Rok temu wydawało się, że ciężko będzie pobić dorobek tamtych 12 miesięcy tak szybko. W końcu w 2015 roku wyszło mnóstwo kapitalnych płyt. No to niespodzianka - rok 2016 był pod tym względem chyba jeszcze lepszy. Co więcej, były to w dużej mierze płyty wykonawców, których jeszcze 12 miesięcy temu kompletnie nie znałem. Po raz kolejny mogliśmy się przekonać, ile jeszcze wszyscy mamy do odkrycia na rynku muzycznym. Rok ten zapamiętamy oczywiście głównie ze względu na odejście wielu wielkich sceny muzycznej - i to nie zawsze gwiazd znanych tylko z telewizji, ale także tych, z którymi wielokrotnie mieliśmy okazję spotykać się i rozmawiać. Obyśmy prędko nie mieli tak złego roku pod tym względem, choć niestety wiek idoli sprzed lat sugeruje coś innego. Jednak wydawniczo było to 12 kapitalnych miesięcy i postarajmy się zapamiętać przede wszystkim właśnie to. Spośród ponad 150 płyt, które udało się przesłuchać przynajmniej kilka razy, przynajmniej połowa stała na niezwykle wysokim poziomie, a niemal pół setki to albumy, które należy obowiązkowo poznać. Wybranie z tego zestawienia 21 płyt było zadaniem dość karkołomnym. Nie podejmuję się uszeregowania ich wszystkich, stąd druga część poniższego zestawienia jest podana w kolejności alfabetycznej. Pierwsza dziesiątka musiała tym razem pomieścić 11 pozycji, bo nie miałem serca wyrzucić z niej ani Messengera, ani Dungen.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą best of 2016. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą best of 2016. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 stycznia 2017
Wolf People - Ruins [2016]
Angielska formacja Wolf People to
twór dla mnie zupełnie nowy, co nie znaczy, że mamy do czynienia z
debiutantami. Wydana niedawno płyta Ruins
to wszak już czwarte studyjne wydawnictwo tej ekipy, która do tej pory jakoś
skutecznie unikała mojej uwagi. Opinie o nowym krążku zespołu były jednak tak
zachęcające, że trzeba było się zainteresować, o co w tym wszystkim chodzi.
Pierwsze nagrania zasłyszane na antenie rockserwis.fm utwierdziły mnie w
przekonaniu, że to płyta, która może mi się spodobać. Wielokrotny odsłuch
całości potwierdził te przypuszczenia i pozwolił grupie Wolf People dostąpić niewątpliwego
zaszczytu zamknięcia rocznika 2016 na blogu.
wtorek, 3 stycznia 2017
Church of the Cosmic Skull - Is Satan Real? [2016]
Porąbana nazwa, paździerzowa
okładka w stylu wykonawców akustycznych ballad o zabarwieniu religijnym,
siedmioosobowy skład, równie porąbany jak nazwa tytuł płyty – to się nie mogło
nie udać. Moje pierwsze zetknięcie się z grupą Church of the Cosmic Skull i ich
debiutanckim albumem Is Satan Real? wiązało
się głównie z robieniem głupiej miny na widok wszystkiego, co związane z tym
nowym zespołem. „Serio? To tak na poważnie?”. Ale w tym wszystkim byłem dziwnie
pewny, że jak tylko w końcu włączę tę płytę, to okaże się, że jest tam sporo
cholernie dobrej muzyki. Włączyłem. I wiecie co? Jest tam sporo cholernie
dobrej muzyki.
Etykiety:
2016,
art rock,
best of 2016,
church of the cosmic skull,
classic rock,
hard rock,
is satan real?,
mammothwing,
progressive rock,
psychedelic rock,
recenzja
poniedziałek, 2 stycznia 2017
Eye - Vision and Ageless Light [2016]
Eye – no co za nazwa… Nie dość,
że słowo niezwykle popularne, to jeszcze grup o tej właśnie nazwie jest całe
mnóstwo. Trzeba więc mieć całkiem niezłe oko, żeby na ten właściwy Eye trafić
na szerokich i głębokich wodach wszechinternetów. Nie popisali się muzycy ze
stanu Ohio oryginalnością w tym zakresie. Na szczęście wygląda na to, że
znacznie lepiej od wymyślania nazwy idzie im tworzenie kompozycji i
odpowiedniego klimatu, bo trzeci album tej grupy – zatytułowany Vision and Ageless Light – bardzo zasłużenie
zbiera znakomite recenzje wśród fanów muzyki psychodelicznej i progresywnej.
Choć przez tych kilka lat, odkąd zespół istnieje, składowi formacji daleko było
do stabilności, wygląda na to, że w żaden sposób nie zaszkodziło to procesowi
twórczemu, bo nowe wydawnictwo grupy zachwyca od pierwszej do ostatniej
sekundy.
czwartek, 29 grudnia 2016
Wight - Love Is Not Only What You Know [2016]
Wight to do niedawna klasyczne
power-trio, które zakochane jest w muzyce sprzed niemal pół wieku. To słychać w
niemal każdej granej przez tych ludzi nucie, widać też w oprawie graficznej
kolejnych wydawnictw grupy. Muzyka grana przez zespół opisywana była jako
mieszanka progresji, psychodelii i stonera, ale na nowej płycie Wight
zatytułowanej Love Is Not Only What You
Know tych najcięższych składników jest zdecydowanie najmniej. Dominuje
swobodne, luzackie granie, mocno czerpiące z muzyki latynoskiej i czarnej, choć
cały czas oparte na dźwiękach psychodelii przełomu lat 60. i 70. Poza tym
obecnie Wight to już kwartet, bo w szeregach niemieckiej formacji oprócz
tradycyjnego perkusisty jest też teraz muzyk obsługujący inne instrumenty
perkusyjne, co zresztą słychać od pierwszych sekund nowego albumu i co ma na
brzmienie tej płyty olbrzymi wpływ.
wtorek, 20 grudnia 2016
Svin - Missionær [2016]
To cios z cyklu tych, których
człowiek zupełnie się nie spodziewa. Teoretycznie nie do końca moja muzyczna
bajka, ale czasami zdarza się, że album operujący na peryferiach moich
muzycznych zainteresowań z jakiegoś powodu trafia w punkt. Oj trafili muzycy z
duńskiej grupy Svin, trafili. Nie są to debiutanci, wszak formacja ma na swoim
koncie już kilka albumów, ale ja poznałem ich dopiero teraz, przy okazji
premiery krążka Missionær, i wiem
już, że i z wcześniejszymi wydawnictwami trzeba się będzie zaznajomić, bo
muzyka na Missionær uderzyła tak
celnie, że od kilku dni nie mogę namierzyć wszystkich elementów szczeki.
niedziela, 18 grudnia 2016
Svvamp - Svvamp [2016]
W alternatywnej rzeczywistości
zespół Free nie rozpada się po płycie Heartbreaker.
Muzycy w tajemnicy spotykają się pod koniec pierwszej połowy lat 70. w studiu
nagraniowym i rejestrują kolejne kompozycje. Wpadają do nich członkowie
Creedence Clearwater Revival, zagląda Jimmy Page, może ktoś z Cream, w okolicy
pałęta się kilku muzyków folkowych, kto wie, może nawet przypadkiem trafia się
ktoś z „Allmanów”. Wszyscy świetnie się bawią i nagrywają 11 niezbyt
skomplikowanych, ale kipiących rockandrollowym luzem numerów, trwających w
sumie niecałe 36 minut. Materiał, który na pewno spodoba się fanom blues-rocka
i folk-rocka. Z jakichś jednak przyczyn płyta nigdy nie zostaje wydana i leży w
jakiejś piwnicy przez ponad 40 lat, aż w końcu zostaje odkopana pod koniec 2016
roku i wydana ku uciesze rockowej gawiedzi pod tajemniczym szyldem Svvamp. Tak
mogłoby być. Prawda jest jednak taka, że Svvamp
to debiutancki album szwedzkiego tria o tej samej nazwie, zarejestrowany w 2016
roku przez nieznanych szerzej młodych muzyków.
sobota, 17 grudnia 2016
Dungen - Häxan [2016]
Dungen to jeden z najciekawszych
zespołów skandynawskiej sceny progresywno-psychodelicznej. Dowodzona przez
wokalistę i multiinstrumentalistę Gustava Ejstesa formacja nagrywa muzykę
nieoczywistą i niełatwą, a mimo to grono słuchaczy, którzy dali się oczarować
dźwiękom tworzonym przez Dungen, stale rośnie. Mogliśmy się o tym przekonać w
sierpniu, gdy Dungen zahipnotyzowali publiczność w Teatrze Letnim w
Inowrocławiu podczas Ino-Rock Festival. Ta magia przeniosła się widocznie także
do studia nagraniowego, bo Dungen wyczarowali album niezwykły, wymykający się
sztywnym klasyfikacjom, mogący sprostać wymaganiom nawet najbardziej
wymagającego słuchacza.
piątek, 16 grudnia 2016
Old Blood - Old Blood [2016]
Są z Kalifornii, ukrywają się pod
uroczymi pseudonimami – Feathers, Stone, Diesel, Gunner i Octopus – mają gitary
i spory zestaw instrumentów klawiszowych i nie zawahają się ich użyć. Do tego w
szeregach grupy jest wokalistka o hipnotyzującym głosie, a całość – począwszy od
okładki po brzmienie zespołu – to jedno wielkie nawiązanie do złotych lat rocka
i psychodelii. No i jak tu nie zwrócić na nich uwagi? Formacja Old Blood
zadebiutowała kilka miesięcy temu płytą zatytułowaną po prostu Old Blood, zawierającą zaledwie sześć
kompozycji, za to trwających niemal 40 minut. Jest sporo solidnego łojenia,
trochę spokojniejszych motywów, bardzo soczyste brzmienie i kapitalny klimat,
na który składają się elementy stonera, doom rocka, rocka psychodelicznego, blues-rocka
czy wreszcie tradycyjnego, klasycznego hard rocka.
środa, 30 listopada 2016
Captains of Sea and War - Remote [2016]
Barcelońska formacja Captains of
Sea and War to dla mnie kompletna nowość. Choć powstali już w 2007 roku, zadebiutowali
dopiero dwa lata temu płytą zatytułowaną po prostu Captains of Sea and War, której – przyznaję – do dziś nie
słyszałem. Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że dopiero niedawno
dowiedziałem się o istnieniu tej formacji, a to wszystko przy okazji premiery
krążka numer dwa – płyty Remote,
która ukazała się na rynku jesienią. Zaległości na pewno będę musiał w
najbliższym czasie nadrobić, bo jeśli debiut jest choć w połowie tak udany jak Remote, to musi być to płyta godna
uwagi. Na Remote dostajemy bowiem
trzy kwadranse intrygującego, nieoczywistego rockowego grania zawartego w ośmiu
kompozycjach.
wtorek, 22 listopada 2016
Tiebreaker - Death Tunes [2016]
Grupa Tiebreaker zadebiutowała
płytowo zaledwie w zeszłym roku udanym albumem We Come from the Mountains, miała też okazję pokazać się polskiej
publiczności podczas tegorocznych koncertów The Vintage Caravan. Już wtedy
zrobili świetne wrażenie żywiołowym, mięsistym rockowym graniem. Niemal równo
rok po wydaniu debiutu ukazała się druga płyta Norwegów – Death Tunes. I okazuje się, że pierwsze dobre wrażenie nie było
przypadkiem. To jest po prostu kapitalny zespół! Death Tunes to 10 utworów i 43 znakomite minuty, które powinny
spodobać się wszystkim fanom klasycznych rockowych brzmień.
sobota, 19 listopada 2016
Meller Gołyźniak Duda - Breaking Habits [2016]
Długi czas była to płyta, o
której istnieniu teoretycznie wiedział każdy zainteresowany tematem, ale w
zasadzie nikt nie potrafił na jej temat nic powiedzieć. No w porządku – weszli
do studia. Coś podłubali. Obfotografowano ich solidnie z instrumentami. Niby
wszystko wiadomo. A potem nagle długie miesiące ciszy w temacie i coraz
częściej pojawiające się wątpliwości – czy na pewno coś nagrali? A może nie są
zadowoleni z efektów i wszystko się jakoś „rozlazło”? No to przyszła pora
uspokoić wszystkich – nagrali i nie rozlazło się. Maciej Meller, Maciej
Gołyźniak i Mariusz Duda – doświadczeni „zawodnicy” – debiutują pod nowym
szyldem z płytą Breaking Habits, na
której – zgodnie z tytułem – starają się zrywać z muzycznymi wyobrażeniami na
swój temat.
Etykiety:
2016,
alternative rock,
best of 2016,
breaking habits,
lunatic soul,
mariusz duda,
meller gołyźniak duda,
quidam,
recenzja,
riverside,
rock,
sorry boys
wtorek, 8 listopada 2016
Blindead - Ascension [2016]
Z zespołem Blindead nigdy nie
było mi jakoś bardzo po drodze. Przyznam, że choć doceniałem i szanowałem tę
grupę, to nie była to do końca moja muzyczna bajka. Przychodzi rok 2016, zespół
pojawia się w nieco odmienionym składzie – z nowym wokalistą Piotrem Piezą –
wydaje długo wyczekiwany album Ascension
i… nagle okazuje się, że coś między mną a muzyką Blindead „zatrybiło”. Nagle
czuję, jakby to, że ten album trafił w mój gust, było czymś oczywistym. Ta
ewolucja brzmienia grupy w kierunku „moich” rejonów muzycznych miała swój
początek już na wydanej w 2013 roku płycie Absence.
To wcale nie oznacza, że wcześniej szło im kiepsko, a nagle wyskoczyli nie wiadomo
skąd z dobrą płytą – już wcześniej byli bardzo dobrzy, tylko nie była to moja
muzyka. Teraz jest zupełnie inaczej. Ascension
to album, który w pełni przekonał mnie do Blindead.
sobota, 29 października 2016
Insects vs Robots - TheyllKillYaa [2016]
Kalifornijska formacja Insects vs
Robots to dla mnie zupełna nowość, ale absolutnie nie jest to zespół początkujący.
Wczytując się w informacje w Internecie, można dowiedzieć się, że zbliżają się
już do 10 oficjalnych wydawnictw (licząc duże płyty, dema i EP-ki). Jednak
skutecznie umykali mojej uwadze do tej pory, więc wydana właśnie płyta TheyllKillYaa to dla mnie debiut w
kontaktach z Insects vs Robots. Debiut z gatunku tych, które wymuszają szybkie
poznanie wcześniejszych dokonań zespołu, bo to, co usłyszałem na TheyllKillYaa, każe sądzić, że
poprzednie płyty także są godne uwagi. Na taki poziom nie wchodzi się ot tak,
nagle. Ale przejdźmy do dźwięków.
środa, 19 października 2016
Riverside - Eye of the Soundscape [2016]
Takie płyty odbiera się i ocenia
dużo trudniej niż „zwykłe” wydawnictwa. Z wielu powodów. Po pierwsze Eye of the Soundscape to w dużej mierze
album składankowy, choć przecież nie jest to płyta z cyklu „greatest hits” ani „the
best of”. Zebranie w jednym miejscu coraz liczniejszych eksperymentów Riverside z brzmieniami ambientowymi i elektronicznymi było nieuniknione, bo ta twarz grupy stawała się z biegiem lat coraz popularniejsza. W dodatku niezwykle ważnym elementem całości jest solidna porcja
nowej muzyki w podobnym klimacie, wymieszanej z utworami dobrze znanymi większości fanów. Jest też
oczywiście czynnik emocjonalny. Nie da się przecież podejść bez emocji do
płyty, w nagraniu której uczestniczyła osoba, która nie doczekała jej premiery.
Osoba, która jeszcze kilka dni przed swoją śmiercią nagrywała to, co słyszymy
na albumie. To potężny ładunek emocji dla wszystkich osób jakkolwiek związanych
z zespołem. Tyle, że płyta Eye of the
Soundscape robi wielkie wrażenie nawet, gdy jakimś cudem zapomnimy o całej
otoczce związanej z nagrywaniem i wydaniem tego albumu. W tym przypadku muzyka
broni się w stu procentach sama.
piątek, 30 września 2016
Opeth - Sorceress [2016]
Premiera nowego albumu Opeth to
już tradycyjnie wielkie zachwyty z jednej strony i głosy zrezygnowania,
oburzenia, a czasem nawet jawnej rozpaczy ze strony drugiej, zazwyczaj mocno pokrywającej
się osobowo z grupą fanów mocnego metalowego grania, którzy 15 czy 20 lat temu
Opeth kochali nad życie, a teraz trochę się tego wstydzą, bo zespół nie jest
już ani „trv”, ani tym bardziej „metal”. No cóż, było ładnych kilka lat, żeby
się z tym pogodzić, więc jeśli wciąż czekacie na nowe wydawnictwa tej grupy z
nadzieją na powrót do mocnego młócenia i wrzasków lidera – Mikaela Åkerfeldta –
to jesteście wariatami albo masochistami. Od jednych i drugich wolę trzymać się
z daleka – tak na wszelki wypadek. Wszystkich innych zapraszam do dalszej
lektury, bo o płycie Sorceress aż
chce się pisać (i – mam nadzieję – także czytać).
środa, 21 września 2016
Ghost - Popestar [2016]
Papcio i jego ekipa idą za
ciosem! Tradycyjnie po płycie studyjnej przychodzi kolej na EP-kę zdominowaną
przez covery. Tradycyjnie też wybór utworów zaprezentowanych w całkiem nowych
wersjach jest bardzo… ghostowy. Równie tradycyjnie wśród fanów ciężkiej muzyki
znajdzie się wielu oburzonych. Kto wie, może nawet będzie ich więcej niż
zwykle, bo tym razem Papa i jego Bezimienne Zjawy nagrali mały album, na którym
oddają hołd przede wszystkim muzyce lat 80. To absolutnie najdziwniejsze
wydawnictwo w dotychczasowej historii grupy, ale… tu wszystko ma sens!
piątek, 16 września 2016
The Re-Stoned - Reptiles Return [2016]
Przesyłka z Rosji – płyta CD
domowej produkcji, gustowna, rozkładana koperta z wypukłym wzorem, bardzo
minimalistycznie, ale ze smakiem. Numer 28 z 33. Tak, stałem się jednym z 33
posiadaczy kompaktu z najnowszym albumem moskiewskiej grupy The Re-Stoned. To
już szósta duża płyta grupy, w dodatku wszystkie wyszły w ostatnich siedmiu
latach. Systematyczność godna podziwu. Co więcej, mimo ewidentnej niszowości i
podziemnego charakteru wydawnictwa, wszystkie ich płyty są bardzo wysoko
oceniane przez portale internetowe zajmujące się muzyką stonerową i
psychodelią. Przypadek? Nie sądzę! Nie znam jeszcze poprzednich dokonań
formacji, ale jeśli są choć w połowie tak dobre jak Reptiles Return, to mamy do
czynienia z prawdziwą perełką na europejskiej scenie rockowej.
poniedziałek, 12 września 2016
Mountain Dust - Nine Years [2016]
Czasem jak trafia, to z pełną
mocą i idealnie w środek tarczy, i to od pierwszych sekund. Zakochanie się w
dźwiękach, które nieznana mi wcześniej kompletnie grupa Mountain Dust zawarła
na swoim debiutanckim albumie Nine Years,
zajęło zaledwie chwilę, pewnie jakoś między dziewięcioma sekundami a
dziewięcioma minutami. Mniej więcej w połowie pierwszego numeru byłem już
przekonany, że to będzie dobra płyta, po drugim kawałku byłem już w stu
procentach kupiony, a pod koniec pierwszego odsłuchu wiedziałem już, że to
będzie jedna z moich ulubionych płyt wydanych w tym roku. Kolejne odtworzenia
całości tylko utwierdziły mnie w tym przekonaniu. Kwartet z Montrealu, który wcześniej
miał na koncie zaledwie demówkę, swoim pierwszym albumem natychmiast wdarł się
do czołówki moich ulubionych formacji sceny heavy psych.
sobota, 10 września 2016
The Pineapple Thief - Your Wilderness [2016]
Trudno uwierzyć w to, że grupa
The Pineapple Thief istnieje już od 17 lat i właśnie wydała swój 11. album. Dla
mnie to wciąż był jeden z tych „nowych” zespołów progresywnych, których sporo w
ostatnich latach pojawiało się na europejskiej scenie. Muszę też przyznać, że
nigdy jakoś nie potrafiłem do końca „wkręcić się” w ich muzykę. Owszem,
pojedyncze utwory bardzo mi się podobały, ale gdy próbowałem posłuchać twórczości
zespołu w dłuższym wymiarze, jakoś nie potrafiłem skupić uwagi na tej muzyce na
dostatecznie długi czas. Nie wiem zatem czy to kwestia lekko zmieniającego się
mojego gustu, czy może potwierdzenie tego, co mówiło i pisało w ostatnich
tygodniach wiele osób – że grupa wydała właśnie swój najlepszy i najdojrzalszy
album. Fakty są takie, że płyta Your
Wilderness to pierwsze wydawnictwo The Pineapple Thief, które zrobiło na
mnie naprawdę duże wrażenie w całości, a nie tylko pojedynczymi utworami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















