Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozmik artifactz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kozmik artifactz. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 sierpnia 2017

Devil Electric - Devil Electric [2017]



Devil Electric to młoda formacja z Melbourne. Do tej pory na koncie mieli zeszłoroczną EP-kę The Gods Below. Kwartet dowodzony przez tajemniczą wokalistkę Pierinę O’Brien na 11 sierpnia zapowiedział premierę swojej debiutanckiej płyty zatytułowanej po prostu Devil Electric. Zarówno zespół jak i niemiecka wytwórnia Kozmic Artifactz muszą mieć sporo wiary w ten materiał, bo kampania zapowiadająca premierę tego albumu była jak na tak niszowego wydawcę dość intensywna. Przed premierą pojawiły się także w sieci dwa numery zapowiadające całość i już one zdecydowanie potwierdziły, że jest na co czekać. Jeśli lubicie ciężkie riffy i tajemniczy klimat połączone z melodyjnością, a przy tym nie przeszkadza wam żeński wokal w rockowym zespole, to ta płyta zdecydowanie jest dla was.

środa, 28 grudnia 2016

Elbrus - Elbrus [2016]



Kiedy czytam o australijskim zespole grającym w klimatach stonerowo-psychodelicznych z domieszką brzmień bluesowych, siłą rzeczy moja wyobraźnia skręca w kierunku zespołu Child, który w ostatnich latach wydał dwie bardzo udane płyty z taką właśnie muzyką. Ciężkie, z przyjemnymi przesterowanymi „dołami”, lecz jednocześnie melodyjne i dość przystępne. Elbrus to nowy zespół, który dopiero debiutuje albumem zatytułowanym po prostu Elbrus. Moje przewidywania mogły więc być zupełnie chybione, choć po klimacie okładki byłem dziwnie spokojny o to, jakiego rodzaju dźwięki usłyszę na tym krążku. To nie oznacza jednak, że nie było żadnych zaskoczeń.

piątek, 9 grudnia 2016

Child - Blueside [2016]



Pięć utworów, niecałe 40 minut muzyki, nieco krótszy – niespełna sześciominutowy kawałek w samym środku płyty oraz najdłuższy, ponad dziesięciominutowy numer na sam koniec. To krótka charakterystyka pierwszej płyty australijskiej grupy Child, wydanej w 2014 (a na nośniku fizycznym wznowionej w 2015) roku. Dokładnie ten sam opis pasuje do drugiego krążka formacji – Blueside – który ukazał się kilka dni temu. Kopia debiutu? Tylko jeśli chodzi o liczby, bo muzycznie na szczęście panowie nie próbują nagrywać drugi raz tego samego albumu.

poniedziałek, 17 października 2016

Swan Valley Heights - Swan Valley Heights [2016]



Wytwórnia i sklep Kozmik Artifactz, we współpracy z Oak Island Records, kolejny raz okazują się najlepszym w okolicy dilerem dobrego, ciężkiego grania. Trzeba im przyznać, że mają dar wynajdywania godnych uwagi grup obracających się w klimatach psychodelicznego stonera. Tym razem przedstawiają nam Swan Valley Heights – trio z Monachium, które w styczniu zadebiutowało płytą zatytułowaną po prostu Swan Valley Heights. Po kilku miesiącach nagrania te ukazują się na winylu i jest to dobra okazja, żeby o tym wydawnictwie napisać. Przygotujcie się na długie, kosmiczne odjazdy, ciężkie riffy i cholernie niski, bulgoczący bas.

środa, 9 grudnia 2015

Gin Lady - Call the Nation [2015]



Gin Lady z każdą kolejną płytą coraz wyraźniej pokazują, czemu kilka lat temu większość tego składu porzuciła nazwę Black Bonzo i postanowiła zacząć od nowa pod nowym szyldem. Black Bonzo znakomicie czuli się w stylistyce łączącej hard rocka z organowo-gitarowym rockiem progresywnym początku lat 70. Inspiracje Purplami czy Uriah Heep było tam słychać niemal na każdym kroku. Te zapędy pojawiały się jeszcze (choć dużo oszczędniej) na wydanym w 2012 roku pierwszym albumie Gin Lady, na płycie Mother’s Ruin było ich już jakby nieco mniej, a najnowszy krążek Szwedów – Call the Nation – to kolejny krok w stronę muzyki, która wydaje się być w tej chwili dużo bliższa członkom zespołu, czyli luzackiego rock ‘n’ rolla posypanego glamrockowym brokatem w stylu wczesnych Stonesów, Bowie’ego czy T. Rex. Uwielbiacie takie granie? Pokochacie Gin Lady i ich nowy album.

czwartek, 3 grudnia 2015

The Heavy Eyes - He Dreams of Lions [2015]

Przypadki, przypadki, przypadki… Patrzę – nazwa The Heavy Eyes. No tak, znam, kojarzę, kilka lat temu wydali płytę, która mi się podobała… chyba. Dostaję informację od wydawcy – no faktycznie mają na koncie dwie płyty, tylko żadnego tytułu nie rozpoznaję, a jednak powinienem… Szybkie sprawdzenie faktów i wszystko jasne – kilka lat temu spodobał mi się album The Flying Eyes, w tym roku zachwycałem się krążkiem The Heavy Minds… No przecież to zwariować idzie! Ogarnijcie się z tymi nazwami, bo nawet ja już nie nadążam, a co dopiero biedni czytacze bloga! Zacznijmy więc od nowa: z zespołem The Heavy Eyes stykam się po raz pierwszy. Zupełnie przypadkowo, jak już wiecie, ale takich przypadków nie ma co żałować. Pochodzą z Memphis, jest ich trzech i łoją aż miło. Dynamicznie, ciężko, na przestrze i z dużą dawką melodii, tylko, cholera, no, trochę jednostajnie.

sobota, 28 listopada 2015

Mammothwing - Morning Light [2015]

Czy to ptak? Samolot? Superman? Nie! To Mammothwing, którzy nadlatują z angielskiego Nottingham ze swoją pierwszą płytą Morning Light. Niech was nie zmyli pochodzenie muzyków. Tu nie będzie skocznych melodii folkowych rodem z historii o Robinie w kapturze. Będzie (zazwyczaj) ciężko jak cholera, głośno jak cholera i gęsto jak cholera. Trio składające się z braci Fisherów na gitarze i basie oraz perkusisty Keva Richardsona juniora łoi aż miło, ale – uwaga – w przeciwieństwie do wielu grup obracających się w klimatach doom rocka/metalu panowie z Mammothwing nie próbują wkręcić nas w ziemię tym samym riffem powtarzanym z coraz większą mocą przez kilkanaście minut. No, przynajmniej nie zawsze…

środa, 25 listopada 2015

Moon Curse - Spirit Remains [2015]

Jak to często bywa z zespołami spoza mainstreamu, Moon Curse z amerykańskiego Milwaukee odkrywam dopiero przy okazji drugiej płyty grupy, wydanej trzy lata po debiucie. Od pierwszego zetknięcia kapela prezentuje się intrygująco, gdyż w skład tria wchodzi niewiasta, Rochelle Nason, która gra na basie i jest jedną z dwojga wokalistów w grupie. Jest to rozwiązanie dość nietypowe w przypadku zespołów poruszających się w klimatach doomowych. Z taką muzyką utożsamiamy raczej brodatych facetów wyglądających jak potencjalni seryjni mordercy, co zresztą sprawdza się w przypadku pozostałych dwóch muzyków Moon Curse. W sensie, że mają brody, nie że są mordercami… Na swoim drugim albumie zatytułowanym Spirit Remains trio prezentuje 5 kompozycji o łącznej długości 42 minut, co już daje jakieś pojęcie o charakterze prezentowanej muzyki. Daje je także bardzo klimatyczna okładka.

piątek, 24 lipca 2015

Bison Machine - Hoarfrost [2015]


Amerykańska kapela Bison Machine musiała zwrócić moją uwagę swoją nazwą, więc kiedy okazało się, że za rogatym jegomościem z okładki nie kryją się żadne wrzask-metale, a mieszanka stonera, doom rocka i klasycznego hard rocka, postanowiłem z kilkumiesięcznym opóźnieniem dać kwartetowi ze stanu Michigan szansę. Płyta dość krótka, bo zaledwie trzydziestosześciominutowa, tylko 6 kompozycji, za to całkiem sporo ciężaru, bagnistego klimatu i gitarowego walca (bynajmniej nie angielskiego…). A jednak chyba nieco tajemnicza okładka oraz równie zagadkowa nazwa zostaną moimi ulubionymi elementami działalności Bison Machine, bo muzyka jest solidna, ale jednak daleko mi do dźwięgazmu.

środa, 15 lipca 2015

Grusom - Grusom [2015]



Spoglądam na nazwę – Grusom. Patrzę na opis ich debiutanckiej płyty: dark & groomy heavy rock. Głos, sekcja rytmiczna, dwie gitary i organy. Pochodzenie – północ, a konkretnie Dania. I na deser – album wydaje Kozmik Artifactz, więc wraz z kompaktem na rynku ukazuje się winyl w wersji czarnej oraz w dwóch limitowanych wersjach kolorowych. Do tego ponura, ale intrygująca okładka. W teorii brzmi to fantastycznie i gdyby się okazało, że panowie wszystko spieprzyli kiepską lub nawet zaledwie przyzwoitą muzyką, czułbym się bezczelnie oszukany. Spokojnie – nie spieprzyli. Płyta Grusom to absolutnie jeden z moich ulubionych krążków wydanych jak do tej pory w 2015. A raczej stanie się nim oficjalnie 30 lipca, gdy wejdzie do sprzedaży.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Hair of the Dog - The Siren's Song [2015]


Na maila przychodzi informacja o płycie przedpremierowo dostępnej dla prasy i prośba o skrobnięcie o niej kilku słów. Zespołu nie znam, z krótkiej notki wyczytuję, że to drugie wydawnictwo w dorobku grupy. Tak jak w przypadku wielu innych albumów najpierw zwracam uwagę na okładkę. Psychodelia połączona z fantastyką, jaskrawe kolory, interesujący klimat, „oldschoolowy” krój czcionki. Hair of the Dog – rockowe power trio, a jakże, ze Szkocji. „Będzie albo znakomicie, albo całkowicie karykaturalnie” – myślę sobie i odpalam pierwszy utwór. 46 minut później włączam całość od nowa… a później jeszcze raz. Ten sam manewr powtarzam następnego dnia i kilka dni później. Za każdym razem nie mogę się nadziwić, że zespół, który gra tak znakomitą muzykę i robi to naprawdę zdumiewająco dobrze, polubiło do tej pory na Facebooku nieco ponad 1300 osób. Ja wiem, może średni to wyznacznik czegokolwiek, ale jednak nie da się ukryć, że facebookowe „lajki” mówią sporo o popularności danej kapeli. Dlaczego Hair of the Dog nie są jeszcze zbyt popularni? Nie mam bladego pojęcia, ale jeśli po tym krążku nie uda im się przynajmniej złapać kilku okazji do supportowania znanych rockowych kapel lub pojawić się na paru znaczących festiwalach w Europie, to będzie oznaczało, że albo ja nie znam się na muzyce, albo z tym światem jest coś nie tak. A na muzyce – jak wiadomo – znam się.

sobota, 4 kwietnia 2015

La Chinga - La Chinga [2013 / 2015]


Płyta kanadyjskiego tria La Chinga tak naprawdę ukazała się w 2013 roku. Dlaczego więc piszę o niej właśnie teraz, skoro postanowiłem zajmować się tylko nowymi wydawnictwami? Po pierwsze dlatego, że początkowo była wydana głównie cyfrowo, a w tym roku muzyka ta jest ponownie dostępna, tym razem na nośniku takim, co to go można wziąć do łapy, obrócić, nacieszyć oko, a jak się nie spodoba, to przez okno wywalić – w dodatku z trzema dodatkowymi kompozycjami. A po drugie dlatego, że to po prostu cholernie dobra płyta jest i każdy powód jest dobry, żeby o niej wspomnieć. Dlatego łączę przeszłość (choć nie tak odległą) z teraźniejszością i zaprawdę powiadam wam – jeszcze o nich usłyszycie! Najczęściej prawdopodobnie ode mnie, bo zamierzam wciskać tę muzykę ludziom tak długo, aż w końcu całe rzesze znajomych (i nieznajomych) pójdą moim śladem i zachwycą się tym krążkiem. Z Rival Sons i Blues Pills się udało…

Panowie określają się na własnym profilu facebookowym jako „hard rock power trio” i w zasadzie to trafne określenie, choć zostawiające spore pole do muzycznych domysłów. To może tak – jest głośno, ostro i dynamicznie, ale także melodyjnie, a czasami psychodelicznie. No dobrze, chcę to mieć za sobą: Early Grave zdradza spore wpływy dynamicznego rocka spod znaku The Who, Snake Eyes to klimaty Led Zeppelin i Rival Sons, a The Wheel to hołd dla Hendrixa. Country Mile zalatuje na kilometr Skynyrdami, numer tytułowy to kop w mordę w stylu Highway Star, zaś w kilku fragmentach To Let Silver ponownie słychać, że panowie znają dyskografię Led Zeppelin na pamięć. Do tego wszystko polane wywarem z roślin z okolic Seattle. Skoro mam już za sobą obowiązkowe porównania do innych artystów, które w skrócie przedstawiają wam, czego należy się spodziewać, mogę skupić się na La Chinga, nie na oczywistych inspiracjach trójki muzyków. Od samego początku słychać, że żywiołowy, pełen ognia rock wychodzi panom popisowo. Early Grave to świetne, szybkie rozpoczęcie – takiego spodziewam się po 45-minutowej płycie hardrockowej. Nie wymagam muzycznego odpowiednika fizyki kwantowej. Równie dobrze można mnie powalić dobrym, niezbyt skomplikowanym numerem, który sprawi, że dupa sama odlepia się od fotela i podrywa resztę ciała. Szybko też słychać, że wokalista i basista Carl Spackler ma rasowy, wysoki hardrockowy głos w starym stylu. Świetna barwa i odpowiednia moc – z jednej strony nie dominuje nad instrumentami, z drugiej nie daje im się przytłoczyć. A przyznać trzeba, że bywa głośno, ciężko i intensywnie, jak w Catty, w którym mamy niemal stonerowy wykop. A chwilę potem jedyny dłuższy numer na płycie, To Let Silver – odjazd w zupełnie inne klimaty. Sześć minut dużo wolniejszego grania z wkręcającym motywem gitarowym, czyli jest czas na porządne rozwinięcie części instrumentalnej, trochę luźniejszą strukturę i nieco kosmosu gitarowego autorstwa Bena Yardleya. Miła i potrzebna odmiana po czterech trzyminutówkach i przed kolejnymi, bo właśnie takie dynamiczne, zwarte kompozycje dominują na La Chinga.

Interesująco jest w coverze ZZ Top Precious & Grace. Niby dość prosty numer, ale przez użycie różnych efektów dźwiękowych całość ma lekko chaotyczny, ale i klaustrofobiczny charakter. Dla odmiany w Country Mile mamy luzacki klimat amerykańskiego południa, zaplątała się nawet harmonijka ustna, a całość jest tak bardzo chwytliwa, że trudno usiedzieć podczas pisania tych słów. Numer tytułowy to potężne, rozpędzone, hardrockowe zwierze. Cztery minuty machania łbem do pędzącej sekcji rytmicznej Spackler/Solyom, do tego oszczędne, niemal punkrockowe łojenie na gitarze i wywrzeszczany tytuł kompozycji (i jednocześnie nazwa zespołu) w refrenie. Momentami mam w tym numerze wrażenie jakbym słuchał młodych Maidenów, jeszcze z czasów pierwszych płyt z Paulem Di’Anno na wokalu. To ten rodzaj estetyki – niby chwytliwy, gęsty hard rock, ale okraszony szorstkimi wokalami i jakąś taką bezczelnością. Oczami wyobraźni widzę, co mogłoby się dziać pod sceną w polskich klubach, gdyby panowie przyjechali do nas i zagrali ten kawałek. Reakcji z występów w Ameryce Północnej sprawdzać w Internecie nie będę, bo przecież możliwości ruchowe są znacznie ograniczone, kiedy trzyma się piwo w ręce pod sceną… Świetnie sprawdza mocny rytm w połączeniu z jazgotliwymi gitarami w The Reaper. Mam wrażenie, że tu już więcej ze sceny Seattle przełomu lat 80. i 90. niż z lat rozkwitu hard rocka. Zakończenie powala – When I Get Free przechodzi płynnie w The Universe Is Mine, a te osiem minut – bo tyle trwają w sumie oba numery – to kolejna dawka olbrzymiej rockowej przyjemności. Są i chwytliwe refreny, jest nawet lekko funkowy motyw, nie zabrakło także cowbella (choć tego – jak wiadomo – zawsze mało), a na koniec znowu mocny, dynamiczny atak, jakby muzycy La Chinga chcieli wycisnąć ze swoich słuchaczy resztki sił.



Uwielbiam takie przypadkowe odkrycia, choć z drugiej strony wpadam przez nie w doła jak jakaś przewrażliwiona gimnazjalistka, gdy pomyślę sobie, ile jeszcze jest na świecie tak znakomitych zespołów, o których nigdy w życiu nie usłyszę. Ciągle na takie trafiam – kiedyś równie przypadkowo trafiłem na zupełnie nieznane Rival Sons i Blues Pills, odkrywałem z pewnym opóźnieniem znany już w pewnych kręgach w Polsce zespół Airbag, w ostatnich miesiącach trafiłem choćby na grupę Agusa czy Messenger i Mondo Drag. A ile kapel, które zachwyciłyby mnie w równym stopniu, przegapiłem? Do ilu z nich dotrę z opóźnieniem, a z iloma nigdy nie będę miał okazji się zetknąć? Ile znakomitej muzyki stracę przez to, że w mediach wciąż na siłę wciska nam się to samo gówno i wmawia nam się, że najbardziej lubimy te piosenki, które znamy, a od pierwszej połowy lat 90. nie powstało nic godnego uwagi? Mówicie, że dzisiaj nie gra się dobrego rocka? A PIEPRZNIJCIE WY SIĘ W ŁEB.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

sobota, 14 marca 2015

Mondo Drag - Mondo Drag [2015]


Uwielbiam takie sytuacje – ze względu na moje zainteresowanie jakimś zespołem trafiam na nazwę innej kapeli, dzięki której z kolei odkrywam coś jeszcze innego, na co pewnie w życiu nie trafiłbym w jakichkolwiek popularnych gazetach czy portalach skupiających się na muzyce rockowej. Sieć powiązań między mało znanymi zespołami, grającymi znakomitą, klimatyczną muzykę, jest doprawdy fascynująca. Znacie Blues Pills? No jasne, że znacie. Wydali jedną z najlepszych płyt 2014 roku. Sekcja rytmiczna, która pojawiła się na debiutanckim albumie szwedzko-francusko-amerykańskiego zespołu zdążyła wcześniej zagrać wspólnie na płycie Mondo Drag nazwanej po prostu Mondo Drag. Album powstał już kilka lat temu, ale dopiero teraz ujrzał światło dzienne dzięki niemieckiej wytwórni Kozmik Artifactz, która powoli staje się jednym z moich ulubionych wydawców. Mondo Drag wbrew pozorom nie jest pierwszym krążkiem tego istniejącego od 9 lat zespołu. Trzon grupy stanowią wokalista i gitarzysta Nolan Girard, gitarzysta Jake Sheley i klawiszowiec John Gamino. Zapraszam na absolutnie magiczne 35 minut ze świetną muzyką Mondo Drag.

Pierwsze, na co zwraca się uwagę przy odsłuchu płyty Mondo Drag, to brzmienie krążka. Muzycy zdecydowanie nie są fanami nowoczesnych sztuczek studyjnych. Korzystają z instrumentów i innego studyjnego sprzętu, będących w użyciu dobre 40-50 lat temu. Także technika produkcji i miksowania nawiązuje do dawnych czasów. Dzięki temu ten album naprawdę brzmi, jakby powstał powiedzmy w 1969 roku. Od pierwszych sekund dwuipółminutowego Zephyr, które otwiera krążek i zostało wybrane jako singiel promujący płytę, słychać to charakterystyczne, brudne brzmienie gitar i organów, inspirowane ewidentnie choćby wczesnymi płytami Deep Purple. Zwraca też uwagę wokal – charakterystyczny, mocno wycofany w miksie, trochę pod wczesnego Ozzy’ego, choć służący raczej jako tło dla głównej akcji. Nawet jeśli takie wysokie, mocno przetworzone zaśpiewy niespecjalnie wam odpowiadają, nie powinniście się zniechęcać. Na krążku znajdziecie sporo długich fragmentów instrumentalnych. Absolutnie fantastycznie brzmi wstęp do Crystal Visions Open Eyes. Dobry rytm, bulgoczące pod spodem organy i przesterowana gitara tworzą boski klimat. Do tego jeszcze cudowne, delikatne zakończenie po kilku dynamicznych minutach. Aż głupio mi, że słucham tego albumu z plików cyfrowych podesłanych mi przez wytwórnię, bo takiej muzyki należałoby w zasadzie słuchać wyłącznie na gramofonie. Absolutnie najlepszym momentem pierwszej części płyty (lub też strony A, jeśli ktoś jest szczęśliwym posiadaczem wydania winylowego) jest zamykający ją numer Plumjilla. Najpierw kilka minut świetnego rytmicznego grania w średnim tempie, ze znakomitymi wielowarstwowymi gitarami, do tego psychodeliczny środek z intrygującym motywem, wzorowanym pewnie na (Don’t Fear) The Reaper lub Rime of the Ancient Mariner, ale rozwijanym absolutnie genialnie dzięki pięknemu motywowi klawiszy i organom w tle. Może nawet trochę szkoda, że ta druga część kompozycji nie znalazła się na osobnej ścieżce, bo aż chciałoby się włączać ją po kilka razy z rzędu, żeby nacieszyć się tymi cudownymi, bajkowymi dźwiękami.

 
Druga strona przynosi pewne zaskoczenie. Pierwsze kompozycje na albumie bazowały głównie na ciężarze, gęstym aranżu i niezbyt szybkim, ale mocno zaznaczanym rytmie. Tu już na początku w Shifting Sands mamy numer o motoryce L.A. Woman połączonej z psychodelicznym zacięciem wczesnych Floydów i nieco bardziej uczłowieczonym klimatem kompozycji Jarre’a. Pamiętacie muzykę z Kwantu albo z Przybyszów z Matplanety? Jeśli tak, to powinniście poczuć się podczas odsłuchu tego numeru o dobre 25 lat młodsi. Absolutnie zakochałem się w instrumentalnym Pillars of the Sky. Tym razem obok kosmicznych klawiszy i przesterowanych, tworzących cudowną kołdrę dźwięków gitar, mamy też fortepian, który pasuje tu idealnie. Prawie siedem minut powalającego, pięknego brzmienia. Nikt się nigdzie nie spieszy, klimat, jaki tworzą muzycy, jest po prostu nieziemski. To jest numer, który Floydzi mogliby zagrać podczas koncertu w Pompejach – taki to klimat! I w takim psychodelicznym, gęstym sosie będziemy pływać już do końca płyty. Zamykająca album kompozycja Snakeskin kojarzy mi się z narkotycznymi wizjami na pustyni przy palącym słońcu, z obłędnym tańcem na granicy przytomności i nie do końca legalnymi rytuałami, które nigdy nie kończą się dobrze dla osoby znajdującej się podczas nich w centrum uwagi. Ostatnie uderzenie na płycie daje po dołach tak mocno, że aż przechodzą ciarki, budzę się z tego transu, w który przez ostatnie kilkanaście minut byłem skutecznie wprowadzany i zastanawiam się, jak to się stało, że ta płyta skończyła się tak błyskawicznie. Na jednym odsłuchu nigdy się nie kończy.

Jak zwykle można jęczeć, że nie ma tu nic nowego. I pewnie nie ma. Z drugiej strony – ta mieszanka psychodelii, hard rocka i muzyki progresywnej polana gęstym przesterem z dodatkiem paru znakomitych melodyjnych motywów i szczyptą kosmosu jest rozbrajająca. Nie potrafię się uwolnić od tej płyty. Jestem bezgranicznie oczarowany tym dźwiękami. Jasne, dużo tu Floydów ery Barretta, Love, Doorsów, Jefferson Airplane czy wczesnego Deep Purple (i paru innych grup), ale jeśli ma z tego powstawać tak powalająca muzyka, to jak dla mnie Amerykanie mogą czerpać z tych i innych zespołów ile tylko będą w stanie. Ja taką mieszankę kupuję w całości. Chcę, żeby o tym zespole dowiedziały się tłumy, bo ci goście zasługują na to jak mało kto.



---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji

piątek, 13 marca 2015

Child - Child [2015]


Skąd się biorą tacy goście? Wiem, ci konkretnie z Australii, ale pytanie jest raczej ogólne. Trzech na oko młodych muzyków zakłada zespół o niezbyt wyszukanej nazwie, ale na swojej debiutanckiej płycie nagrywa takie dźwięki, że paszcza otwiera się coraz szerzej z każdym odsłuchem. 37 minut muzyki, tylko pięć kompozycji, ale intensywność brzmienia tak wielka, że to w zupełności wystarczy. No dobrze, to może pora przybliżyć, co zrobiło na mnie tak wielkie wrażenie. Debiutancka płyta grupy Child to mieszanka znakomitego, soczystego bluesa, psychodelicznych odlotów i walcowatych, doomowych, gęstych jak smoła brzmień przepuszczonych przez tak mocny przester, że przy głośniejszym odsłuchu wibrują mi wszystkie narządy wewnętrzne, nawet te, których nie mam. Oj nasłuchali się ci goście kilku „znanych i lubianych” z dawnych lat, nasłuchali. Ale żeby nie wyszło, że podrabiają kogoś bezczelnie – to raczej inspiracje w brzmieniu, ale mieszanka tych inspiracji przynosi bardzo intrygujący efekt, którego świetnie się słucha. Płyta ukazała się już na początku 2014 roku, ale tylko w formacie cyfrowym. Teraz jest wreszcie dostępna na nośnikach fizycznych, także na kolorowych winylach, co powinno ucieszy wszystkich maniaków czarnych płyt.

Już na samym początku grupa prezentuje bardzo przyjemne bluesidło, takie bardzo rdzenne, bez efekciarstwa czy wygładzania pod radio. Może się wydawać, że 8 minut bluesowego grania to gwarantowana nuda, ale nic z tych rzeczy. Zespół tworzy fantastyczny klimat dzięki niskiemu strojowi, świetnemu przesterowi i fantastycznemu wyciszeniu w połowie. Okazuje się, że bluesa wcale nie trzeba grać zawsze na tych samych patentach, zajeżdżając przy tym do bólu jeden motyw. Jest melodyjnie, klimatycznie i ciężko jak cholera – doom blues w absolutnie mistrzowskim wydaniu, a to przecież dopiero początek płyty. Stone by Stone mogłoby być równie dobrze jakąś zaginioną improwizacją Hendrixa opartą na bluesowych zagrywkach i brzmieniowych eksperymentach. Motyw basowy i stały rytm wybijany przez perkusistę mogą się wydawać nieco monotonne, ale to pozory. To tylko próba okręcenia sobie słuchacza wokół palca, struny, czy czego tam jeszcze można używać do okręcania słuchaczy (nigdy żadnych nie okręcałem, to nie wiem). Próba skuteczna, bo z każdą minutą daję się wciągać w ten klimat coraz bardziej, wkręca się także gitarzysta, który wydobywa ze swojego instrumentu coraz głośniejszy i intensywniejszy jazgot, znakomicie wypełniając przestrzeń pozostawianą przez wyluzowaną sekcję rytmiczną. Bluesowy walec w najkrótszym na płycie, pięciominutowym All Dried Up, jest znakomicie podkreślany ciężkim, gęstym brzmieniem organów. Jeśli można o którymkolwiek z utworów na Child powiedzieć, że ma jakikolwiek potencjał radiowy, to jest to chyba właśnie ta kompozycja. Nieco więcej tu miejsca na oddech, bo choć organy wraz z przesterowanymi gitarami suną niczym armia Saurona albo jakiegoś innego książkowo-filmowego urwisa, to w zwrotkach na chwilę jest nieco luźniej i subtelniej. To bardzo potrzebny moment na złapanie oddechu, bo w ostatnich dwóch utworach będzie jeszcze ciężej.

Wspomniane dwie ostatnie kompozycje to 18 minut muzycznej smoły, psychodelicznych odjazdów i doommetalowych improwizacji – wciąż na bazie bluesa, ale tu bluesowy luz i polot zdecydowanie ustępują miejsca brudowi, ciężarowi i gitarowemu jazgotowi z piekła rodem. Słuchanie tej muzyki na słuchawkach jest autentycznie niebezpieczne. Te brudne dźwięki robią sieczkę z mózgu i sprawiają, że nie ma się siły na jakąkolwiek reakcję. Ale klimat! Tak jest zarówno w znakomitym Mean Square, jak i w zamykającym krążek, dziesięciominutowym Blue Overtone Storm / Yellow Planetary Sun. Znowu walec, który rozjeżdża słuchacza i zostawia mokrą plamę, a kiedy po kilku minutach wydaje się, że w drugiej części kompozycji musi być szybciej i żywiej… zespół jeszcze bardziej zwalnia. Po ostatnim warkocie gitary czuję się, jakbym zderzył się z tirem… kilka razy. 37 minut to idealna długość. Nie wiem, czy byłbym w stanie wytrzymać w dobrej kondycji psychicznej kolejne minuty tej płyty.

To jest taka muzyka, którą należy chłonąć całym sobą, skupić się na niej, wczuć się w klimat i dać się wciągnąć w to, co się dzieje w każdym utworze. To rodzaj sztuki, którzy jest bardzo męczący dla słuchacza – nie dlatego, że muzyka jest zła, ale dlatego, że słuchanie staje się niezwykle intensywnym doznaniem. Takie płyty po prostu muszą trwać najwyżej te 30-40 minut, bo większa dawka takich klimatów byłaby zwyczajnie niezdrowa. Oczyma wyobraźni widzę tych gości w ciemnych londyńskich klubach psychodelicznych końca lat 60., grających przed publiką naćpaną wszystkimi możliwymi substancjami, leżącą na podłodze pod sceną lub bujającą się w transie na boki przez kilkadziesiąt minut. To ich miejsce. To nigdy nie będzie zespół, który mógłby dobrze brzmieć na dużej scenie festiwalu, przy dziennym świetle i dwukilometrowej odległości między muzykami a widownią. Oni są stworzeni do tego, żeby grać w zadymionych, ciemnych piwnicznych klubach, w których pot zgromadzonej publiki skrapla się na ścianach i suficie, a co bardziej wkręconych słuchających trzeba po koncercie potraktować plaskaczem, żeby wyszli z transu i wrócili na Ziemię. Chcę ich widzieć w takim otoczeniu, choć nie mam wielkiej nadziei, że mało znana grupa z Australii przyjedzie sobie pewnego dnia ot tak na drugi koniec świata, żeby zagrać dla 15 osób, bo mniej więcej takie tłumy mamy u nas w kraju na koncertach nieznanych zagranicznych ekip. Ale myślę, że znajdą się miejsca na świecie, gdzie trio z Melbourne zdobędzie wierne grono fanów i stanie się atrakcją undergroundowej sceny muzycznej. Zasługują na to i mam nadzieję, że z każdym kolejnym albumem będzie o nich słyszało coraz więcej osób.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji