Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steven wilson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steven wilson. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 września 2023

Steven Wilson - The Harmony Codex [2023]

The Harmony Codex, siódmy album wydany przez Stevena Wilsona pod własnym imieniem i nazwiskiem (co nie jest równoznaczne z tym, że to siódmy solowy album Wilsona, ale o tym fani artysty doskonale wiedzą), to płyta nietypowa od samego w zasadzie początku, bo chyba po raz pierwszy została zapowiedziana w… autobiografii Wilsona. Znalazło się tam opowiadanie napisane przez muzyka, zatytułowane właśnie The Harmony Codex, można też było przeczytać, że będzie to jednocześnie tytuł kolejnej płyty Anglika. Co jeszcze jest nietypowego w tym wydawnictwie? Trudno przykleić mu jakąkolwiek gatunkową łatkę, bo tu w zasadzie niemal każda kompozycja jest „z innej parafii”. Czy to wszystko razem trzyma się kupy?

poniedziałek, 31 października 2022

Porcupine Tree - Katowice [Spodek], 30 X 2022 [galeria zdjęć]

Siedemnastego lipca 2010 roku widziałem Porcupine Tree w łódzkiej Wytwórni. To był ostatni koncert zespołu w naszym kraju, bo i niedługo później - choć nikt tego oficjalnie nie obwieszczał - grupa w zasadzie przestała istnieć. Wiele się zmieniło przez tych 12 lat. Zmieniła się na pewno łódzka Wytwórnia, zmienił się skład Porcupine Tree, zmienił się też trochę Spodek, w którym formacja zagrała tym razem, po tej dwunastoletniej przerwie. Na pewno znacznie zmieniła się setlista prezentowana przez grupę. Ta tym razem ułożona była z naciskiem na nowy, pierwszy po latach album - Closure / Continuation (muzycy wykonali całą podstawową wersję płyty, większość w pierwszej części koncertu) - oraz na być może najpopularniejsze dzieło Porcupine Tree - In Absentia (aż pięć utworów). Z pozostałych albumów tylko Fear of a Blank Planet doczekało się nieco liczniejszej reprezentacji (trzy utwory), zaś reszta płyt miała po jednym przedstawicielu. Mam wrażenie, że lepszego przyjęcia doczekał się drugi set, w którym znalazły się takie Porcupine'owe klasyki jak Anesthetize, Sleep Together czy zagrane na bis Halo i moje ulubione Trains. Steven Wilson stwierdził, że z jakiegoś powodu właśnie ten ostatni utwór jest szczególnie uwielbiany przez fanów grupy i tu nie jestem wyjątkiem. Ten numer zawsze wywołuje u mnie ciarki i mnóstwo emocji, bez względu na to, czy słyszę go w wykonaniu Porcupine Tree, czy Wilsona i jego solowego zespołu.

wtorek, 28 czerwca 2022

Porcupine Tree - Closure/Continuation [2022]

Porcupine Tree wracają po 11 latach. Jedno krótkie zdanie, a tyle kontrowersji i niejasności. Po pierwsze, zespół nigdy oficjalnie nie zakończył działalności. Po prostu… przestał wspólnie grać. Nie doczekaliśmy się nigdy jednoznacznego oświadczenia, a wypowiedzi Stevena Wilsona o tym, że Porcupine Tree już nie ma, przeplatały się z takimi, które sugerowały, że kiedyś być może znowu panowie wydadzą coś pod tym szyldem. Po drugie, te 11 lat to przerwa w jawnej działalności, bo – jak już wiemy – w zasadzie przez cały ten okres powstawały nowe kompozycje, tylko nikt poza trójką zainteresowanych muzyków o tym nie wiedział. I po trzecie – jak powiedzą (a w zasadzie już mówią) niektórzy – co to za Porcupine Tree bez basisty Colina Edwina? Powodów do dyskusji, sporów czy wątpliwości jest sporo. Czy nowa płyta te wszystkie znaki zapytania odeśle w niepamięć? Nie mam bladego pojęcia!

niedziela, 24 stycznia 2021

Steven Wilson - The Future Bites [2021]


Nowa płyta Stevena Wilsona to zawsze spore wydarzenie w świecie fanów muzyki progresywnej. I nic to, że to, co obecnie tworzy angielski wokalista, multiinstrumentalista i producent nijak ma się do prog rocka. Ci sami ludzie, którzy niegdyś czekali na jego nowe płyty z zapartym tchem, teraz traktują je przeważnie w kategoriach ciekawostki i zastanawiają się, czy będzie się dało wytrzymać do końca, czy może odpuścić sobie po dwóch, góra trzech numerach. No cóż, niewątpliwie nowy album, The Future Bites, którego premierę przecovidzono o ponad pół roku, zniechęci jeszcze większą grupę niegdysiejszych fanów Wilsona, niż poprzednia jego solowa płyta, To the Bone. Czy zapewni mu nowych? Tu mam pewne wątpliwości, bo jednak trudno muzykowi rockowemu zdobyć zainteresowanie fanów innych gatunków. Z drugiej strony, nie sądzę, by Wilson był muzykiem na tyle rozpoznawalnym poza światem rocka, żeby tłumy potencjalnych słuchaczy jego nowej płyty uciekały na widok jego nazwiska. Wiele pytań i wątpliwości związanych z tą płytą już na początku tego tekstu, no ale to jest właśnie album, który wiele wątpliwości, a nawet kontrowersji wzbudza.

piątek, 8 lutego 2019

Steven Wilson - Łódź (Wytwórnia), 7 II 2019 [galeria zdjęć]

To już kolejna, choć wszystko wskazuje na to, że ostatnia wizyta Stevena Wilsona w Polsce w ramach trasy promującej album To the Bone. Wielu obawiało się, że po raz kolejny dostaniemy to samo show, ale okazało się, że Wilson jest doskonale świadom tego, że nie można zanudzać nawet najbardziej wiernych słuchaczy. Choć na początku tego odcinka trasy wydawało się, że faktycznie zmieni się niewiele, każdy kolejny koncert przynosił kolejne ciekawostki w secie. Ten łódzki był w ostatnim czasie jednym z dłuższych i w opinii wielu fanów także zdecydowanie jednym z najlepszych. Steven i jego znakomity zespół wykonali aż 21 kompozycji, wśród których oczywiście znalazło się miejsce na materiał z ostatniej solowej płyty muzyka, ale także choćby na przyjmowane entuzjastycznie The Sound of Muzak, Lazarus czy Sleep Together z repertuaru Porcupine Tree oraz Blackfield z dorobku grupy Blackfield. Największym zaskoczeniem było jednak chyba Porcupine'owe Sentimental, niesłyszane już na żywo od bardzo dawna - tu wykonane jedynie przez Wilsona i pianistę Adama Holzmana.

środa, 28 marca 2018

Adam Holzman - Truth Decay [2018]


Adama Holzmana – nie da się ukryć – znam głównie z tego, że jest klawiszowcem w grupie Stevena Wilsona. Smutna prawda o mnie. Ale wiem też, że jest synem założyciela Elektry, Jaca Holzmana, oraz że grywał z wielkimi – przede wszystkim z Milesem Davisem (lepiej się nie da), Marcusem Millerem i całą masą zacnych jazzmanów. Nie jest więc ze mną aż tak źle. Zarówno jazzowy życiorys, jak i gra w zespole Wilsona odbijają się mocno na nowym solowym albumie Holzmana. To pierwsze – ze względu na muzykę. Bo jakby na to nie patrzeć, Truth Decay to płyta z mocno jazzowym klimatem, nawet jeśli zahacza tak o progresję, jak i czasem nawet o funk. Element Wilsonowy to w mniejszym stopniu same dźwięki (choć tu i tam daleko od takiego Ravena nie odchodzą), ale przede wszystkim nazwiska, bo na płycie pojawia się niemal w komplecie obecne koncertowe wcielenie grupy bosonogiego. Nie on jest tu jednak głównym bohaterem, więc wróćmy do Holzmana.

niedziela, 18 lutego 2018

Steven Wilson - Zabrze [Dom Muzyki i Tańca], 17 II 2018 [relacja / galeria zdjęć]

Nie jestem maniakiem twórczości Stevena Wilsona. Cenię go, ma gość głowę do muzyki, ma też swoje dziwactwa, ale to akurat domena wielu wybitnych artystów, a za takiego go uważam. Nagrał kilka płyt, które absolutnie uwielbiam i dość sporo takich, które są mi absolutnie obojętne. Nie rzucam się na każdy jego dźwięk jak piłkarze na boisko w polu karnym przy mocniejszym podmuchu wiatru, ale jak coś jest po prostu cholernie dobre, to trzeba to napisać, bez względu na to, czy akurat panuje moda na bałwochwalstwo w stosunku do Wilsona, czy na mieszanie go z błotem. Koncert w Zabrzu był CHOLERNIE dobry.

środa, 16 sierpnia 2017

Steven Wilson - To the Bone [2017]



Premiera nowej płyty Stevena Wilsona musi być głośnym wydarzeniem w świecie szeroko pojętej muzyki progresywnej. Musi, bo Wilson to postać nietuzinkowa, jedna z najbardziej uwielbianych w tej muzycznej bajce, lecz – podobnie jak w przypadku innych masowo uwielbianych – także jedna z najczęściej krytykowanych czy wyszydzanych. I ta budząca tak skrajne kontrowersje postać zapowiada płytę nagraną w klimatach kompletnie innych od tego, z czego jest najbardziej znana. Ba, nie tylko zapowiada, ale faktycznie udowadnia już przy okazji pierwszych singli, że na tym nowym krążku znajdzie się miejsce i na bardziej popowe, radiowe numery, i wręcz niemal na muzykę taneczną. Niełatwy to przypadek dla słuchacza, niełatwy też dla recenzenta. Niektórzy będą oczekiwali jednoznacznie czołobitnych opinii, „bo to przecież Wilson”, inni z kolei będą zawiedzeni, jeśli przeczytana opinia nie będzie mieszała albumu z błotem, bo taka obecnie moda. Choć tak naprawdę w tym przypadku bardzo wiele zależy od oczekiwań i przede wszystkim od nastawienia.

środa, 17 maja 2017

Zapowiedzi płytowe - część 2

Artyści, zarówno ci bardziej znani, jak i ci w dużej mierze wciąż anonimowi, zdecydowanie nie zwalniają, atakując nas zewsząd swoimi nowymi wydawnictwami. No dobrze, większość z nich wcale nie atakuje, to my ich odnajdujemy. Ale łatwo się pogubić. Dlatego po raz drugi prezentuję małą zapowiedź tego, co czeka nas w temacie nowości płytowych w nadchodzących tygodniach. O większości z tych płyt przeczytacie oczywiście na blogu.

niedziela, 24 stycznia 2016

Steven Wilson - 4.5 [2016]



Reakcje na kolejne wydawnictwo Stevena Wilsona można w zasadzie przewidzieć zanim jeszcze płyta trafia na półki sklepowe. Niektórzy narzekają, że Wilson ani na chwilę nie daje o sobie zapomnieć i ciągle podtyka fanom coś, na co ci mogą wydać pieniądze, nawet jeśli nie do końca jest to nowy materiał. Inni zaś biorą wszystko w ciemno i są gotowi rozpływać się w zachwycie zanim wybrzmi choćby jedna nuta nowego krążka – w końcu to Steven. Steven nie nagrywa rzeczy nieboskich, prawdaaaaa? Jedni i drudzy nie powinni chyba czytać dalej tego tekstu, ale jeśli należycie do grupy nieuprzedzonych i niefanatyzujących, otwartych, lecz niezaślepionych, to zapraszam do poznania kilku twarzy Stevena Wilsona składających się na 41/2.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Steven Wilson - Łódź [Wytwórnia], 8 IV 2015 [galeria zdjęć]

Zazwyczaj, gdy wybieramy się na koncert uznanego artysty, liczymy przede wszystkim na jakość muzyczną i pełne zaangażowanie muzyków stojących na scenie (część publiczności liczy też na to, że artysta powie coś po polsku, najlepiej, żeby to było jakieś przekleństwo, ale powiedzmy, że ta grupa osób stanowi wśród publiczności mniejszość). W przypadku wykonawców takich jak Steven Wilson wrażenia koncertowe wykraczają jednak daleko poza czysto słuchowe doznania. Koncert Wilsona to przedstawienie audiowizualne, zupełnie jak w przypadku występów Pink Floyd, tyle że tu zamiast slajdów olejnych i dziwnych wzorów tworzonych przez światła mamy filmy ilustrujące poszczególne kompozycje (czyli w zasadzie... też jak u Floydów, tylko tych nieco późniejszych). Trzeba przyznać, że ma ten Steven rozmach, może nawet aż za duży, bo po dwóch godzinach dzielenia uwagi między to, co na scenie i to, co z tyłu sceny, czułem się nieco zmęczony. Ale może to tylko ja. Rozmach ma Wilson także w doborze współpracowników, choć to akurat wiadomo nie od dziś. W zasadzie każdy z muzyków z obecnego koncertowego składu grupy Wilsona to postać nietuzinkowa, z bogatym dorobkiem często wykraczającym poza szeroko pojętą muzykę rockową (tak, basista Nick Beggs naprawdę jest członkiem Kajagoogoo).

Nie padam na kolana przed najnowszym studyjnym albumem Stevena, więc i koncertowa setlista nie do końca trafiła w mój gust (usłyszeliśmy niemal całą płytę), ale trzeba zrozumieć artystę, który promuje najnowsze wydawnictwo, zwłaszcza że ma ono niezwykle liczne grono zwolenników. Mnie najprzyjemniej było zdecydowanie przy bisach, gdy muzycy wykonali najpierw kompozycję The Watchmaker (za zasłoną), a na koniec The Raven That Refused to Sing (już bez wiszącej szmaty) - obie oczywiście z poprzedniego krążka Wilsona, zatytułowanego tak samo jak ostatnia z wymienionych kompozycji i będącego moim ulubionym albumem w solowym dorobku "bosonogiego Stefana". Na dobór utworów mógłbym więc kręcić nieco nosem, ale stronie czysto wykonawczej nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Słuchanie tego koncertu było czystą przyjemnością, także dzięki akustyce łódzkiej sali, choć jednocześnie trzeba podkreślić, że osoby podziwiające występ na parterze miały znacznie lepsze wrażenia w tej kwestii niż siedzący na wyższym z balkonów.

Podziękowania dla Rock Serwisu za zaproszenie oraz możliwość fotografowania podczas koncertu. Więcej zdjęć / More photos: https://www.flickr.com/photos/jakubbizonmichalski/sets/72157649595153793/

setlista:

(intro video)
First Regret
3 Years Older
Hand Cannot Erase
Perfect Life
Routine
Index
Home Invasion
Regret #9
Lazarus (Porcupine Tree)
Harmony Korine
Ancestral
Happy Returns
Ascendant Here On...

bis:
Temporal (Bass Communion) 
 (Watchmaker Intro Video)
The Watchmaker
Sleep Together (Porcupine Tree)
The Raven That Refused to Sing





























Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa. Nie bądź bucem, nie kradnij cudzej własności. Chcesz się nimi podzielić - podlinkuj ten wpis lub spytaj o zgodę.
---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

wtorek, 10 marca 2015

Steven Wilson - Hand. Cannot. Erase. [2015]


Tajemniczy Steven Wilson ma wiele twarzy. Nie, że dwulicowy chłop – chodzi o to, że jest wszechstronnym artystą, sięgającym po różne środki przekazu i obracającym się w rozmaitych muzycznych klimatach. Wilson potrafi zabierać słuchaczy w kosmiczne podróże, przyłożyć treściwym, pełnym dynamiki rockiem, zaserwować przyjemną popową balladkę czy stworzyć znakomity, psychodeliczny klimat. Na przestrzeni lat przyzwyczaił swoich słuchaczy, że nie lubi tkwić zbyt długo w jednym muzycznym świecie, dlatego nie powinno być żadną niespodzianką, że po dość mrocznym i dusznym The Raven That Refused to Sing, przyszła pora na zwrot ku przeszłości – tym razem własnej. Przy Kruku Wilsonowi zarzucano nadmierne zapatrzenie się w King Crimson, ale najnowsza płyta bosonogiego Stefana – Hand. Cannot. Erase. – to najprawdziwszy Wilson w czystej postaci. Napiszę wprost, bez bawienia się w niestrawne, górnolotne wywody – ten album to Wilson w pigułce, bo znajdziemy tu wszystkie elementy jego twórczości, które wymieniałem na samym początku.

Zastanawiam się, czy ktoś jeszcze tęskni za Porcupine Tree. Wilson chyba zupełnie odpuścił już sobie ten projekt i w zasadzie trudno mu się dziwić. Na płycie Hand. Cannot. Erase. śmiało nawiązuje momentami do twórczości tej grupy, a przy tym nie musi konsultować niczego z pozostałymi muzykami. No dobrze – wiadomo, że Porcupine Tree to przede wszystkim on, ale jednak formuła zespołu nakłada pewne ograniczenia, nawet w przypadku projektu skupionego tak silnie wokół jednego lidera. W przypadku Blackfield równie ważną częścią całości był Aviv Geffen, więc i tam trzeba było iść na kompromisy. Na płytach solowych Wilson na kompromisy iść nie musi, co przynosi zaskakujący efekt w postaci krążka brzmiącego niczym krzyżówka Porcupine Tree i Blackfield… tylko tantiemami nie trzeba się dzielić. Na szczęście tym razem Steven połączył to wszystko w taki sposób, że zarówno zwolennicy mocniejszych, dynamiczniejszych kompozycji, jak i ci, którzy lubią sobie poodpływać przy spokojnych muzycznych pejzażach, znajdą tu sporo dla siebie. 65 minut to sporo czasu, by zaprezentować wiele odcieni swojej twórczości.

Typowo „jeżozwierzowo” jest na pewno na otwarcie albumu. Połączony z albumowym intrem – First Regret – numer 3 Years Older – to 10 minut grania dość dynamicznego, pełnego polotu, ale jednak zapadającego w pamięć głównie dzięki mocniejszym fragmentom, które pojawiają się przede wszystkim na początku i na końcu utworu. Reszta płynie sobie bardzo przyjemnie, tylko mam nieodparte wrażenie, że już to kiedyś u Wilsona słyszałem. A może to po prostu przez jego charakterystyczny głos? Zaskoczył mnie nieco utwór tytułowy. Brzmi jakoś tak… przebojowo? Taki trochę Coldplay zmieszany z U2 (tym trochę starszym, bo inaczej mieszalibyśmy Coldplay z Coldplayem). Nie jestem do końca przekonany, czy odpowiada mi Wilson w takim wydaniu (a właściwie to jestem pewien, że mi nie odpowiada), ale fakt faktem, że tego typu utwory wprowadzają pewnego rodzaju świeżość i odmianę na albumie. To zresztą nie jedyna „piosenkowa” próba na tej płycie, bo i pojawiające się pod koniec wydawnictwa Happy Returns też brzmi bardzo radiowo, a i Perfect Life ma spory potencjał komercyjny. Ten ostatni utwór charakteryzuje dość oszczędny aranż i elektroniczne tło, choć mam wrażenie, że całość jest trochę monotonna i mało treściwa. Ot, takie filmowe wypełnienie czasu pomiędzy akcją. Ale już Happy Returns, które niemal zamyka płytę (po nim już tylko dwuminutowe, klawiszowo-fortepianowe Ascendent Here On…, które pełni funkcję płytowego outra), to numer dużo ciekawszy. Również prosty w konstrukcji i w gruncie rzeczy dość popowy, ale znakomicie bujający, przebojowy w pozytywnym znaczeniu tego słowa, z bardzo przyjemnie brzmiącą partią gitary pod koniec. Trochę czuć tu klimat Trains wiadomego zespołu, może dlatego mam słabość do Happy Returns, bo Trains darzę uwielbieniem wykraczającym poza granice zdrowego rozsądku.

Mimo wszystko dużo ciekawiej prezentują się według mnie dłuższe utwory. Routine rozpoczyna się niezwykle delikatnie i płynie sobie subtelnie przez kilka minut, ale tak naprawdę rozkręca się dzięki cudownej partii gitary Guthriego Govana w połowie kompozycji. Na dobre wychodzi też temu utworowi nieco intensywniejszy aranż w jego drugiej części oraz urocze dwugłosy Wilsona i izraelskiej wokalistki Ninet Tayeb. Tu chyba Wilson najbardziej zbliża się do klimatu swojej poprzedniej płyty i pewnie dlatego właśnie na tę kompozycję na początku zwróciłem uwagę, bo nie ukrywam, że jestem wielkim fanem tamtego krążka. Wysoki poziom utrzymuje kolejny nieco mocniejszy i bardziej złożony kawałek. Home Invasion rozpoczyna się niemal jak jakiś starszy numer Dream Theater, choć pewnie w czasach, gdy „hejt” na wszystko, co wydaje ten zespół, jest tak popularny, nie będzie to najlepsza rekomendacja. To jednak tylko chwilowe wrażenie, co nie zmienia tego, że Home Invasion zapewnia dynamikę, nieco tajemniczości i przede wszystkim spory ciężar, który kontrastuje z „piosenkową” częścią płyty. Klawiszowy motyw pełniący funkcję tła, gdy Wilson zaczyna śpiewać, oraz wzmacniająca go później gitara, mają w sobie coś z muzyki funkowej. Fantastycznie brzmią kosmiczne dźwięki Mooga oraz soczysta gitarowa solówka w Regret #9, które łączy się płynnie z Home Invasion. Ten instrumentalny kawałek to najbardziej tradycyjnie progrockowy numer na płycie, zaryzykuję stwierdzenie, że mocno floydowy. A jeśli coś jest floydowe, to nie może być złe, prawda? No chyba, że jest zbiorem niedokończonych dwudziestoletnich pomysłów zebranych do kupy tylko po to, żeby wydać coś na zakończenie kariery. Ale o czym to ja… ach tak, Wilson. Po tych dwudziestu minutach (Routine / Home Invasion / Regret #9) wybaczam Wilsonowi te nieco monotonne pioseneczki z początku płyty. Tymi trzema numerami sprawił, że do Hand. Cannot. Erase. będę musiał wracać. Ale to przecież nie koniec. Delikatne, niespełna trzyminutowe Transience to jedynie akustyczne wypełnienie, poprzedzające chyba najciekawszą, a na pewno najdłuższą kompozycję na krążku – Ancestral. Przyznam, że pierwsze utwory z tej płyty, prezentowane w stacjach radiowych, niespecjalnie mnie powaliły, ale gdy zagrano tę kompozycję, natychmiast przykuła moją uwagę. Tu znowu jest nieco tajemniczo, raz spokojnie i niemal melancholijnie, innym razem posępnie, złowieszczo wręcz, intensywnie i ciężko. Gitara, która wchodzi na początku piątej minuty, rozkłada na łopatki, zaś powtarzane pasaże mniej więcej w połowie utworu hipnotyzują coraz bardziej z każdą sekundą. Na szczęście Wilson szybko wyrywa słuchaczy z tej hipnozy zmianą klimatu. Rozpędza się coraz bardziej z każdą minutą, przechodząc na moment już nawet nie do soczystego rocka, a niemal do metalu. A potem znowu wyciszenie, przy którym Wilson wraz z kolegami pozwala nam wsłuchiwać się w tajemnicze dźwięki fletu i klawiszy dobiegające z trzeciego czy nawet czwartego planu, tylko po to, by za moment z zaskoczenia znowu zaatakować bezbronnego słuchacza ostrym łomotem perkusyjnym i intensywnymi partiami gitary. Ile tu się dzieje!

photo: Jakub "Bizon" Michalski
Moje odczucia w związku z tym albumem są nieco sprzeczne. Z jednej strony dużo tu… Wilsona, co mogło nie być takie oczywiste po poprzedniej płycie. I to teoretycznie powinno cieszyć. Ale z drugiej strony, ja chyba jednak wolałem te nieco mroczne, melancholijne, wybuchające od czasu do czasu wściekłością brzmienia z The Raven That Refused to Sing, nawet jeśli był to jeden wielki hołd dla Roberta Frippa i kilku innych mistrzów rocka progresywnego. Dlatego właśnie najbliżej mi tu do Routine czy Ancestral, które ewidentnie nawiązują do Kruka klimatem. Co nie znaczy, że Hand. Cannot. Erase. nie jest płytą wartą uwagi. To bardzo klimatyczny krążek, mieniący się wieloma barwami, łączący w sobie muzyczną estetykę wielu projektów Wilsona. A że nie wszystkie z tych projektów do końca do mnie trafiają, to i nie każdy utwór na albumie przemawia do mnie jednakowo skutecznie. Ale ta płyta to chyba najbardziej przystępny solowy krążek Wilsona, przy czym muszę zaznaczyć, że przystępność nie równa się banalności. Jestem przekonany, że będzie w ścisłej czołówce wszystkich rankingów najlepszych płyt tego roku według portali i magazynów zajmujących się szeroko pojętą muzyką rockową, choć ja do całości chyba wielką miłością nie zapałam. To będzie raczej okazjonalny flirt bez zobowiązań.


Już wkrótce Wilson ponownie odwiedzi Polskę. Na zaproszenie Rock Serwisu zagra 7 kwietnia w Krakowie (ICE Kraków) i 8 kwietnia w Łodzi (Wytwórnia). Biletów podobno coraz mniej.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

poniedziałek, 2 lutego 2015

Steve Rothery - The Ghosts of Pripyat [2014]


Rozsiądź się wygodnie w fotelu, włącz przycisk „play” (uwaga, jeśli nie masz pilota, należy najpierw wcisnąć „play”, bo inaczej rozsiadanie się jest zupełnie bez sensu) i delektuj się. Masz na to niemal godzinę. Kolejne 55 minut upłynie ci pod znakiem fantastycznych doznań słuchowych i pięknego brzmienia gitary. Płyty solowe znanych gitarzystów niosą ze sobą pewne ryzyko, zwłaszcza jeśli są to albumy instrumentalne. Często niby wszystko jest ładne i przyjemne, ale brakuje emocji, a w zamian dostajemy jedną wielką popisówkę. Nie w tym przypadku! Steve Rothery, gitarzysta Marillion, w końcu wydał swoją pierwszą prawdziwą studyjną płytę solową i chyba należy uznać, że zwlekanie z tym krokiem mogło być niezłym pomysłem. Wydał, kiedy uznał, że ma coś, co warto przedstawić światu. Miał rację. Uwagę zwraca już okładka. Właściwie to wygląda jakoś tak… znajomo. Jak typowe polskie blokowisko straszące wielką płytą, starymi huśtawkami na obskurnych placach zabaw i koszmarnymi betonowymi sklepami z „typową panią Grażynką”, która niezmiennie w tym samym plastikowym czepku na głowie sprzedaje od 40 lat wędlinę i „chlebuś”. Tylko ludzi na ulicach jakby brak. To Prypeć – miasto-widmo, ewakuowane w całości po awarii elektrowni w Czarnobylu i od tamtej pory całkowicie opuszczone. Prawdziwe miasto duchów. To smutny, wręcz przerażający widok. W pewnym sensie ten smutek i melancholia obecne są także w muzyce zawartej na The Ghosts of Pripyat.

Na album składa się siedem instrumentalnych numerów, w których oczywiście dominuje brzmienie gitary, ale na pewno nie jest to płyta „popisowa”. O tym, że Rothery potrafi wyczarować nieziemsko piękne melodie za pomocą swojego instrumentu, wie chyba każdy fan rocka z jakimkolwiek słuchem muzycznym i odrobiną gustu. Marillion można lubić lub nie (aczkolwiek lepiej lubić…), ale geniuszu Rothery’emu odmówić się nie da. Gdyby nie on, pewnie nie byłoby Riverside, nie byłoby Collage, nie byłoby w końcu zapewne Porcupine Tree, którego lider – Steven Wilson – pojawia się w kompozycji Old Man of the Sea i gra absolutnie cudowną partię gitary. Zresztą cały numer zachwyca bardzo oszczędnym klimatem, znakomicie rosnącą intensywnością brzmienia oraz świetnymi wstawkami basu Yatima Halimiego i klasycznym progrockowym współbrzmieniem gitary i klawiszy. Niemal 12 minut absolutnie fantastycznych doznań słuchowych. To numer, który pokocha każdy fan niezwykle popularnej w Polsce w środowisku fanów muzyki progresywnej grupy Airbag, bo nie da się ukryć, że gitarzysta norweskiej formacji Bjørn Riis – o którego solowej płycie także niedawno pisałem – prezentuje podobny styl gry i porusza się po zbliżonych rejonach na mapie muzycznych emocji. Pisałem o tych, których nie byłoby, gdyby nie Rothery. Rothery’ego pewnie nie byłoby, gdyby nie Steve Hackett – legendarny gitarzysta klasycznego składu Genesis. I on także pojawia się na The Ghosts of Pripyat, ozdabiając brzmieniem swojej gitary wspomniane już Old Man of the Sea, ale także otwierający krążek numer Morpheus – błyskawicznie upływające osiem minut wypełnione wspaniałymi „dźwięzażami” (w tym miejscu ujawniają się moje słowotwórcze zapędy). O takim utworze marzyłem przy okazji wydania pewnej zeszłorocznej płyty z bezkresną rzeką w tytule… Można się domyślać, że gościnny udział mistrza Hacketta był dla Rothery’ego źródłem olbrzymiej radości. Aż chciałoby się, żeby panowie nagrali razem całą płytę, ale nie wiem, czy ktokolwiek zniósłby tyle gitarowego piękna przez dłuższy czas. Może lepiej pozostać przy takich pojedynczych smaczkach.

Podobają mi się przyjemne orientalizmy w Kendris, które w połączeniu z nieco „plemiennym” motywem perkusyjnym i pewną lekkością czy nawet skocznością tego numeru, tworzą bardzo ciepły, niemal radosny klimat, co jest miłym urozmaiceniem na tej dość spokojnej i melancholijnej płycie. White Pass oferuje w pierwszej części dźwięki lekko knopflerowskie, zahacza o klimaty amerykańskich bezdroży i niemal można wyobrazić sobie historię opowiadaną tu bez słów. Zaskoczeniem jest druga część tego utworu, która przynosi powtarzający się motyw gitarowy i trochę mocniejsze brzmienie. To jedna z tych kompozycji, które hipnotyzują powracającymi motywami i wciągają coraz intensywniejszymi dźwiękami. Wspomniana druga część to także jeden z niewielu momentów, kiedy robi się nieco głośniej i mocniej, choć warto zauważyć, że w większości kompozycji przez dłuższą lub krótszą chwilę muzycy serwują nam zintensyfikowane doznania dźwiękowe. Tak jest na przykład w Yesterday’s Hero, które przez większość czasu koi delikatną melodią, ale w drugiej części nabiera intensywności, łącząc floydowe melodie z motywem gitarowym, który brzmi niezwykle… „szkocko”. Bardzo ciekawe jest Summer’s End, które rozpoczyna się niezwykle delikatnie i niemal sielsko, lecz w drugiej części nabiera rozpędu, a zamiast delikatnych muśnięć strun, słyszymy ognistą partię „elektryka” i znakomicie uzupełniające gitarę, wycofane nieco w miksie organy. Aż trochę szkoda, że nie zaproszono ich na moment na pierwszy plan. Podobnie zresztą jak w zamykającym krążek utworze tytułowym, który aż prosi się o dalsze rozwinięcie gitarowo-organowe. Ale może myślę zbyt mocno w kategoriach hardrockowych, a to przecież płyta, która z klasycznym, ognistym hard rockiem nie ma wiele wspólnego, poza użytym instrumentarium.

Chyba jedyną rzeczą, która nieco przeszkadza mi na tym krążku, jest pewna przewidywalność. Większość kompozycji płynie według zbliżonego schematu – niezwykle spokojne, „senne” rozpoczęcie, mozolne budowanie klimatu i długie rozwinięcie, a następnie coraz większa intensywność bliżej końca utworu. Ale to chyba jedyny poważniejszy minus tego albumu. Rothery gra wybornie, sławni goście bardzo przyjemnie zaznaczają swoją obecność, zaś zespół towarzyszący gitarzyście może nie powala nas technicznymi fajerwerkami ani zapierającymi dech w piersi partiami solowymi, ale zapewnia solidne „tło”. Nie przeszkadza też brak wokalu. Łatwiej skupić się na partiach instrumentalnych, a i miło usłyszeć Rothery’ego w takiej odsłonie. Nie ukrywam, że mój organizm toleruje wokale Steve’a Hogartha tylko w pewnych dawkach i mimo tego, że bardzo gościa szanuje i są takie nagrania „obecnego” Marillion, które bardzo cenię, a w niektórych przypadkach nawet uwielbiam, to jednak na dłuższą metę nie potrafiłem wgryźć się w „post-rybną” twórczość tej grupy. The Ghosts of Pripyat mój organizm toleruje za to z łatwością i jeśli mam być szczery, to będę do tej płyty wracał częściej niż do któregokolwiek z krążków zespołu na M z ostatniego ćwierćwiecza. To jest świetne wydawnictwo dla tych, którzy Rothery’ego mogliby słuchać bez końca, ale właśnie niekoniecznie w połączeniu z obecnym wokalistą jego macierzystego zespołu, co oczywiście zapewne nie przeszkodzi także wiernym fanom tej grupy zachwycać się tym albumem. W końcu ważniejsze od tego, czego (lub kogo) na nim nie ma, jest to, co i kto na nim jest. Jest Rothery, jego cudowna gitara i wyjątkowa zdolność do tworzenia i grania wspaniałych melodii. A to dużo… bardzo dużo.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

niedziela, 30 listopada 2014

Steven Wilson - Cover Version [2014]


Dziwna to płyta – niby składanka, ale tak nie do końca, połowa materiału to kompozycje oryginalne, połowa to covery, a do tego całość – mimo że po raz pierwszy wydana w takiej formie w tym roku – została nagrana kilka, a w niektórych przypadkach nawet kilkanaście lat temu. Wyjaśnię zatem – w latach 2003 – 2010 Steven Wilson wydał sześć singli zawierających po dwie kompozycje. Jedną z nich na każdej z płytek był oryginalny utwór Wilsona (z jednym wyjątkiem w postaci tradycyjnej pieśni angielskiej), drugą – cover. Przeróbek doczekały się numery w zdecydowanej większości znanych wykonawców, zatem otrzymaliśmy szansę zapoznania się z potraktowanymi po wilsonowemu kompozycjami Prince’a, The Cure, Abby czy Alanis Morissette. Latem tego roku Steven zebrał w końcu wszystkie 12 nagrań i umieścił na jednej płycie.

Biorąc pod uwagę czas powstania sześciu „oryginałów”, można by uznać Cover Version za pierwszą solową płytę Wilsona, gdyż nagrania te pochodzą jeszcze sprzed wydania oficjalnego solowego debiutu muzyka – albumu Insurgentes. Trzeba przyznać, że to trochę słychać. Raczej próżno tu szukać złożonych, wielowątkowych kompozycji znanych choćby z The Raven That Refused to Sing. To niezbyt długie numery utrzymane w spokojnym, wręcz melancholijnym klimacie. Mało w nich dynamiki czy porywających partii instrumentalnych. To taka typowo wilsonowa, jesienna muzyka, która ładnie brzmi, ale na dłuższą metę może być nieco męcząca. Dominuje brzmienie fortepianu (Please Come Home) czasami wspomaganego wyraźniej gitarą akustyczną (Moment I Lost), z krótkimi wejściami „elektryka”. Niby nie ma się specjalnie do czego przyczepić, ale przeciwnicy Wilsonowych smętów, którzy utożsamiają jego twórczość tylko z melancholijnym przynudzaniem, dostają tu do ręki broń całkiem sporego kalibru. Z tych sześciu utworów najciekawiej prezentuje się Four Trees Down, które ma intrygujący klimat i bardzo subtelny aranż. Większość pozostałych kompozycji cierpi niestety na dość duszny klimat, który w dużych dawkach jest ciężkostrawny.

Trochę inaczej ma się sprawa z coverami. Tu oczywiście też nie odnajdziemy efektownych solówek czy dynamicznych aranżów, ale Wilsonowi zdarza się odchodzić od czasu do czasu od brzmienia typowego dla jego własnych numerów z tej płyty, a poza tym te kompozycje łączy pewna cecha, która sprawia, że warto zwrócić na nie uwagę – ich oryginalni wykonawcy to artyści, którzy ze stylistyką prezentowaną zazwyczaj przez Stevena Wilsona nie mają wiele wspólnego. Wielki hit Alanis Morissette – Thank U – został „zwilsonowany” tak skutecznie, że dałbym sobie uciąć jakąś mało ważną (tak na wszelki wypadek…) część ciała, że to jego własny numer, gdybym nie kojarzył oryginału. Na szczęście nie powstał do tej wersji teledysk z nagim Wilsonem przemierzającym miasto… Idealny klimat na ciche, zimowe wieczory, kiedy nie ma się ochoty na nic zbyt „wybuchowego” (mowa cały czas o utworze, nie o nagim Wilsonie). Równie zaskakującym wyborem jest cover ostatniego nagrania grupy ABBA – The Day Before You Came. Linia wokalu została zachowana, dzięki czemu dość łatwo można poznać, że to faktycznie nagranie Szwedów (w końcu przez całą karierę powielali pewne wokalne motywy w swojej twórczości), ale już podkład instrumentalny w niczym nie przypomina synthpopowego oryginału z perkusją „z klawisza”. Tu perkusji nie ma wcale, zaś cały utwór zdominowany jest przez brzmienie gitary akustycznej. Najprzyjemniej jest jednak, gdy w tle na chwilę dołączają chórki. Bardzo ciekawie prezentuje się także A Forest – kompozycja The Cure, pierwszy singiel tej grupy, który dostał się na brytyjską listę przebojów. Dość toporna produkcja oryginału została zastąpiona fantastycznym, industrialno-ambientowym brzmieniem. Samplowana perkusja, ponure tło i dobiegający gdzieś z oddali głos Wilsona tworzą znakomity, bardzo tajemniczy klimat, a całość została pozbawiona surowości wersji pierwotnej, co wyszło temu numerowi zdecydowanie na dobre. Powiem więcej – gdyby The Cure byli w stanie tworzyć taki klimat w swoich kompozycjach, może byłbym w stanie słuchać czegoś więcej z ich dorobku niż tylko Burn. A Forest to zdecydowanie najbardziej intrygujący utwór na Cover Version i jedyny numer, który znacznie odbiega od akustyczno-fortepianowego klimatu reszty płyty. Wilsonowi udało się też znakomicie uchwycić kontrowersyjną i ponurą tematykę The Guitar Lesson autorstwa artysty ukrywającego się pod pseudonimem Momus. Ależ klimat! Końcówka Sign o’ the Times – wielkiego przeboju Artysty Poprzednio Znanego Jako Artysta Poprzednio Znany Jako Prince – przynosi w końcu nieco zwiększone natężenie dźwięku, ale całość niespecjalnie przekonuje. Może to po części wina dość monotonnego książęcego oryginału.

Album Cover Version ma kilka naprawdę dobrych momentów, do których warto wracać. Mam jednak wrażenie, że do całości wracał raczej nie będę. Niby o żadnej z kompozycji nie można powiedzieć, że jest słaba, ale ten album jest chyba zbyt przytłaczający i monotonny brzmieniowo, żeby słuchanie go od pierwszej do ostatniej sekundy sprawiało mi przyjemność. Na pewno znajdzie się sporo osób, którym ten nastrój będzie w takiej dawce odpowiadał, ja jednak chyba zostanę przy The Raven That Refused to Sing i będę oczekiwał na kolejny pełnoprawny krążek solowy bosego Stefana – Hand. Cannot. Erase. – który ma ukazać się w lutym przyszłego roku.


Steven przyjedzie do Polski w przyszłym roku na dwa koncerty. Zagra 7 i 8 kwietnia odpowiednio w Krakowie i w Łodzi. Koncerty organizuje Rock Serwis.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji