Pochodząca z Nashville grupa The
Wild Feathers w zasadzie obraca się w klimatach, które nie do końca pokrywają
się z moim muzycznym światem. To styl, który często określany jest jako americana,
czyli zbitka folku, country czy rock ‘n’ rolla. Na debiutanckiej płycie
formacji, wydanej w 2013 roku, sporo było naleciałości rockowych oraz
dynamicznych, wpadających w ucho melodii. Owszem, country czasem też dało się
usłyszeć, ale nawet te nieco naiwne choć urocze naleciałości rodem z tego
gatunku nie psuły odbioru krążka zatytułowanego po prostu The Wild Feathers. Całość, mimo pewnej brzmieniowej polerki i
jednak łatwo wyczuwalnego nastawienia na radio, sprawiała naprawdę dobre
wrażenie – do tego stopnia, że po przypadkowym odkryciu tej grupy i usłyszeniu
kilku utworów, postanowiłem kupić płytę, choć – jak już wspominałem – raczej nieczęsto
zapuszczam się w takie muzyczne rejony. Obserwowałem, co dzieje się w zespole.
Mijały kolejne miesiące i lata, a albumu drugiego nie było widać, za to w
międzyczasie skład uszczuplił się o jednego z muzyków. Wreszcie po niemal
trzech latach od premiery debiutu ukazuje się album Lonely Is a Lifetime. Nie żebym wyczekiwał tej płyty, obgryzając
paznokcie i wiercąc się w fotelu, ale byłem ciekaw, czy panom z The Wild
Feathers uda się na przekór mojemu gustowi muzycznemu po raz drugi zaskoczyć i
przyciągnąć mnie do siebie. No niestety, chyba się nie uda.
