Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jack white. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jack white. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2023

Uzupełnianie zaległości 2022 - część 2

Druga część uzupełnienia zeszłorocznych wpisów, czyli zbiorowy tekst o kolejnej porcji płyt, których nie miałem czasu opisać, a są zbyt dobre, by o nich nie wspomnieć. W najbliższych dniach pojawi się jeszcze część trzecia. Kolejność w obrębie tej części alfabetyczna.


 

poniedziałek, 5 sierpnia 2019

The Raconteurs - Help Us Stranger [2019]


Jack White to jedna z najciekawszych, najbarwniejszych i najważniejszych postaci we współczesnej muzyce rockowej. Można go nie lubić, można nie słuchać jego muzyki, ale zaprzeczanie temu to strzał we własną stopę, jeśli chce się być traktowanym poważnie w jakiejkolwiek dyskusji na temat współczesnej sceny rockowej. Nigdy nie byłem fanem The White Stripes – zespołu, który pozwolił mu wypłynąć i stać się gwiazdą. Znacznie bardziej wolałem to, co tworzył solo lub z formacją The Raconteurs. Ale ostatni solowy krążek White’a jakoś nie przypadł mi do gustu. Jeszcze na początku próbowałem się do niego przekonać nieco na siłę, ale z perspektywy kilkunastu miesięcy wiem już, że raczej nie będę do tej płyty wracał. Zgoła inaczej ma się sprawa z nowym albumem Gawędziarzy – pierwszym od ponad 11 lat.

piątek, 23 marca 2018

Jack White - Boarding House Reach [2018]


Dziwna to płyta. Dziwny to wykonawca. Jack White to niewątpliwie jedna z najciekawszych postaci w świecie rocka ostatnich 25 lat. Jest tym dla mainstreamowego rocka, kim dla prog rocka jest Steven Wilson. I podobnie jak jego bosonogi, wątły odpowiednik, wydaje płyty pod różnymi szyldami. Mnie zawsze najbardziej odpowiadała muzyka wydawana po prostu pod jego imieniem i nazwiskiem, stąd na następczynię Blunderbuss i Lazaretto czekałem z dość dużą ekscytacją, wszak zwłaszcza druga z tych płyt to według mnie absolutna czołówka tej dekady. Boarding House Reach ukazała się dzisiaj i jest hmmm – czy ja już tego nie pisałem? – dziwna.

piątek, 17 października 2014

Jack White - Lazaretto [2014]


Jack White to taki Steven Wilson okolic amerykańskiego garage rocka. Utożsamiany pierwotnie z jednym zespołem, z czasem zapragnął większej dozy różnorodności i pracy z różnymi muzykami w coraz liczniejszych projektach. Po trzech latach od rozpadu The White Stripes coraz wyraźniej widzimy, że nie ma właściwie żadnego powodu, by Jack i Meg White ponownie razem nagrywali pod szyldem tej grupy, bo Jack jest już w tej chwili muzycznie w innym miejscu. Z muzycznej ciekawostki stał się jednym z najważniejszych rockowych muzyków XXI wieku. Płyta Lazaretto jest tego kolejnym potwierdzeniem.

Jack White jest do bólu niedzisiejszy. Nagrywa na starym analogowym sprzęcie, używa wiekowych instrumentów, często posiadanych w przeszłości przez zapomnianych już dziś amerykańskich bluesmanów, bije rekordy sprzedaży płyt na nośniku winylowym, jego płyty trwają tyle, by ta muzyka na wspomnianym nośniku zmieściła się bez żadnych drastycznych cięć, a jego twórczość z pozoru zupełnie nie przystaje do tego, co obecnie święci największe triumfy na listach przebojów. To dlaczego odnosi tak spektakularne sukcesy? No cóż, może po prostu od czasu do czasu nawet w przemyśle muzycznym mamy do czynienia z pewną sprawiedliwością. Może ta branża obok miernot, które stanowią jakieś 90% gwiazd na szczycie, potrzebuje też tych 10% kompletnie niedzisiejszych dziwaków-geniuszy?

Lazaretto to niespełna 40 minut do bólu amerykańskiego rocka. Znajdziemy tu zarówno posmak starego bluesa, folku i country, jak i mnóstwo brudnych garażowych brzmień oraz knajpianych zagrywek. White jest oczywiście mózgiem całej operacji, w końcu to on napisał wszystkie numery na Lazaretto (z wyjątkiem otwierającego płytę, znakomicie uwspółcześnionego kawałka Three Women opartego na starym bluesie Blind Willie’ego McTella). Jednak otoczył się grupą zdolnych muzyków, którzy absolutnie nie chowają się w jego cieniu. Zarówno oboje klawiszowcy – zmarły kilka dni temu Ikey Owens i Brooke Waggoner – jak i gitarzysta Dean Fertita mają tu swoje „pięć minut” i to przede wszystkim oni wraz z White’em tworzą klimat tego krążka, choć oczywiście na nich lista artystów zaangażowanych w ten projekt wcale się nie kończy. Siłą tego krążka jest różnorodny klimat przy jednoczesnym zachowaniu brzmieniowej spójności. Cały czas słychać tego ducha starej amerykańskiej muzyki, ale jednocześnie trudno oskarżyć White’a o monotematyczność. Utwór tytułowy to dźwiękowy wulkan energii – bogaty aranż, świetny rytm, mocne brzmienie. Ale dla kontrastu już chwilę później słuchamy Temporary Ground – numeru, któremu bliżej do muzyki folkowej czy country. I tak jest w zasadzie cały czas. Singlowe Would You Fight for My Love? to kompozycja, która z powodzeniem mogłaby się znaleźć na znakomitej tegorocznej płycie Rival Sons – świetne „brudne” brzmienie, nieco nawiedzone chórki, mocny, wyraźnie zaznaczony rytm. To kwintesencja amerykańskiego rhythm and bluesa, choć w nieco nowocześniejszej odsłonie. Te rejony White ze spółką eksplorują też w jedynym utworze instrumentalnym na Lazaretto – High Ball Stepper. Mocny gitarowy przester stoi w kontraście ze spokojniejszymi fragmentami, a wszystko razem tworzy interesującą mieszankę. Bardzo tradycyjnie jest w Just One Drink – kolejnym singlu z płyty. Gdyby ktoś powiedział mi, że to numer Stonesów, uwierzyłbym bez najmniejszych nawet wątpliwości. To zresztą nie koniec hołdu dla starszego pokolenia muzycznych mistrzów, bo następny kawałek – Alone in My Home – to z kolei niezwykle przyjemny fortepianowo-akustyczny numer w stylu Cata Stevensa. Jeszcze bardziej nastrojowo i sielsko robi się przy Entitlement i zamykającym płytę Want and Able. To numery, które sprawiają, że wyobrażam sobie White’a i jego muzycznych przyjaciół na skrzypiącej scenie w zadymionej knajpie, w starych przepoconych koszulach, szelkach i kapeluszach, grających dla pół-pijanej publiki na rozpadających się instrumentach. Jakby tego rozstrzału stylistycznego było mało, w That Black Bat Licorice White zapędza się nawet w hiphopowe rejony, choć tylko w warstwie wokalnej, bo zamiast ukradzionego beatu z klawisza mamy tu świetny żywy aranż ze sporą dawką skrzypiec. Gdyby tak brzmiał hip hop, może nawet dałoby się go czasem posłuchać…

Lazaretto to album, na którym nie ma słabych kawałków. White prezentuje różne odcienie szeroko pojętego rocka, stylistycznie niektóre kompozycje są od siebie dość odległe, ale w każdej z nich Jack i towarzyszący mu muzycy są równie przekonujący. Całość spaja fantastyczny, nieco przykurzony klimat amerykańskiego południa. To może nie być przesadnie odkrywcza płyta, ale po kilku odsłuchach trudno się z nią rozstać. White po raz kolejny utwierdza słuchaczy w przekonaniu, że jest jednym z najciekawszych artystów obecnych czasów. Muzycy tacy jak White czy Dave Grohl są gwarantem tego, że rockowe pokolenie obecnych dwudziesto- i trzydziestolatków ma i jeszcze długo będzie miało swoich własnych muzycznych bohaterów. Ci goście to Dylanowie, Stevensi czy Jaggerowie naszych czasów. Warto ich doceniać, bo to gatunek zagrożony.