Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garage rock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garage rock. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 listopada 2022

Medusa's Disco - s/t [2022]

Medusa’s Disco – wbrew pozorom wcale nie pierwszy, a już piąty album formacji o takiej nazwie – to jedna z tych płyt, które niby podobają się od pierwszego odsłuchu, ale tak naprawdę dopiero po kilku miesiącach człowiek zdaje sobie sprawę z tego, jak chętnie do nich wraca. Tak przynajmniej jest ze mną. Płyta ukazała się w maju, w audycji prezentowałem jej obszerne fragmenty już w sierpniu i wrześniu, ale dopiero teraz dotarło do mnie, że brak tekstu o tym krążku byłby jednak z mojej strony sporym niedopatrzeniem, nawet w roku, w którym prawie na blogu nie pisałem, bo to album, który z pewnością znajdzie się w czołówce moich ulubionych tegorocznych wydawnictw. Zespół pochodzi z Pensylwanii, istnieje od 10 lat, ale nigdy wcześniej jakoś na nich nie trafiłem, mimo że mieli już kilka płyt na koncie. Tak się zdarza. Przy tylu nowych zespołach działających poza mainstreamem (jak większość grup rockowych obecnie) siłą rzeczy umyka mi sporo świetnej muzyki, i to mimo odsłuchiwania niemal 300 nowych płyt każdego roku. Tym razem jednak z całej puli nowości wytypowałem między innymi właśnie ich, pewnie częściowo dzięki prostej, ale intrygującej i przyjemnej dla oka okładce.

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Hearty Har - Radio Astro [2021]

Genów nie oszukasz. Nazwisko Fogerty znaczy sporo w świecie muzyki rockowej. Bracia John i Tom przez lata stanowili połowę sławnego kwartetu Creedence Clearwater Revival. Tom od ponad 30 lat już nie żyje, John zaś – lider zespołu – wciąż działa solo. W ostatnich latach wspomagają go między innymi jego dwaj synowie – Tyler i Shane. I to właśnie dwaj przedstawiciele kolejnego muzycznego pokolenia Fogertych stanowią siłę napędową formacji Hearty Har, która w tym roku wypuściła swoją pierwszą oficjalną płytę, choć działa już od jakiegoś czasu i wcześniej miała już na koncie nagrania wypuszczane na skromniejszą skalę. Płyta zatytułowana jest Radio Astro i z pewnością powinna zainteresować wszystkich fanów lekkiej, melodyjnej psychodelii.

środa, 14 października 2020

Dätcha Mandala - Hara [2020]

Nie jestem do końca pewny, czego się spodziewałem po albumie formacji Dätcha Mandala, ale biorąc pod uwagę nazwę grupy i okładkę, przewidywałem chyba, że muzyka zawarta na nowej płycie nieznanego mi wcześniej tria z Bordeaux będzie miała w sobie jakiś mistyczno-psychodeliczny element i klimat orientalny. No to przestrzeliłem. Nic to jednak, bo i tak okazało się, że jest to zespół, którym warto się zainteresować. Hara to zbiór przeważnie prostych, wpadających w ucho, rockowych lub blues-rockowych piosenek.

sobota, 11 stycznia 2020

Tritocosmics - Tales of a Blind Cosmonaut [2019]


Grecja zdecydowanie wdarła się w ostatnich latach do czołówki europejskiego stoner-psychodelicznego podziemia. Zazwyczaj są to jednak zespoły, które lubią solidnie przyłoić i rozwalcować słuchacza potężnym riffem. W przypadku Tritocosmics jest inaczej. Kwartet z Aten też podąża psychodeliczną ścieżką, ale w zdecydowanie lżejszym wydaniu. To raczej hipnotyczne pląsy po śródziemnomorskich plażach i oraz wycieczki w kosmos niż rytmiczne bujanie się pod naporem przesterowanego riffu. W listopadzie ukazała się pierwsza płyta formacji – Tales of a Blind Cosmonaut.

piątek, 13 grudnia 2019

Karkara - Crystal Gazer [2019]


Wielokrotnie pisałem, że jednym ze sposobów na zainteresowanie mnie swoją muzyką jest ozdobienie jej ciekawą okładką. Nawet w tym roku zdarzało się kilka razy, że po jakiś album sięgnąłem tylko dlatego, że spodobała mi się szata graficzna. Rzadko przeżywam w takiej sytuacji zawód warstwą brzmieniową. Francuskie trio Karkara wydało w tym roku swój pierwszy album, którego okładka sugerowała klimat folkowo-psychodeliczny. W pewnym sensie to się sprawdziło, jeśli przyjmiemy, że pojawiające się tu dość często klimaty bliskowschodnie kwalifikują się do folku (bo niby czemu nie?). Psychodelii też nie brakuje, choć nie spodziewajcie się raczej kosmicznych odlotów. Grupa serwuje niezwykle ciekawą mieszankę różnych odcieni rocka, od rocka garażowego czy nawet surf rocka przez psychodelię i klimaty bliskowschodnie po gęste postrockowe łojenie.

piątek, 13 września 2019

The Heavy Minds - Second Mind [2019]


The Heavy Minds poznałem cztery lata temu przy okazji premiery ich pierwszego albumu. Przyznam, że wtedy jeszcze moja orientacja w rejonach europejskiej retro-psychodelii była o wiele mniejsza, o czym najlepiej świadczy to, że w zasadzie nie kojarzyłem niemal żadnych innych współczesnych zespołów austriackich. Przez te cztery lata sporo się zmieniło, nie zmienia się natomiast to, że The Heavy Minds wydają dobrą muzykę. 

Choć produkcja płyty sprawia, że brzmienie jest momentami dość hmm… ostre, same kompozycje kontrastują to uczucie przyjemnymi dla ucha motywami i przystępnością. To oczywiście nie są czterominutowe kawałki ze schematem zwrotka-refren, ale panowie brak prostej, radiowej struktury utworów nadrabiają melodyjnością i odwołaniami do klasycznych, często blues-rockowych patentów z lekko stonerową polewą. A zaczynają od beatlesowskiego utworu tytułowego. Czy tak właśnie brzmieliby chłopcy z Liverpoolu, gdyby nagle zeszli do podziemia i zaczęli grać w XXI wieku w małych, piwnicznych klubach? Trochę więcej kosmicznych, psychodelicznych odlotów i zapętleń mamy w Footpath to Fortress. Niby numer trwa niewiele ponad pięć minut, ale zespołowi udało się zorganizować w tym czasie całkiem niezłego muzycznego tripa.

wtorek, 13 sierpnia 2019

The Black Keys - "Let's Rock" [2019]


Po sporym sukcesie, jaki był udziałem The Black Keys na wcześniejszym etapie historii duetu, można śmiało założyć, że każde nowe studyjne wydawnictwo formacji ze stanu Ohio będzie sporym wydarzeniem w branży muzycznej. Ale Dan Auerbach i Patrick Carney swoich fanów ostatnimi czasy nie rozpieszczają. Ja po raz pierwszy zetknąłem się z nazwą The Black Keys w okolicach premiery siódmego krążka grupy – El Camino. Był to rok 2011, może 2012, zespół był wtedy na scenie już dekadę i – jak wspomniałem – wydawał już swój siódmy album. Na następny trzeba było czekać aż trzy lata, a na ten najnowszy aż pięć kolejnych. Znudzenie? Zmęczenie? Zwykła przezorność, żeby nie „przedobrzyć”? Pewnie wszystko po trochu plus zmiany w życiu osobistym. W sumie trzyletnia przerwa w jakiejkolwiek aktywności The Black Keys nie wyszła im chyba na złe.

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

The Raconteurs - Help Us Stranger [2019]


Jack White to jedna z najciekawszych, najbarwniejszych i najważniejszych postaci we współczesnej muzyce rockowej. Można go nie lubić, można nie słuchać jego muzyki, ale zaprzeczanie temu to strzał we własną stopę, jeśli chce się być traktowanym poważnie w jakiejkolwiek dyskusji na temat współczesnej sceny rockowej. Nigdy nie byłem fanem The White Stripes – zespołu, który pozwolił mu wypłynąć i stać się gwiazdą. Znacznie bardziej wolałem to, co tworzył solo lub z formacją The Raconteurs. Ale ostatni solowy krążek White’a jakoś nie przypadł mi do gustu. Jeszcze na początku próbowałem się do niego przekonać nieco na siłę, ale z perspektywy kilkunastu miesięcy wiem już, że raczej nie będę do tej płyty wracał. Zgoła inaczej ma się sprawa z nowym albumem Gawędziarzy – pierwszym od ponad 11 lat.

środa, 3 kwietnia 2019

The Last Internationale - Soul on Fire [2019]


The Last Internationale to grupa z Nowego Jorku, która zadebiutowała dobrą dekadę temu i zdążyła już wypuścić kilka interesujących wydawnictw, choć mam wrażenie, że pewien rozpęd, który był udziałem zespołu, gdy dołączył do niego Brad Wilk z Rage Against the Machine, a potem udało się dostać jako support na trasy kilku legend rocka, jakoś stracił w ostatnim czasie na mocy. Zastanawiałem się nawet, czy to aby nie koniec zespołu. Tak to jakoś jest ostatnimi czasy, że te nowe, wyskakujące z różnych miejsc dwu i trzyosobowe formacje grające nowoczesną wersją garażowego rocka, często pojawiają się nagle i równie nagle znikają po jednej czy dwóch płytach. Na szczęście The Last Internationale nie zniknęli. Duet Delili Paz (wokale, bas, gitara akustyczna, instrumenty klawiszowe) i Edgeya Piresa (gitara) – tym razem wspomagany przez Joeya Castillo (większość płyty) i Claudia Tavaresa (trzy utwory) na perkusji – powrócił bardzo udanie albumem Soul on Fire, na którym znajdziemy dziesięć raczej niezbyt skomplikowanych, ale bardzo przyjemnych i wpadających w ucho, przeważnie niezwykle dynamicznych i efektownych rockowych numerów.

wtorek, 5 marca 2019

Reignwolf - Hear Me Out [2019]


Reignwolf to ciekawe zjawisko na scenie muzycznej. Projekt, który w zasadzie niczego jeszcze wielkiego nie dokonał, nie dał jakichś poważniejszych podstaw do tego, żeby wyczekiwać pierwszego oficjalnego wydawnictwa z niecierpliwością i ekscytacją, ale… no cóż, tak w pewnym sensie właśnie było. Formacja była obecna w świadomości słuchaczy już od ładnych kilku lat, zaliczyła trasę z Black Sabbath, wypuściła parę singli, pojawiała się na YouTube przy okazji różnych sesji muzycznych dla stacji radiowych, generalnie robiła wokół siebie sporo zamieszania, ale wciąż nie miała na koncie dużej płyty. To się właśnie zmieniło, choć… no nie do końca, bo krążek Hear Me Out trwa poniżej 30 minut. Technicznie jest więc według amerykańskich zasad EP-ką, a według brytyjskich pełnoprawnym albumem. I bądź tu mądry. To jednak tylko nie do końca istotne kwestie techniczne. Grunt, że zespół w końcu coś wydał. Ale chwila – czy to w ogóle jest zespół? Zaczyna boleć mnie głowa.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Mouth - Floating [2018]


W tym samym czasie, gdy londyńskie podziemie szalało przy psychodelicznych odjazdach Pink Floyd czy Soft Machine, zasilane przypływającym do stolicy Anglii szmuglowanym towarem wzmacniającym wszelkiego rodzaju doznania, w Niemczech królował krautrock, choć podobno sami Niemcy za tym określeniem nie przepadali. Jak zwał, tak zwał – chodziło w gruncie rzeczy niemal o to samo. Podobnie jak rockowa (lub pop-rockowa) psychodelia, „kosmiczna muzyka” z Niemiec lata największych sukcesów ma już oczywiście dawno za sobą, to jednak nie znaczy, że scena zupełnie padła na ryj. Co jakiś czas wyskakuje kolejny wykonawca znakomicie czujący się w takich muzycznych klimatach. I tak oto przechodzimy do bohaterów tego tekstu – formacji Mouth. Istnieją już od kilkunastu lat, choć dorobek na razie mają dość skromny. Po kilku demówkach i singlach wydawanych niezależnie w formie cyfrowej, oraz jednej płycie dostępnej także jedynie w formie plików, zespół zadebiutował na dobre wydaną w 2017 płytą Vortex, a tym roku poprawił albumem Floating. Kolorowa, banalnie prosta, ale świetnie oddająca klimat płyty okładka, osiem numerów, niecałe 35 minut muzyki. A do tego brzmienie… Wszystko wskazuje na to, że to album sprzed niemal 50 lat, ale zwieść się nie dajcie. To jak najbardziej rzecz świeża, za to znakomicie oddająca ducha kosmicznej psychodelii.

środa, 11 lipca 2018

Dead Man's Eyes - Words of Prey [2018]


Words of Prey to pierwszy album długogrający niemieckiej formacji Dead Man’s Eyes, która wydawniczo zadebiutowała EP-ką Meet Me in the Desert wydaną w 2013 roku. Choć tak długo to znowu ta płyta nam nie gra, bo ledwie o kilka minut przekracza pół godziny. Taka jednak teraz moda wśród grup obracających się w klimatach retro/psych i ja w zasadzie nie mam nic przeciwko tej modzie. Lepszy lekki niedosyt niż absolutny przesyt. Ważne, żeby muzycznie i brzmieniowo wszystko się zgadzało. A tu się zgadza – byłem o tym przekonany już od pierwszego odsłuchu Words of Prey.

poniedziałek, 2 lipca 2018

Low Hums - Night Magic Wine / Shine Rock [2017/2018]


Low Hums to kwartet z Seattle. Seattle kojarzy nam się muzycznie dość jednoznacznie, a jeśli dodamy do tego nazwisko producenta płyty – Jacka Endino, który pracował m. in. z Soundgarden czy Nirvaną – to szybko możemy sobie wyrobić oczekiwania. Zbyt szybko. Muzyka Low Hums nie ma wiele wspólnego z rockową sceną Seattle przełomu lat 80. i 90., a raczej ze słonecznym kalifornijskim rockiem i klimatycznym, psychodelicznym, mrocznym, bagnistym bluesem południa Stanów. Night Magic Wine to 10 numerów trwających zaledwie 27 minut (zdaje się, że grupa woli taką „epkową” długość swoich wydawnictw). Znajdziemy na niej mieszankę rock alternatywnego lat 90., może nawet trochę brit-popu, ale z drugiej strony rocka garażowego końca lat 60. i psychodelicznego pop-rocka z podobnego okresu. Wszystko razem tworzy niezwykle przebojową, bardzo przyjemną mieszankę, która szybko wpada w ucho i przez nie zagnieżdża się wygodnie w głowie, z której wcale nie chce wychodzić.

piątek, 23 marca 2018

Jack White - Boarding House Reach [2018]


Dziwna to płyta. Dziwny to wykonawca. Jack White to niewątpliwie jedna z najciekawszych postaci w świecie rocka ostatnich 25 lat. Jest tym dla mainstreamowego rocka, kim dla prog rocka jest Steven Wilson. I podobnie jak jego bosonogi, wątły odpowiednik, wydaje płyty pod różnymi szyldami. Mnie zawsze najbardziej odpowiadała muzyka wydawana po prostu pod jego imieniem i nazwiskiem, stąd na następczynię Blunderbuss i Lazaretto czekałem z dość dużą ekscytacją, wszak zwłaszcza druga z tych płyt to według mnie absolutna czołówka tej dekady. Boarding House Reach ukazała się dzisiaj i jest hmmm – czy ja już tego nie pisałem? – dziwna.

niedziela, 18 marca 2018

The Fratellis - In Your Own Sweet Time [2018]



Indie rock, garage rock revival, pop rock i acoustic rock – takie tagi umieszczone są obok nazwy The Fratellis na stronie RYM. Czy to wygląda jak coś, co mogłoby mi się spodobać? Czy to coś, co będzie pasowało na bloga? W obu przypadkach nasuwa się odpowiedź – „nie”. Ale skoro już mam pod ręką płytę od wydawcy, to przecież mogę chociaż dać im szansę, prawda? No to daję. Szybki research i wiem, że The Fratellis to trzech braci o nazwisku (niespodzianka) Fratelli, którzy są z Glasgow, zaczęli grać razem w 2005 roku i mają na koncie pięć płyt studyjnych. Ta ostatnia ukazała się w ostatnich dniach i zatytułowana jest In Your Own Sweet Time. 11 utworów, 46 minut i z pozoru słabe perspektywy na porwanie mnie. Jedziemy.

piątek, 8 grudnia 2017

Secret Colours - Dream Dream [2017]



Grają mocno w stylu brytyjskiej pop-rockowej psychodelii drugiej połowy lat 60. połączonej z elementami britpopu, w nazwie mają „colours” w brytyjskiej pisowni, no to chyba muszą być z Wielkiej Brytanii, czyż nie? Nie! Kwartet (lub kwintet – informacje na ich stronach stoją w sprzeczności ze zdjęciami promocyjnymi) Secret Colours pochodzi z Chicago – miasta, które chyba najbardziej kojarzy się z bluesem (i z Chicago Bulls, ale to jakby inna bajka). Ale z tym gatunkiem akurat ten zespół wiele wspólnego nie ma. Czyli pozory mylą w niemal każdym aspekcie. Włącznie z okładką nowej, czwartej już płyty zespołu – Dream Dream. Ta mocno sugeruje klimaty lat 80. (i to może nawet takie dość rushowe), a tu jednak spektrum brzmieniowe jest o wiele szersze i wcale nie ta dekada jest najintensywniej reprezentowana.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Royal Blood - How Did We Get So Dark? [2017]



Trzy lata temu zrobili absolutną furorę w świecie rocka, pojawili się znikąd i pokazali, że za pomocą samej gitary basowej i perkusji można narobić takiego hałasu, że największe legendy rocka będą przyglądały się z zainteresowaniem poczynaniom nikomu nieznanej grupy. Logicznym następstwem byłoby nagranie szybko drugiego albumu, żeby zdyskontować sukces debiutu i podtrzymać zainteresowanie zespołem. Tymczasem na drugi krążek Royal Blood musieliśmy czekać trzy lata. To bardzo ryzykowny krok, marketingowo chyba niezbyt uzasadniony, choć może zespół oraz sztab menedżerów i agentów postanowili sprawić, że fani będą głodni nowej muzyki od duetu? Na How Did We Get So Dark? odpada element zaskoczenia, bo przecież wiemy już, co ci goście są w stanie wycisnąć z formatu grania we dwóch i bez gitary elektrycznej. Pozostaje zatem tylko muzyka, która musi się bronić sama – bez całej otoczki.

czwartek, 8 czerwca 2017

The Sonic Dawn - Into the Long Night [2017]



The Sonic Dawn to młoda duńska formacja, która pod tą nazwą zadebiutowała w 2015 roku krążkiem Perception. Po kilkunastu miesiącach ukazuje się drugi album w dorobku formacji i z całą pewnością mogę oświadczyć, że wyrasta nam kolejny ciekawy skandynawski zespół. Trio z Kopenhagi kapitalnie czuje się w klimatach wczesnej psychodelii, serwując słuchaczom muzykę, w której znajdziemy fantastyczne rytmy, świetne, nieco senne wokale, porywające partie gitar oraz – jak to często w muzyce retro-psychodelicznej – przyjemne brzmienia sitaru. Z nie zawsze przyjaznej pogodowo Danii panowie przenoszą nas z niezwykłą łatwością do londyńskiego klubu UFO bądź na plażę w kalifornijskim Venice.

środa, 10 maja 2017

The Black Angels - Death Song [2017]



Death Song to piąty album w dorobku teksańskiej formacji The Black Angels, choć doświadczenie wydawnicze tej grupy jest znacznie większe, gdyż jeszcze więcej niż płyt zespół ten wydał EP-ek, pojawiał się poza tym na tribute albumach i ścieżkach dźwiękowych kilku filmów i seriali. To już w sumie kilkanaście wydawnictw w ciągu 13 lat istnienia – nie w kij dmuchał. Potrafią świetnie wczuć się w klimat bagnistego, ponurego grania południa Stanów, kapitalnie idzie im podrabianie garażowej psychodelii końca lat 60., tym razem jednak muzycy wrócili w pewnym sensie do swoich początków i nagrali album, który jest ciężki, intensywny, ale przy tym cholernie melodyjny.

wtorek, 6 stycznia 2015

The Black Keys - Turn Blue [2014]



Scena rockowa wbrew pozorom ma się w ostatnich latach całkiem nieźle. Owszem, głównie ta „podziemna”, bo w przypadku mainstreamowych stacji radiowych i telewizyjnych wciąż trudno mówić o miłości do tego gatunku, ale niewątpliwie coś drgnęło. Ale także „na górze” od czasu do czasu pojawiają się wykonawcy, którzy nagle przebijają się do świadomości mas i – słusznie bądź nie – są okrzykiwani liderami rockowego odrodzenia. Czy naprawdę nimi są i ile w tym rocku jest faktycznie rocka, to już temat na zupełnie inną dyskusję. Nie da się jednak ukryć, że jednym z największych odkryć muzycznych ostatnich lat jest amerykański duet The Black Keys, który zbiera mnóstwo nagród dzięki swojej intrygującej mieszance rockowych rytmów, popu i elektroniki. Nie inaczej było w przypadku ich ostatniego krążka – Turn Blue – który zameldował się w czołówce list najlepiej sprzedających się albumów na niemal wszystkich najważniejszych rynkach muzycznych świata.

Pierwszy utwór na rockowym albumie to często krótka, singlowa kompozycja, która ma poderwać słuchacza i natychmiast przykuć jego uwagę chwytliwym motywem. A tu niespodzianka – Turn Blue rozpoczyna zdecydowanie najdłuższy numer na krążku – siedmiominutowe, dość spokojne Weight of Love, które zaskakuje z jednej strony nieco floydowymi wstawkami klawiszowymi, z drugiej zaś długą, nieco szarpaną solówką wieńczącą utwór. To dość niecodzienny początek albumu, ale jednocześnie znakomita zagrywka ze strony grupy, w pewnym sensie stawiająca wszystko na głowie, bo Weight of Love to wręcz idealny kandydat na „zamykacza” płyty. Dużo bardziej tradycyjnie robi się począwszy od drugiego utworu na wydawnictwie. In Time czy singlowe Turn Blue to utwory, których brzmienie jest dla The Black Keys dużo bardziej oczywiste. Oba z nich oparte są na rockowych (bądź, w przypadku drugiego z nich, bardziej bluesowych) fundamentach, jednak całość przepuszczona jest przez elektroniczny filtr, co dodaje brzmieniu nowoczesności i sprawia, że te dość tradycyjne w strukturze kompozycje prezentują się świeżo i ciekawie. Daleko od takich klimatów nie odbiega też pierwszy singiel, który promował płytę – Fever. To utwór, który odniósł spory sukces na listach przebojów muzyki alternatywnej i jest nominowany do nagrody Grammy w kategorii „rock”, choć odnoszę wrażenie, że nominacja ta jest nieco na wyrost i to nie ze względu na poziom kompozycji, a jej nikłe związki z muzyką rockową. To po prostu dobry numer taneczny, przy którym nie sposób nie pokręcić tą i ową częścią ciała, ale rocka tam nie uświadczysz. No ale takie czasy…

Podobny klimat obowiązuje zresztą w wielu innych kompozycjach na Turn Blue. To po prostu bardzo dobrze zrobiona płyta taneczna. Owszem, oparta w wielu przypadkach na rockowych, rythmandbluesowych czy funkowych ramach, ale jednak naznaczona tak mocno „tanecznością”, że mam poważny problem z traktowaniem jej jak płyty rockowej. Muszę jednak zaznaczyć, że pisząc o muzyce tanecznej, nie mam na myśli tego, co można usłyszeć w większości wiodących stacji telewizyjnych, nastawionych na muzyczne beztalencia wyginające śmiało ciało do miałkich hitów „z klawisza”. To zupełnie inny poziom muzyczny i kompozycyjny, jednak Turn Blue to po prostu krążek, który w większości świetnie nadaje się na imprezy, podczas których towarzystwo szukające nieco bardziej wysmakowanych doznań muzycznych niż te, oferowane przez czołowe media muzyczne, może się dobrze pobawić. Żeby jednak nie było tak różowo, nie mogę nie wspomnieć, że druga połowa płyty chwilami rozczarowuje, a zespół zdaje się nagle tracić cały impet. It’s Up to You Now próbuje przyciągać bardziej rockowym brzmieniem, ale jest dość chaotyczne, zaś w Waiting on Words mamy bardzo przyjemne tło organowe, jednak całość jest chyba trochę zbyt słodka i wypolerowana, bo panowie zwyczajnie przynudzają. 10 Lovers niby próbuje wkręcać słuchacza rytmem i melodią niczym z późniejszych hitów George’a Michaela, ale całość niczym nie zaskakuje. Nie jestem też przesadnie zachwycony nieco koślawym pod względem struktury utworem In Our Prime, bo kojarzy mi się z czymś, co mogłoby się znaleźć na ostatniej płycie U2, choć przyznaję, że klawiszowe tło jest niezwykle przyjemne, podobnie jak brzmienie gitary pod koniec. Na szczęście to średnie wrażenie na sam koniec krążka zaciera nieco kolejny z czterech (a niedługo już pięciu) singli z Turn Blue – Gotta Get Away. To chyba najbardziej tradycyjnie rockowy kawałek, zahaczający zarówno o stylistykę The Rolling Stones (nawet dość mocno, bo otwierający riff to przecież niemal zrzynka z Dead Flowers) ale także o klimaty glamrockowe, bo przecież refren jest niemal żywcem wyszarpany z ust Marca Bolana. Ale to bardzo miła odmiana po kilka nieco rozczarowujących kompozycjach, nawet jeśli niespecjalnie odkrywcza.

Na The Black Keys po raz pierwszy natknąłem się przy okazji czytania recenzji płyt Rival Sons. Przedstawiani byli jako ci, do których Rival Sons próbują równać poziomem. Można było wyczytać, że jedna z płyt kwartetu z Kalifornii „jest nawet porównywana do El Camino” i innych krążków duetu z Ohio. No cóż, muszę przyznać, że zupełnie nie rozumiem tego typu analiz, bo muzyka Rival Sons zahacza o znacznie więcej rejonów szeroko pojętego rocka oraz gatunków pokrewnych i moim (jak zwykle niesłychanie skromnym) zdaniem – jest po prostu ciekawsza. Nie da się jednak ukryć, że jak na razie to The Black Keys są jednym z popularniejszych zespołów około-rockowych na świecie i skłamałbym, gdybym stwierdził, że na tę popularność muzycy tej grupy nie zasługują. Turn Blue to bardzo sprawnie skomponowany i nagrany album, który chwilami porywa dynamiką i przebojowością. Mam jednak wrażenie, że płyta znacznie zyskałaby na przestawieniu kolejności utworów. O ile zabieg z nietypowym otwarciem albumu sprawdził się, o tyle poświęcenie pierwszej części wydawnictwa na kompozycje dynamiczniejsze oraz przystępniejsze i upchnięcie w części drugiej głównie bardziej stonowanych numerów, nie wyszło Turn Blue na dobre. Być może wczasach, gdy większość słuchaczy skupia się na singlach i odtwarza je w formie mp3, nie ma to dla wielu osób jakiegoś ogromnego znaczenia, ale są wśród fanów muzyki jeszcze tacy ludzie, którzy lubią słuchać całych płyt i dla nich ważny jest także układ kompozycji na albumie i to, czy w wybranym przez muzyków ustawieniu wszystko „trybi”. Ja jestem jedną z takich osób i według mnie zdecydowanie „nie trybi”, co odbiera niestety część uroku tej naprawdę całkiem dobrej płycie.


---
Zapraszam na współprowadzoną przeze mnie audycję Nie Dla Singli w każdą sobotę o 20
http://zak.lodz.pl - tu można nas słuchać
http://facebook.com/niedlasingli - a tu z nami porozmawiać w trakcie audycji