Kiedy płyta już w chwili wydania
jest reklamowana przez wytwórnię jako „rockowy album roku”, to trzeba patrzeć
na to z przymrużeniem oka. Przymrużyć rzeczone oko należy jeszcze mocniej,
jeśli dotyczy to zespołu, który na scenie jest od 50 lat, a wspomniany album
jest dwudziestym w jego dorobku. Ile znacie formacji, które nagrywają płytę na
poziomie „albumu roku” po 50 latach istnienia? No, to mniej więcej tyle co i
ja… No ale zostawmy na bok sztuczki marketingowe. Deep Purple tym razem nie
kazali czekać na kolejny studyjny krążek dziewięciu lat. Miło z ich strony, bo
moglibyśmy się go nie doczekać. Panowie jak nikt inny zasłużyli się muzyce
hardrockowej i mogliby sobie siedzieć w kapciach i szlafrokach przy swoich
przydomowych basenach, ale jednak dalej chce im się jeździć w trasy i nagrywać
nową muzykę (co do tego drugiego, to jeszcze kilka lat temu zdania w obozie
zespołu były mocno podzielone). Jak długo będzie im się jeszcze chciało? Tego
nie wiadomo. Pewnie niezbyt długo, o czym świadczyć może nie tylko nazwa
rozpoczynającej się niedługo trasy – „The Long Goodbye Tour” – lecz także tytuł
świeżego wydawnictwa, InFinite. Ale
oni (w różnych składach) swoje już zrobili, więc mogą podchodzić do tego
wszystkiego bez większego ciśnienia, jako i ja podchodzę do ich najnowszego
krążka.
