Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psych rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psych rock. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 sierpnia 2022

Birth - Born [2022]

Kalifornijska formacja Astra wypuściła w 2009 i 2012 roku dwa albumy, które z miejsca sprawiły, że znalazła się w gronie najciekawszych współczesnych formacji amerykańskiej sceny psychodeliczno-progresywnej. Ich muzyka w cudowny sposób przywoływała ducha muzyki przełomu lat 60. i 70., ale bez topornego muzycznego kalkowania. Długimi latami fani czekali na trzeci album. Raz tracili nadzieję, innym razem znów ją odzyskiwali. Co jakiś czas pojawiały się głosy, że może ciąg dalszy jednak nastąpi. I w pewnym sensie nastąpił, choć już w nieco innym składzie i pod innym szyldem. Na zgliszczach Astry powstała formacja Birth. Tworzą ją dwaj muzycy Astry – Conor Riley (klawisze, gitara akustyczna, wokal) i Brian Ellis (gitara prowadząca, klawisze) oraz Trevor Mast (bas), członek m.in. grupy Joy. Na perkusji na pierwszym albumie Birth zagrał gościnnie ostatni bębniarz Astry, Paul Marrone (także członek znakomitej formacji Radio Moscow). Panowie zresztą w różnych konfiguracjach spotykali się wcześniej nie tylko w grupie Astra, lecz także w formacji Psicomagia (wszyscy poza Rileyem).

czwartek, 21 grudnia 2017

Toads of the Short Forest - Mindmower [2017]



Szwedzka formacja Toads of the Short Forest debiutuje w tym roku albumem, który zwraca uwagę już swoją kapitalną okładką, utrzymaną w klimatach psychodelii przełomu lat 60. i 70. Po pierwszych odsłuchach staje się jasne, że taki wybór absolutnie nie był przypadkowy, bo i muzyka zawarta na płycie jest hołdem dla pop-rockowej psychodelii tamtych czasów. Nazwa zespołu została zaczerpnięta z jednego z utworów Franka Zappy. Czy ma to jakikolwiek wpływ na muzykę szwedzkiej grupy? Raczej nie, choć Zappę znam – wstyd się przyznać – mocno pobieżnie, ale jest cholernie melodyjnie, cholernie psychodelicznie i cholernie w klimacie epoki, w którą panowie celują.

czwartek, 8 czerwca 2017

The Sonic Dawn - Into the Long Night [2017]



The Sonic Dawn to młoda duńska formacja, która pod tą nazwą zadebiutowała w 2015 roku krążkiem Perception. Po kilkunastu miesiącach ukazuje się drugi album w dorobku formacji i z całą pewnością mogę oświadczyć, że wyrasta nam kolejny ciekawy skandynawski zespół. Trio z Kopenhagi kapitalnie czuje się w klimatach wczesnej psychodelii, serwując słuchaczom muzykę, w której znajdziemy fantastyczne rytmy, świetne, nieco senne wokale, porywające partie gitar oraz – jak to często w muzyce retro-psychodelicznej – przyjemne brzmienia sitaru. Z nie zawsze przyjaznej pogodowo Danii panowie przenoszą nas z niezwykłą łatwością do londyńskiego klubu UFO bądź na plażę w kalifornijskim Venice.

czwartek, 30 czerwca 2016

Cambrian Explosion - The Moon [2016]



Cambrian Explosion to kwartet z Portland na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych. Trzy lata po wydaniu udanej debiutanckiej EP-ki The Sun, grupa powraca z kolejną EP-ką, tym razem zatytułowaną The Moon. Choć w zasadzie trudno ten „księżycowy album” nazwać EP-ką, wszak zawiera aż 35 minut muzyki, a to przecież wcale nie mniej, niż niektóre „duże” płyty. Poza tym extended plays zwłaszcza w przypadku młodych, niezbyt znanych zespołów – często kojarzą się z wydawnictwami, na których grupy te często jeszcze poszukują swojej drogi, zanim odważą się na pełnowymiarowy album. W tym przypadku jest zupełnie inaczej. Na The Moon słyszymy zespół, który doskonale wie, czego chce, a w dodatku wie równie dobrze, jak to osiągnąć. Jakby tego było mało, za teorią idzie praktyka. Mówiąc wprost – The Moon grupy Cambrian Explosion to jedna z ciekawszych tegorocznych muzycznych propozycji.

środa, 4 maja 2016

Monomyth - Exo [2016]



„Czemu ja ich wcześniej nie poznałem?”, mógłbym spytać w przypadku holenderskiej grupy Monomyth. „Boś głupi”, mogłaby brzmieć odpowiedź. Ze trzy razy wyparłem się… No dobra, nie idźmy w tę stronę. Ale fakt, że ze trzy różne osoby polecały mi w ostatnich tygodniach muzykę tej grupy, tyle że zawsze wyskakiwało coś nowego albo nie było czasu usiąść i w spokoju posłuchać tego, co grupa Monomyth ma do zaoferowania. Czas w końcu się znalazł i całe szczęście – bo do zaoferowania formacja z Hagi ma bardzo wiele.

środa, 16 marca 2016

Signal to Noise Ratio - Work in Progress [2016]

Polska chyba w końcu dogania zachód i północ Europy w pragnieniu powrotu do dźwięków, które królowały w muzyce dobrych 45 czy 50 lat temu. Do tego, że co chwila pojawiają się kolejne zagraniczne grupy, które śmiało wchodzą w klimaty rockowej psychodelii, już się przyzwyczailiśmy. Do niedawna podobny krok w wykonaniu muzyków z Polski był rzadkością, ale chyba w końcu mamy pewien trend w polskim muzycznym podziemiu (bo nie oszukujmy się – mainstream to wciąż w 95% niestrawne pseudomuzyczne gówno). W trend ten świetnie wpisuje się formacja Signal to Noise Ratio, która wydaje właśnie krążek Work in Progress. Jest to w zasadzie zbiór utworów, które powstawały przez kilka ostatnich lat z różnych okazji. Niektóre z myślą o konkursach, inne jako ścieżka dźwiękowa do filmu, jeszcze inne na płytę, która nigdy nie została ukończona. Można więc uznać, że Work in Progress to takie „the best of” tego młodego zespołu – zbiór najlepszych nagrań, nad którymi pracowała trójka muzyków tej formacji. Tym bardziej dziwi to, że to wszystko naprawdę „trzyma się kupy” i brzmi spójnie.

wtorek, 8 marca 2016

DeWolff - Roux-Ga-Roux [2016]



Przyznam, że do niedawna nazwa DeWolff nic mi nie mówiła. Tymczasem płyta Roux-Ga-Roux, która ukazała się 5 lutego, to już piąty album w dorobku holenderskiego tria i wygląda na to, że panowie zdążyli przekonać do siebie całkiem spore grono słuchaczy swoją ciekawą mieszanką brzmień blues-rockowych i psychodelicznych, a czasem i progresywnych. Połączenie dość niezwykłe i pewnie częściowo stąd także łatwo zwrócić na nich uwagę, no bo przyznacie, że blues raczej średnio kojarzy się z jakimkolwiek muzycznym progresem czy z kosmicznymi odlotami. Na nowym albumie zdecydowanie bliżej im do pierwszego ze wspomnianych gatunków, co zresztą niekoniecznie spodobało się niektórym wielbicielom ich wcześniejszych płyt. Ale to spore uproszczenie, bo Roux-Ga-Roux to wiele muzycznych odcieni. Holendrzy grają przebojowo, chwytliwie i bardzo melodyjnie. Czy coś w tym złego? Tylko jeśli nie przepada się za tymi cechami w muzyce.

czwartek, 25 lutego 2016

Mondo Drag - The Occultation of Light [2016]



Najlepszy sposób na brak zawodów w życiu to brak oczekiwań (ewentualnie brak wykształcenia, ale nie o takie zawody mi chodzi). Ale czasami się nie da, bo jeśli zespół nagrał tak kapitalną płytę jak wydany w zeszłym roku album Mondo Drag (o którym pisałem kilkanaście miesięcy temu), to nie da się po prostu nie mieć ogromnych oczekiwań w stosunku do kolejnych wydawnictw. Ale czasem zdarza się też tak, że ma miejsce mały muzyczny cud i coś, co nie miało prawa się wydarzyć – czyli na przykład nagranie przez nieznaną szerzej grupę drugiej kolejnej genialnej płyty – naprawdę się dzieje. Z wielką ulgą i radością donoszę, że cud taki miał miejsce w tym roku. The Occultation of Light ukazuje się jutro i już teraz mogę z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa stwierdzić, że będzie to jedna z moich ulubionych płyt 2016 roku.

środa, 3 lutego 2016

Simo - Let Love Show the Way [2016]



Niejaki J.D. Simo i dowodzone przez niego trio nazwane po prostu SIMO to dla mnie zupełna nowość. Według informacji, które można znaleźć w Internecie, gość jest młodszy ode mnie, pochodzi z Chicago i lubi grać na wiekowych modelach gibsonów i fenderów (jeden z gibsonów, na którym Simo gra na tym albumie należał do Duane’a Allmana i to na nim Allman nagrał w studiu nieśmiertelny riff utworu Layla). Drugi Bonamassa? I tak, i nie. Owszem, zamiłowanie do leciwych modeli sześciostrunowców oraz miłość do amerykańskiego bluesa a także młody wiek niewątpliwie łączą obu panów (choć w sumie Bonamassa to już znowu nie taki młokos), ale muzycznie obaj gitarzyści stoją jednak w dość bezpiecznej odległości od siebie, mimo że darzą się olbrzymią sympatią i grywali już ze sobą wielokrotnie. J.D. Simo i jego trio wydali właśnie swój drugi album Let Love Show the Way. Co zaskakujące, od pojawienia się debiutanckiej płyty minęły ponad cztery lata, co jest dość niecodzienne jak na startujący dopiero zespół. Ale jeśli panowie Simo (gitary, wokale), Elad Shapiro (bas) i Adam Abrashoff (perkusja) potrzebowali tyle czasu, by nagrać coś, z czego byliby zadowoleni, to nie ma co narzekać na tak długą przerwę, tylko cieszyć się, że przygotowali się do wydania drugiego krążka jak trzeba. Bo przygotowali się! Let Love Show the Way to pozycja obowiązkowa dla fanów amerykańskiego gitarowego grania.

wtorek, 26 stycznia 2016

Witchcraft - Nucleus [2016]



Nie przemęczają się specjalnie panowie z Witchcraft. Choć zespół wchodzi w 16. rok wspólnego grania działalności pod tym szyldem, w sklepach ukazuje się dopiero piąty jego krążek, w dodatku pierwszy od kapitalnego Legend, które wyszło przecież już niemal 4 lata temu. To właśnie Legend zwróciło na Szwedów moją uwagę, bo wydanie tamtego albumu zbiegło się mniej więcej w czasie z początkiem mojego zainteresowania klimatami stoner/doom rockowymi. Jednak wielu starszych stażem fanów Witchcraft narzekało wtedy, że zbyt mocno odeszli od właśnie takich stonerowych i doomowych początków i za bardzo zmierzają w kierunku tradycyjnego hard rocka. Opinie tej grupy fanów będą zapewne zgoła inne teraz, przy okazji premiery Nucleus, bo piąty krążek formacji ma muzycznie znacznie więcej wspólnego z pierwszymi albumami niż ze wspomnianym Legend.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

The Black Wizards - Lake of Fire [2015]



To miłe, że czasem (a nawet dość często) ktoś odwala za mnie najtrudniejszą robotę i wynajduje gdzieś zespoły, o których w żadnych dużych mediach muzycznych nigdy byśmy nie usłyszeli, a przynajmniej dopóki nie zdobędą wielkiej sławy – wtedy pisanie i mówienie o nich będzie modne i wręcz obowiązkowe. O portugalskiej grupie The Black Wizards usłyszałem po raz pierwszy w stacji rockserwis.fm (i, co logiczne, nie było to w mojej audycji…) i bardzo szybko okazało się, że choćby człowiek cały rok przekopywał Internet w poszukiwaniu świetnych, mało znanych zespołów, to i tak umknie mu sporo świetnego grania. Koedukacyjny kwartet (pani wokalistka/gitarzystka i druga pani – perkusistka, a oprócz nich panowie na gitarze i basie) wydał pod koniec listopada swoją pierwszą płytę zatytułowaną Lake of Fire i już po okładce można się było domyślać, że będzie klimatycznie i bardzo ciekawie.

sobota, 28 listopada 2015

Mammothwing - Morning Light [2015]

Czy to ptak? Samolot? Superman? Nie! To Mammothwing, którzy nadlatują z angielskiego Nottingham ze swoją pierwszą płytą Morning Light. Niech was nie zmyli pochodzenie muzyków. Tu nie będzie skocznych melodii folkowych rodem z historii o Robinie w kapturze. Będzie (zazwyczaj) ciężko jak cholera, głośno jak cholera i gęsto jak cholera. Trio składające się z braci Fisherów na gitarze i basie oraz perkusisty Keva Richardsona juniora łoi aż miło, ale – uwaga – w przeciwieństwie do wielu grup obracających się w klimatach doom rocka/metalu panowie z Mammothwing nie próbują wkręcić nas w ziemię tym samym riffem powtarzanym z coraz większą mocą przez kilkanaście minut. No, przynajmniej nie zawsze…

niedziela, 8 listopada 2015

Ampacity - Superluminal [2015]

Nie jest łatwo opisywać takie płyty jak Superluminal. Z wielu powodów. Przede wszystkim niełatwa jest sama muzyka. 45 minut dźwięków podzielonych na zaledwie pięć utworów – zwolennicy zwartych konstrukcji muzycznych już pewnie zgrzytają zębami. Do tego na płycie nie ma wokali, co jeszcze bardziej utrudnia wgryzienie się w te numery, jeśli ktoś woli bardziej tradycyjne formy. No i przede wszystkim jest to muzyka, która znakomicie sprawdza się na koncertach i w zasadzie właśnie występy na żywo są tym momentem, gdy zespół Ampacity może w pełni wykorzystać swoje walory i rozwinąć te i tak długie kompozycje w duchu prawdziwej spacerockowej psychodelii. A na płycie? Na płycie zawsze istnieje ryzyko, że grupie nie uda się oddać w studio tej scenicznej energii. Na szczęście czasami coś, co teoretycznie nie powinno się udać, sprawdza się bardzo dobrze. Płyta Superluminal jest właśnie takim przypadkiem.

czwartek, 5 listopada 2015

Europe / The Vintage Caravan [support: Coria] - Warszawa [Progresja], 3 XI 2015 [galeria zdjęć]

Ile sekund trzeba, żeby półtora tysiąca ludzi niemal podniosło dach sporego klubu muzycznego? Wystarczy kilka, jeśli są to sekundy, gdy na scenie pojawia się Europe. Ilu Islandczyków trzeba, by przygotować ten tłum na takie szaleństwo i zagrać jeden z najlepszych koncertów w roli supportu, jaki widział ten kraj w ostatnich latach? Tylko trzech, jeśli są nimi muzycy The Vintage Caravan. Wspólny występ szwedzko-norweskiej legendy rocka i młodzieży z odległej wyspy był niewątpliwie jednym z koncertowych wydarzeń tego roku, nawet jeśli nikt nie reklamował go w ten sposób. Nie musiał – muzyka obroniła się sama. The Vintage Caravan pokazali, że rockowi daleko do śmierci, bo są całe zastępy młodych kapel, które będą przynosić nam radość przez kolejnych kilkadziesiąt lat. Weterani udowodnili, że są w lepszej formie niż za czasów swojej największej popularności, a pomogło im w tym aż sześć kompozycji z tegorocznej, kapitalnej płyty War of Kings oraz kilka dobrze znanych hitów sprzed 25 czy 30 lat – Superstitious, Ready or Not czy Girl from Lebanon. Była też oczywiście „wielka trójka” z płyty The Final Countdown: Carrie, Rock the Night i naturalnie utwór tytułowy zagrany na sam koniec. Chyba niewiele osób w wypełnionym niemal po brzeg klubie Progresja miało prawo czuć zawód. Jako support przed zagranicznymi gwiazdami (tak, The Vintage Caravan to dla mnie także gwiazdy tego wieczoru) wystąpiła polska Coria, która – co nietypowe dla zespołów otwierających koncert – miała okazję zaprezentować się przed naprawdę licznym tłumem, który już o 20 był pod sceną warszawskiej Progresji.

Podziękowania dla organizatora koncertu – Metal Mind Productions – za możliwość fotografowania.
Druga galeria mojego autorstwa wraz z dłuższym tekstem o samych występach tutaj.


czwartek, 29 października 2015

Katedra - Zapraszamy na łąki [2015]



Retrorockowa fala, która pojawiła się równocześnie w kilku miejscach na świecie – w Stanach, Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Skandynawii – dotarła także do Polski, choćby za sprawą nagłego wzrostu popularności Ani Rusowicz. Na ciąg dalszy długo czekać nie trzeba było – kolejnym jasnym punktem na retrorockowej mapie Polski staje się wrocławska Katedra, która właśnie wydała swój długogrający debiut – Zapraszamy na łąki. W przypadku tej grupy inspiracje muzyczne zostają jednak raczej w Polsce. To nie jest brytyjski hard rock spod znaku Cream czy Led Zeppelin, a polski big beat, choć oczywiście – podobnie jak oryginał sprzed 45 lat – niepozbawiony zagranicznych naleciałości. Katedra to po prostu nowa polska kapela bigbitowa, ze wszystkimi zaletami i wadami tego gatunku.

środa, 15 lipca 2015

Grusom - Grusom [2015]



Spoglądam na nazwę – Grusom. Patrzę na opis ich debiutanckiej płyty: dark & groomy heavy rock. Głos, sekcja rytmiczna, dwie gitary i organy. Pochodzenie – północ, a konkretnie Dania. I na deser – album wydaje Kozmik Artifactz, więc wraz z kompaktem na rynku ukazuje się winyl w wersji czarnej oraz w dwóch limitowanych wersjach kolorowych. Do tego ponura, ale intrygująca okładka. W teorii brzmi to fantastycznie i gdyby się okazało, że panowie wszystko spieprzyli kiepską lub nawet zaledwie przyzwoitą muzyką, czułbym się bezczelnie oszukany. Spokojnie – nie spieprzyli. Płyta Grusom to absolutnie jeden z moich ulubionych krążków wydanych jak do tej pory w 2015. A raczej stanie się nim oficjalnie 30 lipca, gdy wejdzie do sprzedaży.

wtorek, 26 maja 2015

Prog-Rockowanie [Hipgnosis, The White Kites, Xposure] - Łódź [ŁDK], 24 V 2015 [galeria zdjęć]


Ja naprawdę chyba nie nadaję się do życia w tym kraju, bo niektórych sytuacji nigdy nie zrozumiem. W weekend do jednego z największych polskich miast przyjeżdża jedna z najciekawszych polskich grup muzycznych, w dodatku w towarzystwie dwóch innych interesujących zespołów, bilety kosztują śmieszne pieniądze, koncert odbywa się w pięknie wyremontowanej, zachwycającej sali Łódzkiego Domu Kultury, gdzie brzmienie i światła są na najwyższym poziomie – a mimo to koncerty obserwuje nieco ponad 30 osób i to wliczając organizatorów, muzyków pozostałych dwóch zespołów oraz fotografów. Jednocześnie mnóstwo ludzi nie ma żadnych oporów, żeby dopłacać do i tak już kretyńsko wysokich cen dużych koncertów w Polsce dodatkowych 50 czy 100 złotych tylko za to, żeby wejść do Atlas Areny czy Spodka pół godziny przed resztą publiczności. Jest to w stanie ktoś zrozumieć? Bo mnie to chyba przerasta. Siedźcie dalej na dupach przed telewizorami, a niedługo jedyne koncerty, jakie będą się odbywać poza wielkimi salami na kilkanaście tysięcy ludzi, to będą występy nastolatków prosto z garażu dopłacających właścicielowi lokalu za to, żeby mogli wejść na scenę, bo żadnemu poważnemu zespołowi z jakimkolwiek dorobkiem nie będzie się chciało jechać pół polski, żeby zagrać przed garstką osób.

piątek, 24 kwietnia 2015

Uli Jon Roth - Scorpions Revisited [2015]


Czy nagrywanie przez byłych muzyków znanych grup płyt, na których prezentują nowe wersje starych kompozycji tych zespołów, to jakaś nowa moda? Ciekawe czy Steve Hackett i jego albumy z serii Genesis Revisited były inspiracją dla Uliego Jona Rotha – pewnie tak, bo nawet tytuł najnowszego krążka niemieckiego gitarzysty, Scorpions Revisited, brzmi przecież jakby znajomo. Pewnie mógłbym się teraz zacząć wyzłośliwiać, że muzyczny weteran przeszłości się chwyta, ale w sumie ta płyta może zdziałać więcej dobrego, niż może się wydawać na pierwszy rzut ucha. Wobec absolutnej żenady, którą serwują na tegorocznym albumie panowie z obecnego wcielenia niemieckiej legendy rocka, krążek przypominający, że ten zespół kilkadziesiąt lat temu grał naprawdę dobrą muzykę, nie jest chyba takim złym pomysłem. Zwłaszcza, jeśli w odświeżonej formie utwory te podaje człowiek, który był przecież za nie współodpowiedzialny i w dużej mierze tworzył brzmienie zespołu w połowie lat 70. Roth do współpracy zaprosił mało znanych głównie niemieckich muzyków oraz angielskiego wokalistę Nathana Jamesa z grupy Inglorious (też raczej anonimowej dla przeciętnego słuchacza muzyki rockowej). Efektem jest 19 kompozycji Scorpionsów zarejestrowanych od nowa, tworzących razem podwójny, ponadstuminutowy album.

Oczywiście najbardziej naturalnym problemem, z którym musiał zmierzyć się gitarzysta, był dylemat – czy pozostać wiernym oryginałom, czy trochę przy nich pomieszać. Przesadne ingerowanie w strukturę utworów pewnie nie zostałoby przyjęte przychylnie przez fanów Scorpions, ale z drugiej strony – jaki jest sens w nagrywaniu tych kompozycji po raz kolejny nuta w nutę tak samo? Na szczęście – jak to często bywa w przypadku takich albumów – Roth postanowił znaleźć złoty środek. Baza jest taka sama, ale tu i ówdzie pojawiają się różne smaczki i ozdobniki, których w oryginałach nie uświadczymy, jak choćby bardzo przyjemny wstęp do In Trance – chyba mojej ulubionej kompozycji w dorobku niemieckiej grupy. Przy okazji trochę za dużo w tym numerze niepotrzebnego efekciarstwa gitarowego, ale jestem to w stanie wybaczyć – w końcu to solowa płyta gitarzysty, więc można się było spodziewać, że gitarowych ozdobników może tu być więcej niż w wersjach oryginalnych. Przy tego typu albumach naturalnie oprócz samego wykonania, duże znaczenie ma jakość oryginalnych kompozycji, nic więc dziwnego, że do numerów, których słucha się tu najprzyjemniej, należą największe dzieła wczesnego okresu działalności Scorpionsów – otwierające album The Sails of Charon, hendrixowski Yellow Raven (znakomity klimat, ale też mistrzowskie wokale, jakże różne od pierwowzoru) czy wieńczący płytę jedenastominutowy kolos – Fly to the Rainbow. Absolutnie genialny kawałek z czasów, gdy Scorpionsi byli wymieniani jako przedstawiciele niemieckiego krautrocka – muzyki opartej na długich improwizacjach instrumentalnych z naleciałościami sceny psychodelicznej. Ten numer naprawdę stworzył ten sam zespół, który jest odpowiedzialny za Moment of Glory, You and I czy koszmarek z najnowszej płyty, Rollin’ Home?

Jedną z największych zalet tej płyty jest to, że taki gość jak ja – osoba lubiąca numery starych Scorpionsów, ale nie będąca fanem grupy i nie zbierająca wszystkich jej płyt – może przypomnieć sobie o dawno zapomnianych skarbach z dyskografii tego zespołu lub nawet poznać kompozycje, które wcześniej jakoś umknęły uwadze. Takie Crying Days to fantastyczny numer z kontrowersyjnej płyty Virgin Killer (no dobrze, kontrowersyjna – i to jak cholera – była przede wszystkim jej okładka), ale jakoś nigdy nie zwrócił mojej uwagi… aż do teraz. Roth tnie tu aż miło. W niektórych kompozycjach Scorpionsi już wtedy wpadali w patos i to słychać także w tych nowych wykonaniach, ale Crying Days to po prostu czysty, prawdziwy hard rock z wyśmienitymi gitarami. Powala też dynamiczne Polar Nights z tej samej płyty. Świetnie brzmią tu nie tylko gęste, wwiercające się w głowę gitary, ale także wokale. Do tej samej kategorii ponownych odkryć mógłbym zaliczyć numer Sun in My Hand, w oryginale śpiewany przez Rotha na płycie In Trance. Zupełnie zapomniałem o istnieniu takiego utworu, a przecież ta partia nałożonych na siebie ścieżek gitary absolutnie powala. Z kolei Dark Lady – kolejny mało znany numer, w którym w oryginale także śpiewał Roth – na płycie In Trance trwał zaledwie trzy i pół minuty. Tu po dodaniu obszernej partii instrumentalnej rozrasta się do ponad ośmiu minut gitarowego szaleństwa.

Czy wydanie tej płyty to próba łatwego przypomnienia o sobie fanom rocka? Pewnie w jakimś stopniu tak. W końcu ile osób sięgnęłoby po zwykłą, kolejną płytę solową Rotha? Ja pewnie nie, bo i nigdy nie czułem potrzeby poznawania poprzednich. A jednak album Scorpions Revisited przyciągnął moją uwagę. Wybaczam Uliemu to małe pójście na łatwiznę, bo dzięki niemu być może więcej osób, które Scorpionsów kojarzą tylko z ckliwych balladek, przypomni sobie, że ta kapela kiedyś naprawdę solidnie łoiła i zanim zmieniła się w bandę nudziarzy, potrafiła tworzyć porywające, nieoczywiste kompozycje wypełnione gitarowym atakiem. Być może nie wszystkie numery, które Uli przypomniał na Scorpions Revisited to najwyższa rockowa liga – w końcu nawet na tych pierwszych płytach zespołu trafiały się rzeczy zwyczajnie przeciętne – ale jeśli ten album przekona choćby mały procent fanów rocka, że warto sięgnąć po stare nagrania grupy z Hanoweru, to chyba było warto tę płytę nagrywać i wydawać.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

wtorek, 7 października 2014

The Black Angels - Clear Lake Forest EP [2014]


Zdążyliśmy już przyzwyczaić się, że brzmienia lat 70. wracają do łask i z każdego kąta wyskakują nowe kapele, które grają, jakby żadna muzyczna rewolucja ostatnich 40 lat nie miała miejsca. Niektórzy są zachwyceni, inni wręcz przeciwnie, ale nie da się ukryć, że ostatnie lata to znakomity czas dla miłośników tego typu muzyki. Są jednak takie grupy, które w swojej podróży do przeszłości zapędzają się o dekadę dalej. Teksański zespół The Black Angels to znakomity przykład na to, że nie tylko lata 70. mogą obecnie brzmieć znakomicie w nowym wydaniu, ale i latom 60. niczego pod tym względem nie brakuje. W tym roku ukazała się EP-ka Aniołków – Clear Lake Forest.

7 utworów, niespełna 28 minut i znakomity klimat rocka garażowego wymieszanego z psych rockiem – oto Clear Lake Forest w pigułce. Zadziwiające, że dopiero niedawno usłyszałem o tym zespole. Panowie w ciągu 10 lat kariery wydali już cztery duże płyty i cztery EP-ki, ich utwory pojawiały się wiele razy na ścieżkach dźwiękowych filmów, seriali i gier komputerowych, ale trafiłem na nich dopiero przy okazji serialu Detektyw. Jednak telewizja czasem się do czegoś przydaje. Nazwa zespołu pochodzi od utworu The Black Angel’s Death Song grupy The Velvet Underground i nie jest to jedyny powód, dla którego fani tej kapeli powinni zainteresować się twórczością The Black Angels. Ta muzyka jest po prostu absolutnie przesiąknięta kwaśnym klimatem lat, gdy zespoły takie, jak The Velvet Underground, Jefferson Airplane, 13th Floor Elevators czy Pink Floyd pod wodzą Sida Barretta wyprzedawały klubowe koncerty po obu stronach Atlantyku. Z łatwością można wyobrazić sobie The Black Angels na scenie kultowej londyńskiej miejscówki końca lat 60. – klubu UFO. Do tej mieszanki dodajmy szczyptę wpływów The Doors oraz mnóstwo melodyjności wczesnych Beatlesów podrasowanych gitarami The Kinks i będziecie już mniej więcej wiedzieć, z czym to się je.

Gdyby dla żartu umieścić otwierający płytę numer Sunday Evening na składance największych przebojów ery rozkwitu rocka garażowego, niewiele osób wykryłoby oszustwo. Właściwie – pomijając nieco bardziej soczyste brzmienie wynikające z dobrodziejstw nowoczesnej techniki – klimat tamtych czasów został oddany perfekcyjnie. Nie inaczej jest w kolejnych utworach. Charakterystyczny przester na wokalu, gęste klawiszowe tło i nieco „oddalona” w miksie, przybrudzona gitara tworzą genialny klimat. The Flop to obowiązkowy numer na imprezy retro. To kawałek z gatunku tych, których spodziewamy się na ścieżkach dźwiękowych do filmów Quentina Tarantino – niemal surfrockowa petarda z gęstym jak smoła brzmieniem organów. Z kolei The Occurence at 4507 South Third Street jest przebojowe jak warzywa Bonduelle. W lepszym świecie byłby z tego całkiem spory hit. Nieco urozmaicenia pod względem tempa i natężenia dźwięku wprowadza The Executioner. Głowę dałbym, że to jakiś zaginiony numer z A Saucerful of Secrets. Zamykające krążek Linda’s Gone to jedyny bardziej rozbudowany numer na Clear Lake Forest. Po sześciu szybkich strzałach tym razem muzycy uspokajają nastrój, dają nieco odpocząć wymęczonym strunom swoich gitar i skupiają się na lekko hipnotycznym i wciągającym klimacie. Opary zielska unoszą się w powietrzu od samego słuchania, a gdyby wykopać Jima Morrisona i postawić to, co z niego zostało, przed mikrofonem i zmusić to jakimś cudem do śpiewania, to mielibyśmy coś na kształt muzycznej kontynuacji The End.

Clear Lake Forest nie jest w żadnym razie przełomowym krążkiem. W zasadzie można powiedzieć, że wszystko to już słyszeliśmy, ale skłamałbym, gdybym napisał, że słuchanie tej EP-ki nie sprawia mi ogromnej frajdy. Takie zespoły przypominają nam bardzo skutecznie, że dobra rockowa muzyka nie pojawiła się wraz z nastaniem ery Purpli i Sabbathów, a ładnych parę lat wcześniej. Jeśli ktoś dzięki The Black Angels sięgnie po dokonania The Velvet Underground, The Kinks czy Jefferson Airplane – to znakomicie. Jeśli do tego postanowi wspomóc także same Czarne Aniołki, kupując ich albumy i wpadając na koncerty, to jeszcze lepiej! Rock nie umarł, panie Simmons. Nie dostałby nawet L4 od lekarza…