Pokazywanie postów oznaczonych etykietą new wave. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą new wave. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 stycznia 2021

Steven Wilson - The Future Bites [2021]


Nowa płyta Stevena Wilsona to zawsze spore wydarzenie w świecie fanów muzyki progresywnej. I nic to, że to, co obecnie tworzy angielski wokalista, multiinstrumentalista i producent nijak ma się do prog rocka. Ci sami ludzie, którzy niegdyś czekali na jego nowe płyty z zapartym tchem, teraz traktują je przeważnie w kategoriach ciekawostki i zastanawiają się, czy będzie się dało wytrzymać do końca, czy może odpuścić sobie po dwóch, góra trzech numerach. No cóż, niewątpliwie nowy album, The Future Bites, którego premierę przecovidzono o ponad pół roku, zniechęci jeszcze większą grupę niegdysiejszych fanów Wilsona, niż poprzednia jego solowa płyta, To the Bone. Czy zapewni mu nowych? Tu mam pewne wątpliwości, bo jednak trudno muzykowi rockowemu zdobyć zainteresowanie fanów innych gatunków. Z drugiej strony, nie sądzę, by Wilson był muzykiem na tyle rozpoznawalnym poza światem rocka, żeby tłumy potencjalnych słuchaczy jego nowej płyty uciekały na widok jego nazwiska. Wiele pytań i wątpliwości związanych z tą płytą już na początku tego tekstu, no ale to jest właśnie album, który wiele wątpliwości, a nawet kontrowersji wzbudza.

środa, 22 listopada 2017

Legend - Midnight Champion [2017]



Nazwanie swojego zespołu Legend jest mało roztropne. I nie chodzi wcale o to, że ktoś może oskarżyć muzyków o przerośnięte ego. Po prostu jest to słowo, które raczej nie sprzyja szybkiemu znalezieniu informacji o grupie po wpisaniu go w wyszukiwarkach. Na pewno nie pomaga to, że na podobny pomysł wpadło kilkudziesięciu innych wykonawców, przez co tych „legend” w muzycznym świecie trochę jest. No cóż, chyba wszyscy oni wiedzieli, co robią, kiedy się na to decydowali. Jestem pewny, że wiedzieli dwaj panowie z Islandii, bo muzycznie zdecydowanie wiedzą, czego chcą. Panowie ci to Krummi Bjӧrgvinsson i Halldór Bjӧrnsson. W 2012 roku duet wydał swoją pierwszą płytę oraz EP-kę i… tyle. Na kolejne nagrania trzeba było czekać aż pięć lat, jeśli nie liczyć pojedynczych wyskoków, takich jak split nagrany z rodakami z Sólstafir (związki osobowe są tu zresztą mocniejsze). Nie znałem ich do niedawna, więc raczej nie mogę powiedzieć, żeby mój apetyt był zaostrzony przez to czekanie, bo po prostu na tę płytę zupełnie nie czekałem. Ale ukazała się – i naprawdę jest dobra.

środa, 26 kwietnia 2017

Ulver - The Assassination of Julius Caesar [2017]



SZOK! NIEDOWIERZANIE! DRAMAT FANÓW DEPECHE MODE!
Myśleli, że ich ulubiony zespół wydał świetną płytę, a to Ulver…

Tak mógłby brzmieć nagłówek w Aszdzienniku. Muzyczny kameleon Kristoffer Rygg powraca z kolejnym obliczem projektu Ulver. Nie znam jeszcze zbyt dobrze dyskografii tej grupy, bo zainteresowałem się jej twórczością stosunkowo niedawno, ale mam wrażenie, że poza reggae i italo disco grali już wszystko. Tym razem postanowili chyba zademonstrować, że da się w 2017 roku nagrać dobrą płytę Depeche Mode, w dodatku nie będąc tym zespołem. Plan się powiódł – album wyszedł zaskakująco udanie, choć w zasadzie niespodzianką to żadną być nie powinno, wszak Ulver od kilku już lat coraz śmielej zapuszcza się na terytorium muzyki elektronicznej, dark ambient, synthpopu czy new wave. To właśnie mieszankę tych brzmieniowych obszarów znajdziemy na trzynastym krążku formacji – The Assassination of Julius Caesar.

sobota, 22 sierpnia 2015

Riverside - Love, Fear and the Time Machine [2015]


Szósty album, sześć słów w tytule, sześćdziesiąt minut – raj dla miłośników symboliki rzeczywistej i urojonej. Tak wygląda nowa płyta Riverside liczbowo. Pewnie znajdą się tacy, którym to trzymanie się pewnej symboliki będzie przeszkadzało, ale to raczej niewinna zabawa muzyków – swoją drogą ciekawe, ile jeszcze uda się ten schemat ciągnąć. Prawdziwy alarm podniesiono po deklaracji Mariusza Dudy, że Riverside nie gra już hardrockowo. „Łoranyboskie, co to będzie?!” – wołali jedni. „Aaaaalle jak to?” – pytali drudzy. „Come to Chile” – prosili tradycyjnie inni. A tak poważnie – spokojnie, Riverside nie zaczęli nagle uprawiać muzyki łatwej i przyjemnej, nie zastąpili gitary syntezatorami i nie przekreślili drastycznie wszystkiego, co tworzyli do tej pory. Są pewne zmiany, bo i być miały. Od kilku miesięcy słyszeliśmy o nieco głębszym ukłonie w stronę lat 80., ale tak jak w przypadku S.O.N.G.S. nie każdy numer nawiązywał do klasyki hard rocka, tak na LFatTM (strasznie głupi akronim) nie wszystko od razu musi kojarzyć się z new wave.

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Muse - Drones [2015]


Muse to dla mnie wciąż zespół dość nowy, prezentujący w pewnym sensie świeże podejście do muzyki rockowej. Tym bardziej dziwię się za każdym razem, gdy przypomnę sobie, że ci goście grają razem od przeszło dwóch dekad, a wydana niedawno płyta Drones jest już ich siódmym studyjnym krążkiem. Nie będę się szczególnie rozwodził nad tematyką utworów na tym albumie. Wiadomo powszechnie, że panowie pobawili się w Rogera Watersa i opowiadają nam o okrucieństwach wojny, o tym, że wojenne doświadczenia „ryją banię” i zmieniają normalnych ludzi w psycholi i bezduszne maszyny (to tak w uproszczeniu – jakby się miał jakiś „czep” czepiać). I choć tematyka determinuje pewne cechy tej płyty, takie jak wstawki z wrzaskami wojskowych popaprańców, najważniejsza musi być muzyka, bo bez niej nawet najciekawszy temat wypadnie męcząco.