Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 stycznia 2023

Uzupełnianie zaległości 2022 - część 1

Zgodnie z moimi zapowiedziami w ostatnich latach blog „zwolnił”. Nie mam już ani czasu, ani determinacji, by pisać o ponad stu nowych płytach rocznie. Staram się jednak zawsze, by choć te albumy, które trafiły do czołówki moich ulubionych 20 czy 30 albumów roku, zostały w komplecie opisane. W tym roku się to nie udało. Wciąż jest kilkanaście płyt, o których wypadałoby wspomnieć, a przecież już pojawiają się nowości z roku 2023 – jedna z nich zresztą doczekała się już własnego tekstu. Pomyślałem zatem, że najlepszym i w sumie jedynym realnym rozwiązaniem będzie stworzenie większego wpisu z krótkimi wzmiankami o pozostałych, nieopisanych jeszcze płytach, które bardzo mi się w zeszłym roku spodobały. Szybko okazało się także, że to byłby cholernie długi wpis… Podzieliłem więc ten tekst na trzy (przynajmniej na tę chwilę) części. Oto pierwsza z nich. Kolejność w obrębie danej części alfabetyczna.

poniedziałek, 22 marca 2021

Komatsu - Rose of Jericho [2021]

Eindhoven do tej pory kojarzyło mi się głównie ze sławnym klubem piłkarskim oraz z firmą Philips, która jest w tym mieście obecna w zasadzie na każdym kroku. Od teraz będę to miasto kojarzył także z zespołem Komatsu, który poznałem dzięki nowej, czwartej płycie formacji, zatytułowanej Rose of Jericho. Nie miałem wcześniej okazji natknąć się na muzykę grupy, choć w powiązanych osobowo zespołach znalazłem jeden czy dwa, które już słyszałem (jeden z nich nawet pojawił się dawno temu na tym blogu). Mieli zresztą okazję koncertować z paroma sporymi nazwami/nazwiskami, jak choćby John Garcia z grupy Kyuss, a ich kumplem (zaśpiewał także z nimi na jednej z poprzednich płyt) jest kolejny muzyk związany m.in. z Kyuss, Nick Oliveri – gość, którego fanom stoner/desert rocka przedstawiać nie trzeba. To jednak ma drugorzędne znaczenie. Najważniejsze jest to, że uwagę przyciąga sama muzyka, a ta może nie od razu, ale stopniowo coraz bardziej mnie do siebie przekonywała.

wtorek, 26 czerwca 2018

The Sledge - On the Verge of Nothing [2018]


Rockowe granie z Danii biorę w ostatnich latach niemal w ciemno, bez względu na to, czy jest to coś mrocznego i klimatycznego jak Grusom, czy może bardziej psychodelicznego jak Syreregn, albo kosmicznego jak Mythic Sunship. Niemal każdy strzał jest celny. Dlatego do pierwszej dużej płyty formacji The Sledge – grupy debiutującej płytowo pod tą nazwą, ale działającej i wydającej już wcześniej pod innym szyldem, nie zaś z nowicjuszy – podszedłem ze sporą dawką zaufania i nadziei. I miło mi poinformować, że On the Verge of Nothing nie rozczarowuje.

niedziela, 27 listopada 2016

Giraffe Tongue Orchestra - Broken Lines [2016]



Supergrupy mają to do siebie, że często wywołują dużo większe zamieszanie samym swoim istnieniem niż graną przez siebie muzyką. W dodatku najczęściej dość szybko się rozpadają, czasem zresztą od samego początku mają być projektami chwilowymi. Nie wiadomo jeszcze jaka (i czy w ogóle jakaś) przyszłość czeka grupę o dziwnej nazwie Giraffe Tongue Orchestra. Nie wiem nawet czy termin „supergrupa” jest tu do końca uzasadniony, bo z jednej strony w skład zespołu nie wchodzą wielkie gwiazdy rocka, ale niewątpliwie są to nazwiska rozpoznawalne, na co dzień udzielające się w grupach dość (lub bardzo) popularnych. Wolę jednak traktować ten projekt jako zespół gości, którzy postanowili razem ponagrywać, a nie supergrupę, po której należałoby się spodziewać czegoś wyjątkowego. No to wyjaśnijmy jeszcze kto pojawia się na pierwszym albumie Giraffe Tongue Orchestra zatytułowanym Broken Lines: wokalista William DuVall (czyli następca Layne’a Staleya w Alice in Chains), gitarzyści Brent Hinds (Mastodon) i Ben Weinman (The Dillinger Escape Plan), perkusista Thomas Pridgen (The Mars Volta) i basista Peter Griffin (Dethklok i Zappa Plays Zappa).

piątek, 18 listopada 2016

Life of Agony [support: Pyogenesis] - Warszawa [Progresja], 16 XI 2016 [galeria zdjęć]

To był wieczór naładowany rockową energią w warszawskiej Progresji. Było mocno, intensywnie i... zaskakująco krótko. Przybywającą powoli do klubu (w przyzwoitej liczbie) publiczność rozgrzała niemiecka ekipa (z angielskim wspomaganiem) Pyogenesis, która w zeszłym roku wydała pierwszy od kilkunastu lat album studyjny, a teraz wpadła do nas w odmienionym składzie. Life of Agony jakiś czas temu zarzekali się, że więcej nowej muzyki nagranej przez ten zespół nie usłyszymy. Ale wrócili jakiś czas temu po raz kolejny (oni z kolei w najbardziej znanym składzie) i zmienili zdanie, bo za kilka miesięcy mamy poznać nowy, pierwszy od 11 lat krążek grupy, A Place Where There's No More Pain. W trakcie warszawskiego koncertu zespół zagrał jeden nowy numer, ale zdecydowaną większość setu stanowiły utwory z wydanej w 1993 roku płyty River Runs Red. Grupa dowodzona przez Minę Caputo zagrała z kopem, bardzo treściwie, choć... niezwykle krótko. 65 minut to licho jak na główną gwiazdę koncertu. Pozostał więc niedosyt, choć intensywność występu częściowo zrekompensowała krótki set.

Podziękowania dla klubu Progresja za zaproszenie.

Life of Agony

środa, 6 stycznia 2016

Fuel Eater - Centralia [2015]

Grecki rynek muzyczny nie jest zbyt dobrze znany przeciętnemu polskiemu słuchaczowi rocka. Ba, jest pewnie także zagadką dla słuchacza nieprzeciętnego. Powiedzmy to sobie szczerze – rzadko zaglądamy w tamte rejony w poszukiwaniu nowych grup, które byłyby w stanie nas zachwycić. I może szkoda, bo jeśli debiut Fuel Eater ma być jakąkolwiek wskazówką dotyczącą jakości greckiej sceny rockowej, to chyba jednak warto trochę „pogrzebać” w nagraniach z południowego krańca Europy. Już po okładce płyty Centralia można domyślać się, że będzie to muzyka ciężka i dość ponura – i tak w istocie jest. Fuel Eater to propozycja dla tych, którzy lubią jak jest głośno, ciężko i dynamicznie.

niedziela, 12 października 2014

Behemoth - The Satanist [2014]


Ten tekst to chyba największe wyzwanie w mojej dotychczasowej „karierze” muzykoopisywacza. Jestem przede wszystkim fanem muzyki rockowej, lubię kombinację brzmienia Les Paula i Hammonda, ładne melodie, soczyste solówki, dobre mocne rockowe wokale. Nie znoszę growlu, ujadających gitar, ani przesadnej dźwiękowej agresji. Moja muzyczna tolerancja, jeśli chodzi o ciężar, właściwie kończy się na Slayerze i z zasady nie biorę się za opisywanie płyt z gatunków, które leżą poza obszarem moich muzycznych zainteresowań. To po co pcham się z własnej nieprzymuszonej woli do pisania o nowej płycie grupy Behemoth? Bo czasami w szeroko pojętej muzyce ciężkiej pojawiają się krążki, o których jest tak głośno, że nie sposób je zignorować. A może też dlatego, że jest to pierwszy album Behemoth, który byłem w stanie przesłuchać w całości i… nawet czerpać z tego jakąś przyjemność.

Nie, Behemoth nie podążył za popularnym w ostatnich latach wśród zespołów metalowych trendem i nie nagrał płyty rockowej. Może nawet szkoda, to mogłoby być ciekawe. Ale wtedy poświęcenie tej płycie niniejszego tekstu nie byłoby żadną niespodzianką. Bez ściemniania – do sięgnięcia po ten krążek skłonił mnie przede wszystkim gościnny występ w dwóch kompozycjach Michała Łapaja – klawiszowca Riverside. Pomyślałem – a może organy Hammonda doskonale sprawdzą się w połączeniu z brutalną mocą muzyki grupy Behemoth? Zaciekawiony przesłuchałem wspomniane dwa utwory – tytułowy oraz O Father O Satan O Sun! – i, zwłaszcza w przypadku The Satanist, zostałem zmieciony mocą materiału w połączeniu z olbrzymią jak na ten gatunek melodyjnością. Owszem, ostatnia minuta numeru tytułowego to perkusyjna młócka, ale wcześniej mamy ponad cztery minuty naprawdę wytrawnego metalowego grania opartego na dobrej melodii. Właściwie gdyby podmienić wokale na coś bardziej tradycyjnego w brzmieniu, to byłby z tego numeru dobry rockowy kawałek. To zachęciło mnie do odsłuchu reszty.

Przyznaję – są momenty, kiedy tego wszystkiego jest dla mnie za dużo. Brakuje mi nieco „powietrza” w brzmieniu, dźwięki rozwiercają mi czaszkę, a wrzaski i szybki perkusyjny oklep nie pozwalają skupić się na kompozycjach. Tak jest na przykład w Furor Divinus czy w Amen, które są tak daleko poza obszarem moich muzycznych zainteresowań, że na moją miłość liczyć nie mogą. Ale to tylko momenty i jest ich znacznie mniej, niż mógłbym się spodziewać. Nie sposób odmówić znakomitego klimatu drugiej części Ora Pro Nobis Lucifer, która sunie powoli niczym walec, ale jednocześnie brzmi soczyście i nawet taki przeciwnik metalowego hałasu jak ja przyzna, że to wszystko ma sens, jest logicznie poukładane i – tak po prostu – dobrze to brzmi. Znakomite wrażenie robi też kompozycja Ben Sahar. Jest ciężar, fantastyczne gęste brzmienie i podniosłe tło, ale muzycy wiedzą też, kiedy trzeba nieco zwolnić, odjąć gitarowego mięcha i dać słuchaczowi pooddychać. Na swój sposób ten numer jest nawet chwytliwy – oczywiście w kategoriach tego typu muzyki. W drugiej minucie In the Absence ov Light robi się na chwilę nawet całkiem spokojnie, gdy Nergal recytuje fragment Ślubu Gombrowicza, a za podkład służy mu tylko delikatny motyw gitarowy. I choć chwilę później metalowy łomot atakuje ze zdwojoną siłą, czuję, że wszystko to wciąż ma „ręce i nogi”, a może nawet rogi.

The Satanist to 44 minuty całkowicie profesjonalnej roboty. Nic dziwnego, że ten krążek zebrał entuzjastyczne recenzje w prasie muzycznej na całym świecie. To płyta, która może zainteresować nie tylko metalowych ortodoksów żądnych muzycznego zniszczenia. Oczywiście są tu utwory, które fanów czystych wokali i pięknie płynących solówek przyprawią o nagłe ataki duszności, ale The Satanist zawiera na tyle dużo interesujących muzycznie fragmentów, że warto podejść do tej płyty z otwartą głową. Jeśli kilka numerów spodobało się nawet mnie – gościowi, który ma alergię na metalową rzeźnię, a ponad wszystko kocha dobrego hard rocka lat 70. – to znaczy, że każdy fan nieco cięższych brzmień może tu znaleźć mniej lub więcej dla siebie.