Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prog rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prog rock. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 grudnia 2024

Opeth - The Last Will and Testament [2024]

Aż pięć lat przyszło czekać fanom Opeth na nowy album tej szwedzkiej (choć w sumie coraz bardziej międzynarodowej) formacji. Następca bardzo udanego In Cauda Venenum przynosi trochę zmian, choć mowa tu raczej o pewnych powrotach niż o elementach zupełnie nowych. Dla fanów starego Opeth najważniejszą informacją niewątpliwie był powrót growlu, którego na studyjnych wydawnictwach grupy nie było od wydanej w 2008 roku płyty Watershed. A co zmieniło się muzycznie w porównaniu z ostatnimi, mocno progrockowymi płytami?

wtorek, 17 października 2023

Uzupełnianie zaległości 2023 - część 4

Czas na kolejny zbiorczy tekst o interesujących płytach, które naczekały się trochę na swoją kolej. Mamy tu ciekawy zestaw, zróżnicowany zarówno geograficznie, jak i muzycznie. Znajdziecie w tych propozycjach zarówno psychodelię, jak i stonera, doom, progresję, art rocka czy klimaty retro.


poniedziałek, 1 maja 2023

Crown Lands - Fearless [2023]

Muzykę grupy Crown Lands poznałem ze dwa lata temu przy okazji premiery ich EP-ki White Buffalo. Na okładce bizon, więc jak miałbym nie sprawdzić, co się kryje za takim obrazem? Okazało się, że kryje się za nim muzyka mocno osadzona w klimatach klasycznego hard rocka z domieszką psychodelii i rocka progresywnego, zagrana z polotem, niby nawiązująca mocno do przeszłości, ale brzmiąca świeżo. Jeszcze bardziej zaintrygowało mnie to, że zespół tworzy zaledwie dwóch muzyków. Postanowiłem dowiedzieć się nieco więcej. Okazało się, że mają na koncie jeden duży album i kilka EP-ek, przy czym nazywanie wydanego w 2020 roku krążka Crown Lands dużym albumem jest pewnym nadużyciem, bo to płyta niespełna trzydziestominutowa, więc długością także podpada pod EP-kę. Tym samym, choć teoretycznie tegoroczna płyta Fearless jest drugą w dorobku formacji, można ją traktować jako pełnowymiarowy debiut, choć mowa o zespole, który funkcjonuje od 8 lat i trochę już tej muzyki zdążył wydać.

poniedziałek, 20 lutego 2023

Uriah Heep - Chaos & Colour [2023]

Ćwierć setki studyjnych płyt na koncie. To musi robić wrażenie. Tyle właśnie nagrał już zespół Uriah Heep. Formacja z ponad 50-letnim stażem wciąż trzyma się naprawdę dobrze. Oczywiście trudno tu mówić o tym samym zespole, który nagrywał takie klasyki jak Look at Yourself, Demons and Wizards czy The Magician’s Birthday. Ze składów z lat 70. w grupie mamy już tylko gitarzystę Micka Boxa, reszta ówczesnych członków Uriah Heep dawno zespół opuściła, a większość z nich niestety już nie żyje. Box jednak się nie poddał i od początku lat 80. jako lider zespołu dba o to, by formacja dalej działała i nagrywała kolejne płyty – z lepszym lub gorszym skutkiem. Na szczęście od kilkunastu lat ten skutek jest głównie lepszy.

czwartek, 26 stycznia 2023

Uzupełnianie zaległości 2022 - część 1

Zgodnie z moimi zapowiedziami w ostatnich latach blog „zwolnił”. Nie mam już ani czasu, ani determinacji, by pisać o ponad stu nowych płytach rocznie. Staram się jednak zawsze, by choć te albumy, które trafiły do czołówki moich ulubionych 20 czy 30 albumów roku, zostały w komplecie opisane. W tym roku się to nie udało. Wciąż jest kilkanaście płyt, o których wypadałoby wspomnieć, a przecież już pojawiają się nowości z roku 2023 – jedna z nich zresztą doczekała się już własnego tekstu. Pomyślałem zatem, że najlepszym i w sumie jedynym realnym rozwiązaniem będzie stworzenie większego wpisu z krótkimi wzmiankami o pozostałych, nieopisanych jeszcze płytach, które bardzo mi się w zeszłym roku spodobały. Szybko okazało się także, że to byłby cholernie długi wpis… Podzieliłem więc ten tekst na trzy (przynajmniej na tę chwilę) części. Oto pierwsza z nich. Kolejność w obrębie danej części alfabetyczna.

piątek, 20 stycznia 2023

Riverside - ID.Entity [2023]

Zadanie na dziś – nie wymienić nazwy żadnego innego zespołu w poniższym tekście.

Śmiem twierdzić, że ID.Entity będzie najbardziej kontrowersyjną płytą w dotychczasowym dorobku Riverside. Zresztą by się o tym przekonać, nie trzeba wcale czekać na dzień jej premiery. Dość skrajne komentarze pojawiły się już przy okazji wypuszczenia singli, zwłaszcza trzeciego i ostatniego z nich, czyli kompozycji Friend or Foe? Niektórzy członkowie facebookowej grupy fanów zespołu wyrażali swoje rozczarowanie, pisali, że kompletnie nie rozumieją nowego kierunku, który obrał zespół, inni dodawali, że choć doceniają muzyczny kunszt i brzmienie, czują, że to już nie jest ich muzyka, że kiedyś to były czasy, a teraz nie ma czasów itd. Byli i tacy, którzy wręcz uciekali się do wyzwisk i dość chamskiego języka, idealnie zresztą wpisując się tym w tematykę niektórych utworów. Tak jakby zespół wręcz celowo nagrał coś, co miało wzbudzić tak wielkie emocje. O taki plan muzyków nie podejrzewam, ale trochę tak wyszło. To oczywiście dość skrajne przypadki. Większość wypowiadających się osób przyjęła nowe nagrania bardzo pozytywnie. Mimo wszystko emocje zapewne nie opadną także przez jakiś czas po premierze całej płyty.

poniedziałek, 21 listopada 2022

Airbag - Kraków [Klub Studio], 19 XI 2022 [galeria zdjęć]

Zespół Airbag nie gra zbyt wielu koncertów, ale gdy już rusza gdzieś, by zaprezentować się przed swoimi fanami, dość często jest to Polska. Oczywiście nie ma w tym przypadku. Mają tu, jak się po raz kolejny okazało, całkiem liczne grono fanów, w czym oczywiście największa zasługa ich samych oraz ich muzyki, lecz także niemała Rockserwisu, który ściąga ich do nas już od kilkunastu lat i który w dużym stopniu przyczynił się do tego, że polscy fani szeroko pojętej muzyki progresywnej poznali tę formację.

niedziela, 7 sierpnia 2022

Birth - Born [2022]

Kalifornijska formacja Astra wypuściła w 2009 i 2012 roku dwa albumy, które z miejsca sprawiły, że znalazła się w gronie najciekawszych współczesnych formacji amerykańskiej sceny psychodeliczno-progresywnej. Ich muzyka w cudowny sposób przywoływała ducha muzyki przełomu lat 60. i 70., ale bez topornego muzycznego kalkowania. Długimi latami fani czekali na trzeci album. Raz tracili nadzieję, innym razem znów ją odzyskiwali. Co jakiś czas pojawiały się głosy, że może ciąg dalszy jednak nastąpi. I w pewnym sensie nastąpił, choć już w nieco innym składzie i pod innym szyldem. Na zgliszczach Astry powstała formacja Birth. Tworzą ją dwaj muzycy Astry – Conor Riley (klawisze, gitara akustyczna, wokal) i Brian Ellis (gitara prowadząca, klawisze) oraz Trevor Mast (bas), członek m.in. grupy Joy. Na perkusji na pierwszym albumie Birth zagrał gościnnie ostatni bębniarz Astry, Paul Marrone (także członek znakomitej formacji Radio Moscow). Panowie zresztą w różnych konfiguracjach spotykali się wcześniej nie tylko w grupie Astra, lecz także w formacji Psicomagia (wszyscy poza Rileyem).

wtorek, 4 maja 2021

Motorpsycho - Kingdom of Oblivion [2021]

Motorpsycho wydają nową płytę – no kto by się spodziewał? Ja nie wiem, czy oni życia nie mają? Ostatnio w zasadzie co rok, to świeży krążek. Ledwo ukazał się podwójny album The All Is One, a znowu mamy 70 minut muzyki od norweskiej (choć obecnie w zasadzie norwesko-szwedzkiej) formacji. Obok tria tworzącego zespół sporą rolę na płycie odgrywa także gitarzysta Reine Fiske (m.in. Dungen, Landberg, Paatos i wiele innych projektów), który współpracuje z Motorpsycho dość często czy to w studiu, czy na koncertach – jeśli akurat ma na to czas. To taki czwarty, nieoficjalny członek zespołu. Dobrych muzyków nigdy zbyt wielu, więc miło słyszeć go w kilku kompozycjach. A tak poza tym składniki takie jak zwykle – sporo gitar, mocarna sekcja rytmiczna, błogie dźwięki melotronu, od czasu do czasu inne instrumentalne ozdobniki, przyjemnie zrealizowane, typowe dla Motorpsycho wokale, które raczej tworzą kolejną dźwiękową warstwę, niż wybijają się przed instrumenty, oraz niezwykle ciekawa, klimatyczna okładka.

środa, 18 grudnia 2019

Jordsjø - Nattfiolen [2019]


Wydana w maju tego roku płyta Nattfiolen to piąty krążek norweskiej formacji Jordsjø. Przyznam, że nazwa obijała mi się o oczy i uszy od jakiegoś czasu, słyszałem też pojedyncze rzeczy z ich wcześniejszych płyt w różnych audycjach w Rockserwis FM, ale sam jakoś ciągle odkładałem moment bliższego zapoznania się z twórczością zespołu. Zupełnie niepotrzebnie, bo okazało się, że to brzmienia, które całkiem celnie trafiają w moje muzyczne upodobania.

sobota, 15 września 2018

Ring van Mӧbius - Past the Evening Sun [2018]


„To zespół z 1971 roku, ale grający obecnie” – tego typu informację można znaleźć na facebookowym profilu norweskiego tria Ring van Mӧbius. I kapitalnie oddaje to stan faktyczny. Ja to może nawet jeszcze bym to wstecz pchnął i napisał, że z 1969. Bo wpływy debiutanckiej płyty King Crimson na muzykę norweskiego zespołu są olbrzymie, a wcale nie mniej panowie czerpią z muzyki także debiutującej w tym samym roku grupy Van Der Graaf Generator. Debiutancki album nagrany przez na oko całkiem już doświadczonych muzyków, którzy musieli grać wcześniej w innych formacjach, to kwintesencja retro-proga – gatunku w gatunku. Z zasady opartego na sprzeczności – jak coś, co jest tak wierną kopią czegoś kilkudziesięcioletniego może być progresywne? No nie może być, ale na tym właśnie polega urok retro. Lubi się te klimaty mimo, że nie ma w tym absolutnie nic odkrywczego. Czy kopiowanie nowatorskich rozwiązań samo w sobie jest nowatorskie? Ani trochę. Czy jest przyjemne dla ucha? Bardzo często. W tym przypadku jak najbardziej tak.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Osada Vida - Variomatic [2018]


Osada Vida od lat uznawana jest za jeden z ciekawszych zespołów „polskiej sceny progresywnej” (cudzysłów celowy, bo mam poważne wątpliwości, czy taka scena faktycznie istnieje, ale to temat na inną dyskusję), ale zmiany w składzie, zwłaszcza na pozycji wokalisty, rzadko dobrze służą formacjom, które chcą wyrobić sobie pozycję w branży. Przyznam, że o ile wczesne dokonania zespołu jakiś czas temu mnie zaintrygowały, o tyle te nieco późniejsze już były mi generalnie mocno obojętne. Oczekiwań zatem nie miałem także szczególnie wygórowanych po nowym albumie grupy, pierwszym z wokalistą Marcelem Lisiakiem, prywatnie bratem basisty (i byłego wokalisty) zespołu, Łukasza. Zero ekscytacji przed odsłuchem – jak się spodoba, to fajnie. Jeśli nie, to płakać nie będę i przejdę do kolejnych płyt. Takie miałem nastawienie. I może był to dobry pomysł, bo efekt jest taki, że płyta niespodziewanie dla mnie samego przypadła mi do gustu.

wtorek, 5 czerwca 2018

Church of the Cosmic Skull - Science Fiction [2018]


Niespełna dwa lata temu byli dla mnie prawdziwym objawieniem i sensacją – pojawili się znikąd, wyskoczyli z dziwną okładką i nieco paździerzowym wizerunkiem oraz kapitalną muzyką będącą połączeniem prog rocka, musicalu, klasycznego hard rocka i klimatów stonerowo-psychodelicznych. I jakimś cudem to wszystko trzymało się „kupy”. Teraz wracają z płytą numer dwa, zatytułowaną Science Fiction. I w zasadzie zmieniło się pod każdym względem bardzo niewiele. I chyba dobrze, bo tu nie za bardzo było co zmieniać.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Camel - Zabrza [Dom Muzyki i Tańca], 3 VI 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Nie jestem wielkim fanem zespołu Camel. Piszę o tym już w pierwszym zdaniu, żebyście mogli spojrzeć na ten tekst z odpowiedniej perspektywy. Bardzo lubię, momentami wręcz uwielbiam pierwsze cztery płyty tej formacji, ale reszta (z nielicznymi wyjątkami w rodzaju utworu tytułowego z płyty Stationary Traveller) nigdy nie robiła na mnie wielkiego wrażenia. To Camel, Mirage, The Snow Goose i Moonmadness są tymi wydawnictwami, które chciałem mieć na swojej półce. Nie jestem zatem "wyznawcą" wielbłądziej religii i nie użyję w opisie całości tego zabrzańskiego koncertu słów takich jak "niepowtarzalny", "genialny" czy "najlepszy". Ale odebrałem go pozytywnie i to wam chyba musi w kwestii substytutu zachwytów wystarczyć.

sobota, 14 kwietnia 2018

Bjørn Riis - Coming Home [2018]


Wydawać by się mogło, że EP-ka to już gatunek mocno zagrożony w muzycznym środowisku. A już na pewno taka wydana w formacie cyfrowym. Ale jednak od czasu do czasu ktoś wciąż wpada na pomysł, by właśnie w takiej formie wydawać nową muzykę. Jedną z takich osób jest gitarzysta i lider grupy Airbag, Bjørn Riis. Do tego, że Riis wydaje muzykę „na boku” już się przyzwyczailiśmy. Do tego, że brzmi ona w zasadzie bardzo podobnie do twórczości Airbag – także. Nic dziwnego, wszak jest on w obu przypadkach głównym kompozytorem, a i koledzy z zespołu często wspierają go na solowych nagraniach. Riis mówił niedawno, że formuła wydawania muzyki solowej na EP-kach bardzo mu odpowiada, niewykluczone zatem, że co jakiś czas będziemy od niego dostawali 25-30 minut nowej muzyki właśnie pod taką postacią.

niedziela, 18 lutego 2018

Steven Wilson - Zabrze [Dom Muzyki i Tańca], 17 II 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Nie jestem maniakiem twórczości Stevena Wilsona. Cenię go, ma gość głowę do muzyki, ma też swoje dziwactwa, ale to akurat domena wielu wybitnych artystów, a za takiego go uważam. Nagrał kilka płyt, które absolutnie uwielbiam i dość sporo takich, które są mi absolutnie obojętne. Nie rzucam się na każdy jego dźwięk jak piłkarze na boisko w polu karnym przy mocniejszym podmuchu wiatru, ale jak coś jest po prostu cholernie dobre, to trzeba to napisać, bez względu na to, czy akurat panuje moda na bałwochwalstwo w stosunku do Wilsona, czy na mieszanie go z błotem. Koncert w Zabrzu był CHOLERNIE dobry.

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Sons of Apollo - Psychotic Symphony [2017]



Sons of Apollo to kolejna świeża supergrupa. Nazwiska robią wrażenie, zresztą przecież po to zakłada się supergrupy. Bo przecież nie po to, żeby zaoferować fanom cokolwiek przełomowego. Toteż panowie Portnoy, Sherinian, Bumblefoot, Sheehan i Soto na żadne nowatorstwo na swoim pierwszym krążku – Psychotic Symphony – się nie silą. Oni już się w swoim zawodowym życiu „nanowatorzyli”, a teraz z przyjemnością mogą jechać na swoich starych patentach z Dream Theater czy Mr. Big i próbować sklecić z tego całość, która będzie się trzymała kupy. Od śledzenia listy zespołów, w których udzielali się członkowie Sons of Apollo, może się zakręcić w głowie. Od muzyki zawartej na ich wspólnej debiutanckiej płycie w głowie może i się nie zakręci, ale za to będzie można bez żenady tą głową pomachać, bo jest przy czym.

środa, 13 września 2017

Wucan - Reap the Storm [2017]



Dwa lata temu ekipa z Drezna zasiała wiatr, dziś przyszedł czas na zebranie burzy. Swoim debiutanckim albumem Sow the Wind zespół Wucan zwrócił na siebie uwagę całkiem sporego grona słuchaczy, co nie powinno dziwić, bo płyta zawierała solidną dawkę kapitalnego prog-folku w stylu lat 70., a częste wykorzystanie fletu wielu dość jednoznacznie musiało kojarzyć się z klimatami Jethro Tull czy Focus. Z drugiej strony riffy często bardziej nawiązywały do Judas Priest czy wczesnych Maidenów, a do tego jeszcze w zespole mamy wokalistkę – i to obdarzoną całkiem niezłym, rockowym głosem. Taka mieszanka musiała zaciekawić. Po dwóch latach zespół wydaje album numer dwa – Reap the Storm. Znowu jest dynamicznie, lecz z drugiej strony niezwykle klimatycznie. Jest też… podwójnie, bo materiał liczy grubo powyżej 70 minut podzielonych na dwie części. Czyli wyzwanie dla kogoś, kto zdecydowanie woli płyty o połowę krótsze.

sobota, 2 września 2017

Zapowiedzi płytowe - część 3

Ciekawych nowości płytowych mieliśmy już w tym roku naprawdę sporo, ale i tak wygląda na to, że była to ledwie rozgrzewka. Trzeci trymestr zapowiada się kapitalnie! Poniżej znajdziecie pierwsze muzyczne zapowiedzi kilkunastu krążków, o których na pewno będę pisał w kolejnych tygodniach.



Gin Lady – Rolling Thunder [Electric Earth] (premiera 15 września)


środa, 12 kwietnia 2017

Deep Purple - InFinite [2017]



Kiedy płyta już w chwili wydania jest reklamowana przez wytwórnię jako „rockowy album roku”, to trzeba patrzeć na to z przymrużeniem oka. Przymrużyć rzeczone oko należy jeszcze mocniej, jeśli dotyczy to zespołu, który na scenie jest od 50 lat, a wspomniany album jest dwudziestym w jego dorobku. Ile znacie formacji, które nagrywają płytę na poziomie „albumu roku” po 50 latach istnienia? No, to mniej więcej tyle co i ja… No ale zostawmy na bok sztuczki marketingowe. Deep Purple tym razem nie kazali czekać na kolejny studyjny krążek dziewięciu lat. Miło z ich strony, bo moglibyśmy się go nie doczekać. Panowie jak nikt inny zasłużyli się muzyce hardrockowej i mogliby sobie siedzieć w kapciach i szlafrokach przy swoich przydomowych basenach, ale jednak dalej chce im się jeździć w trasy i nagrywać nową muzykę (co do tego drugiego, to jeszcze kilka lat temu zdania w obozie zespołu były mocno podzielone). Jak długo będzie im się jeszcze chciało? Tego nie wiadomo. Pewnie niezbyt długo, o czym świadczyć może nie tylko nazwa rozpoczynającej się niedługo trasy – „The Long Goodbye Tour” – lecz także tytuł świeżego wydawnictwa, InFinite. Ale oni (w różnych składach) swoje już zrobili, więc mogą podchodzić do tego wszystkiego bez większego ciśnienia, jako i ja podchodzę do ich najnowszego krążka.