Gdy w okolicach 2009 roku Jay
Buchanan łączył siły z muzykami grupy The Black Summer Crush, tworząc zespół
Rival Sons, miał plan jednoczesnego kontynuowania kariery solowej, w której – w
przeciwieństwie do zespołu – skłaniał się raczej ku muzyce spokojniejszej, w
klimatach, na które za oceanem wymyślono określenie Americana. Kolejne lata zweryfikowały
te plany, bo zespół odniósł tak wielki sukces, że na nagrania „na boku” zwyczajnie
nie było najczęściej czasu. Ten znalazł się teraz, mniej więcej 20 lat po
ostatnich własnych dokonaniach Jaya. Płyta Weapons of Beauty przypomina
o jego muzycznych korzeniach.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą country rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą country rock. Pokaż wszystkie posty
sobota, 14 marca 2026
środa, 22 grudnia 2021
Gin Lady - Camping with Bodhi [2021]
Gin Lady to jeden z moich ulubionych współczesnych zespołów. Śledzę ich muzyczny żywot od samego początku, a właściwie to jeszcze dłużej, bo od czasów znakomitego Black Bonzo, którego ostatni skład tworzył trzon pierwszego wcielenia Gin Lady. Potem zachodziły jeszcze pewne zmiany, ale generalnie ta szwedzka grupa nigdy nie zawodzi, wydając niemal zawsze co dwa lata płyty, których świetnie mi się słucha. A jednak ich ostatni album, z 2019 roku, jakoś długo nie mógł mnie do siebie przekonać. Początkowo uznałem, że jest nudny, bez ikry, niby ładny, ale jakiś taki za bardzo ogniskowy. Z czasem przekonałem się do niego, ale to wciąż najmniej lubiany przeze mnie krążek te formacji. Możecie się zatem domyślać – w kontekście owej ogniskowości – że nie byłem zbyt szczęśliwy, gdy zobaczyłem okładkę oraz tytuł nowej płyty Gin Lady. Na szczęście już zwiastujący album singiel znacznie mnie uspokoił, a całość weszła gładko jak cytrynówka na letnim festiwalu.
poniedziałek, 24 kwietnia 2017
My Dynamite - Otherside [2017]
Kilka lat temu australijska
formacja My Dynamite rokowała spore nadzieje na dołączenie do Rival Sons czy
Saint Jude wśród liderów fali młodych rockowych zespołów, które wdzierały się
coraz śmielej „na salony”. Ale jeśli ma się ambicje zdobycia szerszej
popularności, to raczej czekanie pięć lat z wydaniem płyty numer dwa nie jest
najlepszym pomysłem. Powiedzmy sobie szczerze – większość osób zainteresowanych
w 2012 roku tą formacją dawno już o niej zapomniała. W międzyczasie pojawili
się inni, którzy zajęli miejsce niegdyś przyznawane, być może nieco zbyt
wcześnie, grupie z Melbourne. Ale wracają – pół dekady później i w składzie
poszerzonym o stałego klawiszowca. Czy przerwa wyszła im na dobre? Czy wciąż
można ich uznać za jeden z ciekawszych rockowych zespołów młodego pokolenia?
Kto zabił Kennedy’ego? Na dwa z tych trzech pytań postaram się odpowiedzieć
poniżej.
niedziela, 30 sierpnia 2015
Bon Jovi - Burning Bridges [2015]
Jon Bon Jovi straszy świat
kolejną płytą zespołu, który w ostatnich latach coraz bardziej zbliża się do
tego, co sugerowałaby jego nazwa – statusu solowej grupy wokalisty. Zanim
jednak groźby te zostaną spełnione, fani otrzymują w prezencie czterdziestominutowy
album Burning Bridges, który ma być w
założeniu właśnie tym, co sugeruje z kolei jego tytuł – paleniem za sobą mostów. Zarówno
tego, który łączył ich z siedzibą wytwórni, dla której nagrywali od 32 lat, jak
i tego, który prowadził do miejscowości Sambora. Burning Bridges to zbiór 10 nagranych na nowo utworów pochodzących
w większości oryginalnie z sesji do poprzednich kilku albumów z dodatkiem paru
faktycznie nowych numerów. A że ostatnie wydawnictwa Bon Jovi są jakie są,
cudów nie można się było spodziewać, choć przemysł muzyczny zna przypadki, gdy
płyta z odrzutami z różnych sesji przebija to, co ostatecznie z tych sesji
początkowo wydano (patrz Def Leppard i album Retro Active). Tu niestety wielkiej niespodzianki nie ma, bo i być
nie mogło.
wtorek, 30 grudnia 2014
Wilko Johnson / Roger Daltrey - Going Back Home [2014]
O tej płycie po prostu musiało
być głośno. Niekoniecznie ze względu na jej zawartość muzyczną i nie do końca
przez to, że swoimi nazwiskami sygnują ją dwaj niezwykle znani i szanowani
reprezentanci rockowej starej gwardii. Tę historię zna większość fanów rocka.
Wilko Johnson – oryginalny gitarzysta formacji Dr. Feelgood, ostatnio znany
także z roli Illyna Payne’a w serialu „Gra o Tron” – zaniemógł w ostatnich
latach tak poważnie, że lekarze nie dawali mu żadnych szans na przeżycie.
Zamiast marnować czas na powolne umieranie w domowym zaciszu, imć Johnson
postanowił pojechać jeszcze raz w trasę koncertową oraz nagrać płytę z inną
legendą brytyjskiego rocka – wokalistą The Who, Rogerem Daltreyem. Efektem
tygodniowej sesji nagraniowej jest
krążek Going Back Home.
Zawartość tej płyty w dużej
mierze pokrywa się z tym, czego mogliby oczekiwać i na co pewnie liczyli fani
obu artystów. Jedenaście w większości szybkich, pełnych energii kompozycji w
stylu r’n’b (mowa o rhythm and bluesie, a nie o tym szajsie, który pod tą nazwą
wciskają nam komercyjne stacje, wrzucając do szufladki z tą etykietką wszystkie
jęczące beztalencia, które przeszły na nieco wyższy poziom wokalny niż w hip
hopie). Niecałe 35 minut muzyki może na pierwszy rzut oka pozostawiać pewien
niedosyt, ale mam wrażenie, że to idealna długość dla tego albumu. Nie ma tu
ani chwili na nudę. Od samego początku płyty i otwierającej ją kompozycji
tytułowej panowie podrywają nas na równe nogi. Świetne solo na harmonijce,
klasyczne rhythmandbluesowe brzmienie gitary Johnsona i zachrypnięty, pełen
ekspresji wokal Daltreya – trudno uwierzyć, ale ten niespełna czterominutowy
kawałek to jednocześnie najdłuższy numer na całym krążku. Ale to w niczym nie
przeszkadza. To nie jest płyta dla fanów długich popisów instrumentalnych. Tu
liczy się świetna, nieco knajpiana atmosfera, smaczki takie jak fantastyczny
podkład fortepianowy w wykonaniu Micka Talbota w Ice on the Motorway oraz znakomita melodyjność tego materiału, bo
jak tu nie wkręcić się w świetny rockandrollowy klimat utworów typu I Keep it to Myself? Harmonijka Steve’a
Westona znakomicie przeplata się tu z solówką gitarową, a całość świetnie
trzyma sekcja rytmiczna w składzie Norman Watt-Roy (bas) / Dylan Howe
(perkusja). Tę dynamikę na chwilę zaburza lekko jedyny faktyczny cover w tym
zestawie (pozostałe kompozycje to stare numery z różnych okresów kariery Wilko,
napisane w całości lub w części przez niego, więc trudno tu mówić o prawdziwych
coverach) – kompozycja Boba Dylana Can
You Please Crawl Out Your Window? Może „zaburza” to nieco niefortunne
sformułowanie, bo to w zasadzie całkiem przyjemna odmiana po dynamicznym
początku, a przy okazji ciekawostka, bo mimo braku obecności autora w tym
numerze, przez cały czas doskonale słychać, że to Dylanowski utwór. Jeszcze
spokojniej jest w znakomicie bujającym Turned
21. To chyba jedyny kawałek, o którym można by napisać, że sięga klimatów
balladowych. To także jeden z wielu popisów Daltreya na Going Back Home. Kojarzymy go raczej z pełnych ekspresji rockowych
wrzasków i wysokich zaśpiewów, ale tutaj wokalista mądrze pozostaje głównie w
niskich rejestrach, bazując na bluesowej stylistyce wokalnej. Ten album ukazuje
nam mocno zapomnianą twarz Rogera, równie interesującą, co ta powszechnie znana
fanom rasowego rocka lat 70. W Keep on
Loving You brzmi niemal jak zmarły niedawno Joe Cocker, choć może to siła
sugestii pod wpływem wydarzeń sprzed kilku dni.
Na tak krótkiej płycie nie ma
miejsca na dłużyzny i nieudane eksperymenty, dlatego eksperymentów nie ma tu
wcale, a i żadna kompozycja nie jest wyciągana na siłę. To wszystko niezbyt
skomplikowane, ale udane numery, których znakomicie się słucha. Some Kind of Hero z lekkim posmakiem
country rocka i fantastycznymi wstawkami harmonijki i fortepianu oraz Everybody’s Carrying a Gun –
fantastyczne boogie-woogie – podrywają do tańca (a w moim przypadku do niezbyt
skoordynowanych ruchów przypominających nerwowe tiki). Bardziej tradycyjnie
bluesowo robi się za to w Sneaking Suspicion.
To jednak wszystko klimaty niezwykle tradycyjne, znane doskonale fanom muzyki
gitarowej, a jednak wciąż tak przyjemne w odsłuchu. Kiedy wybrzmiewają ostatnie
sekundy zamykającego krążek, bardzo gitarowego i dynamicznego All Through the City, mam wrażenie, że
co prawda nie usłyszałem przez te nieco ponad pół godziny nic nowego, ale
jednocześnie nie nudziłem się nawet przez sekundę.
Going Back Home otrzymało wiele pochwał od prasy rockowej na całym
świecie, zgarnęło nawet kilka prestiżowych nominacji i nagród od magazynów
muzycznych w kategorii „Album Roku”. Nie wiem, czy poszedłbym aż tak daleko w
zachwytach nad tym krążkiem. Według mnie, na miano najlepszych wydawnictw roku
zasługują raczej wydawnictwa wnoszące coś nowego do danego gatunku lub przynajmniej
pod jakimś względem wirtuozerskie. Tu mamy do czynienia po prostu z dwoma
starszymi panami, którzy postanowili wraz z grupką doświadczonych znajomych
muzyków nagrać na szybko album z muzyką, od której zaczynali swoje kariery
muzyczne kilkadziesiąt lat temu. A że zrobili to znakomicie, płyty słucha się z
niezwykłą przyjemnością. Według mnie to za mało, by rozważać kandydaturę tego
albumu w kontekście nagród za najlepszy album 2014 roku, ale wystarczająco
dużo, by często do niego wracać. Życie pisze do tej historii zaskakujący
epilog, a przynajmniej jego pierwsze zdanie. Pogodzony z losem Wilko Johnson,
który poprzednio odmawiał dalszego leczenia wobec beznadziejnych rokowań,
poddał się kilka miesięcy temu nowatorskiej operacji i w październiku oznajmił,
że został wyleczony. Oby tak w istocie było, bo skoro już wdarł się w ostatnich
miesiącach do świadomości młodszych fanów rocka, warto byłoby, aby pozostał w
niej na dłużej dzięki kolejnym koncertom oraz albumom, zwłaszcza jeśli miałyby
być tej jakości, co Going Back Home.
---
Zapraszam na
współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji
Subskrybuj:
Posty (Atom)



