jego faktycznym rozpoczęciem to już mała tradycja ostatnich „Woodstocków”. W 2014 roku znakomity występ dała Kasia Kowalska, która świętowała 20-lecie wydania swojego płytowego debiutu Gemini. W 2015 roku w podobnej roli wystąpiła Urszula, także skupiając się na swoim najbardziej znanym solowym albumie – Białej drodze. Tu już kwestia rocznic jest nieco bardziej zagmatwana, bo płyta wyszła pod koniec 1996 roku, więc rocznica w żadnym razie nie była okrągła. Tłumaczono jednak, że to w pewnym sensie początek długich obchodów 20. urodzin Białej drogi. Niech i tak będzie, w końcu nie ma to tak naprawdę większego znaczenia – ważna jest sama muzyka.

środa, 9 grudnia 2015

Gin Lady - Call the Nation [2015]



Gin Lady z każdą kolejną płytą coraz wyraźniej pokazują, czemu kilka lat temu większość tego składu porzuciła nazwę Black Bonzo i postanowiła zacząć od nowa pod nowym szyldem. Black Bonzo znakomicie czuli się w stylistyce łączącej hard rocka z organowo-gitarowym rockiem progresywnym początku lat 70. Inspiracje Purplami czy Uriah Heep było tam słychać niemal na każdym kroku. Te zapędy pojawiały się jeszcze (choć dużo oszczędniej) na wydanym w 2012 roku pierwszym albumie Gin Lady, na płycie Mother’s Ruin było ich już jakby nieco mniej, a najnowszy krążek Szwedów – Call the Nation – to kolejny krok w stronę muzyki, która wydaje się być w tej chwili dużo bliższa członkom zespołu, czyli luzackiego rock ‘n’ rolla posypanego glamrockowym brokatem w stylu wczesnych Stonesów, Bowie’ego czy T. Rex. Uwielbiacie takie granie? Pokochacie Gin Lady i ich nowy album.

czwartek, 29 października 2015

Katedra - Zapraszamy na łąki [2015]



Retrorockowa fala, która pojawiła się równocześnie w kilku miejscach na świecie – w Stanach, Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Skandynawii – dotarła także do Polski, choćby za sprawą nagłego wzrostu popularności Ani Rusowicz. Na ciąg dalszy długo czekać nie trzeba było – kolejnym jasnym punktem na retrorockowej mapie Polski staje się wrocławska Katedra, która właśnie wydała swój długogrający debiut – Zapraszamy na łąki. W przypadku tej grupy inspiracje muzyczne zostają jednak raczej w Polsce. To nie jest brytyjski hard rock spod znaku Cream czy Led Zeppelin, a polski big beat, choć oczywiście – podobnie jak oryginał sprzed 45 lat – niepozbawiony zagranicznych naleciałości. Katedra to po prostu nowa polska kapela bigbitowa, ze wszystkimi zaletami i wadami tego gatunku.

środa, 21 października 2015

Black Trip - Shadowline [2015]

Na szwedzką kapelę Black Trip zwróciłem uwagę już przy okazji ich wydanego dwa lata temu debiutu Goin’ Under, na którym prezentowali soczyste, dynamiczne granie z pogranicza hard rocka i heavy metalu. Ale przyznaję, że jakoś tak uciekli mi z radaru po wydaniu tamtej płyty. W zalewie fantastycznych kapel z północy Europy jakoś zapomniałem o nich i zupełnie nie śledziłem tego, co działo się w ich obozie. Na informację o tym, że kilka tygodni temu wyszła druga płyta kwintetu, trafiłem zupełnie przypadkowo. Lubię takie przypadki. Lubię też takie płyty jak Shadowline. Black Trip tym razem serwuje 41 minut cholernie dynamicznego hard n’ heavy, które idealnie nada się do podnoszenia ciśnienia w ponure jesienne dni.

czwartek, 8 października 2015

Old Man's Will - Hard Times - Troubled Man [2015]

Cieszę się, że takie historie jak ta, którą opiszę poniżej, wciąż mi się przytrafiają. Przeczesując Internet w poszukiwaniu informacji o nowej płycie uwielbianego przeze mnie szwedzkiego (a jakże) zespołu Gin Lady, trafiłem na wzmiankę o kapeli Old Man’s Will, w której na gitarze gra organista Gin Lady Klas Holmgren. To wystarczyło, bym zainteresował się nową dla mnie kapelą. Chwilę później byłem już na facebookowym profilu grupy, gdzie akurat udostępniono świeże nagranie, które – jak się okazało – umieszczono na stronie B singla promującego mającą się ukazać płytę. Nagranie to, zatytułowane I Hear the Piper, reklamowane było jako kompozycja, która poza wspomnianym singlem nie będzie nigdzie dostępna. Kliknąłem na link. 6 minut później, tuż po wybrzmieniu ostatniego dźwięku, przeglądałem już Ebaya w poszukiwaniu siedmiocalowego krążka z tym utworem. Niedługo później singiel był mój. Nie znałem wtedy żadnej innej kompozycji Old Man’s Will, ale czułem, że jak już ta płyta się ukaże, będę nią zachwycony. Ukazała się. Jestem zachwycony.

wtorek, 6 października 2015

Lion Shepherd - Hiraeth [2015]

W przypadku debiutanckiego krążka grupy Lion Shepherd wiedziałem, że jest na co czekać, gdy w lutym opublikowano teledysk do pierwszego nagrania z nadchodzącej płyty, zatytułowanego Lights Out. Klimat zarówno obrazu jak i muzyki był powalający. Odpowiadający za te dźwięki muzycy z Kamilem Haidarem i Mateuszem Owczarkiem z grupy Maqama na czele zaczarowali mnie wtedy i sprawili, że płyta Hiraeth – bo taki tytuł nosi wydany właśnie album – stała się z miejsca jednym z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie wydawnictw 2015 roku. No i w końcu jest! Co więcej – nie ma mowy o zawodzie.

poniedziałek, 28 września 2015

Graveyard - Innocence & Decadence [2015]


Szwedzi z grupy Graveyard to nie tylko od lat czołowy reprezentant frakcji grającej „po staremu”, ale także w ogóle jeden z ciekawszych zespołów rockowych XXI wieku. Do mainstreamu jakoś przebić się nie mogą (może to i dobrze), ale każdy, kto zdobył się na minimum wysiłku i spenetrował nieco dokładniej europejski rynek wydawniczy, wie, że to kapela ze wszech miar godna uwagi. Ja odkryłem ich dość późno, bo dopiero tuż po wydaniu kapitalnej trzeciej płyty – Lights Out – czyli trzy lata temu. Wtedy jeszcze to, że w samej Szwecji jest tyle kapitalnych rockowych zespołów, wciąż trochę mnie zaskakiwało, a Lights Out do dziś należy do moich ulubionych albumów obecnej dekady. Od tamtej pory minęły aż trzy lata, w zespole nastąpiła też zmiana na stanowisku basisty. Oczekiwania względem nowego albumu były olbrzymie, choć przyznam, że mocno knopflerowski pierwszy singiel The Apple & the Tree wywołał nie tylko w mojej głowie lekką konsternację. Teraz jednak przypuszczenia można odłożyć na bok, płyta się ukazała, karty wyłożono na stół.

piątek, 25 września 2015

Brain Connect - Think Different [2015]


Brain Connect to jeden z tych przypadków na polskiej scenie rockowej, gdy człowiek zastanawia się, jakim cudem ten zespół nie ma statusu gwiazdy przynajmniej w obrębie swojego gatunku. Istnieją już ładnych kilka lat, mają na koncie pierwsze wydawnictwa, w ich szeregach są muzycy, którzy na pewno nie są całkiem anonimowi w światku fanów muzyki progresywnej, a jednak tak naprawdę głośno zaczęło się o nich robić dopiero teraz, gdy na rynku pojawia się płyta Think Different – pierwsze wydawnictwo Brain Connect, które ma realną szansę namieszać na rockowej scenie naszego kraju. Nie wiem czemu to wszystko zajęło tyle czasu, zwłaszcza że część utworów, które znalazły się na tym albumie, była już grana od dawna na koncertach grupy, ale lepiej późno niż później…

poniedziałek, 21 września 2015

David Gilmour - Rattle That Lock [2015]

Moja miłość do Pink Floyd dojrzewała dość długo, przez co nawet niespecjalnie żałowałem tego, że gdy David Gilmour i Rick Wright grali w Gdańsku, ja bawiłem się na Stonesach w Londynie, bo akurat grali "pod domem". Żal przyszedł dopiero jakiś czas później, wzmocniony jeszcze dodatkowo, gdy miałem okazję tłumaczyć dwie biografie tej grupy. Jednak nigdy nie byłem w stanie przekonać się w pełni do solowych płyt muzyków Pink Floyd. Ba, nawet płyty nagrywane przez zespół w składach innych, niż ten klasyczny nie wzbudzają u mnie wielkiego entuzjazmu. Gdy brakowało Gilmoura, Wrighta lub Watersa, nie było też według mnie dotknięcia geniuszu. Trafiały się wspaniałe momenty, ale to nie była muzyka przywracająca wzrok niewidomym, wracająca sprawność kończyn kalekim, uzdrawiająca przewlekle chorych. Najwyżej wywar na dolegliwości żołądkowe. Może dlatego nie miałem w zasadzie żadnych konkretnych oczekiwań w związku z wydaniem nowej płyty Davida Gilmoura Rattle That Lock, zwłaszcza po zawodzie przy okazji zeszłorocznej premiery Endless River. I być może ten brak oczekiwań sprawił, że odsłuch Rattle That Lock sprawia mi autentyczną przyjemność.

poniedziałek, 14 września 2015

Sacri Monti - Sacri Monti [2015]


Rezydują w Encinitas w stanie Kalifornia, grają w różnych mniej lub bardziej znanych miejscowych kapelach, także takich, które trafiały już na tę stronę. Na swoim profilu facebookowym muzycy Sacri Monti piszą, że inspirują się hard rockiem wczesnych lat 70., krautrockiem, rockiem psychodelicznym i progresywnym. Czyli jak miliard współczesnych zespołów. Co zatem sprawia, że ta grupa, która powstała w 2012 roku i właśnie wypuściła swój duży debiut, wyróżnia się z tej olbrzymiej masy nowych rockowych zespołów? Odpowiedź jest najprostsza pod (kalifornijskim) słońcem – to, co robią, robią wyśmienicie! Płytowy debiut Sacri Monti – wydany nakładem małej nowojorskiej wytwórni Tee Pee Records współpracującej w przeszłości między innymi z Kadavar i Graveyard, a ostatnio z Ruby the Hatchet – to jedno z najlepszych wydawnictw ostatnich miesięcy. Nic dziwnego – niech nie zwiedzie was status debiutantów – ci goście nie są świeżakami w branży i doskonale wiedzą, jak obchodzić się z instrumentami muzycznymi.

czwartek, 3 września 2015

The Heavy Minds - Treasure Coast [2015]

W moich muzycznych poszukiwaniach zdarzyło mi się zawędrować już w wiele różnych miejsc, ale przyznam, że do Austrii w poszukiwaniu dźwięków docierałem wyjątkowo rzadko. Niby żadna egzotyka, kraj w środku Europy, nawet niedaleko Polski, ale jakby tak się zastanowić, to ile znamy rockowych zespołów z Austrii? Kojarzę całkiem dobre Mother’s Cake, nieobce jest mi nazwisko Thomasa Langa, pamiętam oczywiście Falco, ale jego trudno nazwać muzykiem rockowym. No właśnie, ja znam od tego tygodnia jeszcze jeden zespół i jest to udane zacieśnienie moich kontaktów z austriacką sceną muzyczną. Takie, które sprawia, że prawie zapomniałem o innym dziecku tamtejszej branży muzycznej – grupie Opus, której przebój Live Is Life i tragiczny image muzyków do dzisiaj wywołują u mnie koszmary. Trio The Heavy Minds powstało ledwie dwa lata temu i właśnie zaprezentowało światu swój pierwszy album, trzydziestosześciominutowe Treasure Coast. Na swoim facebookowym profilu panowie określają swoją muzykę jako heavy-psychedelic-blues-rock i chwalą się dzieleniem sceny z takimi kapelami jak Red Fang, Stoned Jesus czy The Vintage Caravan. To powinno mniej więcej dać wam pojęcie na temat tego, co The Heavy Minds grają. A ja dodam, że robią to bardzo dobrze.

sobota, 22 sierpnia 2015

Riverside - Love, Fear and the Time Machine [2015]


Szósty album, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut – raj dla miłośników symboliki rzeczywistej i urojonej. Tak wygląda nowa płyta Riverside liczbowo. Pewnie znajdą się tacy, którym to trzymanie się pewnej symboliki będzie przeszkadzało, ale to raczej niewinna zabawa muzyków – swoją drogą ciekawe, ile jeszcze uda się ten schemat ciągnąć. Prawdziwy alarm podniesiono po deklaracji Mariusza Dudy, że Riverside nie gra już hardrockowo. „Łoranyboskie, co to będzie?!” – wołali jedni. „Aaaaalle jak to?” – pytali drudzy. „Come to Chile” – prosili tradycyjnie inni. A tak poważnie – spokojnie, Riverside nie zaczęli nagle uprawiać muzyki łatwej i przyjemnej, nie zastąpili gitary syntezatorami i nie przekreślili drastycznie wszystkiego, co tworzyli do tej pory. Są pewne zmiany, bo i być miały. Od kilku miesięcy słyszeliśmy o nieco głębszym ukłonie w stronę lat 80., ale tak jak w przypadku S.O.N.G.S. nie każdy numer nawiązywał do klasyki hard rocka, tak na LFatTM (strasznie głupi akronim) nie wszystko od razu musi kojarzyć się z new wave.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Vintage Trouble - 1 Hopeful Rd. [2015]


Do tego, że w ostatnich latach masowo pojawiają się kapele nawiązujące swoim brzmieniem do muzyki hardrockowej i progresywnej przełomu lat 60. i 70., już się przyzwyczailiśmy. Nikogo nie dziwią organowo-gitarowe pojedynki w kompozycjach dwudziestolatków ani to, że ich płyty są często nagrywane analogowo, tak jakby czas w studiach nagraniowych zatrzymał się 40 lat temu. Dużo trudniej obecnie natknąć się na zespół, który z równym zapałem oddawałby klimat muzyki nieco wcześniejszej – wchodzącej w rockowe okolice, ale osadzonej mocniej w klimatach R n’ B. I mowa tu o R n’ B z czasów, kiedy skrót ten oznaczał znakomitych wokalistów nagrywających porywające kompozycje łączące rockandrollową werwę z feelingiem czarnej muzyki, a nie wypindrzone, plastikowe lale jęczące przed mikrofonami do podkładu z komputera. Jeszcze trudniej trafić na wykonawcę, który robiłby to dobrze i przy tym miał realną szansę na prawdziwe zaistnienie w branży muzycznej. Na szczęście od czasu do czasu na świecie pojawia się taki zespół jak Vintage Trouble. Grupa stworzona przez muzyków już niemłodych, doświadczonych, ale pełnych świeżych pomysłów. Na jej czele nietuzinkowy frontman – Ty Taylor – którego jeden z moich znajomych opisał jako mieszankę Jamesa Browna i Jima Morrisona. Potraficie to sobie wyobrazić?

piątek, 14 sierpnia 2015

Ghost - Meliora [2015]


Teatralne przedstawienie ze Szwecji pod tytułem Ghost wchodzi w swój trzeci sezon na światowych deskach. W rolach głównych – podobnie jak przy okazji poprzednich spektakli – pięć Bezimiennych Zjaw. Gwiazdą przedstawienia jest tym razem Papa Emeritus III – młodszy o trzy miesiące brat Papy II (genialne!). Oczywiście tożsamość Papy jest od dawna znana każdemu, kto poznać ją zapragnął, nazwiska instrumentalistów też nie są najpilniej strzeżoną tajemnicą XXI wieku, ale dla zachowania radochy z całej otoczki towarzyszącej grupie, nie mam zamiaru się nad tym rozwodzić. Lepiej skupić się na dźwiękach zawartych na trzeciej płycie zespołu – Meliora – bo i jest się na czym skupiać. Grupa, która na początku była osobliwym zjawiskiem i ciekawostką traktowaną z mocnym przymrużeniem oka, udowodniła, że poza całą tą nieco kreskówkową otoczką, gra po prosto świetnego, pełnego klimatu hard rocka z pewnymi metalowymi naleciałościami.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Agusa - Två [2015]


Szwedzka grupa Agusa szturmem zdobyła serca fanów muzyki progresywnej kapitalnym zeszłorocznym debiutem – Högtid. Choć ten album nie był pozbawiony muzycznych hołdów dla mistrzów wymagającego grania sprzed kilkudziesięciu lat, Szwedom udało się stworzyć płytę, która zdecydowanie wyróżniała się w tamtym i tak przecież bardzo mocnym wydawniczo roku. Ledwie rok później otrzymujemy płytę numer dwa, zatytułowaną po prostu Två i choć już na debiucie trudno było mówić o dźwiękach przystępnych i łatwych w odbiorze dla każdego, tym razem grupa poszła krok dalej, gdyż na Två składają się zaledwie… dwie kompozycje. Strona A wydania winylowego składa się w całości z dwudziestominutowego utworu Gånglåt från Vintergatan, zaś strona B to osiemnastominutowa kompozycja Kung Bores Dans. Przerażonym długością utworów już dziękuję (mięczaki…), pozostałych zapraszam do dalszej lektury.

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Kasia Kowalska - Przystanek Woodstock 2014 [2015]



Rok po występie Kasi Kowalskiej w namiocie Akademii Sztuk Przepięknych na Przystanku Woodstock w dokładnie tym samym miejscu miała miejsce premiera płyty koncertowej zarejestrowanej podczas wspomnianego koncertu. Do kolekcji albumów wypuszczanych przez Jurka Owsiaka dochodzi wydawnictwo CD/DVD, dzięki któremu wszyscy obecni tamtego dnia pod sceną (w tym i sam piszący te słowa) mogą wrócić do wydarzeń sprzed roku. Kasia Kowalska sięgnęła po nagrania z różnych okresów swojej muzycznej działalności, ale grała przede wszystkim materiał ze swojej pierwszej płyty, Gemini, która powstała 20 lat wcześniej. A że jest to jedna z najwybitniejszych płyt polskiego rocka, również i ten wyjątkowy koncert miał wszelkie prawo być kapitalny. I wiecie co? Taki właśnie był – od samego początku po ostatnie sekundy.

środa, 15 lipca 2015

Grusom - Grusom [2015]



Spoglądam na nazwę – Grusom. Patrzę na opis ich debiutanckiej płyty: dark & groomy heavy rock. Głos, sekcja rytmiczna, dwie gitary i organy. Pochodzenie – północ, a konkretnie Dania. I na deser – album wydaje Kozmik Artifactz, więc wraz z kompaktem na rynku ukazuje się winyl w wersji czarnej oraz w dwóch limitowanych wersjach kolorowych. Do tego ponura, ale intrygująca okładka. W teorii brzmi to fantastycznie i gdyby się okazało, że panowie wszystko spieprzyli kiepską lub nawet zaledwie przyzwoitą muzyką, czułbym się bezczelnie oszukany. Spokojnie – nie spieprzyli. Płyta Grusom to absolutnie jeden z moich ulubionych krążków wydanych jak do tej pory w 2015. A raczej stanie się nim oficjalnie 30 lipca, gdy wejdzie do sprzedaży.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Hair of the Dog - The Siren's Song [2015]


Na maila przychodzi informacja o płycie przedpremierowo dostępnej dla prasy i prośba o skrobnięcie o niej kilku słów. Zespołu nie znam, z krótkiej notki wyczytuję, że to drugie wydawnictwo w dorobku grupy. Tak jak w przypadku wielu innych albumów najpierw zwracam uwagę na okładkę. Psychodelia połączona z fantastyką, jaskrawe kolory, interesujący klimat, „oldschoolowy” krój czcionki. Hair of the Dog – rockowe power trio, a jakże, ze Szkocji. „Będzie albo znakomicie, albo całkowicie karykaturalnie” – myślę sobie i odpalam pierwszy utwór. 46 minut później włączam całość od nowa… a później jeszcze raz. Ten sam manewr powtarzam następnego dnia i kilka dni później. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, że zespół, który gra tak znakomitą muzykę i robi to naprawdę zdumiewająco dobrze, polubiło do tej pory na Facebooku nieco ponad 1300 osób. Ja wiem, może średni to wyznacznik czegokolwiek, ale jednak nie da się ukryć, że facebookowe „lajki” mówią sporo o popularności danej kapeli. Dlaczego Hair of the Dog nie są jeszcze zbyt popularni? Nie mam bladego pojęcia, ale jeśli po tym krążku nie uda im się przynajmniej złapać kilku okazji do supportowania znanych rockowych kapel lub pojawić się na paru znaczących festiwalach w Europie, to będzie oznaczało, że albo ja nie znam się na muzyce, albo z tym światem jest coś nie tak. A na muzyce – jak wiadomo – znam się.