Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electronic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą electronic. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 czerwca 2025

The Sun Or The Moon - Into the Light [2025]

The Sun Or The Moon to formacja z  Niemiec, która – choć złożona z doświadczonych muzyków – zadebiutowała zaledwie kilka lat temu, ale błyskawicznie wskoczyła do czołówki moich ulubionych „kosmicznych” zespołów. Ich psychodeliczne odloty w połączeniu ze znakomitymi, klimatycznymi okładkami, zachwycały mnie już na płytach Cosmic i Andromeda. Zupełnie nie zaskoczyło mnie zatem to, że i nowa płyta błyskawicznie mnie do siebie przekonała i w zasadzie z miejsca wskoczyła do czołówki najczęściej słuchanych przeze mnie tegorocznych albumów.

środa, 25 grudnia 2024

Electric Eye - Dyp Tid [2024]

W obozie norweskiej formacji Electric Eye było w ostatnich kilku latach trochę ciszej, choć w zasadzie kilkuletnie przerwy między kolejnymi płytami to w ich przypadku nic nowego. Może to i dobra droga. Nie ukrywam, że mam problem z nadążaniem za zespołami, które serwują nam nowe płyty co rok. Czwarty album ekipy z Bergen – Horizons – ukazał się w 2021 roku, więc był czas trochę za nimi zatęsknić. Nie znaczy to jednak wcale, że zespół nic w tym czasie nie robił. Panowie pracowali nad płytą, która w opinii wielu słuchaczy jest ich najambitniejszym jak dotąd dziełem. W efekcie powstał album Dyp Tid, na którym nie tylko norweski tytuł jest pewną odmianą.

wtorek, 19 grudnia 2023

Giant Sky - Giant Sky II [2023]

Erlend Viken w ostatnich latach przeplata płyty wydawane z Soup z albumami swojego drugiego projektu, Giant Sky. Co ważne, w jednym i drugim przypadku wydaje krążki znakomite. To niesamowite, ile świetnych muzycznych pomysłów kiełkuje w głowie tego muzyka. A mimo wszystko czasami ten cały proces okupiony jest sporym cierpieniem, nawet jeśli zupełnie nie domyślilibyśmy się tego, słuchając muzyki. Drugi (a w domyśle też trzeci) album Giant Sky powstawał w bólach, był gotowy już dwa lata temu, ale być może właśnie ten czas był potrzebny Vikenowi, żeby z pewnej perspektywy móc spojrzeć na to, co powstało, i podjąć pewne dość ważne decyzje.

piątek, 17 listopada 2023

Mariusz Duda - AFR AI D [2023]

Kojarzycie pewnie takie gify na Facebooku: na pierwszym planie sportowe auto, a w jego tle i obok widzimy jakiś wielkomiejski pejzaż z wieżowcami, palmami, może jakimś oceanem gdzieś z boku. Wszystko to w nocnej scenerii. Coś jak przejażdżka wzdłuż brzegu Pacyfiku w okolicach Los Angeles. Motyw żywcem wyjęty z gry wideo z lat 80. To jest dokładnie ten obrazek, który mam w głowie, gdy słucham nowej płyty Mariusza Dudy, choć jej tematyka bardziej związana jest ze współczesnością niż z latami 80.

czwartek, 15 lipca 2021

Michał Łapaj - Are You There [2021]

„O, nagrywasz płytę. Kiedy wyjdzie?”. „Jak tam idą nagrania?”. „Masz już coś na tę płytę”. „To kiedy w końcu ta płyta?”. Przez kilka ostatnich lat Michał Łapaj wielokrotnie słyszał i czytał tego typu pytania i zapewne z każdym kolejnym razem wkurzały go one coraz bardziej. Ale sam sobie jest winien, bo gdyby się nie wygadał jakiś czas temu, że coś nagrywa, tylko robił to w całkowitej tajemnicy, mielibyśmy teraz ogromną niespodziankę. Elementu niespodzianki nie ma, przynajmniej jeśli chodzi o sam fakt pojawienia się tego wydawnictwa, ale już to, co się na nim znalazło, pewnie niejedną osobę zaskoczy. Co jednak ważniejsze, wiele osób zachwyci.

piątek, 23 kwietnia 2021

Mariusz Duda - Claustrophobic Universe [2021]

O ile wydany w zeszłym roku album Lockdown Spaces mógł być pewnym zaskoczeniem dla fanów Mariusza Dudy (choć mam wrażenie, że głównie dla tych nowych albo niezbyt dokładnie śledzących wcześniejsze dokonania artysty czy jego wypowiedzi o muzycznych inspiracjach), o tyle przy Claustrophobic Universe tego zaskoczenia już nie będzie, choćby dlatego, że Mariusz od jakiegoś czasu otwarcie zapowiada, że powstaną trzy płyty w cyklu lockdownowym (i oby się nie okazało, że czasu wystarczy w lockdownie na nagranie kilku następnych…). Druga część trylogii z jednej strony naturalnie jest pewną kontynuacją, a może raczej rozwinięciem tego, co znalazło się w części pierwszej, ale nie są to płyty bliźniaczo do siebie podobne.

środa, 4 listopada 2020

Gösta Berlings Saga - Konkret Musik [2020]


Dwa lata temu pisałem o poprzedniej płycie szwedzkiej formacji Gösta Berlings Saga. Słyszałem już wcześniej ich pojedyncze nagrania, ale i tak byli dla mnie sporą zagadką. Płyta mnie zachwyciła, trafiła do mojej czołówki albumów wydanych w 2018 roku i wciąż często do niej wracam. Na następczynię czekałem już z pełną świadomością potencjału, który ten zespół posiada. I choć może album Konkret Musik nie zachwycił mnie aż tak, jak wydawnictwo sprzed dwóch lat, jest to płyta, którą mogę z czystym sumieniem polecić.

piątek, 26 czerwca 2020

Mariusz Duda - Lockdown Spaces [2020]

Obecna sytuacja wirusowa dała światu ostro w kość. Niewiele branż odczuło to tak boleśnie jak branża rozrywkowa, która dokonała niezwykłej sztuki, bo stoi i leży jednocześnie. Istnieje spora szansa, że nawet za 30 lat wszyscy będziemy krzywili się na każde wspomnienie roku 2020. Ale to wszystko ma też swoje nieliczne dobre strony. Na przykład niektórzy artyści niespodziewanie nagrali nowe płyty. W kilku przypadkach niespodziewanie także dla samych siebie. Jeszcze niedawno Mariusz Duda ogłaszał, że zamierza w najbliższych latach nagrywać pojedyncze solowe piosenki, które kiedyś w końcu złożą się na cały album wypełniony melodyjnymi utworami, opartymi głównie na brzmieniach akustycznych i właśnie na nieco bardziej „piosenkowym” brzmieniu. A tymczasem dzisiaj otrzymujemy od artysty całą płytę. W dodatku z zupełnie innej bajki niż wspomniane melodyjne piosenki. Mariusz Duda nagrał album elektroniczno-ambientowy, w klimatach mocno inspirowanych muzyką do starych gier komputerowych. Zaskoczeni? No cóż, może samym faktem, że taka płyta powstała właśnie teraz i w tajemnicy, bo tym, że Mariusz zdecydował się właśnie na taki krok, zaskoczony zupełnie nie jestem. Od lat w wywiadach czy w wypowiedziach w social mediach zdradzał swoją miłość do gier oraz do muzyki z niektórych z nich, a także wyrażał zainteresowanie stworzeniem kiedyś czegoś w tym stylu. Może i gra do tej muzyki jeszcze nie powstała, ale to tym gorzej dla branży gier.

piątek, 5 lipca 2019

The Comet Is Coming - Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery [2019]


Zaczęło się od przeglądania rankingu najlepszych tegorocznych płyt według średniej na rateyourmusic.com. Czasem tak robię, żeby sprawdzić, czy nie umknął mi jakiś świetny album z gatunków, które mnie interesują. Potem następuje częściowo losowy odsłuch obcych mi rzeczy, z wyborem w dużej mierze opartym na tym, czy okładka przyciągnie moją uwagę. Może to niesprawiedliwe, ale wszystkiego odsłuchać się nie da, więc jakimś kryterium kierować się muszę. A wspomnianą uwagę najskuteczniej przyciągnęła kapitalna, niezwykle kolorowa, nieco psychodeliczna grafika autorstwa Nat Girsberger. Zdobiła płytę zespołu The Comet Is Coming. Spojrzałem na tagi: nu-jazz, jazz fusion… Rzuciłem okiem na opis wspominający o elektronice i psychodelii. Pomyślałem, że to może być coś dla mnie. Tak właśnie trafiłem na album o długim i trudnym do zapamiętania tytule Trust in the Lifeforce of the Deep Mystery – drugą płytę wspomnianego londyńskiego projektu. Jakże trafna była decyzja o wyborze do odsłuchu właśnie tej płyty!

środa, 23 maja 2018

Lunatic Soul - Under the Fragmented Sky [2018]


Historia jest już znana wszystkim zainteresowanym, więc w olbrzymim skrócie: to miał być rok Riverside (chociaż Chińczycy twierdzą, że psa), a w strefie oznaczonej tabliczką z napisem „Lunatic Soul” miało się dziać raczej niewiele. Zostały jakieś pomysły niewykorzystane w trakcie sesji nagraniowej do płyty Fractured, więc Mariusz Duda postanowił nadać im ostateczny kształt i wydać na singlu. Z singla szybko zrobiła się EP-ka, a z EP-ki w zasadzie pełnowymiarowy album. Po drodze w internecie pojawił się ładny diagram przedstawiający pewne zależności pomiędzy dotychczasowymi płytami Lunatic Soul, z którego wynika, że jeszcze na dwa wydawnictwa pod tym szyldem możemy liczyć. Do tego jednak dojdziemy kiedy indziej. Teraz przewijamy życie do końcówki maja i oto mamy Under the Fragmented Sky – płytę Lunatic Soul, której miało nie być. Ale jest. I jak dobrze, że jest.

środa, 22 listopada 2017

Legend - Midnight Champion [2017]



Nazwanie swojego zespołu Legend jest mało roztropne. I nie chodzi wcale o to, że ktoś może oskarżyć muzyków o przerośnięte ego. Po prostu jest to słowo, które raczej nie sprzyja szybkiemu znalezieniu informacji o grupie po wpisaniu go w wyszukiwarkach. Na pewno nie pomaga to, że na podobny pomysł wpadło kilkudziesięciu innych wykonawców, przez co tych „legend” w muzycznym świecie trochę jest. No cóż, chyba wszyscy oni wiedzieli, co robią, kiedy się na to decydowali. Jestem pewny, że wiedzieli dwaj panowie z Islandii, bo muzycznie zdecydowanie wiedzą, czego chcą. Panowie ci to Krummi Bjӧrgvinsson i Halldór Bjӧrnsson. W 2012 roku duet wydał swoją pierwszą płytę oraz EP-kę i… tyle. Na kolejne nagrania trzeba było czekać aż pięć lat, jeśli nie liczyć pojedynczych wyskoków, takich jak split nagrany z rodakami z Sólstafir (związki osobowe są tu zresztą mocniejsze). Nie znałem ich do niedawna, więc raczej nie mogę powiedzieć, żeby mój apetyt był zaostrzony przez to czekanie, bo po prostu na tę płytę zupełnie nie czekałem. Ale ukazała się – i naprawdę jest dobra.

niedziela, 15 października 2017

Lunatic Soul - Fractured [2017]



Ostatnio pisałem, że czas… no, robi różne rzeczy w sporym tempie. To się odnosi także do projektu Lunatic Soul. Ledwo ekscytowaliśmy się tym, że Mariusz Duda robi coś „na boku”, a tu od wydania debiutanckiej płyty mija właśnie dziewięć lat. Tak się jakoś złożyło, że wszystkie albumy tego projektu ukazały się w październiku lub listopadzie. Pewnie nie jest to przypadek, wszak muzyka, którą Mariusz (oraz jego goście) nagrywa pod tym szyldem, często jest dość melancholijna, posępna, chłodna i deszczowa – zupełnie jak wspomniane dwa miesiące. Jednocześnie zawsze jest nieco inna. Dla wielu szokiem było pójście w klimaty lekkiej elektroniki i new wave na Walking on a Flashlight Beam, poprzednim wydawnictwie, które ukazało się trzy lata temu. Tu ten kierunek jest jeszcze bardziej słyszalny. Wydaje mi się, że był to dobry krok, choć nie powiem, żebym był o tym przekonany od pierwszego odsłuchu. W każdym razie na pewno był to krok intrygujący.

czwartek, 13 kwietnia 2017

White Willow - Future Hopes [2017]



Norweska grupa White Willow zadebiutowała w 1995 roku, a jej centralną postacią i jedynym stałym członkiem jest gitarzysta Jacob Holm-Lupo. Muzycy prezentują dźwięki, które określić można jako mieszankę progresji z lat 70. z folkiem, jazz rockiem, rockiem symfonicznym i psychodelicznym, a nawet elementami muzyki elektronicznej. Być może dzięki temu, że skład grupy był przez dłuższy czas dość płynny, niemal każdy album, a ukazało się ich do tej pory sześć, zawiera inne muzyczne klimaty: od folk rocka z wpływami Jethro Tull, wczesnego Genesis, ale też Clannad na debiucie (Ignis Fatuus), przez prog/post rock na drugiej płycie, Ex Tenebris, symphonic rock na Sacrament oraz bardzo gitarowy, cięższy i mroczniejszy rock na powszechnie najwyżej ocenianym jak do tej pory wydawnictwie, Storm Season. W muzyce grupy dominuje damski wokal, a także elementy wychodzące poza stricte rockowe instrumentarium, czyli flet, skrzypce i melotron. Muzycy nie zamykają się jednak tylko w progrockowej szufladce, wśród ich inspiracji i ulubionych wykonawców znaleźć można choćby 10cc, Joni Mitchell, czy Dead Can Dance. Grupa wydała właśnie siódmą dużą płytę, zatytułowaną Future Hopes, na którą trzeba było się sporo naczekać, bo poprzedni krążek formacji, udany Terminal Twilight, ukazał się w 2011 roku.

poniedziałek, 2 stycznia 2017

Eye - Vision and Ageless Light [2016]



Eye – no co za nazwa… Nie dość, że słowo niezwykle popularne, to jeszcze grup o tej właśnie nazwie jest całe mnóstwo. Trzeba więc mieć całkiem niezłe oko, żeby na ten właściwy Eye trafić na szerokich i głębokich wodach wszechinternetów. Nie popisali się muzycy ze stanu Ohio oryginalnością w tym zakresie. Na szczęście wygląda na to, że znacznie lepiej od wymyślania nazwy idzie im tworzenie kompozycji i odpowiedniego klimatu, bo trzeci album tej grupy – zatytułowany Vision and Ageless Light – bardzo zasłużenie zbiera znakomite recenzje wśród fanów muzyki psychodelicznej i progresywnej. Choć przez tych kilka lat, odkąd zespół istnieje, składowi formacji daleko było do stabilności, wygląda na to, że w żaden sposób nie zaszkodziło to procesowi twórczemu, bo nowe wydawnictwo grupy zachwyca od pierwszej do ostatniej sekundy.

środa, 19 października 2016

Riverside - Eye of the Soundscape [2016]



Takie płyty odbiera się i ocenia dużo trudniej niż „zwykłe” wydawnictwa. Z wielu powodów. Po pierwsze Eye of the Soundscape to w dużej mierze album składankowy, choć przecież nie jest to płyta z cyklu „greatest hits” ani „the best of”. Zebranie w jednym miejscu coraz liczniejszych eksperymentów Riverside z brzmieniami ambientowymi i elektronicznymi było nieuniknione, bo ta twarz grupy stawała się z biegiem lat coraz popularniejsza. W dodatku niezwykle ważnym elementem całości jest solidna porcja nowej muzyki w podobnym klimacie, wymieszanej z utworami dobrze znanymi większości fanów. Jest też oczywiście czynnik emocjonalny. Nie da się przecież podejść bez emocji do płyty, w nagraniu której uczestniczyła osoba, która nie doczekała jej premiery. Osoba, która jeszcze kilka dni przed swoją śmiercią nagrywała to, co słyszymy na albumie. To potężny ładunek emocji dla wszystkich osób jakkolwiek związanych z zespołem. Tyle, że płyta Eye of the Soundscape robi wielkie wrażenie nawet, gdy jakimś cudem zapomnimy o całej otoczce związanej z nagrywaniem i wydaniem tego albumu. W tym przypadku muzyka broni się w stu procentach sama.

piątek, 17 czerwca 2016

Samaris - Black Lights [2016]



Samaris to jedna z najniezwyklejszych grup w orbicie moich muzycznych zainteresowań. Pochodzą z Islandii, z rockiem nie mają absolutnie nic wspólnego, zaś poznałem ich kompletnie przez przypadek, gdy buszowałem wśród regałów z płytami w małym muzycznym sklepie w stolicy Islandii. Okazało się, że kilka tygodni wcześniej zrobili furorę podczas największego muzycznego święta na wyspie wulkanów – festiwalu Iceland Airwaves. I tak ta moja muzyczna znajomość z formacją trojga młodych ludzi trwa już niemal cztery lata, co jest dość dziwne, bo grupa gra muzykę bardzo trudną do sklasyfikowania, ale z pewnością jeszcze trudniejszą do skojarzenia ze mną i moimi muzycznymi gustami. Bardzo ogólnie napisałbym, że to art pop, ale sporo tam klimatów ambientowych, elektronicznych, folkowych, a to wszystko z dodatkiem bardzo charakterystycznego, delikatnego wokalu Jófriður Ákadóttir oraz klarnetu, na którym gra druga z pań w grupie – Áslaug Rún Magnúsdóttir. Jedyny męski rodzynek w Samaris – Þórður Kári Steinþórsson – odpowiada za elektronikę. Nie napiszę, że razem tworzą mieszankę wybuchową, bo wybuchów tu nie ma. Jest za to fantastyczny, niecodzienny, bardzo islandzki klimat. Muzyka elfów XXI wieku.

środa, 4 maja 2016

Monomyth - Exo [2016]



„Czemu ja ich wcześniej nie poznałem?”, mógłbym spytać w przypadku holenderskiej grupy Monomyth. „Boś głupi”, mogłaby brzmieć odpowiedź. Ze trzy razy wyparłem się… No dobra, nie idźmy w tę stronę. Ale fakt, że ze trzy różne osoby polecały mi w ostatnich tygodniach muzykę tej grupy, tyle że zawsze wyskakiwało coś nowego albo nie było czasu usiąść i w spokoju posłuchać tego, co grupa Monomyth ma do zaoferowania. Czas w końcu się znalazł i całe szczęście – bo do zaoferowania formacja z Hagi ma bardzo wiele.

środa, 13 stycznia 2016

David Bowie - ★ [2016]



David Bowie wciąż pozostaje jedną z największych zagadek popkultury, kimś, po kim można spodziewać się wszystkiego, a kto mimo to wciąż wprawia rzesze słuchaczy na całym świecie w konsternację każdym ze swoich muzycznych wcieleń. W rok 2016 „muzyczny kameleon” wchodzi z krążkiem, który wywołuje masowe drapanie się po głowie nawet wśród wieloletnich fanów. Niby niezbyt długa płyta – zaledwie 7 utworów i 41 minut – ale w trakcie jej odsłuchu zwiedzimy tak różne zakamarki umysłu autora, że nie raz zachwyci nas to, co siedzi w jego głowie. Nie raz też nas przerazi lub przynajmniej wywoła wspomnianą konsternację.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Hipgnosis - Life Plays No Encores [2015]


Krakowski zespół Hipgnosis na pewno nie należy do grup rozpieszczających swoich fanów nadmiarem materiału studyjnego. 11 lat istnienia i tylko dwie duże płyty – szału nie ma. Na szczęście dużo lepiej z jakością tego, co jednak wydane zostało. Zwłaszcza druga płyta – Relusion z 2011 roku – to jedno z ciekawszych wydawnictw na polskim rynku muzycznym w XXI wieku. Muzycy zręcznie łączą elementy rocka progresywnego i space rocka z muzyką elektroniczną i klimatami ambientowymi (w sumie to chyba połączenie pozycji numer 1, 3 i 4 na tej krótkiej liście daje pozycję numer 2, ale nie jestem tego do końca pewny…). Boks zatytułowany Life Plays No Encores – o uroczym podtytule concertos & non-symphonies for a Space Rock Band – to aż trzy płyty CD i krążek DVD. Czym wypełnić takie wydawnictwo, skoro nie ma się na koncie zbyt wielu płyt studyjnych? Tu z pomocą przychodzi drugi podtytuł – równie zresztą uroczy – BOOB (Box of Official Bootlegs). Czyli dostajemy po prostu zebrane „do kupy” nagrania koncertowe Hipgnosis z lat 2008–2014. W teorii brzmi fantastycznie. To teraz praktyka.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Goblin - Four of a Kind [2015]



Przyznam szczerze, że nie śledziłem z wielkim przejęciem historii włoskiej grupy Goblin. Uwielbiam płytę Roller oraz ścieżkę dźwiękową do filmu Suspiria, ale mowa tu o płytach z drugiej połowy lat 70. Jakoś nigdy nie miałem w sobie na tyle dużo zawziętości, żeby odsłuchiwać późniejsze nagrania zespołu, zwłaszcza że skład Goblina był dość płynny, a to zazwyczaj nie pomaga w podtrzymaniu mojego zainteresowania zespołem. Informacja o tym, że w 2015 roku Goblin wyda nowy krążek pewnie też nie wzbudziłaby we mnie jakiejś wielkiej ekscytacji, gdyby nie to, że coś podkusiło mnie i sprawdziłem, jak wygląda obecny skład grupy odpowiedzialny za krążek Four of a Kind. I tu niespodzianka – za najnowsze dzieło zespołu odpowiada czterech z pięciu członków klasycznego składu, który nagrywał dwa wspomniane przeze mnie wcześniej klasyki europejskiej muzyki progresywnej. To już wystarczający powód, by zainteresować się najnowszym dziełem Włochów. Jest też drugi powód, choć ten będzie oczywisty tylko dla osób, które już na Four of a Kind w ten czy inny sposób trafiły – to po prostu bardzo dobry album!

Four of a Kind to 43 minuty fantastycznej muzycznej przyjemności – od początku do końca. Ta płyta z jednej strony ma niesamowitą lekkość, z drugiej zaś oferuje cudowny klimat – czasami nieco kosmiczny, innym razem mocno tajemniczy. Jak to u Goblina. Tu nie ma piosenkowych konstrukcji, ba – nie ma nawet wokali. A jednocześnie całość brzmi niezwykle przystępnie, na swój sposób nawet przebojowo, choć oczywiście należy wziąć poprawkę na gatunek. Już otwierający album, najdłuższy na płycie numer – Uneven Times – to najklasyczniejszy klawiszowy prog rock, choć obok dominujących tu instrumentów klawiszowych bardzo przyjemnie brzmi też saksofon Antonia Marangola – człowieka, którego współpraca z zespołem Goblin sięga jeszcze końca lat 70. W In the Name of Goblin po raz pierwszy pojawiają się znane dobrze fanom grupy klimaty lekko horrorowe. Więcej tu cięższego tła gitarowego Massima Morante, ale główną robotę znowu odwala Maurizio Guarini ze swoim zestawem klawiszowym. Dzięki wykorzystaniu buzuki – instrumentu strunowego popularnego w Azji środkowej i w rejonie basenu Morza Śródziemnego – w Mouse Roll mamy początkowo pewien folkowy posmak, choć po jakimś czasie dominację przejmuje tradycyjne rockowe instrumentarium. W Bon Ton wreszcie na pierwszy plan wychodzi gitara elektryczna, która w pierwszych utworach pełniła raczej rolę tła dla klawiszowych szaleństw. Wspaniale brzmi Love & Hate, w którym współpraca klawiszy i gitary jest chyba najbardziej „demokratyczna”. Tu mamy Goblina w pigułce. Są i fragmenty spokojniejsze, bazujące na klimacie i delikatnym klawiszowym tle, jak i motywy dynamiczniejsze, w których organy Hammonda świetnie uzupełniają się z mocnymi riffami gitary elektrycznej, przywodzącymi chwilami na myśl klimaty dawnych płyt King Crimson. Ten demokratyczny gitarowo-klawiszowy balans obowiązuje także w kolejnym kawałku – zamykającym płytę 008. Dobry, nieco „yesowy” motyw przewodni podbijany basem, spokojne tempo i dość gęste wstawki klawiszowe prowadzą tę udaną płytę do końca.

Four of a Kind może być jedną z najprzyjemniejszych tegorocznych niespodzianek. Pewnie nie jest to album, który wniósłby do dyskografii grupy Goblin coś drastycznie nowego i przełomowego, za to słuchanie tych 43 minut muzyki to od początku do końca niesamowita przyjemność. Lekkość muzyki w połączeniu z niesamowitym klimatem od zawsze były charakterystyczną cechą twórczości tego zespołu i na nowym krążku słychać to doskonale. Kto wie, może kolejne pokolenie fanów tego typu muzyki odkryje ich dzięki tej płycie i o Włochach znowu przypomni sobie cały progresywny świat. Byłoby miło, bo Goblin to nieco zakurzona i zapomniana legenda tego typu grania. Niewielu potrafiło tak zręcznie łączyć progresywne wygibasy rytmiczne z niesamowitym, tajemniczym, wywołującym ciarki na całym ciele klimatem. Jeśli lubicie brzmienie płyt Roller i Suspiria, to Four of a Kind powinno was zainteresować. A jeśli jakimś cudem w życiu nie słyszeliście o Goblinie, nowa płyta jest całkiem niezłą okazją do rozpoczęcia nadrabiania zaległości.


---

Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji