Nie miała w ostatnich latach szczęścia impreza o nazwie Summer Fog Festival, bo po pierwszej - bardzo udanej artystycznie, choć raczej mniej frekwencyjnie - edycji, kolejne jakoś nie mogły się odbyć. A to pandemia, a to główna gwiazda w ostatniej chwili odwoływała trasę... W końcu jednak się udało i to z przytupem, bo dwudniowa impreza w katowickim Spodku miała świetny line-up. Dla fanów muzyki progresywnej czy psychodelicznej Spodek stał się na te dwa dni niemal rajem na Ziemi i trzeba przyznać, że nazwa tego kultowego obiektu oraz jego kształt idealnie pasowały do wykonywanej tam muzyki, co zresztą podkreślali także sami wykonawcy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steve hackett. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą steve hackett. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 20 lipca 2023
Summer Fog Festival 2023 - Katowice [Spodek], 15-16 VII 2023 [galeria zdjęć]
Etykiety:
2023,
collage,
festiwal,
genesis,
gong,
iq,
katowice,
koncert,
live,
nick mason,
ork,
pink floyd,
riverside,
saucerful of secrets,
sbb,
spodek,
steve hackett,
steve hillage,
summer fog festival
niedziela, 20 marca 2022
Steve Hackett - Warszawa [Progresja], 17 III 2022 [galeria zdjęć]
Rok 2022 pod wieloma względami rozpieszcza nas tak samo jak poprzednie dwa - czyli wcale - ale akurat fani Genesis mają w pewnym sensie swoje święto. Trasę kontynuuje sam zespół (w składzie trzyosobowym+), tradycyjnie z programem największych przebojów z "rodziny" Genesis Europę objeżdża nasz własny Ray Wilson, a do tego kolejną wspominkową, genesisową trasę gra w końcu (po dwóch latach jej przekładania) Steve Hackett. Skład - jak to w przypadku grupy Hacketta - zacny: Nad Sylvan, Jonas Reingold, Craig Blundell, Roger King i Rob Townsend. Koncert podzielony był na dwa sety. Krótszy, który występ otwierał, to wybór kilku solowych nagrań Hacketta z różnych płyt. Po przerwie rozpoczął się set dłuższy i - śmiem twierdzić - ten, na który przede wszystkim czekali fani, czyli program z koncertówki Seconds Out grupy Genesis. To tuż po jej nagraniu, gdy album był miksowany, Hackett opuścił zespół. Jest to zatem w pewnym sensie zwieńczenie jego wspólnej drogi z tą formacją, nic więc dziwnego, że gitarzysta postanowił uhonorować ten album właśnie taką wspominkową trasą.
piątek, 12 maja 2017
Steve Hackett - The Night Siren [2017]
Steve Hackett to legenda muzyki
rockowej. Kto nie zna, w ogóle nie powinien się wypowiadać na temat muzyki
gitarowej. Genesis nie zmieniło się z tuzów prog rocka w pop-rockowy zespół masowo
produkujący przeboje radiowe wraz z odejściem Petera Gabriela, a wtedy, kiedy
ze składu zniknął właśnie Hackett. Próżno szukać w progresywnym światku
gitarzysty, który nie inspirowałby się tym, co 40-45 lat temu wyczyniał ten
facet. A jednak, choć płyty wczesnego Genesis w większości uwielbiam, do
solowej twórczości Steve’a od lat podchodzę jak pies do jeża. Może to kwestia
tego, że do nadrobienia jest po prostu zbyt wiele (to tak, jakby teraz nagle
ktoś postanowił obejrzeć wszystkie odcinki… no może nie Mody na sukces, ale przynajmniej Prawa i porządku – łącznie ze wszystkimi spin-offami), a może po
prostu z tych – przyznam nielicznych – solowych tworów Hacketta nic (może poza In Memoriam) nie zachwyciło mnie na
tyle, żebym koniecznie musiał po inne rzeczy sięgnąć. W każdym razie Hackett na
pewno nie próżnuje, bo nowe albumy ukazują się dość regularnie. Po przyjemnym
(choć, znowu, niezbyt mnie wciągającym, za to „ozdobionym” koszmarną okładką) Wolflight, które ujrzało światło dzienne
w 2015 roku, mamy już płytę kolejną – The
Night Siren, ponownie skomponowaną w większości przez trio Steve Hackett,
Jo Hackett (szacowna małżonka) i Roger King.
czwartek, 26 lutego 2015
Dave Kerzner - New World [2014 / 2015]
I bądź tu mądry. Ci, którym
zdarza się czytać teksty zamieszczane tu przeze mnie, lub zwyczajnie znają moje
poglądy dotyczące różnych aspektów muzyki, wiedzą, że jestem zdecydowanym
zwolennikiem muzycznego uzewnętrzniania się w formie ograniczonej do 40-45
minut. Bądźmy szczerzy – zdecydowana większość z najlepszych płyt w historii
rocka powstała w czasach, gdy właśnie do takiej długości należało dążyć, bo
więcej muzyki zwyczajnie nie mieściło się na płycie winylowej. Płyty trwające
około godziny rzadko potrafią utrzymać przez cały czas moje całkowite
zainteresowanie, a już wypełnienie krążka „pod korek” niemal zawsze gwarantuje,
że w pewnym momencie po prostu znudzę się takim albumem. Tak jest w teorii. A
praktyka? Pod koniec 2014 roku Dave Kerzner, były klawiszowiec Sound of Contact
(grupy dowodzonej przez Simona Collinsa – z tych Collinsów), wydał płytę New World, która trwa 78 minut.
Wyzwanie! A co wy na to, jeśli powiem wam, że to był dopiero początek? Niedługo
później dzięki popularnemu ostatnio crowdfundingowi
(dla opornych językowo – lud robi ściepę na przykład na nagranie i wypuszczenie
płyty, a potem ma z tego jakieś określone wcześniej benefity, typu dodatkowe
gadżety, przedpremierowy dostęp do materiału czy podziękowania we wkładce do
albumu) ukazała się rozszerzona wersja New
World. Teraz to już nie 78 minut rozłożonych na 11 kompozycji, ale aż 142
minuty i 23 numery. Dave nie tylko dołożył sporo kawałków, dla których zabrakło
miejsca na pierwotnym wydaniu, ale także znacznie wydłużył część znanych już
utworów, dzięki czemu mamy teraz do czynienia z kompletnym obrazem tego, co od
samego początku chciał nam przekazać twórca płyty, a na co nie mógł sobie
pozwolić przy pierwszej próbie. Brzmi dość przytłaczająco i pewnie część osób
skutecznie zniechęci do przesłuchania, w końcu to ogromna dawka muzyki. To może
zachęcę was nieco inaczej. Na całej płycie bębni Nick D’Virgilio, znany między
innymi z grupy Spock’s Beard oraz z krążka Calling
All Stations zespołu Genesis, zaś gościnnie tu i tam pojawiają się między
innymi: Colin Edwin (Porcupine Tree), Billy Sherwood (Yes), Simon Phillips
(Toto, Judas Priest, The Who, Mike Oldfield i cała masa innych projektów),
Heather Findlay (Mostly Autumn), siostry Durga i Lorelei McBroom (wokalistki
współpracujące z Pink Floyd) i Keith Emerson (Emerson, Lake & Palmer, The
Nice). Aha, jest jeszcze jeden gość. Steve Hackett, znacie?
Nie ma co ukrywać – to jest płyta
wręcz wymarzona dla fanów Davida Gilmoura. Klimat późnych Floydów wisi w
powietrzu i przyjemnie łaskocze. Co jednak ciekawe, to nie obecność
wspomnianych sióstr McBroom sprawia, że można go łatwo wyczuć. Owszem, chórki w
kilku numerach zdecydowanie muszą się kojarzyć dość jednoznacznie, ale tu
przede wszystkim chodzi o głos samego Kerznera. On po prostu śpiewa bardzo
podobnie do Gilmoura. Ale nazwanie New
World podróbką Pink Floyd byłoby wielkim błędem i niesprawiedliwością wobec
głównego autora tej płyty. Ten krążek jest oczywiście hołdem dla gigantów
szeroko pojętej muzyki progresywnej, bo i sporo tu ze starego Genesis, i trochę
nawet z Electric Light Orchestra, ale New
World to przede wszystkim olbrzymi i bardzo sprawnie przemyślany i wykonany
projekt, który przynajmniej kilka razy absolutnie zachwyca rozwiązaniami
muzycznymi. Przyznam, że nie zawsze słucham tego albumu w całości. Te niemal
dwie i pół godziny to gigantyczna dawka materiału i czasami po prostu nie mam
na nią ochoty. Ale są rozwiązania zastępcze, w końcu kompozycja Stranded, która otwiera (części 1 – 5) i
zamyka (części 6 – 10 ukryte pod głównym tytułem Redemption), trwa w sumie 33 minuty. Niektóre z opisywanych przeze
mnie płyt długogrających nie trwały wcale dłużej. Do tego – mimo tak
nieprzystępnej długości – całość względnie szybko zostaje w głowie i nie ma się
wrażenia, że to wszystko jest przeciągane na siłę. Są i spokojne, klimatyczne
momenty, jest i spore przyspieszenie i olbrzymia dawka dynamiki w części
zamykającej płytę. No i do tego ten najsławniejszy gość – to właśnie w tej
rozbitej na dwie ścieżki kompozycji pojawia się Steve Hackett. Nie słyszymy go
w całym utworze, a zaledwie w kilku jego częściach, ale jak zawsze, gdy tylko
się pojawia, wydaje się, jakby całość osiągała muzyczne wyżyny. Jednak
znakomity klimat tej kompozycji to także olbrzymia zasługa samego kompozytora i
obsługiwanych przez niego instrumentów klawiszowych. Myślę, że dużo bardziej
znani od Kerznera znakomici muzycy z grupy Transatlantic mogliby posłuchać tego
numeru, wyciągnąć pewne wnioski i sporo się nauczyć w temacie tworzenia
niezwykle długich numerów, które nie męczą i nie wpadają w banał.
Dave nie odchodzi do końca od
swojej przeszłości w Sound of Contact. Niezwykle chwytliwa kompozycja The Lie brzmi, jakby była zaginionym numerem
z sesji do płyty Dimensionaut i
wyraźnie pokazuje, jak ważnym ogniwem w SoC by Kerzner. Z kolei Nothing to dynamiczna, gęsta
aranżacyjnie kompozycja w stylu E.L.O. W takich nieco żywszych klimatach
Kerzner także czuje się znakomicie. To zresztą nie jedyny moment, kiedy do
głowy przychodzi mi porównanie do grupy Jeffa Lynne’a, bo i utwór tytułowy jest
utrzymany do pewnego stopnia w klimacie jego sławnej kapeli. Ukłony w stronę rodziny
genesisowej słychać w takich numerach jak The
Secret czy Crossing of Fates (te
klawisze!). I trzeba powiedzieć, że to raczej nawiązania do Genesis z lat 70.,
w dodatku bardzo udane, mimo że nie gra w nich mistrz Hackett. Under Control to też jakby podobne
rejony, choć tu bardziej doszukiwałbym się ukłonu w stronę solowej twórczości
Petera Gabriela. Jednak według mnie znakomita robota na tym albumie jest także
udziałem numerów, które z pozoru zupełnie nie pasują do reszty. Często są to
jakieś krótkie przerywniki, łączniki pomiędzy dłuższymi formami, prezentujące
zupełnie inne rejony muzyczne. Tak jest choćby w instrumentalnej kompozycji Theta, zaskakującej orientalnym klimatem
tworzonym w dużej mierze dzięki wykorzystaniu tabli – hinduskiego instrumentu
perkusyjnego. Takim odejściem od klimatu dominującego na płycie jest też wspomniane
Under Control, które porzuca
dźwiękowe pejzaże i pięknie snujące się melodie na rzecz dynamiki i nieco
mechanicznego klimatu. Niewątpliwie zaletą tego krążka jest także to, że mimo
przenikania się niektórych utworów i ciągłości pewnego muzycznego klimatu,
utwory różnią się dynamiką i intensywnością brzmienia. Into the Sun, w którym Kerzner i Findlay dzielą się obowiązkami
wokalnymi, niesamowicie buja, ale też pozwala odpłynąć przy odsłuchu, dzięki
fantastycznej lekkości brzmienia. Jeszcze spokojniej, niezwykle oszczędnie i
niemal piosenkowo jest w kompozycji The
Secret. Piękne wstawki gitary Fernanda Perdomo (tak, jego też trzeba
docenić, choć oczywiście siłą rzeczy musi być nieco w cieniu gościnnego udziału
Hacketta na tym albumie) znakomicie uzupełniają klawisze Kerznera. Dynamiczniej
jest z kolei choćby w porywającym dziewięciominutowym Premonition Suite, które absolutnie powala fantastyczną partią
gitary i kosmiczną solówką klawiszową, a także we wspomnianym już Nothing, którego nie powstydziłby się
Jeff Lynne.
New World to niewątpliwie olbrzymie wyzwanie dla słuchacza. To
płyta z potężną dawką dobrych melodii, dzięki czemu nawet długich kompozycji
słucha się z wielką przyjemnością. Ale nie da się ukryć, że 142 minuty to
dawka, która może być dla wielu osób nie do strawienia. Ja sam, tak jak
wspominałem, nie zawsze czuję się na siłach, żeby słuchać całości przy jednym
podejściu. Ale odrzucenie tego albumu tylko ze względu na długość byłoby
fatalną pomyłką. Te utwory po prostu zasługują na to, by usłyszała je jak
największa rzesza słuchaczy. Nawet jeśli nie wszystkie naraz. Wybierzcie sobie
swój własny tryb przesłuchiwania New
World, dopasujcie go do swoich zdolności koncentracji, w ostateczności po
prostu wyselekcjonujcie sobie z tego ogromu materiału to, co odpowiada wam
najbardziej. Wszystko jedno jak postanowicie to zrobić – ale dajcie się
oczarować muzyce zawartej na New World.
Można powiedzieć, że większość z tego już gdzieś słyszeliśmy, porównań do Pink
Floyd, Genesis, E.L.O. czy nawet momentami do twórczości Stevena Wilsona nie da
się raczej uniknąć, ale zamiast analizować, w jakim stopniu ten krążek był
inspirowany dokonaniami konkretnych artystów, lepiej po prostu posłuchać i
cieszyć się tymi cudownymi dźwiękami. Tym bardziej, że – skoro już jesteśmy
przy nazwie Pink Floyd – Dave Kerzner, podobnie jak Bjørn Riis, nagrał w
zeszłym roku płytę dużo ciekawszą niż wspomniana legenda. To jeden z
najlepszych zeszłorocznych albumów i – choć już został zauważony przez wiele
portali zajmujących się muzyką progresywną – mam wrażenie, że z czasem będzie
tę płytę odkrywało, dostrzegało i doceniało coraz więcej osób.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
poniedziałek, 2 lutego 2015
Steve Rothery - The Ghosts of Pripyat [2014]
Rozsiądź się wygodnie w fotelu,
włącz przycisk „play” (uwaga, jeśli nie masz pilota, należy
najpierw wcisnąć „play”, bo inaczej rozsiadanie się jest zupełnie bez sensu) i
delektuj się. Masz na to niemal godzinę. Kolejne 55 minut upłynie ci pod
znakiem fantastycznych doznań słuchowych i pięknego brzmienia gitary. Płyty
solowe znanych gitarzystów niosą ze sobą pewne ryzyko, zwłaszcza jeśli są to
albumy instrumentalne. Często niby wszystko jest ładne i przyjemne, ale brakuje
emocji, a w zamian dostajemy jedną wielką popisówkę. Nie w tym przypadku! Steve
Rothery, gitarzysta Marillion, w końcu wydał swoją pierwszą prawdziwą studyjną
płytę solową i chyba należy uznać, że zwlekanie z tym krokiem mogło być niezłym
pomysłem. Wydał, kiedy uznał, że ma coś, co warto przedstawić światu. Miał
rację. Uwagę zwraca już okładka. Właściwie to wygląda jakoś tak… znajomo. Jak
typowe polskie blokowisko straszące wielką płytą, starymi huśtawkami na
obskurnych placach zabaw i koszmarnymi betonowymi sklepami z „typową panią
Grażynką”, która niezmiennie w tym samym plastikowym czepku na głowie sprzedaje
od 40 lat wędlinę i „chlebuś”. Tylko ludzi na ulicach jakby brak. To Prypeć –
miasto-widmo, ewakuowane w całości po awarii elektrowni w Czarnobylu i od
tamtej pory całkowicie opuszczone. Prawdziwe miasto duchów. To smutny, wręcz przerażający widok. W
pewnym sensie ten smutek i melancholia obecne są także w muzyce zawartej na The Ghosts of Pripyat.
Na album składa się siedem
instrumentalnych numerów, w których oczywiście dominuje brzmienie gitary, ale
na pewno nie jest to płyta „popisowa”. O tym, że Rothery potrafi wyczarować
nieziemsko piękne melodie za pomocą swojego instrumentu, wie chyba każdy fan
rocka z jakimkolwiek słuchem muzycznym i odrobiną gustu. Marillion można lubić
lub nie (aczkolwiek lepiej lubić…), ale geniuszu Rothery’emu odmówić się nie
da. Gdyby nie on, pewnie nie byłoby Riverside, nie byłoby Collage, nie byłoby w
końcu zapewne Porcupine Tree, którego lider – Steven Wilson – pojawia się w
kompozycji Old Man of the Sea i gra
absolutnie cudowną partię gitary. Zresztą cały numer zachwyca bardzo
oszczędnym klimatem, znakomicie rosnącą intensywnością brzmienia oraz świetnymi
wstawkami basu Yatima Halimiego i klasycznym progrockowym współbrzmieniem
gitary i klawiszy. Niemal 12 minut absolutnie fantastycznych doznań słuchowych.
To numer, który pokocha każdy fan niezwykle popularnej w Polsce w
środowisku fanów muzyki progresywnej grupy Airbag, bo nie da się ukryć,
że gitarzysta norweskiej formacji Bjørn Riis – o którego solowej płycie także niedawno pisałem – prezentuje podobny styl gry i porusza się po zbliżonych rejonach na mapie muzycznych emocji. Pisałem o tych, których nie byłoby, gdyby nie Rothery. Rothery’ego pewnie nie
byłoby, gdyby nie Steve Hackett – legendarny gitarzysta klasycznego składu
Genesis. I on także pojawia się na The
Ghosts of Pripyat, ozdabiając brzmieniem swojej gitary wspomniane już Old Man of the Sea, ale także
otwierający krążek numer Morpheus –
błyskawicznie upływające osiem minut wypełnione wspaniałymi „dźwięzażami” (w
tym miejscu ujawniają się moje słowotwórcze zapędy). O takim utworze marzyłem
przy okazji wydania pewnej zeszłorocznej płyty z bezkresną rzeką w tytule… Można
się domyślać, że gościnny udział mistrza Hacketta był dla Rothery’ego źródłem olbrzymiej
radości. Aż chciałoby się, żeby panowie nagrali razem całą płytę, ale nie wiem,
czy ktokolwiek zniósłby tyle gitarowego piękna przez dłuższy czas. Może lepiej
pozostać przy takich pojedynczych smaczkach.
Podobają mi się przyjemne orientalizmy w Kendris, które w
połączeniu z nieco „plemiennym” motywem perkusyjnym i pewną lekkością czy nawet
skocznością tego numeru, tworzą bardzo ciepły, niemal radosny klimat, co jest
miłym urozmaiceniem na tej dość spokojnej i melancholijnej płycie. White Pass oferuje w pierwszej części
dźwięki lekko knopflerowskie, zahacza o klimaty amerykańskich bezdroży i
niemal można wyobrazić sobie historię opowiadaną tu bez słów. Zaskoczeniem jest
druga część tego utworu, która przynosi powtarzający się motyw gitarowy i
trochę mocniejsze brzmienie. To jedna z tych kompozycji, które hipnotyzują
powracającymi motywami i wciągają coraz intensywniejszymi dźwiękami. Wspomniana
druga część to także jeden z niewielu momentów, kiedy robi się nieco głośniej i
mocniej, choć warto zauważyć, że w większości kompozycji przez dłuższą lub
krótszą chwilę muzycy serwują nam zintensyfikowane doznania dźwiękowe. Tak jest
na przykład w Yesterday’s Hero, które
przez większość czasu koi delikatną melodią, ale w drugiej części nabiera
intensywności, łącząc floydowe melodie z motywem gitarowym, który brzmi
niezwykle… „szkocko”. Bardzo ciekawe jest Summer’s
End, które rozpoczyna się niezwykle delikatnie i niemal sielsko, lecz w
drugiej części nabiera rozpędu, a zamiast delikatnych muśnięć strun, słyszymy
ognistą partię „elektryka” i znakomicie uzupełniające gitarę, wycofane nieco w
miksie organy. Aż trochę szkoda, że nie zaproszono ich na moment na pierwszy
plan. Podobnie zresztą jak w zamykającym krążek utworze tytułowym, który aż
prosi się o dalsze rozwinięcie gitarowo-organowe. Ale może myślę zbyt mocno w
kategoriach hardrockowych, a to przecież płyta, która z klasycznym, ognistym hard
rockiem nie ma wiele wspólnego, poza użytym instrumentarium.
Chyba jedyną rzeczą, która nieco
przeszkadza mi na tym krążku, jest pewna przewidywalność. Większość kompozycji
płynie według zbliżonego schematu – niezwykle spokojne, „senne” rozpoczęcie,
mozolne budowanie klimatu i długie rozwinięcie, a następnie coraz większa
intensywność bliżej końca utworu. Ale to chyba jedyny poważniejszy minus tego
albumu. Rothery gra wybornie, sławni goście bardzo przyjemnie zaznaczają swoją
obecność, zaś zespół towarzyszący gitarzyście może nie powala nas technicznymi
fajerwerkami ani zapierającymi dech w piersi partiami solowymi, ale zapewnia
solidne „tło”. Nie przeszkadza też brak wokalu. Łatwiej skupić się na partiach
instrumentalnych, a i miło usłyszeć Rothery’ego w takiej odsłonie. Nie ukrywam,
że mój organizm toleruje wokale Steve’a Hogartha tylko w pewnych dawkach i mimo
tego, że bardzo gościa szanuje i są takie nagrania „obecnego” Marillion, które
bardzo cenię, a w niektórych przypadkach nawet uwielbiam, to jednak na dłuższą
metę nie potrafiłem wgryźć się w „post-rybną” twórczość tej grupy. The Ghosts of Pripyat mój organizm
toleruje za to z łatwością i jeśli mam być szczery, to będę do tej płyty wracał
częściej niż do któregokolwiek z krążków zespołu na M z ostatniego
ćwierćwiecza. To jest świetne wydawnictwo dla tych, którzy Rothery’ego mogliby
słuchać bez końca, ale właśnie niekoniecznie w połączeniu z obecnym wokalistą
jego macierzystego zespołu, co oczywiście zapewne nie przeszkodzi także wiernym
fanom tej grupy zachwycać się tym albumem. W końcu ważniejsze od tego, czego
(lub kogo) na nim nie ma, jest to, co i kto na nim jest. Jest Rothery, jego
cudowna gitara i wyjątkowa zdolność do tworzenia i grania wspaniałych melodii.
A to dużo… bardzo dużo.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
Subskrybuj:
Posty (Atom)


