Pokazywanie postów oznaczonych etykietą southern rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą southern rock. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 grudnia 2024

DeWolff - Muscle Shoals [2024]

Panowie z holenderskiego tria DeWolff podkręcili w ostatnich latach tempo i w zasadzie każdy rok przynosi nam jakieś nowe wydawnictwo z obozu zespołu. To trochę ryzykowne, ale na razie w ich przypadku nie mam przesytu, w czym być może zasługa także tego, że są to często płyty o nieco innym charakterze. Po bardzo przyjacielsko-rodzinnym Love, Death & In Between, które było w pewnym sensie manifestacją potęgi wspólnoty i kolektywnego działania i okazało się moją ulubioną płytą zeszłego roku, przyszedł dość szybko czas na album Muscle Shoals. Tytuł mówi tu bardzo wiele i nie jest przypadkowy. Tym razem Holendrzy polecieli aż do Alabamy, by nagrać nową płytę w legendarnych studiach nagraniowych FAME i Muscle Shoals.

wtorek, 12 maja 2020

Datura4 - West Coast Highway Cosmic [2020]

Datura4 to zdecydowanie jedno z moich ciekawszych odkryć ostatnich miesięcy. To zespół z południowo-zachodniego wybrzeża Australii, który istnieje od niespełna dekady i właśnie wydał swój czwarty album, ale te dane absolutnie nie oddają doświadczenia muzyków, bo ci – w niektórych przypadkach – na australijskiej scenie rockowej obecni byli już w latach 80. To ekipa rockowych weteranów, którzy mają bogate doświadczenie i dorobek, i nawet jeśli nazwy ich wcześniejszych formacji niewiele mi mówią, jako komuś, kto nigdy się starą australijską sceną rockową nie interesował, nie można tego dorobku ignorować. Nie da się zresztą, bo w każdej sekundzie nowej płyty zespołu słychać, że panowie doskonale wiedzą, co robią, i jak mają to robić.

środa, 6 listopada 2019

Grande Royale - Take It Easy [2019]


Szwedzką formację Grande Royale poznałem dwa lata temu. Wtedy to ukazała się trzecia płyta zespołu – Breaking Newso której zresztą pisałem na blogu. Przyznałem wtedy, że nie znam płyt poprzednich, ale – sądząc po tym, jak brzmią na nowej – mogę sobie wyobrazić, że są utrzymane w bardzo podobnej stylistyce. No cóż, wciąż nie znam pierwszych dwóch albumów Grande Royale, ale płyta czwarta… hmm, no brzmi dość podobnie do trzeciej. Jest w dużej mierze przewidywalnie i… wcale mi to nie przeszkadza.

poniedziałek, 17 czerwca 2019

Shotgun Sawyer - Bury the Hatchet [2019]


Shotgun Sawyer to kalifornijska formacja, która zadebiutowała trzy lata temu krążkiem Thunderchief, a w 2017 roku wydała singiel z dwoma kolejnymi nowymi nagraniami. W 2019 roku dorzuciła do tych dwóch numerów siedem kolejnych i w ten sposób powstała płyta numer dwa – Bury the Hatchet. Przyznam, że wcześniej nie miałem żadnego kontaktu z muzyką tej grupy, więc gdy zobaczyłem okładkę, byłem przekonany, że będę miał do czynienia z ciężkim, wgniatającym wręcz w fotel materiałem, w którym pewnie niewiele będzie miejsca na różnorodność. Pozory czasem mylą.

sobota, 15 czerwca 2019

Octopussy - Ep [2019]

Nazwa Octopussy nie była mi obca. Gdzieś tam o nich słyszałem, część składu jest na polskiej scenie bardzo dobrze znana, okładki ich poprzednich wydawnictw obijały mi się o oczy, istnieje nawet spore prawdopodobieństwo, że kilka lat temu widziałem zespół na żywo – tak przynajmniej twierdzi mój kalendarz koncertowy, bo ja kompletnie tego nie pamiętam. Coś też słyszałem i choć wrażenie ogólnie było niezłe, chyba jednak nie na tyle, żebym jakoś bardzo chciał zainteresować się tematem bliżej. A może po prostu trafiłem na nich w nie do końca odpowiednim momencie… Tymczasem w tym roku trójmiejski sekstet wydał nowy krążek – Ep – i nagle trafił idealnie w moje aktualne muzyczne potrzeby.

czwartek, 23 maja 2019

Gin Lady - Tall Sun Crooked Moon [2019]


Gin Lady to jeden z kilku moich ulubionych współczesnych zespołów przywołujących ducha muzyki z lat 60. i 70. Kilka lat temu śledziłem przeobrażenie Black Bonzo w Gin Lady i choć początkowo trochę brakowało mi elementów progresywnych, z których znana była ta pierwsza formacja, bardzo szybko polubiłem też dużo prostszą, bardziej rockandrollową i amerykańską muzykę prezentowaną przez nowy skład pod zmienioną nazwą. Każda z czterech pierwszych płyt Gin Lady zawierała przynajmniej jeden lub dwa numery, które powalały mnie już od pierwszego odsłuchu, każda też po tym pierwszym odsłuchu stawała się niemal pewniakiem do czołówki listy moich ulubionych płyt roku, w którym się ukazywała. Możecie więc zrozumieć, że gdy dwa tygodnie temu odpalałem Tall Sun Crooked Moon po raz pierwszy, miałem dokładnie takie oczekiwania.

sobota, 20 kwietnia 2019

Crypt Trip - Haze County [2019]

Pochodzącą z Dallas formację Crypt Trip poznałem przy okazji wydanej na początku zeszłego roku płyty Rootstock. Spodobało mi się ich luzackie granie czerpiące śmiało z bogatego dorobku amerykańskiego rocka. To był ich drugi album. Na trzeci nie musieliśmy czekać zbyt długo. Płyta Haze County wyszła w marcu i niespodzianek w brzmieniu i muzycznym kierunku obranym przez zespół nie przynosi, przynosi za to po raz kolejny trzydzieści kilka minut bardzo przyjemnego klimatu muzycznego.

piątek, 20 października 2017

Thomas Wynn and the Believers - Wade Waist Deep [2017]



Thomas Wynn and The Believers to formacja z Florydy, której przewodzi – niespodzianka – Thomas Wynn. Wokalistę i gitarzystę wspiera (wokalnie) jego siostra Olivia oraz grupa muzyków, którzy niewątpliwie wiedzą, do czego ich instrumenty służą i znakomicie dogadują się muzycznie. To słychać od pierwszych chwil z płytą Wade Waist Deep. Choć grupa istnieje od niemal dekady, do tej pory – jeśli wierzyć wszechinternetom – wydała tylko jeden album (nagranie typu live in studio), dwie EP-ki i płytę koncertową. Z tego, co udało mi się dojrzeć w spisie utworów tych wcześniejszych wydawnictw, niektóre kompozycje z Wade Waist Deep powstały już ładnych kilka lat temu. Nic zatem dziwnego, że spora część tego albumu faktycznie brzmi tak, jakby zespół miał te utwory opanowane przez lata do perfekcji. Niestety, nie wszystko mi tu odpowiada

piątek, 25 sierpnia 2017

Gin Lady - Electric Earth [2017]


Premiery kolejnych płyt Gin Lady nie są ogólnoświatowym wydarzeniem. Nie pisze o nich mainstreamowa prasa (nawet ta rockowa), ich kompozycji próżno szukać w playlistach największych rockowych stacji radiowych (co innego w rockserwis.fm – my gramy ich często! Tacy fajni jesteśmy...), a i nakład kolejnych wydawnictw nie rzuca pewnie na kolana. Tyle że nie na płyty tych wielkich rocka czekam najbardziej co rok. Dla mnie największym wydarzeniem każdego roku są premiery nowych albumów właśnie takich zespołów jak Gin Lady – grup, które sam na swoje potrzeby odkryłem. Nie podsuwały mi ich media, nie zachwalali znani dziennikarze, nie dostawałem po oczach billboardami i reklamami. Przeczytałem o nich, znalazłem jeden czy drugi utwór, spodobało mi się, więc sprawdziłem resztę. No, może akurat niekoniecznie tak było z Gin Lady, ale na pewno z grupą Black Bonzo, z której Gin Lady wyewoluowali kilka lat temu. Gdy zaczynałem poznawać szwedzką scenę rockową XXI wieku, Black Bonzo byli obok Siena Root zespołem, którego muzyka zrobiła na mnie największe wrażenie. Szkoda mi było, gdy kilka lat temu ogłaszali, że kończą działalność, ale większość ostatniego składu (poza perkusistą) szybko poinformowała, że zakłada nową formację. I to była miłość od pierwszego odsłuchu. Kilka lat i płyt później zbliżamy się do premiery czwartego krążka w dorobku szwedzkiej formacji – Electric Earth.

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

My Dynamite - Otherside [2017]


Kilka lat temu australijska formacja My Dynamite rokowała spore nadzieje na dołączenie do Rival Sons czy Saint Jude wśród liderów fali młodych rockowych zespołów, które wdzierały się coraz śmielej „na salony”. Ale jeśli ma się ambicje zdobycia szerszej popularności, to raczej czekanie pięć lat z wydaniem płyty numer dwa nie jest najlepszym pomysłem. Powiedzmy sobie szczerze – większość osób zainteresowanych w 2012 roku tą formacją dawno już o niej zapomniała. W międzyczasie pojawili się inni, którzy zajęli miejsce niegdyś przyznawane, być może nieco zbyt wcześnie, grupie z Melbourne. Ale wracają – pół dekady później i w składzie poszerzonym o stałego klawiszowca. Czy przerwa wyszła im na dobre? Czy wciąż można ich uznać za jeden z ciekawszych rockowych zespołów młodego pokolenia? Kto zabił Kennedy’ego? Na dwa z tych trzech pytań postaram się odpowiedzieć poniżej.

piątek, 17 marca 2017

Red Bowling Ball - Alongside the Traveller [2017]



Dobre rockowe zespoły pojawiają się w ostatnich latach jak grzyb po wizycie u taniej… Może poprzestańmy na tym, że pojawiają się często. Właściwie każdy rejon naszego kontynentu przeżywa obecnie prawdziwy podziemny boom na dobre rockowe granie, czy to w klimatach retro/hard, czy stoner/psych. Całe szczęście, bo dzięki temu jest o kim pisać. Oczywiście większość tych formacji nigdy nie przebije się do świadomości masowego odbiorcy, ani nawet do rockowego mainstreamu, ale co się nasłuchamy to nasze. Jednym z takich nowych zespołów, które próbują wydostać się z przydomowego basenu na głębsze i szersze wody, jest grupa Red Bowling Ball pochodząca spod Paryża. Ponieważ panowie uznają, że życie jest zbyt krótkie, by pisać o sobie na Facebooku, wiem tyle, że powstali w 2014 roku, a wydana kilka tygodni temu płyta Alongside the Traveller to ich pierwsza próba wyjścia do świata z własną twórczością. A i jeszcze to, że mają całkiem niezły gust do okładek, bo obrazek zdobiący to wydawnictwo zdecydowanie przykuwa uwagę.

środa, 2 listopada 2016

The Answer - Solas [2016]



Przy okazji poprzedniej płyty The Answer pisałem, że potrzebna jest jakaś zauważalna zmiana w muzycznym kierunku tego kwartetu. Niby Raise a Little Hell jakieś drobne modyfikacje do brzmienia grupy wprowadzało, ale były one zbyt nieśmiałe, by odeprzeć myśli, że ten zespół zaczyna w dość szybkim tempie z apetytem zjadać swój ogon. Sami muzycy doszli prawdopodobnie do podobnego wniosku, bo od jakiegoś czasu można było przeczytać, że kolejny krążek zaskoczy fanów. Ile to już razy słyszeliśmy tego typu deklaracje od różnych artystów? A ile razy faktycznie miały one jakiekolwiek pokrycie? Ale spokojnie, w tym wypadku okazało się, że nie ściemniali. Płyta Solas – szósty krążek w dorobku The Answer – to album zupełnie inny niż to, co robili wcześniej. A to, że przy okazji jest dobry, też wcale nie przeszkadza.

czwartek, 29 września 2016

The Chris Robinson Brotherhood - Anyway You Love, We Know How You Feel [2016]



Na szał na punkcie The Black Crowes jakoś nigdy się nie załapałem. Być może ten największy przypadł na czasy, gdy odkrywałem inne zespoły lub nie byłem specjalnie zainteresowany nowościami. Może te zachwyty jeszcze przede mną – w końcu to jeden z ważniejszych zespołów rockowych ostatniego ćwierćwiecza, więc prędzej czy później wypadałoby nadrobić zaległości i wejść głębiej w ten temat. Na razie jednak The Black Crowes muszą poczekać – i tak podobno znowu nie istnieją, więc nie ma co się spieszyć. Tymczasem obecny zespół wokalisty i gitarzysty tej formacji – Chrisa Robinsona – wydał w tym roku swoją czwartą płytę o przydługawym tytule – Anyway You Love, We Know How You Feel. Pierwsze, co rzuca się w uszy przy odsłuchu tego albumu, to niesamowity luz, z jakim gra ten skład. W zasadzie nietrudno wyobrazić sobie, że siedzi się właśnie w jakiejś zadymionej knajpie na południu Stanów, gdy nagle na scenę wchodzi paru długowłosych brodaczy w niemodnych koszulach i spodniach na szelkach. Czujecie ten klimat? To włączcie płytę, zamknijcie oczy i taką właśnie scenę sobie wyobraźcie.

poniedziałek, 14 marca 2016

The Wild Feathers - Lonely Is a Lifetime [2016]

Pochodząca z Nashville grupa The Wild Feathers w zasadzie obraca się w klimatach, które nie do końca pokrywają się z moim muzycznym światem. To styl, który często określany jest jako americana, czyli zbitka folku, country czy rock ‘n’ rolla. Na debiutanckiej płycie formacji, wydanej w 2013 roku, sporo było naleciałości rockowych oraz dynamicznych, wpadających w ucho melodii. Owszem, country czasem też dało się usłyszeć, ale nawet te nieco naiwne choć urocze naleciałości rodem z tego gatunku nie psuły odbioru krążka zatytułowanego po prostu The Wild Feathers. Całość, mimo pewnej brzmieniowej polerki i jednak łatwo wyczuwalnego nastawienia na radio, sprawiała naprawdę dobre wrażenie – do tego stopnia, że po przypadkowym odkryciu tej grupy i usłyszeniu kilku utworów, postanowiłem kupić płytę, choć – jak już wspominałem – raczej nieczęsto zapuszczam się w takie muzyczne rejony. Obserwowałem, co dzieje się w zespole. Mijały kolejne miesiące i lata, a albumu drugiego nie było widać, za to w międzyczasie skład uszczuplił się o jednego z muzyków. Wreszcie po niemal trzech latach od premiery debiutu ukazuje się album Lonely Is a Lifetime. Nie żebym wyczekiwał tej płyty, obgryzając paznokcie i wiercąc się w fotelu, ale byłem ciekaw, czy panom z The Wild Feathers uda się na przekór mojemu gustowi muzycznemu po raz drugi zaskoczyć i przyciągnąć mnie do siebie. No niestety, chyba się nie uda.

środa, 3 lutego 2016

Simo - Let Love Show the Way [2016]



Niejaki J.D. Simo i dowodzone przez niego trio nazwane po prostu SIMO to dla mnie zupełna nowość. Według informacji, które można znaleźć w Internecie, gość jest młodszy ode mnie, pochodzi z Chicago i lubi grać na wiekowych modelach gibsonów i fenderów (jeden z gibsonów, na którym Simo gra na tym albumie należał do Duane’a Allmana i to na nim Allman nagrał w studiu nieśmiertelny riff utworu Layla). Drugi Bonamassa? I tak, i nie. Owszem, zamiłowanie do leciwych modeli sześciostrunowców oraz miłość do amerykańskiego bluesa a także młody wiek niewątpliwie łączą obu panów (choć w sumie Bonamassa to już znowu nie taki młokos), ale muzycznie obaj gitarzyści stoją jednak w dość bezpiecznej odległości od siebie, mimo że darzą się olbrzymią sympatią i grywali już ze sobą wielokrotnie. J.D. Simo i jego trio wydali właśnie swój drugi album Let Love Show the Way. Co zaskakujące, od pojawienia się debiutanckiej płyty minęły ponad cztery lata, co jest dość niecodzienne jak na startujący dopiero zespół. Ale jeśli panowie Simo (gitary, wokale), Elad Shapiro (bas) i Adam Abrashoff (perkusja) potrzebowali tyle czasu, by nagrać coś, z czego byliby zadowoleni, to nie ma co narzekać na tak długą przerwę, tylko cieszyć się, że przygotowali się do wydania drugiego krążka jak trzeba. Bo przygotowali się! Let Love Show the Way to pozycja obowiązkowa dla fanów amerykańskiego gitarowego grania.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

The Temperance Movement - White Bear [2016]



Są z Londynu (przynajmniej teoretycznie – wokalista urodził się w Szkocji, perkusista w Australii), ale w ich muzyce słychać tyle wpływów klasycznego brytyjskiego rocka, co i rockowego grania z południa Stanów Zjednoczonych. Kochają muzykę lat 70., ale nie stronią od wpływów z początku lat 90.(nic dziwnego – basista grał kilka lat w grupie Jamiroquai). Grają w starym stylu, ale ich muzyka brzmi niezwykle świeżo i nowocześnie jak na ten gatunek. Od jakiegoś czasu robi się o nich coraz głośniej i wydaje się, że czeka ich całkiem ciekawa przyszłość. Na razie wydali swoją drugą płytę zatytułowaną White Bear. Panie, panowie i misie (nie tylko białe) – The Temperance Movement.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Shawn James & the Shapeshifters - The Gospel According to Shawn James & the Shapeshifters [2015]


Potrafią solidnie przyłożyć mocnymi gitarami i dynamicznymi numerami, potrafią zagrać delikatniej, zanurzając się spokojnie w klimaty bluesowe, potrafią z powodzeniem nawiązać do klimatów muzyki amerykańskiego południa, potrafią wycinać solówki, które cudownie uzupełniają się z mocnym instrumentalnym podkładem, nawiązującym czasami wręcz do muzyki stonerowej, potrafią nawet dodać nieco klimatów etnicznych. O kim mowa? O kwintecie z amerykańskiego stanu Arkansas – Shawn James & the Shapeshifters. Co więc sprawia, że wyróżniają się spośród mnóstwa grup muzycznych, które również są w stanie robić wszystko to, co wymieniłem powyżej? Shawn James i jego ekipa do tej znakomitej rockowej mieszanki dodają jeszcze skrzypce, altówkę, banjo i mandolinę, ale to wcale nie znaczy, że grupa traci cokolwiek ze swojej rockowej siły. Instrumenty folkowe łączą się z instrumentarium rockowym na albumie The Gospel According to Shawn James & the Shapeshifters tak naturalnie, że nie można mieć najmniejszych wątpliwości – to rockowa grupa pełną gębą! Tylko z odrobinę nietypowym brzmieniem.